1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Agnieszka Osiecka – pisząc o sobie, pisała o każdym z nas

Agnieszka Osiecka – pisząc o sobie, pisała o każdym z nas

Agnieszka Osiecka w swoim gabinecie w Warszawie, 1986 rok. (Fot. Andrzej Świetlik, Forum)
Agnieszka Osiecka w swoim gabinecie w Warszawie, 1986 rok. (Fot. Andrzej Świetlik, Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jej burzliwe życie miłosne, a potem też upodobanie do alkoholu, z którym się nie kryła – nieraz stały się tabloidową pożywką. „Życie ma swoje wybryki – i to cały jego wdzięk” – pisała już jako nastolatka w pamiętniku. Może gdyby nie żyła tak intensywnie, nie byłaby tak dobrą poetką i tak przenikliwą psycholożką? Agnieszka Osiecka miała bowiem ten dar, że pisząc o sobie, pisała o każdym z nas. Oto kilka strof z tej piosenki.

Wielbiciele Agnieszki Osieckiej dzielą się, w przybliżeniu, na dwie kategorie: zafascynowanych jej osobowością i życiem oraz zafascynowanych jej twórczością. „Tylko ludzie naiwni, tacy jak ja, nieustannie dziwią się, iż te dwa zainteresowania nie idą w parze” – pisała Agata Passent we wstępie do książki „Zabawy poufne”, złożonej z felietonów mamy. Pierwsza kategoria to „poczciwy i wylewny człowiek, który spotkał Agnieszkę w pociągu Lajkonik relacji Piwnica pod Baranami (Kraków) – Teatr Atelier (Sopot) i po tym wspólnym piwku w Warsie uznał, że zaprzyjaźnił się z panią Osiecką na całe życie”. Ten typ fana, szeroko w Polsce rozpowszechniony, mówi per „Agnieszka” i jest wręcz przekonany, że swoją osobą wywarł na poetkę znaczący wpływ, a być może nawet zainspirował do napisania kilku tekstów. „Drugi rodzaj wielbiciela to przeważnie ukochany typ Agnieszki, a mianowicie zakatarzony student filologii dowolnej płci, z lekkim przechyleniem w stronę chudego bruneta z torbą listonoszką. Czytelnik ten przeorał katalogi bibliotek wojewódzkich, podwórkowych i internetowych w poszukiwaniu choć paru genialnych zdań Mistrzyni”. Jak chociażby tych: „Nie wierzę w brak czasu. Zawsze jest czas na ten krótki błysk, na ten znak: jesteś dla mnie ważna”.

Agnieszka Osiecka pisząc o sobie, pisała tak naprawdę o każdym z nas. (Fot. Lucjan Fogiel, Forum) Agnieszka Osiecka pisząc o sobie, pisała tak naprawdę o każdym z nas. (Fot. Lucjan Fogiel, Forum)

Nie zrobię Ci śniadania

„Pamiętaj, kogo bierzesz – kundla, włóczęgę” – ostrzega Jeremiego Przyborę w 1964 roku. Osiecka ma 28 lat i jest po rozwodzie z producentem Wojciechem Frykowskim. Przybora jest od niej starszy o 21 lat i ma już dwójkę dzieci. „Zakochał się od pierwszego spojrzenia. Wpadł po uszy. Po jej uszy, które darzył uczuciem szczególnym. Nie ukrywał tego, niczego nie kombinował. Po prostu przytrafiło mu się szczęście i nieszczęście jednocześnie – zakochał się w skomplikowanej dziewczynie. Ona na początku nie bardzo wiedziała, o co jej chodzi. Uwiodła go z przyzwyczajenia jak niejednego. Znała wszystko, co napisał, wychowała się na jego audycjach radiowych” – pisała Magda Umer we wstępie do „Listów na wyczerpanym papierze”, będących zapisem tamtej miłości i jej wszystkich etapów. Od burzliwych narodzin, przez tęsknotę, odurzenie, do śmierci. Są tu listy, telegramy, kartki i karteczki, zapiski na odwrocie fotografii, dzięki którym dostaliśmy wgląd w niezwykle intymny, dwuletni romans.

Przybora nazywał ją „Nieprawdopodobną”, „Panienką z Kępy”, „Lakoniczną”, a czasami przepraszał „purpurowy ze wstydu jak ta róża”. Ich intensywna rozmowa zdaje się trwać bez przerwy, gdy kończą rozmowę telefoniczną, piszą albo ślą telegramy, kartki. „Przedtem w ogóle nie przypuszczałam, że mężczyzna może zająć ważne miejsce w moim życiu. Miałam kącik w sercu dla chłopców, ale mieściło się to gdzieś pomiędzy pisaniną a podróżami, przyjaźniami z ludźmi etc. Teraz wiem na pewno, że jesteś najważniejszy ze wszystkiego, co mam (chociaż w końcu tak bardzo Ciebie nie mam). Boję się, że Ty wcale tego mojego kochania nie czujesz, bo nie przejawia się ono w żadnej formie dbania o Ciebie” – martwi się Osiecka. Próbowała tłumaczyć, że przecież czasami kocha się z przerwami, „to znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym”. Bała się, że ten związek skończy się jak poprzednie, że ucieknie albo nie podoła oczekiwaniom mężczyzny, lub z innych – niemożliwych do uchwycenia przyczyn – miłość zmieni się w cień. Pisała do Przybory:

„Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Zwłaszcza w drobiazgach. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz – ja i sobie nie zrobię śniadania”

A za chwilę odsłaniała się, że jest pierwszym „chłopcem”, z którym jest jej dobrze w łóżku.

„Jesteś pierwszym, najpierwszym, zupełnie jedynym mężczyzną, przez którego robi mi się czasem czarno w oczach i słodko w ustach i zupełnie nieprzytomnie w głowie”

Miłość jednak odeszła. On chciał jej częściej i więcej. Ona przepraszała za długie nieobecności i podróże. Koniec końców ostrzegała go, że jest wolnym ptakiem, włóczęgą. W końcu wyznania, jak i uczucia, zgasły.

Ślub na odległość

Cofnijmy się niecałe 10 lat, do przełomu 1956 i 1957 roku: Osiecka studiuje reżyserię w łódzkiej Filmówce i rozpoczyna karierę w STS – Studenckim Teatrze Satyryków. Właśnie wtedy, gdy w połowie studiów zaczęła pisać, zrozumiała, że nie chce reżyserować. Nie chce ustawiać ludzi, wydawać im poleceń, nadzorować tego, jak mają się poruszać i co mówić. Coraz mocniej angażuje się w STS, dla którego ostatecznie napisze 166 utworów. Do jej tekstów komponowali m.in. Marek Lusztig, Edward Pałłasz i Maciej Małecki „W późnych latach pięćdziesiątych i jeszcze głęboko w lata sześćdziesiąte koledzy z STS uczyli mnie tego, co zaniedbał tata: czegoś w rodzaju postawy społecznej. Andrzej Jarecki, poeta i mój ówczesny chłopak, nazywał nasze piosenki «liryką obywatelską». Andrzej to był taki Polak z Żeromskiego. Gdyby nie on, nie napisałabym «Okularników», piosenki, która była przez całe lata niemal hymnem politycznym młodzieży” – powiedziała w najdłuższym wywiadzie, którego udzieliła – w dodatku o samej sobie. Wywiad został opublikowany w 1992 roku w książce „Rozmowy w tańcu”. Wracając jednak na przełom lat 1956 i 1957, należy zatrzymać się przy o dwa lata starszym od niej, 24-letnim wtedy Marku Hłasce, który jest już rozpoznawalnym autorem zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Gdyby kultura była istotą, uznałaby, że pasują do siebie idealnie: inteligentni, piękni, utalentowani, niepokorni, głodni życia. I faktycznie, wszystko zmierza w tę stronę – zostają narzeczonymi. Jednak każde z nich poza marzeniami o wspólnym życiu, snuje również swoje artystyczne wizje. Hłasko wyjeżdża na Zachód. Gdy jego paszport traci ważność, nie może wrócić. Osiecka próbuje interweniować, jednak bezskutecznie, bo po publikacji w paryskiej „Kulturze” pisarz nie jest dobrze widziany przez władze. Kochankowie są skazani na miłość na odległość.

W czerwcu 1957 roku Agnieszka pisze: „Marku najmilszy! Masz w sobie to najpiękniejsze, co może mieć człowiek – prawdę. Nie chcesz być taki jak świat, w którym żyjesz. Jesteś najodważniejszy z naszego pokolenia, bo widzisz prawdę nawet tam, gdzie to bardzo boli. Jesteś bardzo piękny i bardzo wiele wart”. Hłasko odpowiada: „Nigdy nie myślałem, że będę Cię tak kochać, jak Cię kocham, i że tyle zyskam”. A dwa lata później pisze z Tel Awiwu: „Zapytaj się kogoś rozsądnego, czy w moim przypadku istnieje możliwość ślubu z Tobą na odległość. I napisz mi o tym szczegółowo. Jeśli to możliwe, to zaraz to załatwimy, a przynajmniej połowę kłopotów będę miał za sobą”. Jego listy zostały zebrane w książce „Marek Hłasko. Listy”. Po ponad 20 latach w książce „Szpetni czterdziestoletni” Osiecka tak go wspomina: „Chłopak, na którym mi zależało, nie posiadał, rzecz jasna, samochodu, ale dzień i noc towarzyszyło mu marzenie o zielonkawym amerykańskim jeepie z demobilu, na którym przemierzałby miasta i wsie, czyniąc dobre uczynki. Do dziś na widok podobnego wozu lub choćby wojskowego gazika żywiej mi bije serce”. Wyjeżdżając, zostawił jej maszynę do pisania, podobno trzymała ją na biurku do samego końca.

Niech żyje bal

Jako nastolatka, w 1952 roku napisała: „strasznie się cieszę, że ojciec kupuje mi samochód”. W tamtych czasach niewiele osób mogło coś takiego powiedzieć. Zresztą rodzinę miała wyjątkową. Przyszła na świat 9 października 1936 roku w Warszawie. Rok później jej rodzice przenieśli się do Zakopanego. Maria Osiecka prowadziła kawiarnię „Watra”, w której jej mąż występował aż do 1939 roku. O ojcu Agnieszka pisała, że udało mu się „wyhodować” z niej niezłe dziwadło. Wiktor Osiecki – jak opowiada Magda Umer w artykule „Słońce do chleba” – „walczył z trzema potęgami tego kraju: komunizmem, głupimi księżmi i nacjonalizmem. Słynny pianista i kompozytor postanowił nauczyć ją pięciu języków, zabraniał czytania gazet i Sienkiewicza. kiedy mama, polonistka, stanęła w obronie autora Trylogii, mówiąc: «Ależ Wiktor, w końcu on dostał nagrodę nobla, ona powinna to przeczytać» – odpowiadał spokojnie: «Ja niczego nie powinienem i ona niczego nie powinna». A ponieważ uważał, że powinna pływać i latać na szybowcach – z miłości do niego o mały włos zostałaby zawodową pływaczką. Do szybowca na szczęście nie pozwolili jej wsiąść”.

Agnieszka Osiecka i Jarosław Abramow-Newerly (pisarz, kompozytor, autor tekstów piosenek, słuchowisk radiowych, dziennikarz), 1963 rok. (Fot. Sławek Biegański, Forum) Agnieszka Osiecka i Jarosław Abramow-Newerly (pisarz, kompozytor, autor tekstów piosenek, słuchowisk radiowych, dziennikarz), 1963 rok. (Fot. Sławek Biegański, Forum)

Marzyła o sławie i miłości rozpaczliwie. Już jako młoda dziewczyna przyznawała, że chce być „oblegana przez tłumy, mieć powodzenie, szaleć, być kobietą uwielbianą”. Jej życzenie spełniło się. Zapłaciła jednak za to sporą cenę mierzenia się z pretensjami mężczyzn, z ich i własnym bólem, ze smutkiem. Przechodziła ze związku w związek, podążając za namiętnością. Z Danielem Passentem, dziennikarzem „Polityki”, stworzyła dom na warszawskim żoliborzu, w którym wychowywali córkę Agatę. Porzuciła ten świat dla Zbigniewa Mentzla, również dziennikarza, z którym przeżyła kolejne lata. W książce „Rozmowy w tańcu” wyznała, że jest alkoholiczką. Traktowała alkohol jako przyjaciela, lekarza, a w końcu jako ostatnią deskę ratunku i śmiertelnego wroga. W jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych utworów – „Niech żyje bal” – zawarła melancholijne wezwanie:

„Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą, nie grają na bis, chociaż żal, zanim więc serca upadłość ogłoszą – na bal, marsz na bal!”

Świadoma przemijalności, kruchości życia oraz zawartych w nim absurdów, skrajności i niemożliwych do uchwycenia blasków, potrafiła porwać miliony rytmem, kompozycją i słowami. Dzięki temu, jak żyła i co napisała, zostawiła trwałą spuściznę, czasami chwile radości, innym razem pretekst do namysłu.

Pamiętajmy o Osieckiej

Jan Kott nazwał ją „poetką złamanego koloru”. O spuściznę po niej dba jej córka Agata Passent i Fundacja Okularnicy. Dzięki temu mamy obecnie dostęp nie tylko do jej utworów, ale również zachowanych i wydanych opasłych dzienników oraz pamiętników. Teksty piosenek, które stworzyła, przeszły do historii polskiej muzyki i są punktem odniesienia dla wielu młodych twórców. Wystarczy wymienić: „Okularników”, „Na całych jeziorach ty”, „Zielono mi”, „Małgośkę”, „Nie spoczniemy”, „Polską Madonnę”, „Niech żyje bal”, „Nie żałuję”, „Grajmy Panu”. Jej słowa wyśpiewywali i interpretowali m.in. Maryla Rodowicz, Edyta Geppert, Sława Przybylska i Seweryn Krajewski. Niewiele osób wie również, że w 1982 roku wymyśliła hasło reklamowe „Coca-cola to jest to!”, które stało się międzynarodowym sloganem. Ostatnie sztuki i utwory pisała dla Teatru Atelier w Sopocie w latach 1994 –1996. To właśnie tam odbywają się co roku półfinałowe koncerty konkursu na interpretację piosenek Osieckiej zatytułowane „Pamiętajmy o Osieckiej”. Żyła zgodnie z tym, co powtarzała pod koniec życia: nie wolno niczego odkładać na później, bo może nie być żadnego później. „Nagle, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto i nie wiadomo dlaczego, wyłączy ci prąd w środku dnia i pstryk, wszystko zgaśnie” – wspominała jej słowa w 1997 roku Magda Umer, otwierając historyczny koncert „Zielono mi” w trzy miesiące po śmierci przyjaciółki. W ostatnich tygodniach poetka miała powtarzać, że wszystko jest dla ludzi, nawet umieranie. „I niech sobie ci inni nie myślą, że to ich nie czeka, to tylko kwestia czasu” – dodała Umer z uśmiechem. Agnieszka Osiecka zmarła 7 marca 1997 roku na chorobę nowotworową.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Agnieszka Osiecka: "Nie mogę być ptakiem uwięzionym"

Wakacyjny rejs jachtem „Wielkopolska” na trasie Świnoujscie – Rønne – Kopenhaga – Sassnitz (lipiec 1965). (Artur Starewicz/East News)
Wakacyjny rejs jachtem „Wielkopolska” na trasie Świnoujscie – Rønne – Kopenhaga – Sassnitz (lipiec 1965). (Artur Starewicz/East News)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Żyła jak chciała. Niezależna i wolna. Agnieszka Osiecka wyprzedzała swój czas o pokolenie, Przecierając szlaki obyczajowe innym kobietom. I Zapłaciła za to ogromną cenę. Beata Biały, która napisała bestsellerową książkę „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, specjalnie dla „Zwierciadła” przybliża postać autorki kultowych piosenek i poetki.

Wybrała się kiedyś z przyjaciółmi do restauracji. Towarzyszył jej znacznie młodszy mężczyzna, różnica wieku widoczna była gołym okiem. Wszyscy składali zamówienia. Kelnerka podeszła też do Agnieszki, a za chwilę do jej towarzysza. „Mama zamówiła…” – powiedziała głośno do młodzieńca. Nikt nie usłyszał, co Agnieszka zamówiła, bo słowo „mama” wszystko zagłuszyło. Wśród biesiadników zapanowała niezręczna cisza, nikt nie wiedział, jak ma zareagować. „Nie przejmujcie się. Mnie się to często zdarza, bo często bywam ze znacznie młodszymi ode mnie mężczyznami” – powiedziała Agnieszka. „I to, co było niezręczne, stało się zręczne. To, co krępowało, przestało krępować. To, co mogło wydać się dziwaczne – stało się normalne. Jednym zdaniem zmieniła sytuację, zburzyła zakorzenione w nas stereotypy na temat tego, co wypada, a co nie wypada. Wygrała. Żyła, jak chciała. Była wolna, jeśli chciała, albo niewolna, kiedy miała na to ochotę” – wspomina uczestnicząca w tamtym spotkaniu Ewa Zadrzyńska, dziennikarka, która przyjaźniła się z Osiecką.

Fot. Jan Borkowski Fot. Jan Borkowski

Pociąg do Tczewa czy Koluszek

Czuła, że jest inna. Zbyt niezależna i odważna jak na swoje czasy, nie liczyła się z konwenansami, z tym, „co ludzie powiedzą”. Robiła to, na co miała ochotę. Wyprzedzała epokę, bo kobiety z jej pokolenia zwykle wychodziły za mąż, rodziły dzieci i tkwiły w tych rodzinach do końca, nawet jeśli nie były szczęśliwe. Agnieszka nie. Wiedziała, że nie pasuje do obowiązującego modelu kobiety, ale nie potrafiła zrezygnować z wolności. Mogła zresztą sobie na nią pozwolić. Niezależność finansowa sprawiała, że nie musiała uwieszać się na ramieniu żadnego mężczyzny. Do życia nie potrzebowała zresztą zbyt wiele. Janusz Anderman, który przyjaźnił się z Agnieszką, mówi, że stosunek do pieniędzy poetka miała niezobowiązujący. „Był okres w jej życiu, kiedy bardzo dużo zarabiała na piosenkach, ale zupełnie jej to nie zajmowało. Potem, na początku lat 90., wszystko się zawaliło. Pojawiło się zapotrzebowanie na inne piosenki. Pamiętam, jak chciałem jej kiedyś zamówić taksówkę, ale okazało się, że nie ma pieniędzy i ostatnio jeździ tramwajami. Tyle że nie był to dla niej jakiś problem” – opowiada pisarz. Wspomina też, że Agnieszka lubiła rozdawać rzeczy, robić prezenty bez okazji, a czasem i bez sensu. Kiedyś dostał od niej tablicę rejestracyjną motocykla z Dakoty Północnej, ale też bardzo drogi obraz Katarzyny Ważyk. Osiecka miała gest, co potwierdzają wszyscy jej przyjaciele. Urszula Dudziak pamięta przyjazd Agnieszki do Ameryki, kiedy poetka stanęła w progu jej nowojorskiego mieszkania. „Tamtego dnia patrzyłam na nią jak na zjawisko – miała na sobie cudowny czarny długi do ziemi kożuch” – wspomina wokalistka jazzowa. „Boże, Agnieszko, jaki piękny kożuszek!” – nie potrafiła powstrzymać zachwytu. Na co ona: „No to masz”, i zdjęła z siebie to cudo. Na nic zdały się tłumaczenia, że to za drogi prezent, że pięknie w nim wygląda. Agnieszce podarunek sprawiał przyjemność, odmowa by ją unieszczęśliwiła. „Była hojna, ale z taktem” – przyznaje Ewa Zadrzyńska. Kiedyś w Nowym Jorku Osiecka zobaczyła, że przyjaciółka nie ma kieliszków do jajek na śniadanie. Następnym razem przyjechała z prezentem. Przywiozła przepiękny zestaw: dwa kieliszki na jajka w kształcie kur, które w środku miały zagłębienie na jajko, a do tego solniczkę i naczynie na pieprz. W Nowym Jorku Osiecka bywała zresztą bardzo często. „Jak nie wiedziała, co ze sobą zrobić, to wyjeżdżała i siedziała gdzieś parę miesięcy – w Ameryce, w Monachium albo w Paryżu. Była takim Jasiem Wędrowniczkiem, tłukła się po świecie” – wspomina przyjaciółka Barbara Wrzesińska. Inna przyjaciółka, Barbara Wiszniewska, prezes Fundacji Teatru Atelier im. Agnieszki Osieckiej, z którą Agnieszka spędziła ostatnie lata życia, mówi, że Osiecka lubiła podróże pociągiem. „Twierdziła, że ma taką naturę, że nie może dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Wsiadała więc w pociąg i jechała na przykład do Tczewa czy Koluszek” – opowiada.

Budapeszt, czerwiec 1966. (Lucjan Fogiel/Forum) Budapeszt, czerwiec 1966. (Lucjan Fogiel/Forum)

Może się coś wydarzy

„Podobała mi się jej ochota na nowe początki” – powiedział Michał Kott, filozof, za którego Osiecka miała wyjść za mąż, choć w końcu do tego nie doszło. „Kochała życie w drodze, podniecającą perspektywę »może się coś wydarzy«” – opowiada Maryla Rodowicz, która z Osiecką przejechała pół Polski. Piosenkarce podobała się gotowość Agnieszki do ruszenia z nią w trasę koncertową. Poetka nie musiała nawet się pakować, mogła jechać tak, jak stała. Przez lata towarzyszył im Daniel Olbrychski, ówczesny partner Maryli. Często spędzali wspólne wakacje w Drohiczynie. Daniel podziwiał odwagę Agnieszki do życia i do przygód. „Pamiętam, jak pewnego razu wsiedliśmy z Agnieszką na jednego konia, na oklep, rozpędziłem się za bardzo i wjechaliśmy galopem do Bugu, aż do połowy rzeki. Agnieszka nie umiała jeździć konno, ale niczego się nie bała” – wspomina aktor. Często spędzała też wakacje tylko z Marylą, i zawsze były one pełne przygód. Kiedyś obie wylądowały na lotnisku w Sofii i taksówką jechały do kurortu. Pod hotelem, gdy taksówkarz już odjechał, uzmysłowiły sobie, że bagaże zostały w taksówce. „Przecież nie mamy nawet majtek!” – śmiała się Agnieszka, gotowa pójść do najbliższego pedetu kupić jakieś „straszne, socjalistyczne barchany”. Bo dla Agnieszki nie miało znaczenia, co założy. Zupełnie nie przywiązywała do tego wagi. Była wolna również od obowiązujących kanonów mody, pewnie ich nawet nie znała. Na ten temat krążyło zresztą wśród jej przyjaciół mnóstwo żartów. Do dziś wszyscy opowiadają anegdotę, jak Agnieszka przyjechała do Nowego Jorku, a tam przyjaciółka Elżbieta Czyżewska kazała zrzucić jej z siebie wszystkie ubrania i wrzuciła do kominka. Hanka Bakuła, malarka i przyjaciółka Osieckiej, wspomina kostium kąpielowy poetki – granatowy, rozciągnięty, który w ogóle nie przylegał do sylwetki. Kupiła jej więc nowy, piękny, cudownie opinający ciało. Agnieszka założyła, przyjrzała się w lustrze i powiedziała do przyjaciółki: „To nieprzyzwoite, Hanusiu”, ściągając cudo i zakładając stary kostium. Hanka Bakuła wspomina, że Agnieszka nie miała nawet perfum. Zresztą może nawet miała, ale na pewno ich nie używała. Podobnie jak pomadki czy lakieru do paznokci. Malarka pamięta torebki poetki, zawsze z łatek, w których nie było prawie nic z tego, co zwykle mieści damska torebka. U Agnieszki były to jedynie długopis, karteczki, chusteczka do nosa i szczoteczka do zębów. „Żadnej puderniczki ani szminki. Czasem wazelina, ale wciąż ją gubiła” – wspomina Bakuła. Nawet nieznający się zupełnie na modzie mężczyźni zauważali jej nonszalancję w stroju. Ale i tak Osiecka była dla nich fascynująca.

 

Mężczyźni za szkłem

A oni dla niej, choć zwykle na chwilę. W miłości nie kalkulowała, szła jak w dym, a potem zostawała z tego uczucia tylko garstka popiołu. „Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż… „kochali” to może za dużo powiedziane– przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie” – uważa Krystyna Janda. Jerzy Urban napisał o niej: „Osiecka mieszka z mamusią na Saskiej Kępie w Warszawie. W jej pokoju stoi stare biurko przykryte szklanym blatem. Przygnieciona szkłem leży kolekcja fotografii mężczyzn jej życia. Spoczywają jak przyszpilone owady, które już nie odfruną. Jeden zasłania drugiego, gdyż nie mieszczą się w tłoku, który zrobili. Są tam niemal wszyscy, którzy coś znaczyli przez ostatnie 40 lat, i trochę takich, którzy tylko tyle znaczą, że byli z Osiecką. Leży tam rozpłaszczony Frykowski, człowiek światowej sławy, gdyż żeńska banda Mansona zamordowała go w Kalifornii razem z żoną Polańskiego. Był nawet ślubnym mężem Osieckiej. Spoczywają Andrzej Jarecki, Andrzej Wajda, Daniel Passent i Marek Hłasko, inżynier Jesionka – kolejny mąż ślubny – i Rakowski. Łatwiej by wymieniać, kogo ona nie hoduje pod szkłem”.

Po Frykowskim Osiecka wyszła za mąż tylko za Wojciecha Jesionkę, ale małżeństwo trwało kilka miesięcy. Z ważnych mężczyzn był jeszcze Jerzy Giedroyc, który był gotowy zostawić dla niej rodzinę. I Jeremi Przybora, który rozstał się dla niej z żoną, matką Kota. Obu zostawiła. Z Przyborą mieszkała nawet jakiś czas w wynajętej kawalerce na Pradze, ale ich drogi szybko zaczęły się rozchodzić. On wolał ciszę domu, ona chciała fruwać po świecie. Wszyscy mieli nadzieję, że po licznych miłosnych przygodach w końcu ustatkuje się u boku poważnego Daniela Passenta, któremu urodziła córkę. Tymczasem Agnieszka zakochała się w młodym dziennikarzu i zostawiła dla niego rodzinę. „W przeciwieństwie do innych nie byłam w szoku, gdy nagle jednym ruchem rozwaliła wszystko” – wspomina Katarzyna Gaertner, kompozytorka, przyjaciółka Osieckiej. „Jak potępieniec kochałam przez 14 lat jednego Zbyszka. Byłam już dorosła, miałam za sobą dorobek, jakąś popularność, osobowość, która się ludziom podoba. Ja dla Zbyszka zrobiłabym wszystko. I wszystko bym zostawiła. Niestety, nie miałam szansy się poświęcić” – napisze potem Agnieszka o tej miłości. To Zbyszkowi zadedykuje tomik wierszy „Wada serca”. Potem, być może na otarcie łez, miał być ślub z młodszym o 18 lat Michałem Kottem, ale „młody student z rozbabranym doktoratem” przestraszył się różnicy wieku, odpowiedzialności, a przede wszystkim pozycji Osieckiej i odwołał uroczystość. Serdecznym przyjacielem, który towarzyszył Agnieszce przez ostatnie trzy lata jej życia, był André Ochodlo. Kiedy go poznała, wiedziała już, że ma raka. Mocno piła. André dał jej zrozumienie i czułość. Był z nią do samego końca.

To nie jest dla mnie rym

Nie potrafiła stworzyć domu. A może po prostu nie chciała. „Normalna rodzina to nie było życie dla Agnieszki. Urodziła się artystką, wolnym duchem […]. To nie była matka, która upierze dziecku skarpetki czy ugotuje obiad, wprowadzi granice i rytuały. Od tego był Daniel. Świat Agnieszki kręcił się wokół życia artystycznego” – wyjaśnia Barbara Wrzesińska. Również reżyserka Olga Lipińska, która przyjaźniła się z poetką jeszcze w czasach licealnych, mówi, że w Agnieszce nie było pragnienia posiadania domu. Dobrze jej było w pokoju, który w dzieciństwie urządził jej ojciec. „Nie mogę być ptakiem uwięzionym” – wytłumaczyła jej Agnieszka, a w „Tygrysim tangu” napisała: „Twój dom to klatka, klatka, a ja się duszę w nim. Kobieta, żona, matka – to nie jest dla mnie rym”. „Agnieszka nie była do tego stworzona – mówi Magda Czapińska, poetka, przyjaciółka Osieckiej. – Mnie się wydaje, że nigdzie nie potrafiła się zakorzenić. Ciągle była w podróży. Ciągle gdzieś wyjeżdżała, uciekała. To ją napędzało. Wciąż musiało się coś dziać wokół niej…”.

Magda Czapińska pamięta tłumaczenie Agnieszki, dlaczego nie udało się jej być przykładną żoną i czułą matką: „Może byłabym, gdybym umiała. Może gotowałabym tę pomidorową w tym domu, ale nie umiałam”. I choć wiedziała, że Agata jest nieszczęśliwa z tego powodu, nie mogła wytrzymać stabilizacji. „Bo mnie peszą poważne zamiary i długie życie zgięte w pół. Ach, łoże, łoże, stół… Może jestem jak but nie do pary, a może z górki pędzę w dół…” – napisała w wierszu „Serdeczny mój”. „Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść […] Przychodziła, wychodziła. Tak jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała jak kot swoje ścieżki” – uważa Krystyna Janda. Może zatrzymałaby się na zawsze przy Zbyszku, ale przyjaciele wcale nie są tego tacy pewni. Gdyby zapewnił jej stabilizację, stworzył razem z nią dom, pewnie w końcu i od niego by zwiała.

Pamiątki z Archiwum Agnieszki Osieckiej przekazanego Bibliotece Narodowej przez Agatę Passent, córkę poetki. (Fot. Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej) Pamiątki z Archiwum Agnieszki Osieckiej przekazanego Bibliotece Narodowej przez Agatę Passent, córkę poetki. (Fot. Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej)

Bo Osiecka gnała za czymś, czego złapać nie mogła. Mężczyzna, który był gotowy na życie aż po grób, przestawał ją interesować. I choć Agnieszkę martwiło, że zawsze zakochiwała się w niewłaściwych chłopakach, inni po prostu jej nie interesowali. „To ja zawsze uganiałam się za chłopcami. Od tego serce mi posiwiało, a głowa jeszcze bardziej” – powie po latach. „W życiu Agnieszki było wielu mężczyzn. Ciągle powtarzała, że jest petentką w miłości” – mówi Magda Czapińska. Hanka Bakuła dodaje: „Agnieszka, jak widziała młodego chłopca w okularach i swetrze, który zawijał rękawy, poszłaby za nim w ogień. To było jakieś skrzywienie. Mężczyzna, dla którego zdolna była stracić głowę, musiał być zagubiony. Wtedy ona umierała z miłości. Myślę, że miała takie samo szczęście do mężczyzn jak do ubrań. Zawsze kupowała nie te, co trzeba”.

„Nie znała innej relacji między kobietą a mężczyzną jak ta, kiedy to ona o niego zabiega” – dodaje Ewa Błaszczyk. Aktorka uważa, że to przez ojca, o którego miłość i uznanie wciąż musiała zabiegać i który porzucił jej matkę dla innej kobiety. Agnieszka poczuła się wtedy zdradzona przez ojca. Z tą raną żyła do końca, co odbiło się najprawdopodobniej na jej relacjach z mężczyznami. Manuela Gretkowska również jest zdania, że to przez ojca Agnieszka nie była zdolna do relacji. „Nie umiała kochać, umiała tylko cierpieć i pisać o miłości, bo nie zaznała miłości w dzieciństwie. Matka była zimna, nie dotykała jej, nie przytulała, nie pieściła. Nie potrafiła, bo sama żyła w głodzie miłości. Ojciec był narcystyczny, córka jak tresowany piesek miała spełniać jego ambicje. Została narcystycznie uwiedziona i wykorzystana przez własnego ojca. Nauczyła się uwodzić, ale nie umiała kochać. Miłość to jest relacja. A ona nigdy nie była w relacji ani z matką, ani z ojcem, a potem z żadnym mężczyzną” – twierdzi Gretkowska.

Własny pokoik

Choć nie udało jej się stworzyć domu i rodziny, potrzebowała bazy, bezpiecznego portu. Tym portem był dom matki. Całe życie mieszkała z matką, w ich rodzinnym mieszkaniu przy ul. Dąbrowieckiej 25 na Saskiej Kępie. Maryla Rodowicz wspomina, że „kiedy kończyły się jej związki, zawsze lądowała u mamusi. Wracała do swojego pokoiku, w którym były tapczan, biurko, kominek i mata słomiana na ścianie”. Hanna Bakuła uzasadnia to tym, że Agnieszka w tym domu mieszkała od trzeciego roku życia i była do niego przywiązana. Uważa też, że Osiecka do końca była małą dziewczynką, która potrzebowała opieki. „Przecież ona nie wiedziała nawet, jak się włącza żelazko. Tacy ludzie nie mogą sami mieszkać. Matka też miała namiastkę normalnego życia po tym, jak mąż zostawił ją dla rewiowej aktorki” – mówi malarka i śmieje się, wspominając, jak to Agnieszka nie miała nawet swoich kluczy do mieszkania: „Musiała wracać do domu przed 23, bo matka zamykała drzwi. Jedyne klucze, jakie miała, to były te do mojej pracowni w domu naprzeciwko, gdzie często nocowała. Nie radziła sobie z ogarnianiem normalnego życia”. Ewa Błaszczyk uważa, że poczucie bezpieczeństwa dawała jej obecność mamy w drugim pokoiku za ścianą.

Tu i teraz

Na pozór szczęściara – miała urodę, talent, sławę, pieniądze i wolność, o jakiej kobiety wtedy tylko marzyły. Ale w życiu wszystko ma swoją cenę. Agnieszka również ją zapłaciła. Wielka poetka, rozchwytywana przez artystów, kochana przez przyjaciół, łamiąca serca mężczyznom, tak naprawdę była bardzo samotna. Gdziekolwiek się pojawiła, przyciągała tłumy rozmówców, lubiła też bawić się do białego rana, wciąż gnać w nowe przygody. A jednak… „Wszyscy zawsze mieliśmy wrażenie, że jest królową życia, że wybiera mężczyzn, a teraz myślę, że była samotna i zziębnięta w środku” – mówi Magda Czapińska. Zofia Sylwin, redaktorka radiowej Trójki, wciąż nosi w pamięci smutny obrazek ostatniej trójkowej Wigilii z Agnieszką. Poetka przyszła uśmiechnięta, rozmawiała jak gdyby nigdy nic i nagle powiedziała do koleżanki: „Wiesz, Zosiu, jestem taka samotna”. „Ty? Agnieszko!” – nie mogła uwierzyć. A ona na to: „Nikt nie dzwoni, telefon milczy”. Czy żałowała, że żyła, tak jak żyła? „Uciekam od ludzi, zmieniam miejsca, ludzie ode mnie uciekają. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze młodą dziewczyną, mówiły mi przyjaciółki i ktoś z rodziny: »Musisz się ustatkować, przy porządnym chłopcu się zatrzymać, bo jak będziesz stara, to nie będzie ci miał kto podać herbaty«. To największe polskie zagrożenie: jak będziesz tak żył, to ci nie będzie miał kto podać herbaty na starość. No, ale jakoś nie żałuję” – powiedziała w filmie dokumentalnym Grażyny Pieczuro. „Żyła tak, jak chciała, i umarła tak, jak chciała” – powiedział po jej śmierci pisarz Janusz Głowacki, który niezwykle szanował Agnieszkę za to, że zawsze żyła na własnych warunkach.

Ilustracja Iwona Chmielewska Ilustracja Iwona Chmielewska

Janusz Anderman uważa, że gdyby nie ta wieczna pogoń za czymś nowym, nieuchwytnym, Agnieszka nie byłaby tą samą Osiecką. Ten niepokój w miłości i w życiu poetka przelewała na jedne z najpiękniejszych strof o miłości, jakie słyszał świat. „Może gdyby miała ustabilizowane życie, nie napisałaby tych wszystkich pięknych rzeczy?” – zastanawia się. Magda Czapińska również jest przekonana, że gdyby nie ta nieustanna pogoń za miłością w gruncie rzeczy nieszczęśliwą, nie powstałoby tyle pięknych listów i piosenek. Ale czy Osiecka była szczęśliwa? Ewa Błaszczyk ma w pamięci obrazek: Agnieszka siedzi na sopockiej plaży, jest późne lato, ona patrzy przed siebie, po raz pierwszy spokojna, zastygła w bezruchu. Aktorka tak to wspomina: „Nie mogłam się nadziwić, że ona tak sobie siedzi na leżaku na plaży. Bo zwykle rzadko siedziała, nie umiała chwytać czasu teraźniejszego. A wtedy widziałam, że jest tu i teraz i się z tego cieszy. Była na pewno szczęśliwa”.

Agnieszka Osiecka (9.10.1936–7.3.1997) poetka, pisarka, autorka spektakli teatralnych i telewizyjnych. Przede wszystkim jednak najsłynniejsza autorka ponad 2 tys. tekstów piosenek, które śpiewała cała Polska. Wiele z nich – jak „Okularnicy”, „Niech żyje bal” czy „Małgośka” – przeszło do klasyki polskiej piosenki. Jan Kott określił ją „poetką złamanego koloru”, bo jak nikt inny potrafiła poetyzować codzienność. Urodzona w Warszawie córka pianisty i kompozytora Wiktora Osieckiego oraz polonistki Marii Osieckiej całe życie mieszkała na Saskiej Kępie. Do dziś stoi tam jej pomnik – poetessy przy kawiarnianym stoliku.

  1. Kultura

„Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” - rozmowy o przyjaciółce poetce

(Fot.: Wlodzimierz Wasyluk/Gallo Images Poland)
(Fot.: Wlodzimierz Wasyluk/Gallo Images Poland)
- Agnieszka była bardzo, bardzo kobieca, delikatna, cicha. Myślę, że mężczyznom imponowała jej inteligencja… połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem - mówi Krystyna Janda. Publikujemy fragment książki Beaty Biały „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”. 

Agnieszka była zjawiskowo piękną kobietą. Czy wie pani, że rola Agnieszki w Człowieku z marmuru była napisana dla niej? Jako młoda dziewczyna miała to grać. Wszyscy byli nią zafascynowani wtedy, w szkole filmowej, której była studentką w tamtych latach, również Andrzej Wajda. Jednak scenariusz przeleżał się, cenzura puściła go dopiero po siedemnastu latach, i na moje szczęście wtedy to ja dostałam tę rolę. Wajda uznał, że jestem do młodej Agnieszki trochę podobna, a zresztą szukał w tym momencie już trochę innej dziewczyny, bardziej „zadziornej”, bardziej chłopca niż kobiety. A Agnieszka była bardzo, bardzo kobieca, delikatna, cicha. Myślę, że mężczyznom imponowała jej inteligencja… połączenie urody z inteligencją, wyobraźnią i piekielnym talentem. Była też podobno „kochliwa”. Ktoś kiedyś powiedział złośliwie o Agnieszce, że sypiała z pierwszym rzędem historii. Kochali się w niej najwięksi tego kraju. Chociaż… „kochali” to może za dużo powiedziane – przeżywali z nią fascynujące epizody. To ona była wiecznie zakochana, zwykle nieszczęśliwie. Pamiętam, kiedy już grałam Białą bluzkę, Jacek Kuroń zadzwonił do mnie: „Mów wszystkim, że to o mnie” – poprosił. „A to jest o tobie?” – zapytałam. „Nie, chyba nie, ale tak bym chciał, żeby było o mnie” – odpowiedział. Wszyscy się w niej kochaliśmy.

Białą bluzkę napisała dla pani?
Nie. Tekst dostałam od niej pod koniec lat siedemdziesiątych. „Może cię to zainteresuje” – powiedziała i poszła. Znałyśmy się już. Wydaje mi się, że poznałyśmy się na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, ale dokładnie nie pamiętam. Białej bluzki Agnieszka nie napisała specjalnie dla mnie. Dała ten tekst kilku aktorkom – wiem doskonale, bo je znałam. Potem nie dopytywała się, czy chciałyby to zagrać. I tak kilka lat leżała u mnie ta Biała bluzka, na parapecie w sypialni, między innymi tekstami, a ja wciąż nie przeczytałam lub przeczytałam, ale uznałam, że to nie dla mnie. Zresztą wtedy, pod koniec lat siedemdziesiątych, byłam jedynie aktorką, a to przecież dyrektorzy teatrów i reżyserzy decydowali o repertuarze. Często w tamtych latach odkładałam jakiś tekst, mówiąc sobie: „Po co miałabym się do czegoś przywiązywać, skoro nie mam wpływu na to, czy powstanie z tego spektakl czy nie?”.

Ale w końcu zajrzała pani do tekstu?
Był stan wojenny. Któregoś ranka obudziłam się i nie miałam co robić, bo z powodu bojkotu telewizji wszystkie plany artystyczne zostały zawieszone. Leżałam w domu, pod kocem, i piłam herbatę. I wtedy zauważyłam tę Białą bluzkę na parapecie. Już po pierwszych stronach byłam pewna, że to jest idealny moment na wystawienie tej historii. Że rymuje się z czasem jak mało co. Zadzwoniłam do Magdy Umer – wiedziałam, że przyjaźni się z Agnieszką. Byłam przekonana, że Magda mogłaby nie tylko zaadaptować tekst na scenę i wzbogacić go, dokładając piosenki, ale też spektakl wyreżyserować. I tak to się wtedy zaczęło. Traf chciał, że pan Andrzej Kuryło, kierownik literacki Estrady Dolnośląskiej, zapytał mnie, czy nie chciałabym czegoś zaśpiewać na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w marcu 1987 roku. Od razu powiedziałam mu o Białej bluzce i od słowa do słowa doszliśmy do tego, że Wrocław wyprodukuje spektakl. Magda wybrała piosenki, ale z niektórych ich fragmentów była niezadowolona, chciała, żeby Agnieszka je zmieniła. Pamiętam, że chodziło między innymi o zakończenie w piosence Widzisz mała. „Muszę pojechać do Agnieszki, żeby to zmieniła” – powiedziała. To mnie trochę dziwiło, żeby tak wielką autorkę prosić o zmiany. Gdy Agnieszka przyszła na próbę, bez słowa, na serwetce w bufecie teatralnym, od ręki, napisała zupełnie inną zwrotkę do tej piosenki. Prośba Magdy w ogóle nie stanowiła dla niej problemu. Wrocław wynajął salę Teatru Ateneum, którego byłam aktorką, na próby. Ale potem grać tego tam nam nie pozwolono. Przeniosłyśmy się ze spektaklem do Teatru Komedia, a potem na dłużej do Teatru Żydowskiego. To Wrocław cały czas wynajmował sale.

Agnieszka uczestniczyła w próbach?
Była na nich kilka razy. Zastanawiało mnie i bawiło to, że na próby Białej bluzki zawsze przychodziła w białej bluzce. Pamiętam, jak zobaczyłam ją na próbie… i pomyślałam, że jest w tym coś nadzwyczajnego, szacunek do swojego tekstu? do nas? do projektu? Ale do tego gumka w stokrotki we włosach – zgrzyt, to nie taka dziewczyna jest w tekście, pomyślałam także. Zresztą te gumki z różnymi kwiatami, różami, kokardkami dawała nam ciągle w prezencie. Zupełnie nie pamiętam samej premiery Białej bluzki w 1987 roku. Pamiętam tylko, że widzowie wchodzili po rynnach, żeby dostać się do Teatru Współczesnego we Wrocławiu. I jeszcze jedno – że potem z Agnieszką i Magdą tańczyłyśmy w nocy w jakimś klubie. Do rana. Był też chyba pan Zygmunt Konieczny. To była noc! Noc po sukcesie! Ale jeżeli chce pani wiedzieć, a raczej uprzedzając pytanie, nigdy nie widziałam Agnieszki pijanej. Nigdy w życiu. Zresztą Magda też nieczęsto ją w takim stanie widywała, a przecież bez przerwy się spotykały, razem chodziły na długie spacery. To, co później mówiło się o Agnieszce, było dla mnie wielką niespodzianką.

Znała pani kogoś zupełnie innego?
Kompletnie innego od postaci, która wyłaniała się z opisów po jej śmierci. Jeżeli to wszystko prawda, zastanawiam się, do jakiego stopnia ona była w stanie dzielić swoje życie na dwie tak krańcowo różne postaci.

Spotykałyście się na słynnych Lamentach – przecież to były spotkania przy winie!?
Ale… może kiedy Agnieszka czuła, że się upiła, to wychodziła? Myślę, że udało się jej pokazywać nam jedynie część siebie i swego życia. Kiedy była pijana, po prostu znikała.

Pani wie, dlaczego piła?
Podobno była chora przez ostatnie dziesięć lat życia, wiedziała, że umrze, wcześniej czy później; to był rak, ale udawała, że nic się nie dzieje. Nawet przed samą sobą. Wolała żyć niż chorować. O chorobie dowiedziałam się w dniu jej ostatnich urodzin. Zaprosiła nas do siebie. W łazience, na szczotce zobaczyłam cały kłąb jej włosów, to wyglądało tak, jakby wypadła jej połowa kosmyków. Kiedy zobaczyłam te włosy, nagle zrozumiałam, że bierze intensywnie chemię. Zrozumiałam, skąd ostatnio ten festiwal kapeluszy, których nie zdejmowała, żeby nikt nie zauważył, że zniknął jej słynny koński ogon. O tym, jak bardzo jest chora, dowiedziałam się jednak trochę później. Byłam zaprzyjaźniona ze szpitalem onkologicznym w Warszawie, Agnieszka tam się leczyła. Nawet nie pamiętam, kto mi to powiedział. Agnieszka miała tam stałe łóżko. Przychodziła, brała chemię, ubierała się, wychodziła, kiedy chciała. Żyła normalnie, bywała w kawiarniach, a nikt nie wiedział, że na noc wraca do szpitala albo że musi tam zostać na dłużej. Wielu pewnie myślało, że znowu „zniknęła”, pojechała na Mazury czy do Ameryki, a ona znikała… w szpitalu. Wtedy, na te słynne, ostatnie, jak się okazało, urodziny, kupiłam jej w prezencie kapelusz. Kolejny, nie wiedząc, dlaczego je nosi. Wręczyłam jej ten brązowy kapelusz, a ona spojrzała i zapytała: „O, a dlaczego nie czerwony?”. Czerwony byłby weselszy… Tak, to były ostatnie urodziny, oglądałyśmy zmontowany odcinek Rozmów o zmierzchu i świcie, jakie Magda Umer z nią zrobiła dla telewizji. Pamiętam, że mówiłam coś o montażu, mądrzyłam się i że ciągle dzwonił telefon z życzeniami. A to minister kultury i sztuki, a to ktoś inny ważny. „Mówcie, że mnie nie ma” – prosiła. Nie chciała rozmawiać. Więc kłamałam do słuchawki, że pani Osieckiej nie ma w domu. A tymczasem jacyś posłańcy przynosili kwiaty. Miała już wszystkiego dość. Czy wie pani, że ona po godzinie wyszła z tych urodzin? Powiedziała, że idzie po papierosy, i nie wróciła. Posiedziałyśmy jeszcze jakiś czas, ale w końcu Magda rzuciła: „Chodźmy, ona już nie wróci”. Pewnie poszła do jakiegoś baru na Saskiej Kępie.

Czy rozmawiałyście o jej chorobie?
Nigdy nie rozmawiałam z nią na tematy prywatne. Kiedyś przyjechała do mnie do Milanówka – byłam w zagrożonej ciąży i musiałam leżeć kilka miesięcy. Nie wolno mi było w ogóle wstawać, a w dodatku w domu trwał remont. Agnieszka zobaczyła taki zdemolowany wielki dom, mnie w tej ciąży, jedno małe dziecko, które już chodziło, moją mamę, gosposię, ogród i powiedziała: „Ty to sobie umiesz pożyć”. „Jak to ja umiem sobie pożyć? Leżę w zagrożonej ciąży, remont trwa w najlepsze, mamy robotników od rana, mąż pojechał zarabiać za granicę, jak to ja umiem sobie pożyć?” – wkurzyłam się. A ona: „Masz matkę przy sobie, masz ojca, masz gosposię – taka rodzina”. Przytulam się do tego domu. A lata śpiewam w jej piosence: „Ja w twoim chłodzie się wygrzewam”. Boże, jakie to pojemne zdanie. I ile takich napisała…

Agnieszce brakowało prawdziwej rodziny?
Pewnie nie. Miała rodzinę. Ale Agnieszka ciągle wychodziła, uciekała i żyła, jak chciała, ciekawa ludzi, ich historii, ich uczuć, opowieści, anegdot, płaczu, nieszczęść i szczęść. Obserwowała, żyła tym, a potem to rymowała w skrót, skojarzenia tak wielkie, jak życie. Przychodziła, wychodziła. Tak jak wychodziła ze swoich urodzin, tak wychodziła z ciepła, bo było za ciepłe, z małżeństwa, bo stabilizacja usypiała jej uczucia, z miłości, bo było zbyt słodko, z macierzyństwa, bo miała poczucie winy. Nie mogła wytrzymać i wychodziła. Miała, jak kot, swoje ścieżki i swoje kręgi ludzi. Wiele tych kręgów, niespotykających się. A wobec mnie żywiła wdzięczność, że grałam jej Białą bluzkę.

Śpiewa też pani Na zakręcie.
Na zakręcie zaśpiewałam właściwie w zastępstwie Ewy Błaszczyk. „Ewa się rozchorowała. Nagranie mamy pojutrze” – powiedział Przemek Gintrowski. Kiedy Agnieszka się o tym dowiedziała, powiedziała: „Wiesz, ta piosenka chyba nie dla ciebie, bo ty nigdy nie byłaś na zakręcie”.

A ona nieustannie?
„Dobrze się pan czuje? To świetnie, właśnie widzę – jasny wzrok, równy krok, jak w marszu. A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi: krzesło, ławkę, stół, a ja – rozdarte drzewo”. Wspaniałe. Wszystko jasne, a tak mało słów.

Agnieszka umiała kochać?
Myślę, że bardzo, ale musiała chyba być nieszczęśliwa. To był jej stan. Ona lubiła kochać nieszczęśliwie. Tylko wtedy mogła pisać. Wydaje mi się zresztą, że wielu twórców pisze dlatego, że jest im źle. Jeżeli nie jest im źle, to szukają takich sytuacji. I Agnieszka, może podświadomie, szukała nieszczęścia, jakiejś inspirującej trudnej, wielkiej emocji. Wydaje mi się, że bardzo się ze sobą męczyła.

Na ile Agnieszka była poetką, a na ile kobietą?
Chyba przede wszystkim była artystką. Dopiero w drugiej kolejności realizowała się w codziennym życiu. Z różnym skutkiem, bo ono było dla niej za trudne. Pamiętam, jak kiedyś przyszła na Medeę z panem Michałem Kottem. „To było straszne” – powiedziała po spektaklu. Cóż, trochę zabolało, ale to było w jej stylu – prosto z mostu, bez ogródek. Wróciła wtedy z Ameryki i postanowiła mówić prawdę.

Wiele osób zazdrościło Agnieszce talentu, urody, sławy, powodzenia. Pani jej czegoś zazdrościła?
Nie, nigdy. Myślę, że nie chciałabym mieć takiego życia jak Agnieszka. Bałabym się go. Bo ja jestem konwencjonalna, a ona była niekonwencjonalna. Byłyśmy zupełnie inne. W życiu nie wyszłabym ze swoich urodzin. Tylko pogrzeb miała konwencjonalny, tradycyjny, piękny, śpiewany. Tłum ludzi, przyjaciół, chyba po raz pierwszy się wtedy wszyscy zobaczyliśmy. Po pogrzebie udałyśmy się – ja, Magda Umer, Zuzia Łapicka, Maryla Rodowicz – do pobliskiej restauracji i cały dzień, do późnego wieczora wspominałyśmy Agnieszkę. Poszłam po tej dziwnej długiej stypie na prywatną projekcję filmu, do pana Zanussiego. Pierwszy raz w życiu pojawiłam się publicznie kompletnie pijana. Film mnie tylko śmieszył, śmiałam się sama, nie à propos, wszyscy byli zgorszeni, ale byłam wtedy chyba najbliżej Agnieszki.

 

„Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, Beata Biały, Wydawnictwo W.A.B. „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie”, Beata Biały, Wydawnictwo W.A.B.

"Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" to zbiór niepublikowanych dotąd rozmów z bliskimi i przyjaciółmi Agnieszki Osieckiej. Olga Lipińska, Hanna Bakuła, Krystyna Janda, Maryla Rodowicz, Stan Borys, Daniel Olbrychski, Urszula Dudziak, Manuela Gretkowska, Jerzy Satanowski – w szczerych rozmowach z Beatą Biały o jednej z najwybitniejszych i najbardziej fascynujących polskich artystek. Książka „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” jest dostępna w księgarniach od 25 marca.

Mówiła o sobie żartobliwie, że jest kundlem. Niejednoznaczna, tajemnicza, błyskotliwa, pełna twórczej pasji – i zawsze niezależna. Zamierzała zostać biologiem, ale zaczęła pisać wiersze. Choć na pozór niczego jej nie brakowało, w jednej z gazetowych ankiet na pytanie: „Czy uważa pani, że dobrze się w życiu ustawiła?”, odpowiedziała: „W życiu nie. W pracy – tak”. Niepasująca do obowiązującego modelu kobiety – córki, żony i matki, wyprzedziła swój czas o pokolenie, a za swoją miłość do wolności zapłaciła wysoką cenę.

Pomimo że wątki autobiograficznie obficie pojawiają się w jej twórczości, nie była skłonna do zwierzeń, pozostając do dziś postacią pełną tajemnic. Po latach znajomi i bliscy przyjaciele Osieckiej, w rozmowach o genialnej przyjaciółce, rzucają nowe światło na jedną z najbardziej charyzmatycznych polskich artystek.

  1. Kultura

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. "Na całych jeziorach - ty"

Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Jeremi Przybora wraz z kompozytorem Jerzym Wasowskim stworzył ponadczasowy, telewizyjny Kabaret Starszych Panów. (fot. Forum)
Krótki, przepełniony namiętnością i tęsknotą romans Jeremiego Przybory i Agnieszki Osieckiej przetrwał do dziś, za sprawą ich listów. Jak Starszy Pan B, znany z cylindra, butonierki i niebanalnego dowcipu, wyznawał miłość wschodzącej gwieździe polskiej piosenki?

Gdy się poznali on był u szczytu sławy jako współtwórca, wraz z Jerzym Wasowskim, Kabaretu Starszych Panów. Ona wielką popularność miała jeszcze przed sobą, choć już wtedy jej „Piosenkę o okularnikach” śpiewały tabuny młodych ludzi.

„Przypominam Ci, że to się zaczęło w nocy 1-go lutego – data nieważna, nawet lepiej w ogóle bez dat… Zupełnie przypadkowo, w przypadkowym towarzystwie znalazłem się w STS-ie, tańczyłem z paroma dziewczynami przypadkowymi, a potem z Tobą, i przypadkowość skończyła się, bo przecież byliśmy tamtej nocy umówieni od lat i ja to od razu zrozumiałem i dlatego powiedziałem sobie: Nareszcie!”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Jeremi Przybora miał wtedy 49 lat, dwójkę dzieci i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie.  Agnieszka Osiecka natomiast była 28-letnią rozwódką po wielu miłosnych przejściach, jej kariera dopiero nabierała tempa, a Starszego Pana B uwielbiała, podobnie zresztą jak większość polskiego społeczeństwa. Propozycje pierwszych spotkań, krótkie kartki i nieśmiałe telefony początkowo wychodziły z inicjatywy Jeremiego. To on zabiegał o tę znajomość, Agnieszka traktowała ją raczej z dystansem, zaczęła romansować „na lipę”. Szybko okazało się jednak, że jej taktyka nie działa –  już w marcu wysłała mu w liście piosenkę „O Romeo”. Jeremi nie musiał długo czekać, Osiecka odwzajemniła uczucie, mocniej w listach, słabiej w rzeczywistości.
„Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto, ale wybudowali je strasznie daleko od Ciebie, tak jakoś nieprzewidująco […]”
(tak Jeremi pisał do Agnieszki podczas pierwszej rozłąki, gdy wyjechał do Paryża w maju 1964 roku, fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Ona odpowiedziała mu: Coś ty zrobił Jeremi… Zostawiłeś mnie samą w pustym mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności… Żeby Warszawę doprowadzić do takiego stanu… To tylko Ty potrafisz - i również zdecydowała wyjechać. To był początek ciągłej rozłąki dwojga zakochanych poetów, której wynikiem jest najpiękniejsza w polskiej literaturze korespondencja miłosna. Jeremi potwornie tęsknił, a podróże Agnieszki zdawały się nie kończyć. Wyjeżdżała do Budapesztu, na Mazury, do Bułgarii, Londynu, Szwecji.
„[…] ale to jest skądinąd pretekst, żeby całować Cię znowu przez całą stronę, zaczynając od włosów na skroniach, a potem [dłuuugo] zabawić przy uszach, najpierw prawym, a potem lewym, z uwzględnieniem całej skomplikowanej rzeźby i detalu, a potem skupić się na oczach, takich wiecznych sadzawkach-wniebowstąpionkach. A potem powędrować ustami przez nosek bardzo kruchy, aż do ust i najpierw długo je przepraszać za zachłanność, z którą się spotkają, bardzo się z nimi zaprzyjaźnić i delikatnie scałować z nich całą nieufność, zarówno wargi górnej, jak i dolnej”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)

Nie afiszowali się swoich związkiem, raczej trzymali go w tajemnicy. Jeremi nie mówił o nim nawet najbliższym przyjaciołom, Agnieszka utrzymywała, że łączyła ich zawodowa fascynacja. Rosnącą namiętność między nimi szczelnie zamykali w kopertach z listami, do których Jeremi dołączał kwiaty, a Agnieszka zasuszone listki i prezenty z zagranicy dla jego dzieci. Gdy tylko odkładali słuchawkę telefonu siadali za biurkiem i pisali do siebie listy, pocztówki, depesze, a w nich setki wierszy i piosenek. Z miłości między nimi powstały między innymi: „Na całych jeziorach – ty”, „Mówiłam żartem”, „Miłość w Portofino”, „Moja dziewuszka nie ma serduszka”, „Podła”.

„Zauważyłem, że moja tęsknota za Tobą przybiera różne formy, niezależnie od pozycji. Inaczej zupełnie tęsknię chodząc lub stojąc, inaczej – siedząc, a jeszcze zupełnie inaczej, leżąc na strasznie pustym tapczanie…”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
Gdy w końcu Agnieszka wróciła do Warszawy okazało się, że bardzo trudno im przeistoczyć głębokie uczucia z papieru w rzeczywistość. Nie poddawali się – Jeremi wyprowadził się od żony, postanowili więc zamieszkać razem. Pierwsza próba prawdziwego bycia razem uwypukliła różnice między nimi. On był typem samotnika, miał swoje rytuały, lubił porządek i święty spokój, ona kochała przebywać z ludźmi – w czasie gdy on jadł śniadanie, Agnieszka zdążyła już przemknąć przez Krakowskie Przedmieście, kogoś poznać, coś napisać. Zdawali sobie sprawę z tych różnic, Jeremi musiał wtedy znosić wahania nastrojów Agnieszki, ciągłe zmiany decyzji, napięcia, frustracje. Kolejna rozłąka pogłębiała kolejne problemy między nimi, choć uczucie jeszcze nie gasło.
„Odkąd Cię tu nie ma, przestaję trochę wierzyć, że mogłaś mi się w ogóle przytrafić, że tyle rzeczy pięknych i niezasłużonych może nagle spaść na człowieka. Dookoła mnie trwa szczelne milczenie i jednostronne „atakowanie” tego milczenia jakoś mnie zbija z tropu”
(fragment „Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze”, Magda Umer, wyd. Agora)
W marcu 1965 roku Osiecka wyjechała do Paryża i ta podróż była kresem ich związku. Jeremi zrozumiał wreszcie, że ze strony Agnieszki ich relacja była jedynie chwilowym zachwytem, fascynacją, złudzeniem. Najpierw nie mógł tego zrozumieć, nie potrafił wybaczyć sobie, że kochał tak bardzo kogoś, kto igrał z jego uczuciami. Później frustracja przerodziła się w złość. Podła! Na pasku kłamstw mnie wiodła – by nagle zepchnąć w otchłań – napisał w piosence dla Kabaretu Starszych Panów. Z kolei Agnieszka, w wywiadzie udzielonym Magdzie Umer, na pytanie o to, dla kogo napisała piosenkę „Na całych jeziorach ty” odpowiedziała: Zapomniałam.
„Dla ciebie jestem sobą i choć to tak mało jest, nie potrafię być przed tobą nikim więcej”
(fragment piosenki z Kabaretu Starszych Panów "Dla ciebie jestem sobą", sł. Jeremi Przybora, muz. Jerzy Wasowski)