1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Komedie dla całej rodziny – umil sobie rodzinny wieczór z dobrym filmem rodzinnym

Komedie dla całej rodziny – umil sobie rodzinny wieczór z dobrym filmem rodzinnym

"Bella i Sebastian" (reż. Nicolas Vanier). (Fot. BEW PHOTO)
Filmy familijne to świetna rozrywka dla całej rodziny. Warto zatem nadrobić zaległości i poznać najlepsze produkcje z ostatnich lat lub po prostu odświeżyć sobie kultowe tytuły z czasów dzieciństwa. Oto nasze zestawienie, a w nim piętnaście filmów, które z pewnością umilą wam rodzinne wieczory. 

Filmy familijne to świetna rozrywka dla całej rodziny. Warto zatem nadrobić zaległości i poznać najlepsze produkcje spośród filmów dla całej rodziny, komedie z ostatnich lat lub po prostu odświeżyć sobie kultowe tytuły z czasów dzieciństwa. Oto nasze zestawienie zbierające komedie dla całej rodziny, a w nim piętnaście filmów na rodzinny wieczór, które z pewnością umilą wam wspólnie spędzany czas. 

"E.T." (reż. Steven Spielberg, 1982)

"E.T." to z pewnością jeden z najlepszych filmów w karierze Stevena Spielberga. Opowiada o tajemniczym kosmicie, który pozostawiony na Ziemi zaprzyjaźnia się z małym Elliottem. Choć film powstał prawie 40 lat temu, wciąż bawi i wzrusza kolejne pokolenia młodych widzów. Ten film rodzinny nagrodzono czterema Oscarami, a w jednej z głównych ról podziwiać możemy siedmioletnią Drew Barrymore.

https://www.youtube.com/watch?v=ZEYQvFNHH3M

"Był sobie pies" (reż. Lasse Hallström, 2017)

Jeśli szukacie filmów na rodzinny wieczór, które wyciśną z was morze łez, to właśnie znaleźliście odpowiednią propozycję. Szwedzki reżyser, Lasse Hallström jest wielkim miłośnikiem czworonogów. Udowodnił to w 2009 roku filmem "Mój przyjaciel Hachiko", a 8 lat później przejmującą ekranizacją książki W. Bruce'a Camerona. "Był sobie pies" to historia opowiedziana jest z perspektywy psa, który odnajduje sens istnienia, gdy niespodziewanie odradza się w kolejnym psim wcieleniu.

https://www.youtube.com/watch?v=wfkCBemxS34

"Moja dziewczyna" (reż. Howard Zieff, 1991)

Pomiędzy zdjęciami do "Kevina samego w domu", a "Kevina samego w Nowym Jorku" 11-letni Macaulay Culkin zagrał w "Mojej dziewczynie" u boku Anny Chlumsky. Film przedstawia historię dziewczynki, która wraz z początkiem wakacji wkracza w okres dojrzewania fizycznego i emocjonalnego. To idealny film dla całej rodziny - spodoba się zarówno młodym, jak i dorosłym widzom. Wzruszający i nostalgiczny.

https://www.youtube.com/watch?v=Fw_0XgLN814

"Zakręcony piątek" (reż. Mark Waters, 2003)

Wybuchowy duet - Jamie Lee Curtis i Lindsay Lohan w jednej z najzabawniejszych komedii familijnych początku XXI wieku. Pomiędzy przepracowaną matką, a jej nastoletnią córką nie ma nici porozumienia. Gdy niespodziewanie zamieniają się ciałami, zaczynają patrzeć na życie z innej perspektywy. Polecamy również oryginał tej komedii dla całej rodziny z 1976 roku, gdzie w główne role wcieliły się Barbara Harris i Jodie Foster.

https://www.youtube.com/watch?v=TSH2OSQ1q2A

Seria "Harry Potter" (reż. C. Columbus, A. Cuarón, M. Newell, D. Yates, 2001-2011)

"Harry Potter" to wybór oczywisty, jeśli chodzi o filmy rodzinne. Seria ośmiu filmów opowiadających o młodym czarodzieju powstała na podstawie powieści brytyjskiej pisarki J.K. Rowling i odniosła ogromny sukces komercyjny na całym świecie. Osią fabuły jest walka Harry'ego z największym czarnoksiężnikiem na świecie, Lordem Voldemortem. W główne role wcielili się Daniel Radcliffe, Rupert Grint i Emma Watson. Co ciekawe, za pierwsze dwie części odpowiedzialny jest Chris Columbus, reżyser filmów o Kevinie. Jednak niech was to nie zwiedzie - każda kolejna część tej serii filmów na rodzinne wieczory jest coraz mroczniejsza.

https://www.youtube.com/watch?v=9hXH0Ackz6w

"Zaczarowana" (reż. Kevin Lima, 2007)

W disnejowskim filmie "Zaczarowana", księżniczka Giselle zostaje wyrzucona z bajki przez złą królową. Z magicznej krainy trafia wprost na Manhattan, gdzie próbuje odnaleźć się w prawdziwym świecie. Produkcja jest w połowie filmem animowanym, w połowie fabularnym. W rolach głównych Amy Adams, Patrick Dempsey, Susan Sarandon, Timothy Spall i Idina Menzel.

https://www.youtube.com/watch?v=n15UKexKf4k

"Charlie i fabryka czekolady" (reż. Tim Burton, 2005)

Druga ekranizacja książki Roalda Dahla to wynik współpracy kultowego, aczkolwiek nieco ekscentrycznego hollywoodzkiego tria - reżysera Tima Burtona, aktora Johnny'ego Deppa i autora muzyki Danny'ego Elfamana. Film opowiada o ubogim chłopcu, który znajduje jeden z pięciu złotych biletów umożliwiających zwiedzenie ogromnej fabryki czekolady należącej do genialnego cukiernika, Willy'ego Wonki. Przed oglądaniem tego filmu rodzinnego naszykujcie słodkie przekąski - gwarantujemy, że w trakcie seansu nabierzecie na nie ochoty.

https://www.youtube.com/watch?v=9PixlWU4lOU

"Dr. Dolittle" (reż. Betty Thomas, 1998)

Ekranizacji książek o doktorze Dolittle powstało wiele. My w szczególności polecamy tę z 1998 roku z Eddiem Murphym w roli głównej. Film w reżyserii Betty Thomas jest luźną fantazją na temat powieści Hugh Loftinga, "Doktor Dolittle i jego zwierzęta". Ta komedia dla całej rodziny przedstawia życie weterynarza, który dowiaduje się, że umie rozmawiać ze zwierzętami. Nikt z jego otoczenia nie chce mu w to uwierzyć, z wyjątkiem jego córki.

https://www.youtube.com/watch?v=LWbtxG-jXMY

"Czy to ty, czy to ja" (reż. Andy Tennant, 1995)

"Czy to ty, czy to ja" to kultowy film familijny z połowy lat 90. Opowiada o losach pochodzącej z bogatej rodziny Alyssy i sieroty Amandy. Gdy dziewczynki odkrywają, że są do siebie bardzo podobne, wpadają na pomysł, aby zamienić się na jakiś czas miejscami. W rolach głównych uwielbiane przez amerykanów bliźniaczki Olsen - Mary-Kate i Ashley. Był to pierwszy kinowy film z ich udziałem (wspólnie zagrały w kilkunastu produkcjach), który świetnie wpisuje się w kanon komedii rodzinnych.

https://www.youtube.com/watch?v=yh1OH4NnLWQ

"Bella i Sebastian" (reż. Nicolas Vanier, 2013)

Ten francuski dramat to kolejny poruszający film opowiadający o niezwykłej przyjaźni człowieka ze zwierzęciem. Tym razem przenosimy się do roku 1943. Kiedy w jednej z alpejskich wiosek bezpański pies zabija owce, lokalny chłopiec postanawia ochronić zwierzaka przez zemstą mieszkańców. W 2015 roku powstała kontynuacja filmu pt. "Bella i Sebastian 2", a dwa lata później również "Bella i Sebastian 3". Wszystkie części gorąco polecamy jako wyjątkowe filmy na rodzinny wieczór.

https://www.youtube.com/watch?v=c6e4kTAz0aE

"Dzieciak" (reż. Jon Turteltaub, 2000)

Bruce Willis i produkcja Disneya? Przyznajcie, że nie spodziewaliście się takiego połączenia. A jednak! W 2000 roku w kinach pojawił się film familijny pt. "Dzieciak", gdzie aktor znany głównie z ról zabijaków zagrał nieszczęśliwego doradcę wizerunkowego, który spotyka ośmioletnią wersję samego siebie. Choć to również jedna z wielu komedii dla całej rodziny, polecamy ją w szczególności dorosłym. Dzięki niemu odkryjecie, jak ważne w życiu jest opiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem.

https://www.youtube.com/watch?v=7uOKGTmzCbg

"Sekretne życie zwierzaków domowych" (reż. Chris Renaud i Yarrow Cheney, 2016)

Zastanawialiście się kiedyś co robią wasi pupile, gdy wychodzicie do pracy lub do szkoły? Komedia dla całej rodziny "Sekretne życie zwierzaków domowych" rozwieje wszystkie wasze wątpliwości. Doskonała animacja wytwórni Universal Pictures to jeden z najlepszych filmów familijnych ostatniej dekady - przezabawny i pouczający. Niejednokrotnie puszcza też oko do starszej widowni.

https://www.youtube.com/watch?v=rgAue-jXmYs

Seria "Opowieści z Narnii" (reż. M. Apted, A. Anderson, 2005-2010)

"Lew, czarownica i stara szafa", "Książe Kaspian" i "Powrót wędrowca do świtu" to tytuły trzech filmów z serii "Opowieści z Narnii". Cykl od lat zachwyca zarówno młodszych, jak i starszych widzów. Produkcje powstały na podstawie powieści fantasy napisanych przez C.S. Lewisa. W rolach głównych Georgie Henley, William Moseley, Skandar Keynes, Anna Popplewell, a także fenomenalny duet - Tilda Swinton i James McAvoy.

https://www.youtube.com/watch?v=OgFEprAmVe0

"Mikołajek" (reż. Laurent Tirard, 2009)

Na "Przygodach Mikołajka" wychowało się już kilka pokoleń dzieci. Może to dobry czas, aby zapoznać z nim swoje pociechy? Francuska produkcja Laurenta Tirarda z 2009, uzupełniająca listę komedii rodzinnych, to roku to lekka i sympatyczna opowieść o chłopcu, który dowiadując się o narodzinach młodszego braciszka, postanawia opracować chytry plan pozbycia się niemowlaka. W polskiej wersji dubbingowej usłyszeć możemy Tomasza Kota i Agatę Kuleszę.

https://www.youtube.com/watch?v=IUn6n7PMkRw

"Paddington" (reż. Paul King, 2014)

Mały niedźwiadek w czerwonym kapeluszu i niebieskim ubranku szuka szczęścia w wielkim mieście. Któż nie zaopiekowałby się takim sympatycznym misiem siedzącym samotnie na wielkim dworcu kolejowym? Pewna rodzina bez wahania przygarnia uroczego niedźwiadka i odtąd nic już nie jest takie jak dawniej. W rolach głównych m.in. Julie Walters i Nicole Kidman. Film familijny powstał na podstawie serii książek dla dzieci autorstwa Michaela Bonda i doczekał się również kontynuacji – obie produkcje świetnie sprawdzą się jako komedie dla całej rodziny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Nomadland", McDormand, Hopkins - poznajcie laureatów tegorocznych Oscarów

Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Pierwsze w historii pandemiczne Oscary za nami. Kameralna gala rozdania najważniejszych nagród filmowych odbyła się dziś w nocy. Prezentujemy pełną listę tegorocznych zwycięzców. 

To była gala zupełnie inna niż wszystkie. Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. Uroczysta gala odbyła się równolegle w hollywoodzkim Dolby Theatre oraz na dworcu kolejowych Union Station w Los Angeles, oczywiście w reżimie sanitarnym. Ponadto, podobnie jak w latach ubiegłych, nie było jednego prowadzącego, a statuetki przekazywali laureatom zwycięzcy z zeszłego roku.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez The Academy (@theacademy)

W kwestii wyników było różnorodnie, jednak bez większych zaskoczeń, a wszelkie wcześniejsze przewidywania okazały się trafne. Najlepszym filmem okazał się "Nomadland" w reżyserii Chloé Zhao. Przejmująca historia 60-letniej kobiety, która po utracie całego dobytku życia rusza w świat w poszukiwaniu sezonowych prac, od wielu miesięcy wskazywana była przez krytyków i recenzentów jako faworyt tegorocznej gali. Film doceniono również statuetką dla reżyserki (to drugi przypadek w historii, kiedy Oscara w tej kategorii odebrała kobieta) oraz aktorki pierwszoplanowej. Tu nagrodę Akademii - trzecią w swojej karierze - otrzymała Frances McDormand, którą wyróżniono wcześniej za role w "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Odbierając statuetkę wygłosiła żywiołowe przemówienie. - Obejrzyjcie nasz film na największym możliwym ekranie, a pewnego dnia weźcie, wszystkich których znacie, zabierzcie ich do kina, tak aby w ramię w ramię siedzieć w ciemności i obejrzeć każdy film, który został tutaj przedstawiony - powiedziała ze sceny.

Najlepszym aktorem pierwszoplanowym okazał się natomiast Anthony Hopkins. W ten sposób stał się najstarszym zdobywcą Oscara w dziejach. 83-letni aktor nie pojawił się jednak na gali, a statuetkę za rolę w filmie "Ojciec" Floriana Zellera odebrał w jego imieniu Joaquin Phoenix, ubiegłoroczny laureat nagrody w tej kategorii. Co więcej, jest to drugi Oscar w w karierze Hopkinsa - poprzednio Akademia wyróżniła go za rolę w filmie "Milczenie owiec" (1991). Film "Ojciec" doceniony został także za scenariusz adaptowany.

Po raz kolejny okazało się również, że ilość nominacji nie koniecznie przekłada się na ostateczny wynik. Dziesięciokrotnie (sic!) nominowany "Mank" Davida Finchera opuścił galę z zaledwie dwoma statuetkami - za zdjęcia i scenografię. Podobnie jak filmy "Judas and the Black Messiah" i "Sound of Metal", które otrzymały po sześć nominacji. Poniżej prezentujemy pełną listę laureatów.

Oscary 2021 - pełna lista laureatów

Film: „Nomadland” Reżyser: Chloe Zhao („Nomadland”) Aktorka: Frances McDormand („Nomadland”) Aktor: Anthony Hopkins („Ojciec”) Aktorka drugoplanowa: Youn Yuh-jung ("Minari") Aktor drugoplanowy: Daniel Kaluyya („Judas and the Black Messiah”) Scenariusz oryginalny: „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” Scenariusz adaptowany: „Ojciec” Animacja: „Co w duszy gra” Film międzynarodowy: „Na rauszu” Dokument: „Czego nauczyła mnie ośmiornica” Zdjęcia: „Mank” Muzyka: „Co w duszy gra” Piosenka: „Fight For You” („Judas and the Black Messiah”) Efekty specjalne: „Tenet” Charakteryzacja: „Ma Rainey: Matka bluesa” Scenografia: „Mank” Kostiumy: „Ma Rainey: Matka bluesa” Montaż: „Sound of Metal” Dźwięk: „Sound of Metal” Film krótkometrażowy: „Two Distant Strangers” Krótkometrażowy dokument: „Colette” Krótkometrażowa animacja: „Jakby coś, kocham was”

  1. Kultura

Frances McDormand. Niech żyje normalność

- Nie jestem typem okładkowym - wyznaje Frances McDormand. Aktorka unika sesji zdjęciowych i woli, aby dziennikarze ilustrowali materiały o niej kadrami z filmów. Na zdjęciu: na planie nominowanego do Oscara dramatu
- Nie jestem typem okładkowym - wyznaje Frances McDormand. Aktorka unika sesji zdjęciowych i woli, aby dziennikarze ilustrowali materiały o niej kadrami z filmów. Na zdjęciu: na planie nominowanego do Oscara dramatu "Nomadland". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Ma talent, charyzmę i własne zdanie, którego konsekwentnie się trzyma. Nominowana do Oscara Frances McDormand nieustannie inspiruje i zachwyca. Jej wyjątkowość polega na tym, że jest całkowicie zwyczajna, na ekranie natomiast - staje się nadzwyczajna. A to naprawdę rzadko spotykane, szczególnie w Fabryce Snów.

Zacznijmy od tego: Frances McDormand NIE JEST gwiazdą. Na pewno nie taką, która wpisuje się w hollywoodzkie wzorce i wymogi. Nie pojawia się na okładkach kolorowych magazynów, praktycznie nie udziela wywiadów, nie jest bohaterką skandali ani kimś, o kim się plotkuje. Nie znajdziemy jej nawet w mediach społecznościowych. Konsekwentnie odmawia rozdawania autografów i nie pozuje do selfie ("nie po to zostałam aktorką, żeby robiono mi zdjęcia" - podkreśla). Nie ubiera się u projektantów, nie jest twarzą znanych marek, nie nosi makijażu, ani nie robi operacji plastycznych. Jednak biorąc pod uwagę talent - jest gwiazdą pierwszoligową, świecącą jaśniej niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.

Pochwała normalności

Zrobiła zawrotną karierę, którą zbudowała nie na wyglądzie seksbomby i skandalach, lecz talencie i charakterze. W filmografii Frances McDormand widnieje ponad 60 tytułów, a to całkiem pokaźny dorobek artystyczny. Jej półki natomiast wręcz uginają się pod ciężarem nagród, których ma około 70, w tym Potrójną Aktorską Koronę, czyli Oscara (za film "Fargo"), Emmy (za miniserial "Olive Kitteridge") i Tony (za spektakl "Good People"). Takim osiągnięciem mogą pochwalić się tylko nieliczni, m.in. Maggie Smith, Jessica Lange, Al Pacino, Jeremy Irons i Geoffrey Rush. Doskonale zna swoje miejsce w branży, ale jest też świadoma tego kim jest, jak wygląda i czego potrzebuje. - Jestem aktorką charakterystyczną i to jest moja przewaga. Nie muszę się prężyć, napinać, specjalnie walczyć o wygląd i tego typu sprawy. Nie potrzebuję też ciągłych hołdów, komplementów, nie mam w sobie potrzeby akceptacji, potwierdzania własnej wartości, w tym sensie nie jestem chyba aktorką, bo przecież aktorstwo rzekomo tym się karmi. Ja nie muszę. Ja jestem najedzona - mówi o sobie.

Rozkręcać się i święcić największe triumfy zaczęła dopiero, gdy osiągnęła dojrzałość, a ostatnie lata należą do najlepszych w jej karierze. Dziś ma 63 lat, dwa Oscary na koncie (za "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri") i wcale nie zamierza zwalniać tempa. Trzecią statuetkę ma szansę zdobyć za kreację w filmie "Nomadland"W czym zatem tkwi jej sekret? Jest zwyczajna, taka jak my, a mimo wszystko jedyna w swoim rodzaju. I choć osiągnęła aktorski prestiż, sukces nie zawrócił jej w głowie. Zawsze zachowuje profesjonalizm i szacunek do wykonywanego zawodu. Poza tym, nic więcej nie musi robić. Wystarczy, że skupia się na swojej pracy i stara się wykonywać ją jak najlepiej potrafi. Po zejściu z planu filmowego wraca do normalnego życia - sprząta, gotuje, ogląda filmy, czyta książki. Trudno jej nie podziwiać.

https://www.youtube.com/watch?v=mRuj-HbTY6Q

Życie wypisane na twarzy

– Byłam za stara, za młoda, za gruba, za chuda, za wysoka, za niska, za blond, za ciemna, ale wiedziałam, że pewnego dnia będą potrzebowali kogoś innego. I postanowiłam być naprawdę dobra właśnie w tym: w byciu kimś innym – zdradziła w rozmowie z „New York Timesem”. Frances McDormand od lat podąża własną drogą wybierając nietypowe wyzwania aktorskie, dzięki którym może pokazać na czym polega prawdziwa siła kobiet. - Moje role są w zasadzie podobne do siebie. Podobne pod tym względem, że pokazuję bohaterki, które są, uogólnijmy to, niehollywoodzkie - podkreśla. Najczęściej gra postacie mocno stąpające po ziemi, mające własne zdanie i niedbające o opinię innych. Swoimi kreacjami pokazuje nam, że jest dokładnie taka jak my. Miewa złe dni, gorsze momenty. Bywa wkurzona, zmęczona, czasem zapłacze. To właśnie najbardziej zbliża ją do widza.

Ma tupet i zawsze buntuje się przeciwko temu, co próbowano jej narzucać. Jeśli na coś nie ma ochoty, po prostu tego nie robi. Gdy zaczynała karierę, jeden z agentów castingowych powiedział jej, że powinna nosić makijaż i nauczyć się chodzić w szpilkach. Co na to Frances? „No way!”. Do dziś robi to tylko wtedy, kiedy musi. Nawet odbierając nagrody czy promując filmy na festiwalach nie jest pomalowana. Ceni naturalność, bo chce, aby na jej twarzy było widać całą gamę emocji: smutek, radość, wstyd, uśmiech. – To jestem ja. Tak obudziłam się z rana. Tak wyglądam. Na twarzy wypisane jest twoje życie – mówi.

Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa 'mapą'. Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe) Zarówno w życiu, jak i w filmie Frances McDormand wybiera naturalność i autentyczność. Nie przepada za makijażem, a swoją twarz nazywa "mapą". Nie zależy jej też na tym, aby za wszelką cenę zachować wieczną młodość. (Fot. materiały prasowe)

– Piękno to także niezależność, własne poglądy, to czar, niewynikający z tak zwanych kobiecych atrybutów, ale z godności, świadomości, oczytania – wyznaje. Nie ubiera się też u topowych projektantów. Na co dzień preferuje szeroko pojęty normcore – wygodną odzież, która ma być komfortowa, a nie efektowna. Nosi więc to, co lubi i w czym czuje się dobrze. Najczęściej są to luźne dżinsy, bawełniana koszulka, workowata tunika i trampki. Gdy trafiła na listę najlepiej ubranych kobiet w show-biznesie uznała to za „dziwny, choć umiarkowanie udany żart". Jej wybory są często nieco ekscentryczne i mało gustowne, ale czy to ważne, jeśli ma się taki talent?

W poszukiwaniu kształtu

Frances przyszła na świat w 1957 roku w Chicago jako dziecko samotnej matki. Można się zatem domyśleć, że jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych – nigdy nie poznała biologicznych rodziców, a gdy miała rok została adoptowana przez parę Kanadyjczyków: pastora protestanckiego Kościoła Chrystusowego Vernona McDormanda i jego żonę, pielęgniarkę i recepcjonistkę Noreen. To oni nadali jej imiona Frances Louise (urodziła się jako Cynthia Ann Smith) i wychowali na przedmieściach Pittsburga.

Jako nastolatka uwielbiała czytać i grać w szkolnych przedstawieniach. Wtedy właśnie zainteresowała się aktorstwem. Później były kolejne amatorskie występy i decyzja o studiach w Yale School of Drama, gdzie zdobyła prawdziwe doświadczenie sceniczne. Długo nie musiała czekać, aby móc je w pełni wykorzystać. Pierwsze okazje pojawiły się tuż po odebraniu dyplomu. Najpierw zaczęła grywać na deskach teatru, z którym zresztą związana jest do dziś, a następnie wzięła udział w nowojorskim castingu do neo-noirowego kryminału "Śmiertelnie proste" (1984) w reżyserii debiutujących braci Coen, Joela i Ethana. Był to kawał mocnego i bezkompromisowego kina, które trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. McDormand, choć nigdy wcześniej nie stała przed kamerą, postanowiła zaryzykować. Jak się później okazało – słusznie, bo wywarła bardzo dobre wrażenie.

Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum) Pierwotnie w roli Abby bracia Coen widzieli Holly Hunter, z którą McDormand dzieliła akademik na studiach. Ta stwierdziła jednak, że Frances bardziej pasuje do roli i poleciła ją reżyserom. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/ Forum)

Gdy zaproszono ją na kolejną próbę tekstu, tym razem z innymi aktorami, ku zaskoczeniu filmowców odpowiedziała, że nie może, bo jej chłopak gra w operze mydlanej i musi zobaczyć, jak sobie poradził. - Nikt tak nie mówi, gdy stara się o pracę – zauważył słusznie Joel. – Ale uznaliśmy, że to jest właśnie ktoś, kogo potrzebujemy - dodał. Całe szczęście udało się umówić na inny termin. I tak Frances zagrała Abby, niewierną żonę głównego bohatera. Chociaż można odnieść wrażenie, że wcale nie grała. Po prostu była obecna na ekranie. Jednak to właśnie tę obecność najbardziej zapamiętano. Frances nie musi robić wiele, by zachwycać. Wystarczy, że jest. I to stanowi jej największą siłę.

Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że uzdolnieni bracia Coen staną się ważnym odnośnikiem nie tylko w karierze, ale przede wszystkim w życiu osobistym McDormand. Dla starszego z nich, Joela, Frances zostawiła chłopaka z telenoweli, natomiast przyjaźń, która zrodziła się między nimi na planie szybko przekształciła się w związek, a następnie trwające do dziś małżeństwo. Tak zaczęła się ich wspólna droga. W 1995 roku adoptowali chłopca z Paragwaju, zamieszkali na Manhattanie, a dziś żyją spokojnie na prowincji, z dala od blasku fleszy, ponad wszystko ceniąc sobie prywatność.

Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum) Frances McDormand i Joel Coen są małżeństwem od 1984 roku, żyją z dala od Hollywood i wiodą całkiem normalne życie. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)

Po roli w filmie "Śmiertelnie proste" kariera McDormand nabrała rozpędu. Na horyzoncie pojawiły się kolejne ciekawe wyzwania – filmowe, ale i telewizyjne. Drugoplanowe role w serialach „Posterunek przy Hill Street” czy „Strefa mroku” nie zaspokajały jednak apetytu Frances, która ciągle szukała czegoś innego, wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju. W końcu zauważył ją Alan Parker. Za rolę maltretowanej żony brutalnego szeryfa w jego głośnym filmie „Missisipi w ogniu” (1988) McDormand otrzymała pierwszą nominację do Oscara. Kolejne dwie zapewniły jej kreacje w filmach "U progu sławy" (2000) i "Daleka północ" (2005). Szerokie pole do popisu dawała jej również dalsza współpraca zawodowa z mężem, który przyznaje, że zawsze pisze scenariusze z myślą o żonie. Ta wydawałoby się komfortowa sytuacja nie gwarantuje jednak aktorce głównych ról, czego najlepszym przykładem są filmy „Arizona Junior” (1987) czy „Ścieżka strachu” (1990). I choć Frances wystąpiła w wielu filmach braci Coen, to najważniejsze w swojej karierze role - zwłaszcza w ostatnich latach - stworzyła u innych twórców, a umiejętne korzystanie z przywileju bycia żoną znanego reżysera sprawiło, że nigdy nie dała się zaszufladkować jako aktorka grająca tylko u męża.

Szukając swojego kształtu i miejsca w aktorstwie zaliczyła kilka mniej udanych występów. Oczy otworzyła jej rola w krwawej komedii kryminalnej "Fargo" (1996). Od teraz doskonale wiedziała jaka ma być. Wyrazista kreacja Marge Gunderson, nieustępliwej ciężarnej policjantki, zapewniła jej pierwszego Oscara. Co ciekawe, McDormand wcale nie gra tam pierwszych skrzypiec. Mimo to, jej postać jest tak charyzmatyczna, że dziennikarze i fani do dziś pytają ją o „Fargo”. – Przynajmniej trzy razy w tygodniu ktoś na ulicy podchodzi do mnie i opowiada o "Fargo" albo, przechodząc obok, powtarza dialogi – zdradziła McDormand w 2014 roku na antenie radia PRI. Mimo to, kojarzenie z jedną postacią zupełnie jej nie przeszkadza.

Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum) Rola ciężarnej policjantki Marge w filmie braci Coen przyniosła Frances McDormand pierwszego Oscara. (Fot. RDA/Rue des Archives/Forum)

Kobiety też potrafią namieszać

Niewątpliwym przełomem w jej karierze okazał się miniserial "Olive Kitteridge" (2014) w reżyserii Lisy Cholodenko. Zrealizowany na podstawie nagrodzonej Pulitzerem prozy Elisabeth Strout obraz zachwycił krytykę i widzów. Frances zagrała w nim skromną emerytowaną nauczycielkę matematyki, która znajduje się na duchowym bezdrożu – boryka się z depresją, codziennością i własnymi emocjami. Mąż aktorki, Joel Coen, zdefiniował tę postać jako „żeński odpowiednik Brudnego Harry’ego”.

Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe) Miniserial HBO „Olive Kitteridge” udowodnił, że dojrzałe kobiety też potrafią wywołać wiele zamieszania w branży filmowej. (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego serial okazał się przełomem? Zafascynowana bez reszty powieścią Strout McDormand nabyła do niej prawa filmowe i po raz pierwszy w karierze spróbowała swoich sił jako producentka. Projektem szybko zainteresowała się scenarzystka Jane Anderson, reżyserka Lisa Cholodenko, z którą Frances pracowała przy filmie "Na wzgórzach Hollywood" (2002), a także stacja HBO. Później poszło z górki. W efekcie serial wyróżniono licznymi nagrodami – łącznie było ich około 30. Jednak to nie trofea mają tu największe znaczenie. "Olive Kitteridge” dowiódł przede wszystkim, że widzowie nie tylko uwielbiają dojrzałe bohaterki, ale też doceniają produkcje, które traktują je w normalny, ludzki sposób. A to wielki krok ku zmianie postrzegania kobiet w kinie. Niedługo po premierze serialu sama Frances ogłosiła publicznie, że nie chce już grać kobiet będących jedynie ozdobnikami facetów. Teraz szuka postaci samodzielnych i niezależnych. Najlepiej głównych ról. "Tych drugoplanowych nagrałam się już wystarczająco" - oznajmiła. Wkrótce jej życzenie się spełniło.

Ważną postacią dla Frances okazała się Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri" (2017) Martina McDonagha. Film opowiada o wciekłej z rozpaczy samotnej matce, która po tragicznej śmierci córki decyduje się zawalczyć o sprawiedliwość. Bezradna kobieta postanawia tak długo prześladować lokalną policję, aż ta znajdzie gwałciciela i mordercę jej dziecka. Wynajmuje tytułowe billboardy i umieszcza na nich napisy mające nakłonić policjantów do większego zaangażowania w sprawę. – Pokochałam ten scenariusz po pierwszym czytaniu – wspomina Frances. – Mildred jest niesamowita – dodaje. Widzowie też ją polubili, choć wcale nie była kochana i sympatyczna.

Mildred Hayes z 'Trzech billboardów za Ebbing, Missour' to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum) Mildred Hayes z "Trzech billboardów za Ebbing, Missour" to jedna z najciekawszych kobiecych bohaterek we współczesnym kinie. (Fot. Fox Searchlight/Planet/Forum)

Kreacja zapewniła aktorce drugiego Oscara. Odbierając nagrodę Frances wygłosiła płomienną mowę: "Chciałabym, żeby wszystkie nominowane dziś kobiety wstały. Panie i panowie, pamiętajcie o nas, zapraszajcie nas do swoich biur i rozmawiajcie z nami o finansowaniu naszych projektów". Rola przyniosła jej również Złoty Glob, nagrodę BAFTA oraz mnóstwo innych statuetek przyznawanych przez amerykańskie stowarzyszenia krytyków i recenzentów.

https://www.youtube.com/watch?v=4gU6CpQk6BE

Wciąż na fali

Typowany jako faworyt tegorocznych Oscarów dramat „Nomadland” powstał tak naprawdę dzięki Frances McDormand. Aktorka nie tylko zagrała w nim główną rolę, ale również dołożyła swoją cegiełkę jako współproducentka. A wszystko zaczęło się od głośnego reportażu literackiego Jessiki Bruder. Autorka spisała w nim historie ludzi, którzy określają się mianem „bezmiejscowych”. W wyniku ekonomicznej zapaści większość z nich straciło cały dorobek życia i zamieszkało w kamperach, które odtąd stały się ich nowym domem. – Zakochałam się w tej książce, a ponieważ od dawna przygotowywałam się do myśli, że chcę również produkować filmy, ruszyłam do boju – wyznaje aktorka. Pierwszym krokiem było znalezienie reżysera, a w zasadzie reżyserki (Frances bardzo zależało na tym, aby była to kobieta). Wybór padł na pochodzącą z Chin Chloé Zhao, która nie tylko podjęła się wyreżyserowania filmu, ale przygotowała też scenariusz, a nawet zaangażowała się w produkcję i montaż.

Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu 'Nomadland'. (Fot. BEW Photo) Chloé Zhao i Frances McDormand na planie nominowanego do Oscara filmu "Nomadland". (Fot. BEW Photo)

McDormand zagrała w nim 60-letnią Fern, która zmuszona jest opuścić rodzinną Nevadę, gdy zamknięta zostaje fabryka płyt gipsowych, jedyna szansa na pracę dla ludzi w jej wieku. Bohaterka nie zastanawiając się długo, pakuje cały dobytek do starego vana, i rusza w trasę w poszukiwaniu sezonowych prac. Na szlaku poznaje ludzi takich jak ona - współczesnych nomadów, którzy uczą Fern jak żyć w pozbawionej najprostszych wygód rzeczywistości. Co ważne, w ich rolę wcielili się autentyczni bohaterowie książki Bruder.

Film okazał się strzałem w dziesiątkę. Złoty Lew w Wenecji, nagroda publiczności w Toronto, później kolejne wyróżnienia, nominacje i nagrody. Na brawa zasługują oczywiście doskonały scenariusz i znakomita reżyseria, jednak najbardziej zachwyca tu Frances McDormand, przed którą kolejna szansa na Oscara. Jeśli go zdobędzie, co według krytyków jest w zasadzie pewne, będzie to trzecia statuetka Akademii Filmowej w jej karierze, a sama aktorka wyrówna wynik Meryl Streep, Jacka Nicholsona, Daniela Day-Lewisa, Ingrid Bergman i Waltera Brennana. To chyba najlepiej świadczy o tym, że 63-letnia Fran jest wciąż na fali.

  1. Kultura

Nowa platforma VOD z klasyką kina - kuratorem Tomasz Raczek

W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela
W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia" z Catherine Deneuve w roli głównej. (Fot. Paris Film/Entertainment Pictures/Forum)
Kinomaniacy czekali na taki serwis od dawna. W ubiegłym tygodniu ruszyła nowa platforma VOD Entclick, na której obejrzymy zrekonstruowane cyfrowo klasyki kina z lat 70., 80, i 90. O selekcję kultowych tytułów zadba kurator serwisu Tomasz Raczek.

Kultowe filmy, legendarni twórcy, wielcy aktorzy i autentyczne emocje. Nowy serwis VOD Entclick to wyspa prawdziwej filmowej rozrywki - znajdziemy tam całą masę klasycznych tytułów z lat 70., 80. i 90. Świeżo uruchomiona platforma zachwyca jednak nie tylko wyszukanym repertuarem, ale również jakością udostępnianych filmów (każdy z nich obejrzeć można w technologii HD i 4K). Na premierową ofertę serwisu składa się aż 50 kultowych pozycji, jednak z każdym tygodniem będzie ona uaktualniana o pięć nowych tytułów - część z nich będzie dostępna jedynie w Entclick.

Kuratorem serwisu został Tomasz Raczek. "Jako kurator Entclicka będę uważnie dobierał kolejne licencje. Nasza oferta skierowana jest do osób z wyrobionym gustem filmowym. To miejsce, które szanuje czas i nie zmusza do scrollowania w nadziei na znalezienie czegoś wartościowego. Czuję, że "Perły z lamusa" wracają! Wiem, co powiedziałby teraz Zygmunt Kałużyński: Szkoda, że tego nie dożyłem!" – mówi Tomasz Raczek.

"Entclick.com jest miejscem dla miłośników rasowego kina arthousowego, szukających nowych doznań artystycznych. Miejscem dla fanów klasycznych obrazów w doskonałej jakości, szukających treści do tej pory trudno dostępnych. Serwis jest odpowiedzią na poszukiwania czegoś więcej niż tylko filmu jako "zapełniacza" wieczoru" – dodaje właściciel serwisu Jacek Bednarz.

https://www.youtube.com/watch?v=OYB02rqWSSY

Oferta platformy podzielona została na pięć kategorii. "Alfabet zbrodni" to zbiór filmów o detektywach, bandytach i seryjnych mordercach. "Mistrzowie kampu" z kolei gromadzą produkcje tak złe, że aż dobre. Kategoria "W szponach zła" zaprasza na spotkanie z kinem grozy, natomiast "Ludzkie historie" przedstawią emocjonujące tytuły, które poruszą nawet najtwardszych widzów. Znalazło się miejsce również na autorską kategorię Tomasza Raczka, "Tomasz Raczek poleca". Na dobry początek kurator serwisu wybrał kultowy debiut braci Coen - "Śmiertelnie proste" oraz legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia".

Wśród 50 pozycji dostępnych na platformie znajdziemy również takie tytuły jak: "Pogarda" Jeana-Luca Godarda, "Czerwony smok" Michaela Manna, "Mgła" Johna Carpentera, "Harry Angel" Alana Parkera, "Producenci" Mela Brooksa, "Widmo wolności" Luisa Bunuela oraz "Ran" Akiry Kurosawy. W ofercie nie brakuje też produkcji z udziałem największych gwiazd ekranu: Sylvestra Stallone ("Osadzony"), Ala Pacino ("Serpico"), Arnolda Schwarzeneggera ("Czerwona gorączka"), Louisa de Funesa ("Wielkie wakacje"), Christophera Lamberta ("Nieśmiertelny"), Mickey'a Rourke ("Przystojniak"), Alaina Delona ("Glina"). Każdy tytuł dostępny jest z polskojęzycznymi napisami. Cena wypożyczenia filmu na 3 dni wynosi 10 zł.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację? Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca? Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie "Ojciec" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać? Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie. No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje? I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć? Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana? Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala? Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach? Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne? Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda? Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości. Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) "Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga? Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym? Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.

  1. Kultura

Najlepsze włoskie filmy: komedie i romantyczne. Nasz ranking

Trudno wybrać najlepsze włoskie filmy, szczególnie jeśli mają to być komedie. Większość z nich ogląda się z uśmiechem i uczuciem sympatii. Na zdjęciu kadr z filmu „Terapia sercowa” z Tonim Servillo (fot. materiały prasowe Kino Świat)
Trudno wybrać najlepsze włoskie filmy, szczególnie jeśli mają to być komedie. Większość z nich ogląda się z uśmiechem i uczuciem sympatii. Na zdjęciu kadr z filmu „Terapia sercowa” z Tonim Servillo (fot. materiały prasowe Kino Świat)
„Komedia po włosku” (Commedia all'italiana) to włoski gatunek filmowy, który powstał na przełomie lat 50. i 60. XX w. Za tym określeniem kryje się kilkanaście lat, we włoskim przemyśle filmowym, obfitujących w dobre produkcje. Włoskie komedie z tego okresu były najczęściej satyrą na trudne kwestie społeczne. Nie nabierajmy się jednak na ten „uśmiech” przepełniony groteską. Niezależnie od tego, czy porusza wątek romantyczny, miłosny, czy polityczny, włoskie kino komediowe zawsze okraszone jest pewną dawką smutku i goryczy. I na tym właśnie polega jego urok. Warto dodać, że ta komediowa tradycja została ponownie ożywiona w ostatniej dekadzie.

„Komedia po włosku” (Commedia all'italiana) to włoski gatunek filmowy, który powstał na przełomie lat 50. i 60. XX w. Za tym określeniem kryje się kilkanaście lat, we włoskim przemyśle filmowym, obfitujących w dobre produkcje. Włoskie komedie z tego okresu były najczęściej satyrą na trudne kwestie społeczne. Nie nabierajmy się jednak na ten „uśmiech” przepełniony groteską. Niezależnie od tego, czy porusza wątek romantyczny, miłosny, czy polityczny, włoskie kino komediowe zawsze okraszone jest pewną dawką smutku i goryczy. I na tym właśnie polega jego urok. Warto dodać, że ta komediowa tradycja została ponownie ożywiona w ostatniej dekadzie.

Włoskie komedie swój okres świetności miały w latach 60. XX w. W Polsce, poza pewnymi wyjątkami, były raczej mało znane. Do tych wyjątków zaliczyć można takie filmy jak „Rozwód po włosku” z Marcello Mastroiannim, „Wczoraj, dziś, jutro” z Sophią Loren, czy kultowy komediodramat „Amici miei” (już z lat 70.). Trzeba przyznać, że włoskie kino komediowe, mimo upływu lat, zachowało swój własny, niepowtarzalny styl. To, co wyróżnia włoskie komedie to różnorodność podejmowanych tematów. Ich twórcy nie popadają w schematy i rozśmieszają widza na wiele (inteligentnych) sposobów.

Poniżej przegląd filmów (10 tytułów) komediowych i komediowo – romantycznych z ostatnich lat, które dostępne są w wersji z polskimi napisami:

„Terapia sercowa” („Lasciati andare”)

Jeśli marzą nam się włoskie komedie w dobrym wydaniu to ten film rozśmiesza „z klasą”. Nie odrywa od rzeczywistości, ale odpręża. Sam reżyser Francesco Pio Amato zaznacza, że projekt narodził się z „chęci zrobienia genialnego filmu o zderzeniu ciała z umysłem”. Warto ten film zobaczyć choćby dla roli Tony Servillo. Znany z oscarowego „Wielkiego piękna” aktor po raz pierwszy w filmie wciela się w rolę komediową (choć talent komediowy ma we krwi, o czym świadczą jego kreacje teatralne). Servillo podkreślał, że Francesco Amato i Francesco Bruni w scenariuszu wycięli dla mnie tę rolę z pewnymi cechami pedanterii, obsesyjności, nudy, w których czuję się całkiem dobrze... (źródło: „La Repubblica”). Grany przez aktora bohater, Elia Venezia, jest psychoanalitykiem stroniącym od ludzi. Również z byłą żoną żyje na dystans (choć jest o nią zazdrosny). I pewnie kontynuowałby życie w tym „zamknięciu” i zawieszeniu, gdyby nie problemy zdrowotne, które zmuszają go do diety i uprawiania sportu. Elio zatrudnia więc młodą, zabawną i ekscentryczną trenerkę personalną o imieniu Claudia. Ta znajomość to początek wspaniałej przygody i przyjaźni, a przede wszystkim sposób na odzyskanie radości z życia (w końcu oryginalny tytuł „Lasciati andare” tłumaczy się z włoskiego jako „Rozluźnij się”).

Do obejrzenia na Chili.com lub Vod.pl

„Jak bóg da” („Se Dio vuole”)

Tommaso De Luca, cieszący się dobrą sławą chirurg i zagorzały ateista podejrzewa, że jego syn Andrea jest homoseksualistą. Pewnego dnia syn informuje go, że chciałby porozmawiać z rodziną i coś ważnego im zakomunikować. Przekonany o swoich racjach (odnośnie orientacji syna) Tommaso zwołuje rodzinę i uprzedza ich, aby zachowali się podczas tego wyznania „właściwie”. Kiedy Andrea staje przed nimi wszyscy są już gotowi na jego „coming out”. Jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu bliskich, oznajmia on, że poczuł powołanie i zamierza zostać… księdzem. I tu zaczyna się prawdziwa akcja. Zdesperowany ojciec postanawia wytropić charyzmatycznego księdza, który zaszczepił w jego synu ten „absurdalny” pomysł. Zatrudnia się więc w małym kościele jako osoba, która pragnie wspomóc jego remont. Nawiązuje w ten sposób kontakt z młodym księdzem (don Pietro). Ba, nawet się z nim zaprzyjaźnia... Film nie tylko pełen jest śmiesznych scen i ciepłych rozmów. W pewnym momencie pojawiają się dość niespodziewane wypadki, które zmuszają głównego bohatera do refleksji. Zabawną i sentymentalną włoską komedię szczególnie można polecić na święta, tym bardziej, że dotyczy kwestii wiary i podejścia do niej. Warto zaznaczyć, że Marco Giallini (Tommaso) to jeden z czołowych aktorów komediowych współczesnego kina włoskiego.

Do obejrzenia na Chili.com

„Ciao Italia!”

Włoskie komedie kojarzą się niektórym z oscarowym „Życie jest piękne” – do tego właśnie klimatu nawiązuje „Ciao Italia”. Czas wojny mamy tu jednak w innym ujęciu – amerykańsko-sycylijskim. Jest rok 1943. Włoski imigrant z Nowego Jorku (Arturo) zakochuje się w swojej rodaczce. Niestety, dziewczyna powiązana jest z sycylijską mafią. Wuj Flory obiecał jej rękę synowi szefa mafii. Zakochany Arturo gotów jest jednak pokonać przeszkody, które stoją na drodze ich wielkiej miłości. Chcąc skłonić rodzinę Flory do zmiany decyzji, wstępuje do amerykańskiej armii i razem z wojskiem udaje się na Sycylię, gdzie mieszka jej rodzina. Całą wojenną historię i sprawy mafijne obserwujemy przez bajkowy filtr. Humor rodzi się tutaj m.in. z obserwacji zderzenia kultur, jednej bardziej tradycyjnej, drugiej bardziej progresywnej. Ciepła, zabawna i wzruszająca komedia polecana jest dla całej rodziny.

Do obejrzenia na Vod.pl

„Nadmiar łaski” („Troppa Grazia”)

Lucia jest inspektorką nadzoru. Jej delikatność nie współgra jednak z rzeczywistością wokół niej, a także z osobami, z którymi na co dzień ma do czynienia. W dodatku małżeństwo Lucii również przechodzi kryzys i mąż opuszcza dom. Można się domyślać, że bohaterka nie podjęłaby żadnych radykalnych działań i zmian, gdyby nie to, że niespodziewanie zaczyna jej się ukazywać Matka Boska (co ciekawe, łączy ona ten fakt z metafizycznymi zdarzeniami z okresu wczesnego dzieciństwa). Ta szczególna łaska zaczyna wywracać jej świat, a przy okazji otoczenie, w którym żyje, do góry nogami. Ukazująca się Lucii Matka Boska, mimo spokoju i łagodności, „wie czego chce”. Kim jest widziana przez Lucię postać? Warto się przekonać. Tym bardziej, że film został w Cannes wyróżniony nagrodą Europa Cinemas Label dla najlepszego filmu europejskiego.

Do obejrzenia na Vod.pl

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie („Perfetti sconosciuti”)

Włoskie komedie z Kasią Smutniak to żadna nowość. Ta jednak była jedną z pierwszych, więc było o niej głośno także w Polsce. Jeśli ktoś jeszcze jej nie widział to warto, choćby ze względu na grę aktorów.

Co by się stało, gdybyśmy podczas kolacji z najlepszymi przyjaciółmi wymienili się telefonami i podsłuchali, jakie każdy z nas ma sekrety? No właśnie, może lepiej tego nie wiedzieć… Znana komedia z Kasią Smutniak (w roli głównej) porusza temat prawdziwej przyjaźni, prawdy, słabości, tolerancji i prywatności. Trzeba tu zaznaczyć, że aktorka polskiego pochodzenia wcale nie wciela się w tym filmie w pozytywną rolę. Grana przez nią bohaterka (Eva) zaprasza, wraz z mężem, przyjaciół na kolację. Założenie jest takie, że będą celebrować spotkanie i cieszyć się wspólnym wieczorem. Początkowo wszystko przebiega w miłej atmosferze. Eva wymyśla jednak towarzyską zabawę, której konsekwencji, jak się okazuje, sama nie jest w stanie udźwignąć. Niewątpliwie każdy z bohaterów zmuszony będzie skonfrontować się z trudną prawdą o sobie, swoich przyjaciołach i relacjach. Postacią, która jest w tym filmie ostoją spokoju i zdrowego rozsądku i która nie ma tak naprawdę nic do ukrycia, jest mąż Evy (grany przez Marco Giallini).

Do obejrzenia na Vod.pl

„Żona czy mąż?” („Moglie e marito”)

Typowy motyw jak z kultowej, amerykańskiej komedii „Vice Versa”, jednak w innym, małżeńskim wydaniu. Andrea, zdolny neurochirurg, pochłonięty jest niemal bez reszty nauką. Razem z żoną Sofią (graną przez Kasię Smutniak) prowadzą raczej osobne życie. Sofia, też zaabsorbowana swoimi ambicjami, pracuje jako prezenterka w telewizji. Ich życie małżeńskie toczy się więc swoim torem... do momentu aż kochający eksperymenty Andrea postanawia wypróbować, z udziałem żony, jeden ze swoich pomysłów. Niestety, eksperyment okazuje się niezbyt udany i Andrea wraz z żoną zamieniają się ciałami. Teraz pozostaje im odnaleźć się w nowej, nieznanej rzeczywistości. Andrea (grany już przez Kasię Smutniak) odkrywa więc wszystkie aspekty bycia kobietą: trudności, wyzwania (w tym modowo – ubraniowe), a także życie seksualne z innej perspektywy (te głębsze doznania nawet by go przekonały do zmiany roli na stałe). Małżeństwo, w którym każde z partnerów skupione było na własnej pracy i karierze, dostaje przymusową lekcję empatii. Przy okazji odkrywają też różne swoje sekrety...

Do obejrzenia na Vod.pl

„Viva l’Italia”

Satyra na współczesne Włochy (i nie tylko): na zakłamanych polityków, umiłowanie do tandetnej rozrywki, załatwianie wszystkiego „po znajomości”. Nadto wielowątkowa, ale dynamiczna. Przede wszystkim gorzka, tak samo jak gorzka może być prawda. To właściwie prawdę można uznać za głównego „bohatera” tego filmu. A prawdę głosi… polityk. Pewien znany poseł Michele Spagnolo, będący już w starszym wieku, podczas wizyty u prostytutki dostaje ataku, po którym pozostają mu pewne zmiany w mózgu… zespół Tourette’a to mały problem w porównaniu z jego przypadłością. On, niegdyś „szczwany lis”, zaczyna mówić prawdę, każdemu, bez wyjątku, w każdych okolicznościach. Nie ma najdrobniejszych zahamowań. Ani względem dzieci, ani względem żony (która go zostawia), ani polityków (tutaj też relacje ulegają „rozluźnieniu”). Z prawdą muszą zmierzyć się wszyscy bohaterowie filmu, a przede wszystkim dorosłe dzieci posła: córka, która jest niskiej klasy aktorką/ celebrytką, syn nieudacznik (typ „poczciwego durnia”) i syn zbuntowany, będący młodym lekarzem ze wzniosłymi ideałami, ale patrzący na bliskich z góry. Mamy tu pełen przekrój włoskich archetypów. Rodzeństwo, które raczej nie utrzymywało ze sobą kontaktów, zmuszone jest zjednoczyć się wokół ojca, rzekomo wymagającego opieki. Wydawałoby się, że cała trójka jest dzięki tatusiowi „ustawiona”, ale nazwisko bardziej im ciąży niż pomaga. Puenta „niepoprawnego politycznie” filmu, trzeba przyznać, jest dość optymistyczna: tylko prawda, nawet bardzo bolesna, może doprowadzić do prawdziwej zmiany na lepsze. Pytanie tylko, ile osób może taką bezwzględną prawdę przyjąć.

Do obejrzenia na Netflix

„Trzymaj się ode mnie z daleka” („Stai lontana da me”)

Humor sytuacyjny w dobrym wydaniu. Z pewnością tym lekkim filmem można ekspresowo poprawić sobie nastój. Trwająca zaledwie ponad godzinę komedia rozśmiesza do łez. Jacopo, który zajmuje się terapią par i słynie z tego, że potrafi uratować każdy związek, sam wybiera życie singla. Powód jest dość nietypowy. Otóż wszystkim kobietom, z którymi się spotyka, przynosi pecha. Każda ulega poważnym wypadkom, w efekcie których trafia do szpitala. Jedynym pocieszeniem dla Jacopo jest jego najlepszy przyjaciel – lekarz, który opiekuje się poszkodowanymi „pacjentkami” i stara się zorganizować koledze wolny czas. Ten solowy żywot udaje się Jacopo utrzymać aż do momentu, gdy poznaje Sarę, w której zakochuje się z wzajemnością. Czy ich miłość będzie miała większą moc niż ciążąca nad nim „klątwa”? Ile wypadków Sara może jeszcze przeżyć i mimo wszystko nie poddać się w tym związku? W tej włoskiej komedii romantycznej każda postać, bez wyjątku, budzi ogromną sympatię. Idealny film na poprawę humoru.

Do obejrzenia na Netflix

„Niewierni” („Gli infedeli”)

„Zdradziecki” koktajl. Przegląd różnych form niewierności: od „zwykłych” małżeńskich zdrad i kłamstewek, przez upodobania do fetyszy w seks klubach, po robienie z żony zupełnej „wariatki” (i to z dużym powodzeniem). Oglądając ten film można odnieść wrażenie, że wierność w związku po prostu nie istnieje, a przynajmniej nie istnieje we Włoszech. W tej komedii nie ma jednej fabuły. Mamy kilka historii, które skupiają się na różnych rodzajach „słabości”, a każda słabość wiąże się z jakimś konkretnym typem mężczyzny. Pomimo śmieszności żaden z tych męskich typów nie budzi sympatii, wręcz przeciwnie, budzą litość i niechęć. Na szczególne „uznanie” zasługuje jednak typ perfidny, który doprowadza żonę niemal do szaleństwa. Jedna z historii, co ciekawe, toczy się z kolei wokół pragnienia zdrady, do której nie dochodzi. Jej bohater za wszelką cenę usiłuje zdradzić żonę na wyjeździe służbowym, ale efekty jego starań są dość marne… Trudno tę komedię przypisać do kategorii „Najlepsze włoskie filmy”, ale można ją potraktować jako przypowieść o „zepsutych” związkach.

https://www.youtube.com/watch?v=6rh5wDjH7gE

Do obejrzenia na Netflix

„Przepraszam, że żyję” („Scusate se esisto!”)

Włoskie komedie odznaczają się zwykle dużym dystansem do narodowych wad, a Włosi potrafią się z siebie śmiać. Tak jest i tym razem. Mamy w tej komedii zbiór włoskich przywar i hipokryzji. Mamy też smutny obraz młodych, zdolnych ludzi, którzy chociaż kochają swój kraj, karierę zmuszeni są robić za granicą. Do takich osób zalicza się Serena, utalentowana architekta, która odnosi międzynarodowe sukcesy. Z tęsknoty za ojczyzną podejmuje decyzję o powrocie do Włoch. Tutaj jej zawodowa rzeczywistość nie jest usłana różami. Nie dość, że zmuszona jest na początku zadowalać się pracą kelnerki to jeszcze przeżywa nietypowe perypetie miłosne. Francesco, którego poznaje, przystojny i czarujący szef restauracji, okazuje się mieć odmienne upodobania seksualne… Stają się jednak dla siebie prawdziwym wsparciem. Tym bardziej, że Sara nie poddaje się w swoich zmaganiach związanych z pracą architekta.

No obejrzenia na Netflix