1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nowości filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Nowości filmowe poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ciekawy czas. Kina nieśmiało się otwierają, a w nich oglądać można pierwsze kinowe premiery, które zawieszono z powodu pandemii. Jednocześnie część nowych filmów pojawiło się najpierw w sieci, a teraz zadebiutowały także w salach kinowych, dając widzom możliwość wyrwania się z zamkniętego kręgu ekran-kanapa. Jeszcze inne tytuły w ogóle nie będą w dystrybucji kinowej, możemy je zobaczyć tylko online. To od nas zależy, którą opcję wybierzemy. Tak czy inaczej, jest w czym wybierać.

"Pechowi szczęściarze"

Pamiętacie „Dzikie historie”? Głośny argentyńsko-hiszpański film sprzed paru lat, zbiór kilku historii, których bohaterowie z różnych powodów tracą w końcu cierpliwość i dostają spektakularnych ataków szału? Wspominam o nim nie tylko dlatego, że w realizację „Pechowych szczęściarzy” zaangażowani byli ci sami producenci i odtwórca jednej z głównych ról Ricardo Darín. Filmy łączy też, a może przede wszystkim to, że i w jednym i drugim przypadku oglądając niesprawiedliwość, jaka dotyka bohaterów, myślimy sobie: „Dość! Tego już za wiele!”. Dokładnie to samo myślą bohaterowie. Akcja „Pechowych szczęściarzy” rozgrywa się w szczególnym dla Argentyny momencie, w roku 2001, kiedy rozpętał się gigantyczny kryzys, a ludzie z dnia na dzień tracili majątki. Oglądamy dość cudaczną grupę wspólników, idealistów – w większości nie najmłodszych i bez wyjątku lekko zwariowanych. Chcą w swoim miasteczku reaktywować spółdzielnię rolniczą i w tym celu inwestują oszczędności całego życia. Suma jest dość wysoka, tymczasem dyrektor miejscowego banku nagle upiera się, żeby z depozytu niezwłocznie wpłacić ją na konto. Jest dzień przed wybuchem kryzysu, a nasi poczciwi idealiści nie mają pojęcia, że świadomy, co się wydarzy dyrektor właśnie dokonuje wielkiego przekrętu, okradając swoich klientów. Oszukani prawdopodobnie pogodziliby się ze stratą – można by o nich powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są przebojowi – tyle że dochodzi do zdarzenia, które przelewa czarę goryczy. I oni, i my, widzowie wiemy, że to najwyższy czas, żeby zawalczyć i odebrać co swoje. Tę ciepłą familijną komedię ogląda się przyjemnie i z satysfakcją, że zwykłe szaraki ogrywają krwiożerczą finansową elitę. A czy wszystko pójdzie z planem, to już osobna historia.

„Pechowi szczęściarze” do obejrzenia w kinach oraz na: vod.pl, Player+, Cineman, Chili, Ipla.

'Pechowi szczęściarze' (Fot. materiały prasowe) "Pechowi szczęściarze" (Fot. materiały prasowe)

"Nasz czas"

I znowu obraz z Ameryki Łacińskiej. Za to skrajnie różny. „Nasz czas” to kino artystyczne. Wielkie kino – także jeśli chodzi o rozmach i długość, bo ten obraz Carlosa Reygadasa trwa prawie 3 godziny. Meksykański reżyser słynie z oryginalnego podejścia do materii filmowej. W „Naszym czasie” w głównych rolach obsadził siebie, swoją życiową partnerkę montażystkę Natalię López, a także trójkę ich dzieci. Po części więc grają siebie – rodzinę. Już samo to sprawia, że ich losy ogląda się inaczej (nawet jeśli w wywiadach reżyser odpiera zarzuty o twórczy ekshibicjonizm). Sama opowieść dotyka bardzo intymnych kwestii. Film rozpoczyna się od sielskich scen. Środek lata, dzieciaki bawiące się beztrosko pod gołym niebem. A obok młodzież, w trudniejszym wieku, ale w sumie nadal niewinna w porównaniu z dorosłymi, robiąca więcej hałasu niż rzeczywistej szkody.  Wszystko to w niezwykłych meksykańskich krajobrazach, popękana brunatna ziemia kontrastuje tu z bujną zielenią. Jest tłoczno, bo na rozległą farmę pary głównych bohaterów przyjechali całymi rodzinami goście. Dość szybko orientujemy się, że filmowi małżonkowie Esther i Juan są w trudnym dla nich momencie. Że z jednej strony są parą doskonałą, którą wiele łączy i która nadal jest ze sobą bardzo blisko, z drugiej – coraz bardziej między nimi zgrzyta. Do tego stopnia, że trudno już powiedzieć, co jest istotą, podstawą i celem ich bycia razem. Więzy rodzinne, poczucie bezpieczeństwa, namiętność, zazdrość, kwestia niezależności, związek otwarty, kontrolowana zdrada – o tym wszystkim Reygadas opowiada bardzo sugestywnie. W tej historii z początku roi się od ludzi, ale z biegiem czasu staje się ona coraz bardziej kameralna. W pewnym momencie przed kamerą zostaje tylko filmowa para, tak jak i w życiu w obliczu kryzysu w związku perspektywa zawęża się tylko do tych, którzy o niego walczą. Reygadas po raz kolejny potwierdza swój wybitny talent. Z kina wychodzi się z przeświadczeniem, że zobaczyło się coś więcej, bliżej, prawdziwiej niż zazwyczaj ogląda się na ekranie.

„Nasz czas” do obejrzenia w kinach.

'Nasz czas' (Fot. materiały prasowe) "Nasz czas" (Fot. materiały prasowe)

"Córka boga"

Spore zaskoczenie, bo „Córka boga” [w oryginale „The other lamb” – przyp. aut] Małgorzaty Szumowskiej miała trafić do kin po pandemii, ale po drodze nieoczekiwanie trafiła na platformę Netflix. To zresztą jeden z aż trzech filmów, jakie ceniona na świecie polska reżyserka (znana dotąd z tak głośnych nagradzanych tytułów jak „Body/Ciało”, „W imię” czy „33 sceny z życia) nakręciła w ostatnim czasie. Pierwszy w pełni anglojęzyczny w jej dorobku. „Córkę boga” nierzadko klasyfikuje się jako thriller albo nawet horror. Czy to trafna diagnoza, ocenić można dopiero wtedy, kiedy obejrzy się film do końca. A i tu, mogę się założyć, opinie i oceny będą różne.

O czym opowiada Szumowska? O Selah, nastolatce, która wychowuje się w religijnej sekcie. Mieszka z innymi głęboko w lesie, wśród dziewiczej przyrody. Sekta to w sumie kilkanaście kobiet, ich córki (czerwienie i błękity ubrań od razu przywodzą na myśl estetykę serialu „Opowieść podręcznej”) i jedyny mężczyzna, ich przywódca, którego wszystkie nazywają „pasterzem” i są mu bezwzględnie posłuszne. Niby żyją razem w harmonii, ale coraz dojrzalsza i bystrzejsza Selah zaczyna inaczej spoglądać na ich wspólnotę i panujące w niej zasady. Selah również jest oddaną wyznawczynią „pasterza”, a jednak jest w niej coś, z początku ledwo zauważalnego, a ze sceny na scenę coraz wyraźniejszego, co różni ją od reszty otaczających ją kobiet. Jedna z nich, czarna owca skazana na odosobnienie i niełaskę przywódcy, dostrzega to i z podziwem nazywa „siłą”. Czy ma rację? I czy ta trudna do uchwycenia cecha pomoże Selah czy przeciwnie, doprowadzi ją do zguby? Reżyserka trzyma nas w niepewności niemal do samego końca, a po drodze roztacza przed nami piękną wizualnie, mroczną baśń. Żeby nie zepsuć nikomu efektu, mogę jedynie zdradzić, że Szumowska nie straszy nas na darmo, że każda scena, motyw, wątek ma tu swoje rozwiązanie i że na koniec rozrzucone puzzle układają się w spójną, przekonującą całość. A także, że ta niby baśniowa opowieść okazuje się bardziej prawdziwa i dotykająca naszego życia niż mogłoby się wydawać.

„Córka boga” do obejrzenia na platformie Netflix.

'Córka boga' (Fot. materiały prasowe) "Córka boga" (Fot. materiały prasowe)

"Obrazy bez autora"

Niemcy, chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Główny bohater „Obrazów bez autora”, na razie jeszcze mały chłopiec, idzie z ciotką do galerii na wystawę malarstwa. Świetnego, ale wtedy już zakazanego, w odróżnieniu od jedynych słusznych prac wychwalających narodowy socjalizm. Przewodnik z zapałem opowiada o „moralnej zgniliźnie” twórców wystawianych ku przestrodze dzieł, ale Kurt z prześliczną młodziutką Elisabeth są zafascynowani. Chłopiec uwielbia z nią przebywać. Zresztą nie tylko on, ze swoim urokiem, świeżością i miłością do pięknych dźwięków (sama gra na pianinie) Elisabeth potrafi zjednywać sobie ludzi. Na przykład przekonać odpoczywających w zajezdni autobusowej kierowców, żeby odłożyli kanapki i specjalnie dla niej wszyscy naraz włączyli klaksony tworząc niezwykłą polifonię. Ciotka uczy małego Kurta uważnego spojrzenia na świat, zachwytu nad nim. Problem w tym, że zaraz zacznie się wojna i dla takich osób jak ona nie będzie już miejsca. Nadwrażliwa Elisabeth trafi do szpitala dla obłąkanych, a naziści postąpią z nią tak, jak z większością pacjentów zamkniętych ośrodków. Po jej śmierci chłopak będzie dorastał z obrazem ciotki w sercu. Zwłaszcza, że odziedziczył po niej szczególną wrażliwość i także jest wybitnie utalentowany, tyle że plastycznie. Kiedy trafi na ASP we wschodnim Berlinie, szybko stanie się tamtejszą gwiazdą. W filmie śledzimy jego dalsze losy – pierwszą miłość, małżeństwo, wspólną ucieczkę za zachodnią granicę. To ciężka próba dla kogoś, kto do tej pory malował świetnie, ale głównie na zamówienie partii. Teraz Kurt ma całkowitą wolność twórczą. Zmierzenie się z nią okazuje się równie trudne, co mierzenie się z demonami przeszłości. Nawet nieświadome, bo tylko widz, w odróżnieniu od głównego bohatera, wie, że ukochana żona to ogniwo łączące Kurta ze zmarłą ciotką. Mroczne rodzinne tajemnice, a w tle burzliwa historia kraju. Film „Obrazy bez autora”, inspirowany biografią słynnego niemieckiego malarza Gercharda Richtera, jest jak dobre czytadło. Wciąga bez reszty.

„Obrazy bez autora” do obejrzenia w kinach.

'Obrazy bez autora' (Fot. materiały prasowe) "Obrazy bez autora" (Fot. materiały prasowe)

 "Moja mała Zoe"

Julie Delpy dała się poznać najpierw jako świetna aktorka, potem równie uzdolniona scenarzystka, wreszcie reżyserka. Jej najnowszy film „Moja mała Zoe”, w którym łączy wszystkie swoje talenty, właściwie mógł być jej debiutem reżyserkim. Bo zalążek pomysłu na scenariusz zrodził się prawie 30 lat temu. I tu, uwaga, pojawia się wątek polski: Delpy grała wtedy u Krzysztofa Kieślowskiego w trylogii „Trzy kolory”. Po zdjęciach sporo i szczerze z Kieślowskim rozmawiali, a dziś Francuzka mówi, że to on jest duchowym patronem „Mojej małej Zoe”, nawet jeśli sama historia jest „bardzo jej”, że to najbardziej osobisty film w jej dorobku. Mówi też, że nakręciła go, bo sama odkryła, jak trudnym wyzwaniem jest macierzyństwo, jak potężny jest codzienny lęk o własne dziecko. „Moja mała Zoe” może wzbudzać kontrowersje, bo zadaje trudne pytania. Ale to także po prostu dobre kino obyczajowe. Ze świetnie, jak to u Delpy, poprowadzonymi dialogami między parą Isabelle i Jamesem. Są w separacji, dzielą się naprzemiennie opieką nad ich kilkuletnią córką Zoe. Starają się odkładać emocje i urażoną dumę na bok dla dobra dziecka, ale różnie im to wychodzi. I kiedy wydaje się, że film opowiada właśnie o tym, czy dwoje skonfliktowanych ze sobą ludzi jest w stanie pogodzić się dla córki, następuje zwrot akcji. Wydarza się coś, co wstrząsa ich i tak nie najłatwiejszym układem. Zoe trafia do szpitala w ciężkim stanie, nie ma szans, żeby wyszła z tego cało. A Isabelle, na co dzień pracująca jako genetyczka, gotowa jest zrobić wszystko, żeby córkę odzyskać. To ten moment, kiedy pojawiają się najtrudniejsze pytania, przywodzące na myśl kino Kieślowskiego. Jak nowoczesna nauka ma się do moralności? Gdzie są granice etyczne, których przekraczać nie wolno? Czy miłość wszystko usprawiedliwia? Film odpowiada na nie w taki sposób, że nie pozostawia widza obojętnym. Można do decyzji głównej bohaterki podejść ze zrozumieniem albo zupełnie się z nią nie zgadzać. Delpy daje nam do tego prawo, ale też robi – trzeba przyznać – wszystko, żebyśmy przynajmniej zrozumieli, co kieruje jej bohaterką, a zrozumieć to w przypadku tak drażliwych kwestii, bardzo wiele.

„Moja mała Zoe” do obejrzenia na: vod.pl, Platforma CANAL+, Player +, Chili, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD.

'Moja mała Zoe' (Fot. materiały prasowe) "Moja mała Zoe" (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) "My Octopus Teacher" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.

  1. Kultura

Frances McDormand: "Piorę, sprzątam i czasem gram"

Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Nie jest w typie hollywoodzkiej piękności i nie zależy jej na bywaniu na okładkach pism. – Wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz – mówi aktorka Frances McDormand. Właśnie odebrała Oscara za rolę w filmie "Nomadland", ale ma też na koncie inne świetne, również nagradzane kreacje. Przypominamy rozmowę, którą w 2018 roku przeprowadziła z aktorką Mariola Wiktor. 

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika Sens (numer 2/2018).

Podobno wahała się pani, czy przyjąć rolę samotnej matki zgwałconej i zamordowanej dziewczyny w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” w reżyserii Martina McDonagh. W pierwszej chwili ta propozycja mi pochlebiła, ale później pomyślałam, że jestem na taką rolę za stara. Matka nastolatki powinna mieć znacznie mniej niż 60 lat na karku. Jednak Joel (Coen, mąż aktorki – przyp. red.), widząc te rozterki, postawił mnie do pionu. „Weź się w garść” – powiedział – „i zadzwoń, że się zgadzasz. Natychmiast!”. No więc posłuchałam go. I nie żałuję. Mildred straciła swoje jedyne dziecko, czuje ból i wściekłość wobec oprawców, ale i stróżów prawa, którzy nie potrafili ich złapać i skazać. Spodobało mi się, że gram kobietę, która znajduje w sobie siłę, by stawić czoła całemu światu, która jest takim samotnym kowbojem albo szeryfem wymierzającym sprawiedliwość. To nie przypadek, że film ma westernową konwencję. Moja bohaterka zewnętrznie jest zmaskulinizowana, szorstka, potrafi rzucić mięsem i przyłożyć, a na co dzień chodzi w mało kobiecym kombinezonie – ale w środku skrywa wielkie pokłady czułości i ciepła. Dlatego polubiłam Mildred. No i nie ukrywam, że moją inspiracją dla tej postaci był…John Wayne. Od zawsze go uwielbiałam.

Publiczność w Wenecji też ją polubiła. Dawno nie widziałam tam takiej owacji, jaką pani zgotowano. Myślę, że Mildred ujęła wszystkich tym, że mimo swojej tragedii nigdy nie rozczulała się nad sobą, bywała okropna, nieznośna, uparta jak osioł, ale zarazem miała w sobie charyzmę, siłę i zjadliwe poczucie humoru. Była dramatyczna, melancholijna, ale i śmieszna. To świetny materiał do zagrania. Poza tym wreszcie nikt nie przyczepił się do mojego mało atrakcyjnego wyglądu. Zawsze byłam albo za stara, albo za gruba, za chuda, za mało kobieca. Dlatego na ogół dostawałam role epizodyczne lub drugoplanowe. Nie jestem w typie hollywoodzkiej piękności.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałyśmy przy okazji pani tytułowej roli w serialu HBO „Olive Kitteridge”, powiedziała pani, że na tę rolę czekała aż 35 lat… Joel mówi, że stworzyłam w „Olive Kitteridge” żeński, emocjonalny odpowiednik Brudnego Harry’ego. Przyjmuję to jako komplement. Całe życie grałam role drugoplanowe i charakterystyczne. W wielu filmach Coenów także. Jednak nie chcę, by to zabrzmiało jak zarzut. To mi nawet odpowiadało. Bo nie będąc maksymalnie wykorzystywaną na planie, miałam czas na godzenie pracy z życiem rodzinnym. Tak samo kiedy grałam w teatrze – mogłam sobie tak układać plan dnia, żeby zawieźć syna do szkoły, zrobić pranie i pójść na zakupy. Poza tym zaznaczenie swojej obecności w niewielkiej roli wymaga czasem lepszego warsztatu, większej precyzji i kreatywności niż duża wiodąca kreacja.

Wydaje się nieprawdopodobne, by uzdolniona żona Joela Coena i bratowa Ethana, laureatka Oscara za rolę w „Fargo” musiała czekać na swoją życiową rolę tak długo. Jak to możliwe? (Śmiech!) No tak, wielu ludzi nie może zrozumieć, dlaczego, skoro sypiam ze znanym reżyserem, nie robię oszałamiającej kariery w Hollywood. Albo myślą, że przynajmniej mam wpływ na scenariusze braci. I owszem, mam wpływ. Tylko on polega na tym, że piorę, sprzątam i gotuję… (śmiech)! Nigdy nie wtrącam sie do ich pisania ani nie proszę o role. Zresztą ja nie znam się na pisaniu i jako aktorka czuję się odtwórcą. Jeśli coś mi zaproponują, to rozważę ofertę, ale jeśli nie, to OK. Zawodowo realizuję się także w teatrze awangardowym w Worcester Group w Nowym Jorku, gdzie pracujemy razem z Willemem Dafoe. Tylko raz dostałam dużą role w „Fargo” i o tym przypadku można powiedzieć, że to „przez łóżko”. Zabawne, że kiedy w Cannes kilka lat temu na czerwonym dywanie Coenowie promowali film „Bracie, gdzie jesteś?”, to pod zdjęciem mojego męża i moim podpisano: „Joel Coen z niezidentyfikowaną partnerką”.

Nie zirytowało to pani? Nie. Mam chyba zdrowe podejście do tego, kim jestem. Bo też wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz. Nie interesuje mnie bycie na okładkach kolorowych magazynów czy ilość ploteczek na mój temat. Wyraźnie oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Nie utożsamiam się ze swoimi rolami i nie przeżywam traum związanych z wychodzeniem z roli, a więc także problemów z identyfikacją siebie. Nie jestem celebrytką, tylko aktorką charakterystyczną, a zanim poznałam Joela, miałam już za sobą niemało zawodowych doświadczeń i grałam u innych reżyserów.

Pani ekranowe bohaterki zmieniają postrzeganie kobiet. Ma pani tego świadomość? Teraz już tak, wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Nawet jeśli moje bohaterki są konwencjonalne, ukazuję je w sposób daleki od stereotypów. Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety, o jej niepowtarzalność. O to coś nieuchwytnego, co pojawia się w spojrzeniu, w geście, barwie głosu. Nigdy nie robiłam żadnych operacji plastycznych i to widać na mojej twarzy, ale właśnie dlatego mam na niej zapisane całe życie. Pozwólmy sobie być sobą, zamiast wciąż poprawiać siebie. Nie niszczmy własnej osobowości. Może nie będziemy doskonałe, ale będziemy jakieś. Wyraziste, prawdziwe. Od roli w „Olive Kitteridge” poczułam, że nie chcę już więcej grać kobiet towarzyszących facetom, ale pokazywać bohaterki z krwi i kości, których historie są ciekawsze niż męskie. Myślę teraz o rolach głównych, pierwszoplanowych.

Jak się właściwie poznaliście z Joelem? Podobno to było na castingu do debiutu Coenów „Śmiertelnie proste”? Tak. Miała tam zagrać Holly Hunter, z którą razem wynajmowałam mieszkanie na Bronksie. Jednak Holly była zbyt zajęta innym projektem i zaproponowała, bym poszła na casting zamiast niej. Obaj bracia wydawali mi się dziwaczni i ekscentryczni, ale także bardzo inteligentni. Poprosili, bym przyszła po raz drugi, ale ja powiedziałam, że to niemożliwe, bo mój ówczesny chłopak grał tego dnia w operze mydlanej, a ja obiecałam mu, że zobaczę w telewizji jego występ. Joel był zszokowany! A jednocześnie mu to zaimponowało. Ostatecznie dostałam tę rolę (śmiech). Zaczęłam spotykać się z Joelem w kawiarni. Początkowo służbowo. Przy gorącej czekoladzie dyskutowaliśmy godzinami o roli. Przyniósł mi także kilka książek do przeczytania, m.in. Chandlera. Po prostu podrywał mnie na literaturę. Pobraliśmy się zaraz po premierze filmu i jesteśmy ze sobą już 32 lata. Niestety, dziś już nie prowadzi ze mną fascynujących rozmów o literaturze, odpowiada tylko wtedy, gdy musi, bywa zamknięty w sobie i mrukliwy, zajmuje większą część łóżka i bałagani w łazience (śmiech)…

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to pani kolejna po „Fargo” oscarowa kreacja. Jaki ma pani do tego stosunek? Normalny! Jest mi oczywiście bardzo miło, ale nie pracuję dla nagród! One są dodatkiem, nie celem. I bez nagród wiem, że gram w dobrych filmach. Nie potrzebuję statuetek, by zwiększyć poczucie pewności siebie. Jeśli angażuję się w jakiś nowy projekt, to dlatego, że jest w nim możliwość pokazania metamorfozy bohaterki. W ogóle interesują mnie role kobiet dojrzałych, skomplikowanych, świadomych siebie, swojej kobiecości. Oczywiście nagroda dla mnie lub filmu zawsze przyciągnie większą publiczność, a reżyserom łatwiej przekonać producentów, by mnie angażowali. Jednak kiedy dostałam Oscara za rolę Marge w „Fargo”, to wcale nie było tak, że nagle wszystkie drzwi się dla mnie otworzyły. Po prostu nie kojarzę się z kinem kasowym. Ale pamiętam, że zaraz po Oscarze zrobiło się wokół mnie sporo szumu. Nie mogłam tak po prostu wyjść do sklepu czy na ulicę. Na szczęście to nie trwało długo i na razie mam spokój.

Nie brzmi pani jak gwiazda. Bo się nią nie czuję! Jestem aktorką, rzemieślnikiem. Nie mieszkamy w Hollywood, tylko w Nowym Jorku na Górnym Manhattanie już od ponad 20 lat. Jak pani widzi, mam naturalne zmarszczki i dzięki temu w wieku 60 lat mogę nadal grać kobiety po pięćdziesiątce i starsze. W ten sposób nigdy nie zabraknie mi pracy, bo aktorek po pięćdziesiątce z naturalną mimiką w Hollywood praktycznie nie ma.

Ma pani ogromny bagaż aktorskich doświadczeń. Nie myślała pani o tym, by stanąć po drugiej stronie kamery? Dwóch reżyserów w rodzinie wystarczy! Myślę raczej o zawodzie producenta. Przy „Olive Kitteridge” poczułam się filmowcem, nie tylko aktorką. Jestem jednym z producentów tego filmu. I mam do tego dryg! Ja przez całe wspólne życie z Joelem byłam gospodynią domową, która od czasu do czasu grywa w filmach, telewizji i bardziej regularnie w teatrze. Dużo także podróżowałam z Coenami i naszym synem. Na mojej głowie spoczywała cała logistyka przy takich wyjazdach. Trzeba było urządzać mieszkania, które nam wynajmowano na czas przygotowań i zdjęć, szukać szkoły dla Pedra, naszego adoptowanego syna, organizować transport do szkoły, sprzątać, gotować… Szczerze mówiąc, nie widzę różnicy między gospodynią domowa a producentem (śmiech)! Jestem naprawdę świetnie zorganizowana.

Decyzja o adopcji Pedra była głęboko przemyślana i ma związek z pani własnym dzieciństwem i doświadczeniami… To prawda. Zaadoptowaliśmy Pedra w 1995 roku, gdy miał zaledwie 6 miesięcy. Pochodzi z Peru. Kochamy go tak, jakby był naszym biologicznym dzieckiem. Nie urodzenie, ale wychowanie dziecka jest moim zdaniem najważniejszym testem rodzicielstwa. Ja też jestem dzieckiem adoptowanym. Wychowałam się w domu pastora. Miałam jeszcze dwójkę przybranego rodzeństwa. Dużo podróżowaliśmy po Ameryce. Tata był kaznodzieją, a więc my także żyliśmy przykładnie i po chrześcijańsku. Oboje rodzice byli bardzo porządnymi, dobrymi ludźmi. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość, powiedzieli mi prawdę. Mogłam napisać do swojej biologicznej matki. I tak zrobiłam. Kierowała mną ciekawość, ale i ogromy żal. Jednak nie udało nam się nawiązać relacji. To poczucie opuszczenia zostaje w człowieku na całe życie, bo podkopuje zaufanie do najbliższej ci osoby. Trudno jest potem nawiązywać głębokie relacje z innymi ludźmi. Pedro też mógł napisać do swojej matki, ale nie chciał. Myślę, że go rozumiem, jak mało kto…

Czuje się pani dziś spełniona jako matka, aktorka, producentka? Wierzę, że wiele jeszcze przede mną. Ten zawód, myślę o aktorstwie, jest obarczony sporym ryzykiem. Niezależnie od tego, ile się w nim zarabia, a nawet niezależnie od tego, czy jest się celebrytą – żyje się w nieustannej niepewności. Ja na szczęście nie jestem uzależniona od tego, czy zadzwoni telefon z propozycją. Jako żona reżysera mam luksusową sytuację. W ostateczności na jakiś epizod u mojego męża zawsze mogę liczyć. No i generalnie jestem na jego – jak to się mówi – utrzymaniu. Nie muszę więc przyjmować każdej propozycji i stresować się przestojami. Mogę normalnie żyć. Jestem zwyczajną kobietą, która ma też swoje marzenia.

Jakie? Chciałabym na przykład zagrać w kinie akcji albo w musicalu. Nie wiem też, dlaczego nikt nie proponuje mi roli psychopatycznej morderczyni. Mogłabym być niezłym Hannibalem w spódnicy. Kiedy byłam młodsza, bardzo interesowały mnie sceny rozbierane. Nawet Joel przyznał, że nie miałby nic przeciwko temu. O wiele bardziej przeraża go myśl, że mogłabym śpiewać w musicalu! Zupełnie nie rozumiem dlaczego (śmiech)! Mam jeszcze jedno ciche marzenie.

Zamieniam się w słuch… Jeśli kiedykolwiek będę miała swój nagrobek, to chciałabym, by napisano na nim: „Tu spoczywa Marge Gunderson”. Nie Frances McDormand, tylko Marge z „Fargo”. Nie ma znaczenia, że to była moja wielka rola. I chcę zaznaczyć, że Milred z „Trzech billboardów” to taka Marge, która dorosła i dojrzała.

  1. Kultura

"Nomadland" z Oscarem za najlepszy film. O zwycięzcy rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Nomadland" w reżyserii Chloe Zhao. Planowana premiera kinowa: 14 maja. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czy bezdomność bohaterów dramatu „Nomadland” jest ich świadomą decyzją, czy też pogodzeniem się z wyborem, jaki podjęło za nich życie? O zdobywcy Oscara rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: W moim odczuciu ten film pokazuje przede wszystkim nieoczywistą kobiecość, wychodzącą poza ramy i schematy. Utożsamiam się z główną bohaterką Fern, graną przez cudowną Frances McDormand. To kobieta, która jest w drodze, a jednocześnie jest dokładnie w miejscu, w którym chce być. A ciebie co najmocniej poruszyło w tym filmie? Grażyna Torbicka: Obraz Ameryki widzianej oczyma młodej reżyserki Chloé Zhao, która jest z pochodzenia Chinką i obserwuje społeczeństwo amerykańskie jako osoba z zewnątrz. Inspiracją była reporterska książka Jessiki Bruder. Ja takiej Ameryki w kinie jeszcze nie widziałam. Choć filmów kina drogi były już dziesiątki, to zawsze w tę drogę zabierali nas ludzie młodzi, a tu bohaterowie są właściwie u schyłku życia. Zobaczyłam  ludzi zepchniętych na margines społeczeństwa, a mimo to cieszących się z każdego dnia. Współczesnych nomadów, którzy wyruszyli w drogę, bo stracili pracę. Sprzedali domy, bo nie byli w stanie ich utrzymać, i zamieszkali w kamperach. Zawiedli się na bliskich, przyjaciołach. Łapią sezonowe prace, by zarobić parę groszy i jechać dalej. Tym różnią się od  dawnych wędrowców, koczowników, że tamci przemieszczali się w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia, a ci nie chcą wracać do przeszłości, uciekają przed wspomnieniami i rozczarowaniami, jakie przyniosło im życie.  Uciekają też od cywilizacji, bo przeżyli coś, co ich do tego zmusiło.

A ja miałam poczucie, że oni wcale nie uciekają. Że to jest ich wybór. Nawet gdy słyszysz opowiadanie weterana wojny w Wietnamie, który powinien mieć przez państwo zapewnione godne życie w godnym miejscu? Trauma, której doświadczył na wojnie, sprawia, że nie jest w stanie znieść krzyku, hałasu czy wszelkich mocnych dźwięków. Musiał uciec z miasta. To tylko jeden z przykładów.

Nie myślę o nich jako przegranych, tylko pogodzonych z życiem i śmiercią. Nie ma w nich lęku, jest akceptacja strat. Mam wrażenie, że oni żyją prawdziwiej niż niektórzy z nas, dla świętego spokoju wpisujący się w różne schematy i oczekiwania. Masz rację, ale to, że są pogodzeni z sytuacją, w jakiej się znaleźli, nie znaczy, że ta sytuacja jest ich wymarzoną. Mimo że próbują tworzyć społeczność nomadów, to jednocześnie są tak głęboko zranieni, że nie chcą już wchodzić w przyjaźnie czy dłuższe związki. Widać to w relacji Fern (genialna Frances McDormand) i Dave’a (znakomity David Strathairn). Dave proponuje Fern, żeby z nim zamieszkała, ale ona odmawia. Po  wszystkim, co przeszła, zdecydowała: żadnych związków i emocjonalnych uzależnień. To kobieta, która chce żyć z dnia na dzień, w bliskości z naturą. Obserwuje ten nowy dla niej „nomadland“, przygląda się ludziom, słucha ich opowieści, jakby chciała się upewnić, czy to na pewno jest jej miejsce. A my podążamy za nią.

Żałowałaś, że Fern odrzuciła propozycję Dave’a? Ja nie. Ja też nie, ale można się zastanowić, dlaczego to zrobiła. Dave jest bardzo dobrym i  wrażliwym mężczyzną. Fern miała wspaniałego męża, jak wynika z jej opowieści, i mam wrażenie, że nie chce już wiązać się z nikim. Nie miałam wątpliwości, że jej wybór jest słuszny, bo jeśli zdecydowała się na to, że zrywa z dotychczasowym życiem, to musi być konsekwentna. Bardzo ciekawa jest scena, gdy Fern wraca do domu, który opuściła. Nie wiem, jak ty ją  rozumiesz, ale moim zdaniem chce się  upewnić, że życie nomadki to jest teraz jej droga.

Ja w tej scenie poczułam absolutną i uwalniającą wolność! A ja ulgę – zobaczyłam, że rzeczywiście  jest pewna swojego wyboru. Ostatni raz przechodzi przez wszystkie pokoje, jak gdyby odwracała kolejne strony rodzinnego albumu i ostatecznie go zamyka.

Wybiera życie nomady. Bycie tym, kim naprawdę chce być. Jeśli ty wybrałabyś taki styl życia, na co, widzę, masz ochotę, to byłby twój wybór. Tymczasem większość bohaterów, których widzimy w filmowej opowieści, nie ma dokąd wrócić. Nie mają środków do życia, żadnych oszczędności.

A mimo to są wdzięczni za to, co mają. Co widać w scenie rozmowy Fern z synem Dave’a, który ma zupełnie inne podejście do życia. Z jednej strony decydują się na ten krok, nie mając wyjścia. Z drugiej, faktycznie, świadomie uwolnili się od konsumpcyjnych pragnień. Tymczasem my żyjemy w emocjonalnym szantażu, uzależnieni od wielu rzeczy, które uważamy za niezbędne do życia, zaciągamy kredyty i już jesteśmy w pułapce – o tym też jest mowa w filmie.

Pamiętasz wykład, który dał guru tej społeczności? Mówił: „Uświadomiliście sobie, że waszym tyranem jest dolar. Daliście się zepchnąć w ślepy zaułek pod tytułem praca i pieniądze”. Współcześni nomadowie próbują się od tego uwolnić, zejść do minimum swoich potrzeb. I to jest piękne, bo pokazuje, gdzie leży istota człowieczeństwa. W relacjach pomiędzy nimi, w uśmiechu i życiu blisko natury.

My też dzisiaj wybudzamy się ze snu. Wielu ogranicza koszty życia do minimum. Tak tylko ci się wydaje. Bo żyjesz w ciepłym, ogrzewanym mieszkaniu, masz gdzie spać. To minimum jest dużo, dużo dalej...

A jednak wyszliśmy na chwilę z tego pędu za konsumpcją. Bo sytuacja pandemii nas do tego zmusiła, ale czy rzeczywiście jesteśmy wolni od chęci posiadania? Fern zapytana przez młodą dziewczynę, czy to prawda, że jest bezdomna („homeless“), odpowiada, że tak by tego nie nazwała, że raczej jest bez domu („houseless“ ), bezmiejscowa, ale nie bezdomna.

Czuję, że jestem wewnętrzną nomadką. A ty? Dla mnie dom jest tam, gdzie są moi bliscy. Fern straciła bliskich, pracę i nie ma już czego szukać w tym miejscu, w którym żyła. Ona dom ma w sobie.

Bardzo podoba mi się to, że nie ma w tym filmie mowy o tym, czy Fern ma lub miała kiedykolwiek dzieci. Czyli jednak można w ten sposób pokazać bohaterkę! Kobiecość tutaj nie jest definiowana przez rodzinę i dzieci, tylko poprzez relację z innymi ludźmi, ze światem, otwartość na jego piękno, ale też na siebie. Gdyby mąż Fern nadal żył i mieliby pracę, może ona nigdy nie zdecydowałaby się na ten krok... Przez chwilę zastanawiałam się, czy w którymś z kamperów, które widzimy na ekranie, żyje jakaś rodzina. Doszłam do wniosku, że każda z tych osób mieszka w pojedynkę. A jednocześnie spotykają się, żeby pobyć razem wspólnie przy ognisku, pięknie też żegnali i wspominali znajomych nomadów, gdy ktoś z nich przeszedł na tę drugą stronę.

Dla mnie „Nomadland” to terapia spokojem. Spokojem, który odczuwamy, gdy jesteśmy pewni tego, co robimy i kim jesteśmy. Wtedy wiemy, że idziemy właściwą drogą. Fern jest dla mnie nauczycielką życia, ona już wie, o co w nim chodzi. Tak, zgadzam się, tylko ci ludzie musieli wcześniej zapłacić bardzo wysoką cenę za to, żeby pójść tą drogą. Dlatego, znów to powiem, nie są dla mnie szczęśliwymi nomadami. Być może życie w drodze jest naszą przyszłością. Zamknięte hotele, restauracje, bary, podróżowanie w grupie staje się niebezpieczne. A można przecież wsiąść w kamper i wyruszyć przed siebie. Już kilka lat temu rozważaliśmy z mężem taki sposób na zwiedzanie Europy. Gdy byliśmy młodsi, chcieliśmy szybciej i więcej zobaczyć, a teraz może wolniej, ale za to dostrzec więcej szczegółów. A to one są najważniejsze.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki "Dwa Brzegi" w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996-2016 autorka cyklu "Kocham Kino" TVP2. 

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program "Kocham Kino" TVP2. 

[newsletterbox]

  1. Kultura

"Nomadland", McDormand, Hopkins - poznajcie laureatów tegorocznych Oscarów

Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Tegoroczna gala należała do pochodzącej z Chin reżyserki Chloe Zhao. Jej film „Nomadland” wyróżniono trzema statuetkami – w kategorii najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Frances McDormand). (Fot. Pool/Reuters/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Pierwsze w historii pandemiczne Oscary za nami. Kameralna gala rozdania najważniejszych nagród filmowych odbyła się dziś w nocy. Prezentujemy pełną listę tegorocznych zwycięzców. 

To była gala zupełnie inna niż wszystkie. Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. Uroczysta gala odbyła się równolegle w hollywoodzkim Dolby Theatre oraz na dworcu kolejowych Union Station w Los Angeles, oczywiście w reżimie sanitarnym. Ponadto, podobnie jak w latach ubiegłych, nie było jednego prowadzącego, a statuetki przekazywali laureatom zwycięzcy z zeszłego roku.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez The Academy (@theacademy)

W kwestii wyników było różnorodnie, jednak bez większych zaskoczeń, a wszelkie wcześniejsze przewidywania okazały się trafne. Najlepszym filmem okazał się "Nomadland" w reżyserii Chloé Zhao. Przejmująca historia 60-letniej kobiety, która po utracie całego dobytku życia rusza w świat w poszukiwaniu sezonowych prac, od wielu miesięcy wskazywana była przez krytyków i recenzentów jako faworyt tegorocznej gali. Film doceniono również statuetką dla reżyserki (to drugi przypadek w historii, kiedy Oscara w tej kategorii odebrała kobieta) oraz aktorki pierwszoplanowej. Tu nagrodę Akademii - trzecią w swojej karierze - otrzymała Frances McDormand, którą wyróżniono wcześniej za role w "Fargo" i "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Odbierając statuetkę wygłosiła żywiołowe przemówienie. - Obejrzyjcie nasz film na największym możliwym ekranie, a pewnego dnia weźcie, wszystkich których znacie, zabierzcie ich do kina, tak aby w ramię w ramię siedzieć w ciemności i obejrzeć każdy film, który został tutaj przedstawiony - powiedziała ze sceny.

Najlepszym aktorem pierwszoplanowym okazał się natomiast Anthony Hopkins. W ten sposób stał się najstarszym zdobywcą Oscara w dziejach. 83-letni aktor nie pojawił się jednak na gali, a statuetkę za rolę w filmie "Ojciec" Floriana Zellera odebrał w jego imieniu Joaquin Phoenix, ubiegłoroczny laureat nagrody w tej kategorii. Co więcej, jest to drugi Oscar w w karierze Hopkinsa - poprzednio Akademia wyróżniła go za rolę w filmie "Milczenie owiec" (1991). Film "Ojciec" doceniony został także za scenariusz adaptowany.

Po raz kolejny okazało się również, że ilość nominacji nie koniecznie przekłada się na ostateczny wynik. Dziesięciokrotnie (sic!) nominowany "Mank" Davida Finchera opuścił galę z zaledwie dwoma statuetkami - za zdjęcia i scenografię. Podobnie jak filmy "Judas and the Black Messiah" i "Sound of Metal", które otrzymały po sześć nominacji. Poniżej prezentujemy pełną listę laureatów.

Oscary 2021 - pełna lista laureatów

Film: „Nomadland” Reżyser: Chloe Zhao („Nomadland”) Aktorka: Frances McDormand („Nomadland”) Aktor: Anthony Hopkins („Ojciec”) Aktorka drugoplanowa: Youn Yuh-jung ("Minari") Aktor drugoplanowy: Daniel Kaluyya („Judas and the Black Messiah”) Scenariusz oryginalny: „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” Scenariusz adaptowany: „Ojciec” Animacja: „Co w duszy gra” Film międzynarodowy: „Na rauszu” Dokument: „Czego nauczyła mnie ośmiornica” Zdjęcia: „Mank” Muzyka: „Co w duszy gra” Piosenka: „Fight For You” („Judas and the Black Messiah”) Efekty specjalne: „Tenet” Charakteryzacja: „Ma Rainey: Matka bluesa” Scenografia: „Mank” Kostiumy: „Ma Rainey: Matka bluesa” Montaż: „Sound of Metal” Dźwięk: „Sound of Metal” Film krótkometrażowy: „Two Distant Strangers” Krótkometrażowy dokument: „Colette” Krótkometrażowa animacja: „Jakby coś, kocham was”