1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Krystyna Janda - powrócić, orbitować

Krystyna Janda - powrócić, orbitować

Fot. Marlena Bielińska/Move
Fot. Marlena Bielińska/Move
Kiedy pojawiła się w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy, ekran eksplodował energią. Z impetem weszła do historii kina. Dzisiaj gra w filmie rzadziej, skupiając się na prowadzeniu założonej przez siebie 15 lat temu Fundacji na rzecz Kultury i dwóch teatrów – Polonii i OCHu. Wybitna aktorka, reżyserka, aktywistka – o czasie, w którym świat się zatrzymał, o świecie, który zmienia pandemia. 

Coś jeszcze zostało z twojej podróży do Maroka?
Cudowne obrazy, kolory. Świat o wiele barwniejszy, niż przeczuwałam. Poznałam nomadów, mają ze swojego namiotu siedem kilometrów do wody. Odwiedzałam ludzi żyjących na poziomie minimum egzystencji. I raptem, w hotelu, przewodnik mówi, że musimy jak najszybciej wracać do Polski, zamykają granice. Nocna podróż samochodem. Lot Marrakesz – Casablanka – Paryż, gdzie przejechałam całe miasto, by dostać się na inne lotnisko. Jeszcze nie czułam zagrożenia. Na lotnisku w Warszawie już miałam maseczkę, rękawiczki, stałam w długiej kolejce, nikt nie chciał pożyczyć mi długopisu.

Jak zatrzymał się twój świat?
Prawie nie wychodzę. Cały czas pracuję zdalnie, bo za wszelką cenę staramy się ratować fundację. Na początku zakładaliśmy optymistycznie, że teatry zostaną otwarte 1 czerwca, później, że 1 lipca. Mamy w telefonach asystenta, aplikację, ja go pytam o wszystko. Wczoraj zapytałam: „Kiedy będą otwarte w Polsce teatry?”. Odpowiedział: „Na końcu”. Na razie w fundacji wydajemy oszczędności. Dzięki mojej obsesji, że coś się może zdarzyć, możemy mieć klapę z dwiema, trzema premierami z rzędu, odłożyliśmy trochę na czarną godzinę, dzięki czemu przetrwamy trzy, cztery miesiące, płacąc pensje, nikogo nie zwalniając i regulując nasze comiesięczne zobowiązania. Później, gdyby ta sytuacja trwała dłużej, będę musiała podejmować dramatyczne decyzje. Oczywiście, złożyliśmy te wszystkie papiery związane z tarczami antykryzysowymi. Trudne to wszystko.

Co mówią aktorzy?
Jedni mają oszczędności i stabilną sytuację. Inni, zwłaszcza młode aktorki, samotnie wychowują dwoje, troje dzieci, żyją w wynajętych mieszkaniach, na styk, od pierwszego do pierwszego. Sytuacja bardzo wielu artystów, bo chodzi także o reżyserów, scenografów, muzyków itd., jest naprawdę dramatyczna. Wielu ludzi odejdzie z zawodu, będzie szukać innej pracy. Chcą robić cokolwiek, byle przetrwać. Ale przypuszczam, że jest tak w większości branż w Polsce.

Zdarzyło ci się już tak długo nie grać?
Kiedy byłam w ciąży. W jednej ciąży nie grałam przez dwa ostatnie miesiące. Druga była zagrożona, więc leżałam w łóżku cztery i pół miesiąca. Tylko wtedy. No i po urodzeniu każdego dziecka dwa, trzy miesiące. Oj, to były piękne momenty!

Co teraz robisz?
Dzisiaj patrzyłam na drzewa, na kolory w ogrodzie, zieleń taka soczysta, o tej porze roku jest najpiękniej. Pomyślałam nagle: „A może ja już nigdy nie będę grała? Fundacja się zawali, a ja…”. Ja już się w życiu nagrałam, nawystępowałam. Może za chwilę zachoruję? Może umrę? Wszystko może się zdarzyć, jestem w grupie ryzyka.

Mówisz to z takim spokojem?
Tak, bo bardzo dużo śmierci dokoła. Jestem paradoksalnie „oswojona”, bo byłam blisko. Mój mąż umarł, mając 66 lat, dokładnie tyle lat, ile ja teraz, więc to się w każdej chwili może zdarzyć. Edward powiedział przed śmiercią: „No, miałem dobre życie. Dziękuję, wystarczy”. Widziałam mękę mojego męża, kiedy podawano mu chemię. Widziałam przed chwilą umieranie mojej mamy. Gdyby mnie to spotkało, gdyby się okazało, że mam raka czwartego stopnia, to nie wezmę chemii. Umrę sobie. Chociaż, może plotę? Ale jakoś mi śmierć bliska teraz, naturalna raczej.

Pamiętam, jak mi powiedziałaś, że gdybyś wiedziała, że Edward z tego nie wyjdzie, pojechalibyście na wakacje do Włoch.
Tak. Lekarz powiedział: „Wie pani, leczyć się trzeba, mąż musi się leczyć”. „Jak długo to potrwa?” „Pół roku, może jeszcze będzie żył. Trzeba próbować”. Więc próbowaliśmy. Strasznie mi tęskno do tych wspaniałych ludzi. Do męża, do mamy, do Zuzi Łapickiej, Andrzeja Wajdy, Agnieszki Osieckiej, Kuby Morgensterna, wielu, wielu innych. Darka Kuca, Andrzeja Przeradzkiego, męża Magdy Umer. Ostatnio odszedł cudowny, kochany ksiądz Włodzimierz Nast, który odprowadzał do grobu moją teściową, mojego tatę, mamę, Edwarda, przyjaciel rodziny. Niedawno umarła nasza gosposia, mieszkała z nami dziesięć lat. Brak mi ich wszystkich. Rozmawiałam o tym ostatniej nocy z Krzysiem Materną. Zapytał, z kim mamy o nich rozmawiać. Wymieniamy nazwiska i nikt nie wie, o kim mówimy. Nasz świat znika. Dzwonię do przyjaciół, do starszych aktorów, do Wiesi Mazurkiewicz, powiedziała, że jest taka samotna teraz. Nie może jej odwiedzać córka ani wnuczka, bo boją się o jej zdrowie. Patrzę na Basię Krafftównę i podziwiam, że ma wciąż tyle radości w sobie, energii, że tak jej się wszystkiego chce. Jest żywotna, ma apetyt na życie, na czekoladę, tyle radości nam dała, grając z nami w Och-Teatrze. Ostatnia wychodziła z popremierowych bankietów. Pytam: „Basiu, a ty nie tęsknisz za Wojtkiem Pokorą, za Wiesławem Michnikowskim, Mieczysławem Czechowiczem, tymi tuzami”. „Tęsknię” – mówi. Śmierć jest sprawiedliwa. Chcesz czy nie, musisz umrzeć. Sprawiedliwa? Raczej nieubłagana, bezwzględna.

Świat zrobił się pusty, zwłaszcza teraz?
Podczas tego odosobnienia? Kwarantanny? Nie, zrobił się nieprawdopodobnie pełny. Przepełniony, nie wiadomo w co włożyć ręce. Perły i chłam. Czytam, oglądam filmy, wysłuchałam tylu płyt. Dawno nie miałam na to czasu. Gdyby nie kultura, gdyby nie artyści, sztuka, byłoby trudniej przetrwać czas „końca świata”, samotności. Właściwie nie ma samotności. Samotność nie istnieje, bo oni to wszystko dla nas stworzyli i tworzą… Nie mogę iść spać, tyle ciekawego. Kiedy obejrzałam w sieci „Cząstki kobiety” Kornéla Mundruczó z TR Warszawa, to myślałam, że z zachwytu umrę. To jedno z największych przedstawień, jakie widziałam. Wyżyny aktorstwa i reżyserii. Obejrzałam wszystkie udostępnione przedstawienia z Metropolitan Opera! Wracam do Bergmana, ról Ingrid Bergman. Zwiedzam wirtualnie muzea, czytam poezję, nie pamiętam już, kiedy czytałam poezję „niezawodowo”, dla przyjemności. Czytam nowe sztuki teatralne… no i gotuję po raz pierwszy w życiu… beznadziejnie. Nigdy nie miałam tak bogatego życia, tylu wrażeń. Zapominam o tej cholernej pandemii, zapominam o bożym świecie. Dzięki sztuce.

Kiedy zamknięto instytucje kultury, mówiłaś, że twoje teatry nie będą grały w sieci. Ale pokazałaś „Danutę W.”.
Nie mamy zarejestrowanych przedstawień. Niestety. Mamy nagrania techniczne, na wypadek, gdyby trzeba zrobić zastępstwo. Jedynie „Danuta W.” – z jednej kamery plus zmontowane materiały dokumentalne, była do pokazania. Jeśli wrócimy do teatrów, będę profesjonalnie rejestrować wszystkie spektakle, nie żałując pieniędzy. Ponad sto przedstawień w naszym teatrze przepadło raz na zawsze, a to często perły, z prawdziwymi kreacjami wielu naszych kolegów… Byli też wielcy aktorzy, którzy już nie żyją albo nie grają, inscenizacje, do których nie ma powrotu. Uważałam zawsze, że urodą teatru jest to, że trwa chwilę – spotykamy się co wieczór, a potem tytuł znika i zostaje jedynie w pamięci widzów. Nigdy już tego błędu nie popełnię.

Kultura stanie się bardziej globalna przez to, że zeszła do sieci?
A co w tym złego? Jestem dobrej myśli. Choć to wielka nauka ten czas. Ale… teatr jest od zawsze. I będzie zawsze. Bo jest potrzebny. Ta cudowna umowa, że jedni grają, a drudzy im wierzą w te opowieści. To jest ludziom potrzebne. Martwi mnie natomiast, jak z tego wyjdziemy. Teatry państwowe przetrwają. Ale takie niezależne, bez stałych subwencji, jak nasze, mogą zostać zmiecione z powierzchni ziemi. Poza tym odosobnienie nas wszystkich zmienia. Zmienia priorytety. Ile to potrwa, zanim widzowie będą chcieli się z nami spotkać? Czy będą mieli do tego głowę? Serce? Czy będą mieli na bilety? A jeżeli na sali będzie mogło siedzieć tylko 60 widzów? Nie będzie nam się opłacało grać. Wpływy z biletów nie pokryją kosztów wieczoru. Przy takich ograniczeniach państwo powinno dopłacać do każdego biletu, tak by było logicznie. Kondycja kultury! Znaczenie kultury! Wszystko opiera się na tym, jak ważna jest kultura dla władzy. Na ile władza rozumie, że naród bez dostępu do kultury się wyjaławia. Nie pamiętam, niestety, rządu po PRL-u, bo o tamtych czasach nie mówmy, dla którego kultura byłaby naprawdę ważna. A dzięki kulturze jesteśmy ludźmi. Kultura jest źródłem empatii. Można być człowiekiem marnym albo wspaniałym. Dzięki literaturze, teatrowi, sztuce to sobie uświadamiamy. Sztuka uczy nas rozumieć i kochać drugiego człowieka, dziecko, zwierzę… Inaczej żyjemy na jałowym biegu, przez zaniechanie, bez uczuć wyższych, z dnia na dzień. No tak, ale dziś widzimy, że to służba zdrowia powinna być przede wszystkim przedmiotem naszej troski. Kondycja leczenia, domów opieki jest fatalna. Nauka, kultura, edukacja zaraz potem. Pieniądze, pieniądze! Już byliśmy podobno coraz bogatszym społeczeństwem, jak mówili rządzący, a teraz znów jesteśmy biednym? Nagle?

A jeśli będziesz musiała zamknąć fundację?
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Po „Danucie W.” 700 osób wpłaciło datki na działalność fundacji. Jesteśmy ich przyjaciółmi od 15 lat, przychodzą na nasze premiery. Może dalej będą z nami.

Przed rokiem mówiłaś Jackowi Żakowskiemu w „Polityce”: „Stworzyłam sobie w teatrach mikroświat”. Co dzisiaj z twoim poczuciem bezpieczeństwa?
Na razie go nie mam. Ale rozmawiałam dzisiaj o repertuarze ze współpracownikami. O tym, jak przesunąć zaplanowane premiery, od czego zacząć, co widzom będzie potrzebne, i na chwilę znów wróciłam do tego szczęśliwszego świata. Planowałam tak, jakby pandemii nie było.

Granie której z ról ostatnio sprawiło ci największą przyjemność?
„Zapisków z wygnania” Sabiny Baral, o traumie Marca ’68. Kocham te wieczory. Kiedy wiem, że to zagram, jestem szczęśliwa. Wiem, że te wieczory są naprawdę po coś, widzę to po ludziach. Moja obecność i „sposób” ma znaczenie. Nie mam poczucia, że gram, opowiadam to też sobie, przez siebie, każdego teatralnego wieczora.

To prawda, że aktor jest nieszczęśliwy dwa razy – kiedy gra i kiedy nie gra?
Tak. Gdybyś widział, jak jestem nieszczęśliwa przed wyjściem na scenę. Siedzę w garderobie i mówię: „Lezą, idą, łażą nade mną”. Bo garderoba jest pod schodami, więc słyszę – już siedli, już czekają. Mówię: „Co ludziom do głowy przychodzi, żeby iść do teatru. Wolałabym szczoteczką do zębów umyć dziś scenę niż grać”. Wchodzę czasem prawie z nienawiścią. Ale po dziesięciu minutach… kocham. I jestem bardzo szczęśliwa, że gram, że Oni są, że przyszli, że Im się chciało, że słuchają, że się śmieją… Nie gramy w teatrach od dwóch miesięcy. Wszyscy tęsknimy. Czarek Żak przysyła mi SMS-y: „Zagrajmy sobie coś!”. Stworzyłam grupę na WhatsAppie dla ludzi z fundacji. Przesyłamy sobie zdjęcia, to lawina wspomnień. Myślę, że jak otworzą teatry, będziemy po prostu orbitować. Wybijać sufit z radości. Pamiętam, jak wrócił do teatru Jurek Stuhr po prawie dwuletniej nieobecności, chorobie. Zmartwychwstały zagrał „32 omdlenia”. Boże, co się działo! Czegoś takiego nie przeżyłam nigdy! Spojrzał, zrobił jakiś gest, a widownia szalała z radości, dostawała orgazmu. Każdy jego krok, każdy obrót były oklaskiwane. Może tak będzie, jak wrócą teatry?

Jaka będzie Shirley Valentine?
Radosna, energiczna, bo czasem jest malkontencka, a czasem zbyt skwaszona, autoironiczna. Teraz będzie się zwyczajnie cieszyć, że żyje, że gra… Premiera była w listopadzie 1990 roku. To ile ja ją gram? Z przerwami 30 lat. Starzeję się z nią, łagodnieję. Na pewno teraz obie jesteśmy cieplejsze, jest w nas mniej kategoryczności w wielu sprawach, dzisiaj bardziej rozumiem jej męża i dzieci. Kiedyś walczyłyśmy, dzisiaj jesteśmy bardziej złośliwe, ale i pobłażliwe.

Jesteś częściej walcząca czy pobłażliwa?
Zależy kiedy i w jakiej sprawie. Na temat wolności, praworządności, zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej jestem walcząca.

Kiedy był protest w czasie kwarantanny, napisałaś: „Wywieście chociaż czarne pranie”.
Albo czarną sukienkę, niech powiewa. Ja powiesiłam czarną parasolkę, wysoko, wysoko, na dachu. Natomiast w stosunku do ludzi jestem pobłażliwa, dzisiaj dużo więcej wybaczam. Rozumiem. No, ale, niestety, nie wierzę już w człowieka jak dawniej. Często go nie rozumiem. Przeraża mnie.

Boisz się o rodzinę?
Tak, ale moja córka, moi synowie są obywatelami świata, mówią w kilku językach, mają zagraniczne kontakty. To ludzie, którzy żyją w Polsce, bo jest ich miejscem pod sercem. Ale potrafią odnaleźć się wszędzie. Nie sądzę, żeby moje dzieci chciały wyjechać. Mają inną perspektywę. Długoterminową. Kiedy martwiłam się tym, co robią obecne rządy, synowie mówili: „Mamo, to minie. Uspokój się”. Odpowiadałam: „Wy jesteście młodzi, ja nie mam czasu. A jeśli za mojego życia to się nie zmieni?”.

Jest w filmie Jacka Borcucha „Słodki koniec dnia” mocna scena, w której grana przez ciebie poetka, noblistka Maria Linde, zostaje zamknięta w klatce. Symboliczna?
Tak, często teraz czuję się w Polsce jak w tej klatce. Jestem osobą potępianą przez bardzo wielu Polaków. Nie tolerują, że myślę inaczej, że głośno mówię, co myślę, że mam inne poglądy niż „podobno większość”, bo wciąż nie mogę uwierzyć w tę większość innego niż ja suwerena. Taka wyraźna dezaprobata nie spotyka mnie publicznie ani w teatrze, to raczej anonimowe ataki w Internecie, najczęściej obrzydliwe. Nienawiść to ta klatka. Przyzwolenie na nią. W sierpniu miałam zaczynać próby do tekstu teatralnego Jarka Mikołajewskiego. To sztuka o poetce, która chciałaby zostać pochowana w alei zasłużonych, bo nie ma pieniędzy, więc to jedyny sposób na pogrzeb za darmo. Ale musi udowodnić decydentom, że zasługuje na aleję zasłużonych. Jak poeta ma to udowodnić urzędnikowi służbiście? Pamiętam, kiedyś nie mogłam wjechać do telewizji, portier mówi do mnie: „A skąd ja mam wiedzieć, że pani jest aktorką? Niech pani powie jakiś wiersz”. Nawet przez chwilę chciałam to zrobić, ale myślę: „Czy ja zwariowałam, będę mówić wiersz przed szlabanem zamykającym parking?!”. Odwróciłam się i odjechałam. Nie poszłam na rozmowę o roli i jej nie zagrałam. No, ale nie było wtedy telefonów komórkowych [śmiech].

Śni ci się teraz teatr?
Dwa dni temu śniła mi się zamknięta kurtyna. Drżała jak ruszający się ręcznik w powieści Gombrowicza „Opętani”. Ten ręcznik u Gombrowicza powoduje niepokój, buduje napięcie, nie wiadomo, co będzie dalej.

A role ci się nie śnią?
Remek, daj spokój, to jakbyś zapytał hydraulika, czy mu się śnią złączki. Ja jestem stara aktorska wyga. Chociaż… Znam takiego hydraulika, któremu się śnią złączki, bo kocha swój zawód. Dzwonię: „Nie ma ciśnienia w kaloryferze”. On mówi: „Już jadę podnieść atmosferę”.

Fot. Marlena Bielińska/MOVE Fot. Marlena Bielińska/MOVE

Masz apetyt na świat?
Mnie się „mój” świat bardzo podoba. Ten w ogóle świat jest i piękny, i straszny. Okrutny i zachwycający. Ludzie są sprawcami wielkiego zła i wspaniałego dobra. Kiedy rozmawiamy, umiera wielu ludzi, dzieci z głodu. Jak kochać ten świat? Ale mój mały światek jest super. Gdyby nie było koronawirusa, byłabym na wyspie Belle-Île i zwiedzała dom Sarah Bernhardt. Miałam wszystko zorganizowane. Bernhardt kupiła go, mając 50 lat, spędzała tam lata, zapraszała przyjaciół, miała wykute w skale miejsce, z którego godzinami patrzyła w dal. Historycy teatru mówią, że to aktorka o największym znaczeniu w XX wieku. Popatrzyłabym sobie na ocean z jej miejsca. Chciałabym jeszcze odwiedzić mój dom we Włoszech, ten, który wynajmowałam na wakacje od 27 lat. Mam z niego widok na las piniowy, jest pięć minut od plaży. Wstaję tam o świcie, kiedy cykady jeszcze śpią. Zaczynają szaleć, kiedy słońce grzeje. Wszystko tam lubię. Dobrze byłoby tam latem wracać...

Krystyna Janda aktorka, reżyserka, autorka książek. Prowadzi Fundację Krystyny Jandy na rzecz Kultury i dwa teatry Polonię i Och. Zagrała około 70 ról filmowych w Polsce i za granicą, a także mniej więcej tyle samo ról teatralnych. Wśród najważniejszych wyróżnień i odznaczeń, które otrzymała, są: Złota Palma w Cannes, nagrody na festiwalach w Trieście, Montrealu, Belgradzie, San Sebastian, Sundance, Gdyni, „Orły” Polskich Nagród Filmowych, Medal im. Vittoria De Siki, Order Sztuk Pięknych i Nauk Humanistycznych Francji, medale Karola Wielkiego – Europejską Nagrodę Mediów, a także im. Mordechaja Anielewicza. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

  1. Kultura

„Powarkiwania Drogi Mlecznej” – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)
„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie wraca do gry i z radością otwiera nowy sezon. Na widzów czekają znakomite premiery m.in. „Powarkiwania Drogi Mlecznej” i „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979”, a także znany już publiczności monodram Grzegorza Łukawskiego „AMERI CANE”.

W ramach otwarcia sezonu w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, na Scenę Domu Machin powróci m.in. „AMERI CANE”, czyli monodram Grzegorza Łukawskiego w reżyserii Mirka Kaczmarka z jazzującą muzyką, piosenkami Freda Buscaglione na żywo i tekstami Charlesa Bukowskiego. Będzie też sporo nowości – w niedzielę 23 maja odbędzie się premiera spektaklu „Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979” w reżyserii Wojtka Farugi. Jednak zanim to nastąpi, w sobotę 22 maja po raz pierwszy zobaczymy „Powarkiwania Drogi Mlecznej” Bonn Parka w reżyserii Wojtka Klemma. To idealny dramat, aby postawić wszystko na głowie. Na scenie oczywiście, bo poza nią już od dawna wszystko na niej stoi. Nie bardzo wiadomo zatem jak oceniać rzeczywistość, jakie wyciągać wnioski, w co wierzyć, a w co nie.

– Czujemy się jak w wielkiej maszynie deprawacyjnej. Czyż moglibyśmy teraz dawać rady, pocieszać, budzić sumienia, zabawiać? Nie ma mowy! Teraz jest czas na kosmiczną podróż z mini mini alienem albo na nienasycony żołądek Heidi Klum, na kilka chwil szczerości z Otrzeźwiałym Donaldem Trumpem, albo na giętki język palącej nałogowo żyrafy. A z resztą... jak pewnie sami czujecie, teraz jest czas na wszystko poza myśleniem o najbliższych pięciu minutach – zapowiadają twórcy spektaklu. Na scenie wystąpią aktorki i aktorzy Teatru w Krakowie: Ewelina Cassette, Karolina Kazoń, Agnieszka Przepiórska, Katarzyna Zawiślak- Dolny, Tomasz Augustynowicz, Mateusz Bieryt, Marcin Kalisz i Dominik Stroka. Będzie się działo!

Na premierę spektaklu „Powarkiwania Drogi Mlecznej” Bonn Parka w reżyserii Wojtka Klemma Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaprasza już 22 maja. Sztukę będzie można obejrzeć na scenie MOS (ul. Rajska 12), a bilety na pierwszy popremierowy set 23, 25 i 26 maja oraz spektakle 2, 3 i 4 lipca dostępne są na stronie teatrwkrakowie.pl.

„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)„Powarkiwania Drogi Mlecznej” (Fot. materiały prasowe)
  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.