1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wyhaftuj mi świat

Wyhaftuj mi świat

 Portrety z serii Black (Fot. archiwum artystki)
Portrety z serii Black (Fot. archiwum artystki)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Hafciarstwo to jej artystyczne przeznaczenie. Odkryła je niedawno, przyglądając się poduszkom, które otrzymała od babci Anastazji. Igłą i nićmi maluje emocje, ludzkie twarze i ciała. Jako pierwsza w Polsce realizuje haft w animacji filmowej. Rozmowa z artystką Ewą Cieniak.

Zajmujesz się hafciarstwem - na czym dokładnie polega ta technika? W uproszczeniu to ozdabianie tkanin i innych powierzchni kolorowymi nićmi. Fascynujące jest to jakie możliwości dają dwa proste narzędzia - igła i nitka.

Dziś nie jest to zbyt popularna dyscyplina, jak na nią wpadłaś? To było wielkie zaskoczenie w moim życiu. I spełnienie. Jeszcze nie tak dawno nie miałam z haftem nic wspólnego i nie zgadłabym, że to będzie tak bardzo „moja” technika. Momentem iluminacji było dostrzeżenie na nowo piękna haftowanych poduszek, które dostałam od babci Anastazji. Dzięki nim wróciłam do sztuki i tworzenia.

Masz artystyczne wykształcenie? Tak. Skończyłam liceum plastyczne w Łodzi oraz studia na wydziale grafiki warsztatowej na Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie. Zaraz po studiach zaczęłam pracę w agencji reklamowej Saatchi & Saatchi jako dyrektorka artystyczna. Tworzyłam kampanie reklamowe, wymyślałam je a potem nadzorowałam ich powstawanie, od strony artystycznej. Ale to, co dawało mi największą satysfakcję wówczas, to wymyślenie projektów zaangażowanych społecznie. Najbardziej jestem dumna z wymyślenia postaci Pajacyka dla Polskiej Akcji Humanitarnej. W międzyczasie współtworzyłam dwie marki odzieżowe. Od kilku lat prowadzę warsztaty artystyczne, wymyślam i koordynuję projekty współpracując z ośrodkami kultury i organizacjami pozarządowymi. Na początku 2019 roku zatęskniłam za tworzeniem.

I sięgnęłaś po igłę i nici. Tak. Zamiast po farby i pędzel, sięgnęłam po nici i igłę. Od tamtej pory hafciarstwa uczę się cały czas. Eksperymentując na swoich pracach. To technika, która daje wiele możliwości - pozwala mi na realizowanie projektów zarówno malarskich, graficznych, jak również instalacji. W zależności od tego, jaki efekt chcę osiągnąć, stosuję różne narzędzia. Najczęściej używam kordonka, ale robię też projekty, w których stosuję włóczki. Jeśli chcę stworzyć portret – wybieram blejtram (płótno naciągnięte na ramy) lub korzystam z kawałka materiału zamocowanego tymczasowo na tamborku. Zdarzyło mi się haftować na fotelu bujanym, siedziskach krzeseł, lampie i na maseczkach ochronnych. Gdy chcę zrobić projekt bliższy grafice, wyszywam kontur. Innym razem gęsto nakładam kolorowe nici. Ostatnio eksperymentuję z pozostawianiem końcówek nici i supełków po prawej stronie, przez co zaczęła zacierać się granica pomiędzy tym, co jest frontem, a co tyłem obrazu. I to mi się bardzo podoba.

Czasem stosuję nić pojedynczą, innym razem podwójną. Jeśli chcę stworzyć portret przy użyciu tylko jednego koloru – jak w przypadku portretów z serii „Drzewo genealogiczne” – „rzeźbię” twarz za pomocą wielokrotnych przeszyć. Buduję trójwymiarową strukturę, która w efekcie przypomina relief. Staram się przy każdym projekcie podchodzić do tematu w nieco inny sposób, chcę żeby kolejne prace były przygodą i odkrywaniem. Większość z nich układa się w cykle. Lubię to, bo dzięki temu z pacy na pracy mogę ulepszać swoją technikę, a jednocześnie powiedzieć coś więcej, niż byłoby to możliwe przy okazji pojedynczego dzieła.

Jola (Fot. archiwum artystki) Jola (Fot. archiwum artystki)

Jola - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki) Jola - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki)

Seria Heads. (Fot. archiwum artystki) Seria Heads. (Fot. archiwum artystki)

Haftujesz portrety na zamówienie. Łatwiej wyhaftować uśmiech czy smutek? Portrety to niemal 100 proc. mojej twórczości. Przyglądanie się twarzom, emocjom, które na nich widać, a potem przenoszenie ich na płótno to ogromna radość, ale też wyzwanie. Bo jest pewien rodzaj niepokoju związanego z tym – czy się ta portretowana osoba rozpozna, polubi, zaakceptuje. Do tej pory tylko raz usłyszałam, że ktoś na zamówionym portrecie nie był zadowolony z tego, że za mało się uśmiecha… Cóż, ja mam takie przekonanie, że na obrazach uśmiechy się nie sprawdzają. Sama nie chcę patrzeć na siebie „wiecznie” uśmiechniętą. Chyba wolę spokojny wyraz twarzy i pogodne spojrzenie. Zupełnie inaczej jest w przypadku mojego projektu „Emocje”, czyli cyklu haftów na krzesłach, gdzie jest miejsce nawet na bardzo wyrazisty uśmiech.

Wyjaśnij na czym polega projekt „Emocje” z krzesłami i ich ambasadorami? Na siedziskach sześciu krzeseł wyhaftowałam twarze znanych aktorów: Adama Drivera, Meryl Streep, Jacka Nicholsona, Glenn Close, Violi Davis, Mahershala Ali. Na ich twarzach widać smutek, gniew, radość, tęsknotę, pewność siebie, zdziwienie. Słowa opisujące emocje pojawiają się w języku angielskim – tak, by korespondowały z osobami, które na nich przedstawiam. Wybrałam aktorów, których lubię i cenię, i którzy kojarzą mi się (często poprzez ich najwybitniejsze role) z daną emocją. Ich zadaniem jest dodać odwagi odbiorcy do większej swobody w ich wyrażaniu. Krzesła są obiektami prowokatywnymi - mogą oglądającego instalację zaskoczyć, zaintrygować, rozbawić, oburzyć. Są zaproszeniem do tego, by na takim krześle usiąść i poczuć daną emocję. Potem może także zastanowić się, czy sami mamy do tej emocji dostęp, akceptujemy ją. A w efekcie, czy pozwalamy sobie na jej wyrażenie i jak to przebiega. Po sobie wiem, że większa świadomość własnych emocji przełożyła się na większy spokój i lepsze relacje z innymi.

Krzesła emocji. (Fot. archiwum artystki) Krzesła emocji. (Fot. archiwum artystki)

Przyznam, że największe wrażenie zrobiły na mnie kolekcja „anatomia” i efekty trójwymiarowości, które udało Ci się tam osiągnąć. Projekt anatomiczny rozpoczął się nieco przypadkowo. W trakcie realizacji „Drzewa Genealogicznego” – serii portretów wykonanych w całości białą nicią na białym tle – pomyślałam, a co by się stało, gdyby tak zajrzeć pod skórę, pod powierzchnię? I wówczas powstała pierwsza praca – „Moja lewa ręka”. Tu, tak jak w białych portretach – jest biała dłoń na białym tle. Tylko jej fragment jest pozbawiony skóry. Widać żyły, mięśnie, ścięgna. Efekt tak bardzo mi się spodobał, że szybko zaczęłam tworzyć kolejne prace, w których „odkrywałam” inne fragmenty ciała ludzkiego: policzek, szyję, ramię, bark, plecy, stopę. Wielką radość sprawia mi za każdym razem, gdy nićmi oddaję strukturę mięśni, grafikę żył, sieć ścięgien. Uważam, że nici i haft idealnie nadają się do pokazywania układu mięśniowego - pozwala na pokazanie kontrastu jaki jest pomiędzy monochromatyczną białą częścią obrazu, a częścią kolorową - mięśniową. Niedawno zgłosiła się do mnie pani, która zamówiła stworzenie dwóch obrazów, w tym portretu dla swojego nastoletniego syna fascynującego się anatomią. To była wielka przyjemność stworzyć coś, co będzie zarówno cieszyć oko jak i uczyć. Sama dzięki haftowaniu projektu anatomicznego – wiele się dowiedziałam o anatomii ludzkiego ciała. To jest kolejny, po wspomnianych wcześniej studiach emocji – profit z tego co robię.

Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki) Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki)

Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki) Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki)

Aktualnie pracujesz nad animacją… Otrzymałam stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na realizację filmu animowanego. „Tabula Rasa” - to roboczy tytuł krótkiego, około dwudziestosekundowego filmiku, w której ilustracje będą wyhaftowane. Od dawna marzyło mi się zrealizowanie takiego projektu - „uruchomienie“ haftu. Znalazłam tylko kilka podobnych projektów na świecie – to mnie jeszcze bardziej zmotywowało do poszukiwania sposobu, żeby swój pomysł zrealizować. Niedługo od wypowiedzianego w eter życzenia – pojawiła się możliwość. MKiDN w ramach programu stypendialnego „Kultura w sieci” ogłosiło nabór, na który się zgłosiłam i.. dostałam stypendium. Cieszę się, że zdobyłam zaufanie i finansowanie mojego pomysłu. To dodaje skrzydeł.

W filmie Tabula Rasa postać bohaterki pojawia się, wypowiada tytułową frazę dwukrotnie i znika. Żeby powstał nawet krótki film – potrzebnych jest wiele ilustracji. Żeby rozpocząć haftowanie, potrzebowałam najpierw sfilmować swój pomysł, stworzyć prototypową - rysunkową animację. Obecnie jestem na półmetku haftowania poszczególnych plansz. Po zakończeniu tego etapu przyjdzie czas na sfotografowanie i połączenie ilustracji w programie komputerowym oraz zaanimowanie ich i udźwiękowienie. Projekt realizuję od początku sierpnia, myślę, że w drugiej połowie października będzie można zobaczyć w sieci efekty mojej pracy. W trakcie realizacji wzrósł mój apetyt na robienie kolejnych, bardziej złożonych animacji. W przyszłości marzy mi się, współpraca z firmą produkującą animacje trwające więcej niż kilkadziesiąt sekund.

Najbliższa wystawa prac Ewy Cieniak odbędzie się w Galerii Apteka Sztuki w Warszawie w dniach: 14.10.2020 - 14.11. 2020

Galeria "Apteka Sztuki" to miejsce niezwykłe - działa nie tylko z miłości do sztuki, ale też daje zatrudnienie 24 osobom z niepełnosprawnościami, będąc Zakładem Aktywności Zawodowej Stowarzyszenia Otwarte Drzwi. Leczy otwartością i rehabilituje poprzez obcowanie z pięknem. 

Autoportret w okularach. (Fot. archiwum artystki) Autoportret w okularach. (Fot. archiwum artystki)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Marta Frej: "Nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość"

Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów.  (Fot. Marta Lityńska)
Marta Frej, polska malarka, ilustratorka i animatorka kulturalna, opisuje dzisiejszą rzeczywistość i swój stosunek do niej za pomocą memów. (Fot. Marta Lityńska)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
- Bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je - mówi Marta Frej, ilustratorka i autorka memów, pokazujących kobiecą codzienność - pełną absurdów, ciągłej walki ze stereotypami i niekończącego się udowadniania swojej siły. 

Czym jest dla ciebie feminizm? Sposobem myślenia, patrzenia na świat, odczuwania, życia, ale też radzenia sobie z trudnymi rzeczami. A mówiąc mniej prywatnie – jest to dla mnie światopogląd, według którego ludzie powinni mieć równe szanse. Jest wiele feminizmów, wiele feministek i coraz więcej feministów. Mam do tego poznawczy stosunek. Według mnie każda osoba musi sama zdefiniować sobie feminizm.

Można śmiało stwierdzić, że wprowadziłaś feminizm do polskiej popkultury. To duże słowa, ale nie chcę tak o sobie myśleć, bo nie chciałabym, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy. Popkultura jest ważna, bo to bardzo dobre narzędzie kształtowania opinii i postaw. Ja cały czas żyję trochę na uboczu, nie bywam na salonach i nie jestem osobą publiczną. Zależy mi na tym, żeby nie stracić perspektywy przeciętnej kobiety, która jeździ rowerem, gada z sąsiadami i sąsiadkami, angażuje się w społeczność lokalną. Jednocześnie, bardzo zależy mi na tym, żeby feminizm pozbawić dorobionej mu „gęby”. Chciałabym, żeby zaistniał w Polsce w mniejszych miastach i wsiach, zmienił je.

Ukrywasz się za swoją twórczością? Chyba trochę tak. To jest kwestia mojej osobowości. Poza tym, często mam nieodparte wrażenie, że osoby, które poznaję w ostatnich latach, mają jakieś konkretne wyobrażenie na mój temat i konkretne oczekiwania, wtedy dość szybko się zamykam, bo to nie jest komfortowe. Muszę nauczyć się to akceptować. Chciałabym znaleźć swój gang kobiet, stworzyć jakąś społeczność. To jest moje marzenie i mój feministyczny kawałek na teraz.

Kobiety, które podczas Strajku Kobiet niosły na transparentach twoją grafikę „Wody odeszły, rodzimy rewolucję” już należą do tego gangu. To dla mnie największa radość, gdy to co robię, komuś służy. Gdy można to wydrukować i wynieść na ulicę jako manifest, postulat czy znak tego, co się myśli. To największa nagroda, najlepsza wystawa w najlepszej galerii świata.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Katarzyna Kasia we wstępie do najnowszego albumu z twoimi rysunkami „120 twarzy Marty Frej” zadała pytanie: „Czy jesteśmy w stanie zmienić schemat, przeprogramować system, w którym kobiety z góry są na przegranej pozycji?”. Jak myślisz? Tak! Choć najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie wbić do głowy jest to, że nie zrobimy tego od razu. Być może beneficjentkami i beneficjentami tej zmiany będą przyszłe pokolenia i to jest ok. Ważne, by wierzyć w tę zmianę i robić wszystko co się da, by się dokonała.

Na jakim etapie tej zmiany teraz się znajdujemy? Mam nadzieję, że to już jest dno, od którego się odbijemy. Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa i nieprędko pewnie przestaniemy. Toczymy tę walkę na różnych poziomach i różnymi sposobami, z różną świadomością. Ale wszystkie robimy to wiedzione naturalną potrzebą samostanowienia i wolności. Dlatego jestem spokojna, że wola zmiany w nas nie umrze.

Od początku przekazywanie treści feministycznych poprzez sztukę było twoim pomysłem na siebie? To był przypadek. Przez długi czas płynęłam poprzez życie, ale niespecjalnie odnajdowałam się w mainstreamie. Feminizm pojawił się w moim życiu, gdy byłam w bardzo trudnej sytuacji życiowej, posypało mi się wiele rzeczy naraz. I oczywiście wzięłam to na klatę, jak typowa Polka wytresowana do tego, by obarczać się winą za wszystko. Myślałam, że to ja zawaliłam, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Skoro tyle pracy, miłości i entuzjazmu nie wystarczyło, to jak tu żyć dalej ? Skąd wziąć siły i środki? Kiedy już trochę się uspokoiłam i dostrzegłam pewne przykre wzory zachowań i mechanizmy stosunków społecznych związane z płcią, zaczęłam rysować o tym rysunki. Próbowałam to obśmiać, spojrzeć z dystansem, bo co więcej mogłam zrobić? Wtedy potwierdziły się moje przeczucia: moje przeżycia i problemy okazały się przeżyciami i problemami tysięcy kobiet. Tak narodził się mój feminizm.

Kobiety w twoich memach odnajdują siebie. Okazało się, że ten mój przeciętny głos ma znaczenie. Ta świadomość dała mi chęć do życia, do dzielenia się swoim głosem i opowiedzenia swojej historii, a ściślej mówiąc, herstorii. To ważne, bo nie wszystkie mamy szczęście dostawać komunikat z rzeczywistości: „Halo, twoja herstoria jest ważna i ciekawa”. A każda jest ważna i ciekawa, a co najważniejsze, opowiadanie jej jest ważnym momentem terapeutycznym i emancypacyjnym.

Twoja twórczość jest formą autoterapii? Na pewno. I być może dlatego, że wynika z przeżyć i doświadczeń, a nie z książek i abstrakcyjnego myślenia pod tytułem „będę udawać kogoś, kim nie jestem, żeby na chwilę uciec od codzienności”, prowokuje moje odbiorczynie i odbiorców do reakcji, polemik, dzielenia się własnymi opowieściami. Dzięki tysiącom komentarzy kobiet sformułowałam listę tematów, które pojawiają się jako najczęstsze problemy: umiejętność powiedzenia nie, stawianie granic, dbanie o swój dobrostan w takim samym stopniu, jak o innych, no i uwolnienie się od jarzma ciągłych ocen, od lęku przed oceną sąsiadek i sąsiadów, koleżanek i kolegów, rodziny... My, polskie kobiety, mamy bardzo niską samoocenę. Bez przerwy spotykam kobiety, które robią wspaniałe rzeczy, są mądre, odważne i pełne innych zalet, a najgorsze zdanie o nich mają one same.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Odpowiedzią na to był twój zeszłoroczny projekt „Jestem silna, bo…”. Odkąd pamiętam zastanawiałam się kim jest „silny człowiek” - jakie ma cechy, czym się charakteryzuje? Kiedy prosiłam osoby na warsztatach, żeby zamknęły oczy i zwizualizowały sobie silnego człowieka, a potem opisały efekt, przeważająca większość zobaczyła mężczyznę. W końcu jeszcze niedawno funkcjonowało określenie „słaba płeć”... Z drugiej jednak strony, często słyszałam od facetów, że kobiety są silniejsze psychicznie. Do tego dochodzi jeszcze wiele stereotypów dotyczących tego, jak mamy się zachowywać, wyglądać. A że ja strasznie nie lubię gier, w których reguły nie są głośno nazwane i w gruncie rzeczy trzeba się domyślać, jak grać, postanowiłam poprosić kobiety, by dokończyły zdanie „Jestem silna, bo…”.

Nie obawiałaś się, że Polki będą z góry źle nastawione do zdania, które zaczyna się od takich słów? Miałam takie podejrzenie i to się oczywiście potwierdziło, bo początek projektu był zupełnie inny niż to, co dzieje się teraz. Teraz to zdanie jest już akceptowane, nawet chętnie powtarzane. Na początku każde jego dokończenie budziło opór, zdziwienie, niechęć u dużej części odbiorczyń i odbiorców. Spotkałam się nawet z zarzutem, że promuję „kult siły”, co ma dla mnie wymiar groteski, biorąc pod uwagę, jak brzmi zakończenie większości bohaterek...

Z czasem zdanie „Jestem silna, bo…” urosło na ogromną skalę. W krótkim czasie dostałam jakieś 2 tys. maili – wtedy zrozumiałam, jak trudne zadanie sobie stworzyłam i jak ciężko mi to będzie udźwignąć. Skala przemocy domowej, która ujawniła się w tym projekcie była przerażająca. Bo z przemocą domową to jest tak, że wszyscy o niej wiemy, wszyscy o niej mówimy, ale nie do końca zdajemy sobie z niej sprawę. A gdy dostaje się maila od kobiety, która ma imię i nazwisko i opisuje swoje przeżycia związane z przemocą domową, a do tego jeszcze pisze: „Jestem silna, bo…”, czyli poradziła sobie z tym wszystkim i wyszła z tego, to zupełnie zmienia się perspektywa. Wtedy dotarło do mnie, że ten projekt powinien nazywać się: „Jestem silna, pomimo że…”, bo okazało się, że największą siłę, według bohaterek tego projektu, dały im te najcięższe przeżycia, z którymi sobie poradziły.

To ćwiczenie było też ważne dlatego, że uświadomiło, że nikt nie jest silny przez cały czas. Możemy codziennie robić sobie takie ćwiczenie i pytać siebie, jak dzisiaj dokończymy to zdanie. I za każdym razem możemy kończyć je inaczej, bo to jest nasza decyzja, my decydujemy, czy to, że dziś wstałyśmy z łóżka to jest powód, dla którego możemy dziś się nazwać silną. I co z tego, że ktoś napisze: „Jesteś silna, bo wstałaś z łóżka – też mi coś”.  Tylko ja sama mogę ocenić, czy jestem silna – mogę sobie tę siłę przypisać, nazwać ją i sobie ją uświadomić oraz być z niej dumna.

Nie czułaś się trochę przytłoczona? Trochę czułam. Teraz mam przerwę w tym projekcie, choć myślę, że do niego wrócę. To jest bardzo trudne, bo ja jestem tylko kronikarką i tak naprawdę nic nie mogę zrobić. A jednocześnie mam głębokie poczucie, że robię coś prawdziwego i potrzebnego.

Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy) Ilustracja autorstwa Marty Frej. (Fot. FB @Marta Frej Memy)

Czy zaczynając spełniać się jako artystka myślałaś, że będziesz publikować swoją twórczość w Internecie? Gdy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi uczono mnie, że artysta – bo nie artystka, końcówki żeńskie wtedy w ogóle nie funkcjonowały – może tylko wystawiać w dużych galeriach, gdzie przychodzą ważni ludzie i jego elitarny przekaz dotrze tylko do garstki wybranych osób. Zresztą, ukończyłam szkołę imienia Władysława Strzemińskiego i wtedy nikt nie mówił o tym, że Strzemiński za żonę miał wielką artystkę Katarzynę Kobro, którą równo tłukł, a jej prace dopiero od kilku lat są doceniane. Gdybym na studiach wiedziała, że będą media społecznościowe i moi profesorowie dowiedzieliby się, że będę tam cokolwiek publikować, zostałabym wyśmiana. Dopiero gdy zrozumiałam, że nigdy nie będę wielkim „artystą” i że kompletnie w tym świecie nie umiem funkcjonować, zaczęłam publikować w mediach społecznościowych i uwolniłam się od wyobrażeń, jakim artystą powinnam być. I zostałam artystką.

Ale jednak wydałaś album z memami, czyli twórczością typowo internetową, w formie tradycyjnej. Czym jest dla ciebie ten album? Taką nieoczekiwaną przyjemnością. Już tak przywykłam do Internetu, że onieśmiela mnie za każdym razem, gdy widzę swoje prace na papierze. Ale nie ukrywam, że to wielka przyjemność – dotykanie i posiadanie materialnego albumu ze swoimi pracami. Nawet mi się podobają te moje rysunki!

Bije z ciebie skromność, a przecież jesteś jedną z najbardziej znanych współczesnych artystek feministycznych w Polsce. Trochę trudno mi w to uwierzyć... Jestem szczęśliwa i jest mi miło, ale z drugiej strony trochę się wstydzę i krępuje mnie, gdy ktoś tak mówi. Wiem, że to skutek polskiego wychowania, gdzie skromność jest największą cnotą dziewczynki. Walcząc z tym odpowiem: Dziękuję, miło mi to słyszeć.

„Twórczość Marty Frej jest – w najgłębszym sensie tego słowa – niepokorna” – to znowu słowa Katarzyny Kasi. Czy ty też jesteś niepokorna? Ja po prostu nie zgadzam się na zastaną rzeczywistość, bo bardzo dużo trzeba w niej naprawić. Jestem też bardzo przekorna i jeśli słyszę, że jakaś grupa ludzi (płci męskiej) coś ustaliła dawno temu i dlatego tak trzeba postępować, i że od dziada pradziada (no bo przecież nie od baby prababy) tak było i tak jest najlepiej, to w to nie wierzę.

Polecamy: album '120 twarzy Marty Frej', Wydawnictwo RM. Polecamy: album "120 twarzy Marty Frej", Wydawnictwo RM.

  1. Styl Życia

Stowarzyszenie Traffic Design - murale i szyldy w Gdyni i innych miastach

Mural autorstwa Pawła Ryżko, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)
Mural autorstwa Pawła Ryżko, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Zamiast narzekać na wygląd przesyconych nieestetycznymi reklamami i pastelowymi elewacjami polskich miast, wzięli się do pracy. Neonami, malowanymi szyldami, metaloplastyką i muralami odmieniają oblicza naszych ulic i osiedli.

 

Głównym celem Stowarzyszenia „Traffic Design” było połączenie sztuki zamkniętej w pracowniach artystów z estetyzacją przestrzeni miejskiej. Właśnie mija dziesięć lat od momentu stworzenia przez nich pierwszych artystycznych murali na trasie Szybkiej Kolei Miejskiej w Trójmieście i można powiedzieć, że dopięli swego. Dziś przykłady ich prac znaleźć można nie tylko w Gdyni czy Gdańsku, lecz także w Warszawie, Elblągu, Wrocławiu, Gostyniu czy prowansalskim Saint-Étienne.

Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld projektu Jacka Wielebskiego, przeniesiony na czas remontu stacji SKM na kładkę przy Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w Gdyni. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Ze sztuką na ulice

Traffic Design powstało w 2011 roku. Skupiło wokół siebie ludzi z różnym wykształceniem, ale przede wszystkim o spójnym spojrzeniu na sztukę i design oraz na to, jak można je wykorzystywać w przestrzeni publicznej. Jak przyznaje Monika Domańska, jedna z założycielek grupy, sama idea zrodziła się znacznie wcześniej.

Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Mural międzygatunkowy autorstwa Małgorzaty Gurowskiej (zawiera 12 budek dla ptaków), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Z Jackiem Wielebskim i Michałem Lechem, członkami zarządu, znamy się od 2000 roku. Jeszcze jako uczniowie interesowaliśmy się sztuką uliczną, bliższą ludziom niż ta dostępna w galeriach. Na czas studiów rozjechaliśmy się w różne strony świata. Gdy spotkaliśmy się ponownie w industrialnej przestrzeni gdyńskiego Dalmoru [najstarszego przedsiębiorstwa połowowego w Polsce – przyp. red.], okazało się, że mamy podobną wizję. Chcieliśmy, aby talenty artystów mogły wybrzmieć w przestrzeni miejskiej, aby ze swoimi pracami wyszli do zwykłych odbiorców. Ale chodziło też o poczucie sprawczości: woleliśmy działać niż narzekać – tłumaczy.

Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Ława w parku Kolibki autorstwa Filipa Kozarskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Wraz z Natalią Kaczor założyli więc w Gdyni multidyscyplinarny zespół, który zaczął upiększać swoje bliskie sąsiedztwo. A z upływem lat – ulice innych miast.

Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic ) Neon zespołu projektowego Traffic Design na budynku szpitala miejskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic )

Zmieniać zastane

Początkowo działalność Traffic Designu obejmowała głównie murale. – W latach 2011-2014 w ramach Festiwalu Sztuki Miejskiej [od 2018 roku działa jako Biennale Dizajnu i Sztuki Miejskiej – przyp. red.] ozdabialiśmy trójmiejskie budynki rysunkami artystów najpierw lokalnych, potem krajowych i zagranicznych. Przekonaliśmy się wtedy, że krok po kroku naprawdę możemy zmieniać przestrzeń wokół siebie – mówi Monika. Energii dodał im pozytywny odbiór mieszkańców.

Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Instalacja artystyczna Mariana Misiaka i Oskara Zięty, zdanie prezentuje wszystkie znaki diakrytyczne w języku polskim, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Postanowili działać z większym rozmachem, ale też z rozsądkiem. – Stwierdziliśmy, że jesteśmy już wystarczająco przebodźcowani nadmiarem reklam i innych komunikatów wizualnych: znaków drogowych, szyldów. Lepiej więc zmieniać elementy już zastane, a nie dokładać kolejne. Wszystko zostało już zaprojektowane, tylko często pod kątem wyłącznie funkcji. A przecież wiele przedmiotów może być zarówno użytecznych, jak i estetycznych – dodaje. Inspiracji szukali w polskiej szkole projektowania neonów i szyldów.

Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Szyld gdyńskiego baru mlecznego projektu Syfon Studio. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Tak rozpoczął się trwający do dziś projekt Re:design, w ramach którego przekształcane są takie niepozorne elementy miejskiej przestrzeni, jak: kratki wentylacyjne i ściekowe, płoty, kraty czy numeracje domów. Artystyczną metamorfozę przeszło też ponad 50 szyldów zakładów rzemieślniczych. Wielu z nich, jak lodziarni Kwaśniak z Gdyni czy szewcowi z gdańskiej Żabianki, zmiana i związany z nią rozgłos medialny pozwoliły na utrzymanie się na rynku.

Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Lampka autorstwa Macieja Połczyńskiego, Gdynia; Szyld serwisu rowerowego projektu Jakuba „Hakobo” Stępnia, ulica Kobielska 64 Warszawa; Artystyczna kratka wentylacyjna autorstwa Mikołaja Sałka i Very King. 6. Fragment neonu AK25 Jacka Wielebskiego, Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

Białe bloki są piękne

Inny projekt stowarzyszenia – Białe Bloki – przywraca estetykę budynkom mieszkalnym z wielkiej płyty. Zamiast pastelowych kolorów, tak popularnych na osiedlach w całej Polsce, projektanci wprowadzają na elewacje klasyczną biel. – PRL-owskie osiedla często wyglądają jak wielokolorowe konfetti – zauważa Monika. Bo nawet jeśli konkretne budynki powstały w podobnym okresie i stanowiły spójną zabudowę, to po termomodernizacji, czyli ich ociepleniu, są malowane na nowo i zazwyczaj każdy na inny kolor. Miało być wesoło, a jest chaotycznie.

Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Płaskorzeźba „Monumentalcity” twórców Chazme & Mozi (Daniel Kaliński, Ziemowit Liszek), Gdynia. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Wierzymy, że dobry przykład, jak nasze Białe Bloki, ma szansę wywołać efekt kuli śniegowej. Już teraz wiemy, że kolejne dwa budynki przy ulicy Lelewela w Gdyni będą w przyszłości korzystać z naszego projektu – cieszy się Monika.

Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design) Metaloplastyka Oli Niepsuj na gdyńskim przedszkolu. (Fot. Rafał Kołsut/Traffic Design)

– Nasze działania demokratyzują design. Wprowadzając do przestrzeni miejskiej wartościowe dzieła, upiększamy ją, ale też sprawiamy, że mieszkańcy o każdej porze mogą oglądać, fotografować czy kontemplować sztukę -  mówi Monika, I dodaje - Chcemy, aby design i wysoka wartość projektowa były łatwo dostępne i sprawiały, że wymagania ludzi co do wyglądu naszych ulic będą rosnąć. W końcu przestrzeń, w której żyjemy, wpływa na jakość naszego życia – na nasze samopoczucie, kreatywność czy to, jak radzimy sobie z emocjami. Oraz – co też ważne – na kształtowanie się naszego poczucia estetyki.

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Erwin Sówka - poznaj obrazy, z których słynie malarz ze Śląska

Erwin Sówka „Moja lauba” (2009). (Fot. Muzeum Śląskie w Katowicach)
Erwin Sówka „Moja lauba” (2009). (Fot. Muzeum Śląskie w Katowicach)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Kiedy w styczniu zmarł Erwin Sówka, media informowały, że żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich malarzy naiwnych. Wybitność śląskiego artysty nie podlega dyskusji. Z jego naiwnością sprawa jest bardziej problematyczna.

Nikiszowiec i Giszowiec – modelowe osiedla robotnicze z początku XX wieku, położone w dawnej podmiejskiej gminie Janów, która dziś jest częścią Katowic. To w te okolice trafi spragniony wizualnych wrażeń turysta, szukając na Górnym Śląsku obrazu tradycyjnego górniczego życia, jak z filmów Kazimierza Kutza. To właśnie w Giszowcu urodził się w 1936 roku Erwin Sówka. Syn i wnuk górników, w wieku 16 lat sam pracował już w kopalni. A ponieważ od małego ciągnęło go do malowania, po pracy zaczął uczęszczać do koła plastycznego działającego przy Domu Kultury KWK „Wieczorek”.

Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News) Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)

Realny socjalizm był wtedy w Polsce młody i, mimo reżimu stalinowskiego, nie wyzbył się jeszcze utopijnych ambicji, a już na pewno retoryki. W idealnym komunistycznym świecie człowiek pracy miał być nie tylko siłą roboczą, lecz także kreatorem nowej kultury. Władze popierały więc amatorską twórczość. Przyzakładowych robotniczych kółek artystycznych było w PRL wiele, jednak to, do którego trafił Sówka, okazało się pod wieloma względami wyjątkowe. Młody górnik spotkał w nim Teofila Ociepkę – jedną z najbardziej nieszablonowych postaci polskiej sztuki XX wieku i duchowego przywódcę malarzy amatorów, którzy w przyszłości mieli zdobyć rozgłos jako Grupa Janowska.

Element podejrzany

Ociepka (rocznik 1891) pochodził z kolei z Nikiszowca i jak wszyscy mieszkańcy osiedla pracował w kopalni Giesche, która w przyszłości miała stać się „Wieczorkiem”. Punktem zwrotnym w jego życiu była pierwsza wojna światowa, na którą trafił jako cesarski rekrut. To właśnie na jej frontach zetknął się z naukami tajemnymi. Z wojny wrócił z zasobem okultystycznych książek i siecią kontaktów. Jego mistrzem został niejaki Philip Hohmann, dość tajemnicza postać związana z tradycją różokrzyżowców. Za radą Hohmanna w latach międzywojennych Ociepka rozpoczął organizowanie w Nikiszowcu gminy okultystycznej, a także zajął się malarstwem. Mistrz zalecał mu bowiem, aby tajemne prawdy przedstawiać za pośrednictwem alegorii i symboli.

Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News)

Ociepka nie miał żadnego przygotowania plastycznego, ale okazało się, że oprócz ezoterycznej misji ma nieprzeciętny malarski talent. Po drugiej wojnie światowej znalazł się w działającym przy „Wieczorku” kole plastycznym, zarażając jego członków nie tylko wiarą w to, że prosty górnik może zostać wybitnym malarzem, lecz także przekonaniem, że malarstwo jest formą doskonalenia duchowego. O ile górnicy malujący obrazy wpisywali się w politykę kulturalną władzy, o tyle górnicy okultyści byli z ideologicznego punktu widzenia elementem, delikatnie mówiąc, podejrzanym. Nie wiadomo, czy malarze z Janowa nie napytaliby sobie biedy swoimi ezoterycznymi poszukiwaniami, gdyby w latach najgorszego stalinowskiego terroru nie rozpostarła nad nimi ochronnego parasola Izabela Czajka-Stachowicz.

Kapitan Czajka na tropie

Historia górników uprawiających okultystyczne malarstwo to temat na barwną legendę, ale i Czajka była postacią jakby żywcem wziętą z awanturniczego romansu. Zresztą na kartach takiej powieści naprawdę możemy ją spotkać. To ona jest pierwowzorem Belli Hertz, demonicznej żydowskiej femme fatale z „Pożegnania jesieni” Witkacego. Historyczka sztuki, pisarka i reporterka, w latach międzywojennych była muzą literatów i artystów, socjalistką, podróżniczką i sprawczynią obyczajowych skandali. W czasie okupacji znalazła się w getcie, z którego uciekła, i wstąpiła do komunistycznej partyzantki. A po wojnie w randze kapitana milicji szukała na Ziemiach Odzyskanych zrabowanych przez Niemców dzieł sztuki (to właśnie ona odnalazła zaginione obrazy Matejki, w tym „Rejtana” i „Unię lubelską”). Podczas tych peregrynacji kapitan Czajka trafiła na malarzy z Nikiszowca. Pomogła śląskim artystom podwójnie. Swoje kontakty w bezpiece wykorzystała, by nie oskarżono ich o propagowanie „antysocjalistycznych zabobonów”. Oficjalna wersja głosiła, że to przedstawienia ludowych, a więc ideologicznie słusznych śląskich tradycji i bajek. Znajomości w środowisku artystycznym i naukowym Czajka użyła z kolei do promocji śląskich twórców, zwłaszcza Ociepki, który po odwilży 1956 roku stał się prawdziwą gwiazdą tak zwanej sztuki nieprofesjonalnej.

Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News)

Do jednego worka

Wypada tu zapytać: kim właściwie jest artysta nieprofesjonalny? Na fali zainteresowania Ociepką „odkryta” została cała Grupa Janowska. Najpierw w kraju, potem również za granicą. Ociepka pod koniec życia wraz z nowo poślubioną żoną przeprowadził się do Bydgoszczy i bardzo skomercjalizował swoją twórczość. Rozsmakował się w zagranicznych podróżach, żył ze swojej sztuki. Mało tego, żyła z niej cała jego rodzina. W tym sensie – a także biorąc pod uwagę ilościową skalę i jakość dorobku – trudno upierać się przy nazywaniu go amatorem. Ta sama wątpliwość dotyczy Sówki. Ociepka widział w nim swojego duchowego następcę, cenił zarówno zaangażowanie młodego adepta w zagadnienia ezoteryczne, jak i jego malarski talent.

Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News)

A jednak w najświeższych wspomnieniach, które ukazały się po śmierci Sówki, artysta wciąż bywa określany jako „malarz prymitywista”. Czy był nim w istocie? Odkrycie Grupy Janowskiej zbiegło się w czasie z falą zainteresowania twórcami tak zwanej art brut. Pojęcie spopularyzowane przez charyzmatycznego francuskiego artystę Jeana Dubuffeta odnosiło się do sztuki „surowej”, powstającej poza zinstytucjonalizowanym systemem artystycznym. Dubuffet utożsamiał ową surowość z autentycznością, poszukiwał jej w twórczości amatorów, samouków, artystów ludowych, dzieci, osób chorych umysłowo. W krytyce anglosaskiej odpowiednikiem art brut jest termin outsider art, w Polsce używano długo określenia „sztuka naiwna”. Wszystkie te pojęcia są jak worek, do którego wrzuca się przypadki twórczości uznanej za nietypową, choć z bardzo różnych i często dyskusyjnych powodów. To także worek, z którego niełatwo się wydostać, kiedy raz zostanie się do niego wrzuconym.

Krytycy i akademicy automatycznie zakładali, że górnicy z Grupy Janowskiej, z których większość formalną edukację zakończyła na podstawówce, nie mogą być nikim innym, jak tylko artystami „naiwnymi”. Pokazywano ich chętnie, ale raczej w muzeach etnograficznych niż w galeriach, w których prezentuje się „normalnych” artystów. Czy jednak można „naiwnym” nazwać takiego malarza jak Erwin Sówka, który przez blisko 70 lat tworzył konsekwentnie i z pełną świadomością tego, co i dlaczego maluje? I podobnie jak Ociepka rozumiał malarstwo jako ścieżkę duchowych poszukiwań? Jego ulubionym motywem były przedstawienia ezoterycznych bogiń, w których widział uosobienie sił rządzących zarówno ciałem człowieka, jak i jego duszą oraz kosmosem. Wykorzystywał elementy zaczerpnięte z symboliki chrześcijańskiej, ezoterycznej, z alchemii, a także mitologii indyjskiej. Mistyczne spekulacje malarza mogą się wydać ekstrawaganckie, ale nie czynią Sówki ani innych członków Grupy Janowskiej outsiderami. Śląscy artyści dzielili przecież ezoteryczne inklinacje z wieloma ikonicznymi postaciami sztuki nowoczesnej. Twórcami tej miary co Piet Mondrian, Kazimierz Malewicz czy pionierka abstrakcji Hilma af Klint, nie mówiąc o surrealistach. Sam Marcel Duchamp, podobnie jak Ociepka, posługiwał się różokrzyżową symboliką.

Najprawdziwszy ­­

„Zupełnie nie identyfikuję się z malarzami naiwnymi, w których sztuce […] brakuje wzrastającego poziomu doświadczenia – mówił Erwin Sówka w wywiadzie, którego w 2007 roku udzielił kuratorce i krytyczce Marcie Lisok. – Świat jest pruderyjny, czasem odbiorcom trudno przeniknąć i zaakceptować stylistykę moich obrazów, ocierających się w jakiś sposób o obsceniczność. Nie poddaję się żadnym presjom, nie ulegam trendom. Istota kobiecości, uosabiająca boskość, energię kosmiczną, odpowiednik duszy, to główny temat w mojej twórczości, oprócz wątków górniczych i apokaliptycznych”.

Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News) Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News)

W 2000 roku Lech Majewski nakręcił poświęcony Grupie Janowskiej film „Angelus”. To fabularyzowana, niemal baśniowa wersja dziejów śląskich malarzy okultystów. Fakty ulegają w tej opowieści mitologizacji, ale paradoksalnie magiczny realizm „Angelusa” sprzyja zbliżeniu się do prawdy zaszyfrowanej w twórczości artystów z Janowa. Na wielu obrazach Erwina Sówki oglądamy miejskie pejzaże Nikiszowca. Artysta przedstawia je szczegółowo, a jednak żadnego z tych miejsc nie odnajdziemy w katowickiej dzielnicy. Nikiszowiec z prac malarza zbudowany jest z fragmentów rzeczywistości. To realizm, ale magiczny, obraz mitu. Zaś malarz, który go stworzył, w żadnym razie nie był artystą nieprofesjonalnym ani tym bardziej naiwnym. Był po prostu i aż artystą prawdziwym. Ba! Najprawdziwszym, jakiego można sobie wyobrazić, bo tylko taki twórca zdolny jest do wykreowania mitu. 

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl