1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wyhaftuj mi świat

Wyhaftuj mi świat

 Portrety z serii Black (Fot. archiwum artystki)
Portrety z serii Black (Fot. archiwum artystki)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Hafciarstwo to jej artystyczne przeznaczenie. Odkryła je niedawno, przyglądając się poduszkom, które otrzymała od babci Anastazji. Igłą i nićmi maluje emocje, ludzkie twarze i ciała. Jako pierwsza w Polsce realizuje haft w animacji filmowej. Rozmowa z artystką Ewą Cieniak.

Zajmujesz się hafciarstwem - na czym dokładnie polega ta technika? W uproszczeniu to ozdabianie tkanin i innych powierzchni kolorowymi nićmi. Fascynujące jest to jakie możliwości dają dwa proste narzędzia - igła i nitka.

Dziś nie jest to zbyt popularna dyscyplina, jak na nią wpadłaś? To było wielkie zaskoczenie w moim życiu. I spełnienie. Jeszcze nie tak dawno nie miałam z haftem nic wspólnego i nie zgadłabym, że to będzie tak bardzo „moja” technika. Momentem iluminacji było dostrzeżenie na nowo piękna haftowanych poduszek, które dostałam od babci Anastazji. Dzięki nim wróciłam do sztuki i tworzenia.

Masz artystyczne wykształcenie? Tak. Skończyłam liceum plastyczne w Łodzi oraz studia na wydziale grafiki warsztatowej na Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie. Zaraz po studiach zaczęłam pracę w agencji reklamowej Saatchi & Saatchi jako dyrektorka artystyczna. Tworzyłam kampanie reklamowe, wymyślałam je a potem nadzorowałam ich powstawanie, od strony artystycznej. Ale to, co dawało mi największą satysfakcję wówczas, to wymyślenie projektów zaangażowanych społecznie. Najbardziej jestem dumna z wymyślenia postaci Pajacyka dla Polskiej Akcji Humanitarnej. W międzyczasie współtworzyłam dwie marki odzieżowe. Od kilku lat prowadzę warsztaty artystyczne, wymyślam i koordynuję projekty współpracując z ośrodkami kultury i organizacjami pozarządowymi. Na początku 2019 roku zatęskniłam za tworzeniem.

I sięgnęłaś po igłę i nici. Tak. Zamiast po farby i pędzel, sięgnęłam po nici i igłę. Od tamtej pory hafciarstwa uczę się cały czas. Eksperymentując na swoich pracach. To technika, która daje wiele możliwości - pozwala mi na realizowanie projektów zarówno malarskich, graficznych, jak również instalacji. W zależności od tego, jaki efekt chcę osiągnąć, stosuję różne narzędzia. Najczęściej używam kordonka, ale robię też projekty, w których stosuję włóczki. Jeśli chcę stworzyć portret – wybieram blejtram (płótno naciągnięte na ramy) lub korzystam z kawałka materiału zamocowanego tymczasowo na tamborku. Zdarzyło mi się haftować na fotelu bujanym, siedziskach krzeseł, lampie i na maseczkach ochronnych. Gdy chcę zrobić projekt bliższy grafice, wyszywam kontur. Innym razem gęsto nakładam kolorowe nici. Ostatnio eksperymentuję z pozostawianiem końcówek nici i supełków po prawej stronie, przez co zaczęła zacierać się granica pomiędzy tym, co jest frontem, a co tyłem obrazu. I to mi się bardzo podoba.

Czasem stosuję nić pojedynczą, innym razem podwójną. Jeśli chcę stworzyć portret przy użyciu tylko jednego koloru – jak w przypadku portretów z serii „Drzewo genealogiczne” – „rzeźbię” twarz za pomocą wielokrotnych przeszyć. Buduję trójwymiarową strukturę, która w efekcie przypomina relief. Staram się przy każdym projekcie podchodzić do tematu w nieco inny sposób, chcę żeby kolejne prace były przygodą i odkrywaniem. Większość z nich układa się w cykle. Lubię to, bo dzięki temu z pacy na pracy mogę ulepszać swoją technikę, a jednocześnie powiedzieć coś więcej, niż byłoby to możliwe przy okazji pojedynczego dzieła.

Jola (Fot. archiwum artystki) Jola (Fot. archiwum artystki)

Jola - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki) Jola - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki)

Seria Heads. (Fot. archiwum artystki) Seria Heads. (Fot. archiwum artystki)

Haftujesz portrety na zamówienie. Łatwiej wyhaftować uśmiech czy smutek? Portrety to niemal 100 proc. mojej twórczości. Przyglądanie się twarzom, emocjom, które na nich widać, a potem przenoszenie ich na płótno to ogromna radość, ale też wyzwanie. Bo jest pewien rodzaj niepokoju związanego z tym – czy się ta portretowana osoba rozpozna, polubi, zaakceptuje. Do tej pory tylko raz usłyszałam, że ktoś na zamówionym portrecie nie był zadowolony z tego, że za mało się uśmiecha… Cóż, ja mam takie przekonanie, że na obrazach uśmiechy się nie sprawdzają. Sama nie chcę patrzeć na siebie „wiecznie” uśmiechniętą. Chyba wolę spokojny wyraz twarzy i pogodne spojrzenie. Zupełnie inaczej jest w przypadku mojego projektu „Emocje”, czyli cyklu haftów na krzesłach, gdzie jest miejsce nawet na bardzo wyrazisty uśmiech.

Wyjaśnij na czym polega projekt „Emocje” z krzesłami i ich ambasadorami? Na siedziskach sześciu krzeseł wyhaftowałam twarze znanych aktorów: Adama Drivera, Meryl Streep, Jacka Nicholsona, Glenn Close, Violi Davis, Mahershala Ali. Na ich twarzach widać smutek, gniew, radość, tęsknotę, pewność siebie, zdziwienie. Słowa opisujące emocje pojawiają się w języku angielskim – tak, by korespondowały z osobami, które na nich przedstawiam. Wybrałam aktorów, których lubię i cenię, i którzy kojarzą mi się (często poprzez ich najwybitniejsze role) z daną emocją. Ich zadaniem jest dodać odwagi odbiorcy do większej swobody w ich wyrażaniu. Krzesła są obiektami prowokatywnymi - mogą oglądającego instalację zaskoczyć, zaintrygować, rozbawić, oburzyć. Są zaproszeniem do tego, by na takim krześle usiąść i poczuć daną emocję. Potem może także zastanowić się, czy sami mamy do tej emocji dostęp, akceptujemy ją. A w efekcie, czy pozwalamy sobie na jej wyrażenie i jak to przebiega. Po sobie wiem, że większa świadomość własnych emocji przełożyła się na większy spokój i lepsze relacje z innymi.

Krzesła emocji. (Fot. archiwum artystki) Krzesła emocji. (Fot. archiwum artystki)

Przyznam, że największe wrażenie zrobiły na mnie kolekcja „anatomia” i efekty trójwymiarowości, które udało Ci się tam osiągnąć. Projekt anatomiczny rozpoczął się nieco przypadkowo. W trakcie realizacji „Drzewa Genealogicznego” – serii portretów wykonanych w całości białą nicią na białym tle – pomyślałam, a co by się stało, gdyby tak zajrzeć pod skórę, pod powierzchnię? I wówczas powstała pierwsza praca – „Moja lewa ręka”. Tu, tak jak w białych portretach – jest biała dłoń na białym tle. Tylko jej fragment jest pozbawiony skóry. Widać żyły, mięśnie, ścięgna. Efekt tak bardzo mi się spodobał, że szybko zaczęłam tworzyć kolejne prace, w których „odkrywałam” inne fragmenty ciała ludzkiego: policzek, szyję, ramię, bark, plecy, stopę. Wielką radość sprawia mi za każdym razem, gdy nićmi oddaję strukturę mięśni, grafikę żył, sieć ścięgien. Uważam, że nici i haft idealnie nadają się do pokazywania układu mięśniowego - pozwala na pokazanie kontrastu jaki jest pomiędzy monochromatyczną białą częścią obrazu, a częścią kolorową - mięśniową. Niedawno zgłosiła się do mnie pani, która zamówiła stworzenie dwóch obrazów, w tym portretu dla swojego nastoletniego syna fascynującego się anatomią. To była wielka przyjemność stworzyć coś, co będzie zarówno cieszyć oko jak i uczyć. Sama dzięki haftowaniu projektu anatomicznego – wiele się dowiedziałam o anatomii ludzkiego ciała. To jest kolejny, po wspomnianych wcześniej studiach emocji – profit z tego co robię.

Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki) Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki)

Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki) Moje lewe ramię - zbliżenie. (Fot. archiwum artystki)

Aktualnie pracujesz nad animacją… Otrzymałam stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na realizację filmu animowanego. „Tabula Rasa” - to roboczy tytuł krótkiego, około dwudziestosekundowego filmiku, w której ilustracje będą wyhaftowane. Od dawna marzyło mi się zrealizowanie takiego projektu - „uruchomienie“ haftu. Znalazłam tylko kilka podobnych projektów na świecie – to mnie jeszcze bardziej zmotywowało do poszukiwania sposobu, żeby swój pomysł zrealizować. Niedługo od wypowiedzianego w eter życzenia – pojawiła się możliwość. MKiDN w ramach programu stypendialnego „Kultura w sieci” ogłosiło nabór, na który się zgłosiłam i.. dostałam stypendium. Cieszę się, że zdobyłam zaufanie i finansowanie mojego pomysłu. To dodaje skrzydeł.

W filmie Tabula Rasa postać bohaterki pojawia się, wypowiada tytułową frazę dwukrotnie i znika. Żeby powstał nawet krótki film – potrzebnych jest wiele ilustracji. Żeby rozpocząć haftowanie, potrzebowałam najpierw sfilmować swój pomysł, stworzyć prototypową - rysunkową animację. Obecnie jestem na półmetku haftowania poszczególnych plansz. Po zakończeniu tego etapu przyjdzie czas na sfotografowanie i połączenie ilustracji w programie komputerowym oraz zaanimowanie ich i udźwiękowienie. Projekt realizuję od początku sierpnia, myślę, że w drugiej połowie października będzie można zobaczyć w sieci efekty mojej pracy. W trakcie realizacji wzrósł mój apetyt na robienie kolejnych, bardziej złożonych animacji. W przyszłości marzy mi się, współpraca z firmą produkującą animacje trwające więcej niż kilkadziesiąt sekund.

Najbliższa wystawa prac Ewy Cieniak odbędzie się w Galerii Apteka Sztuki w Warszawie w dniach: 14.10.2020 - 14.11. 2020

Galeria "Apteka Sztuki" to miejsce niezwykłe - działa nie tylko z miłości do sztuki, ale też daje zatrudnienie 24 osobom z niepełnosprawnościami, będąc Zakładem Aktywności Zawodowej Stowarzyszenia Otwarte Drzwi. Leczy otwartością i rehabilituje poprzez obcowanie z pięknem. 

Autoportret w okularach. (Fot. archiwum artystki) Autoportret w okularach. (Fot. archiwum artystki)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Plecionkarstwo: rzemiosło na odpuszczenie –  rozmowa z Łucją Cieślar

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
„Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany temat” – mówi Łucja Cieślar, która razem z Pauliną Adamską i Anną Krężelok współtworzy Stowarzyszenie Serfenta. Od ponad trzynastu lat dziewczyny badają i poznają społeczność polskich plecionkarzy, opowiadają o pięknym, zakorzenionym w wiejskim krajobrazie rzemiośle.  Wspólnie z mistrzyniami plecionkarstwa uczą, jak wyplatać kuferki z rogożyny czy wiklinowe kosze.

Trzynaście lat temu Stowarzyszanie Serfenta ruszyło w Polskę w poszukiwaniu…no właśnie kogo i co zamierzaliście odnaleźć na zaplanowanym wzdłuż Wisły szlaku. Co was zaskoczyło w tej podróży i czy jest coś, czego odnaleźć już się po prostu nie da?
Tak, trzynaście lat temu Serfenta wyruszyła w podróż, która w pewien sposób trwa do dziś. Rozum i serce, w których to wszystko się zaczęło, należą do Pauliny Adamskiej. Paulina to etnolożka, która z paczką przyjaciół i nauczycielem Zdzisławem Kwaskiem z Uniwersytetu Ludowego Rzemiosła Artystycznego ruszyła na szlak pełen przygód, jadąc wzdłuż rzeki Wisły - materiały plecionkarskie lubią wodę. Chcieli znaleźć tradycyjnych plecionkarzy i plecionkarki, którzy rzemiosło w rodzinach mają od pokoleń i mają swoje rodzinne albo regionalne sposoby na wyplatanie. To się doskonale udało – z częścią z tych osób, współpracujemy do dziś. Przede wszystkim odnaleźli wtedy niesamowitych ludzi, a w dalszej kolejności niesamowite kosze i materiały, z których wyplata się w Polsce.

(Fot. materiały prasowe Serfenty)(Fot. materiały prasowe Serfenty)

Zwieńczeniem podróży, która była kluczowa dla całej waszej edukacyjnej działalności, jest wydana w tym roku, w nowej szacie graficznej książka „Kosze. Opowieści o podróży plecionkarskim szlakiem Wisły”. Co znajdziemy w tej publikacji i dlaczego zdecydowałyście się na wydanie przekładu w języku japońskim?
Opisaliśmy to wszystko w książce - jest ona trochę podróżnicza, trochę detektywistyczna, a trochę etnograficzna. Aby dać mały posmak tego, o czym to jest – proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziesz samochodem i widzisz gdzieś koszyk przy domu więc zatrzymujesz samochód lub zatrzymujesz się gdzieś po prostu i pytasz ludzi – nie wyplata tu ktoś koszyków? Albo bardziej swojsko i przyjaźnie – nie plecie tu ktoś? Robota prawdziwie detektywistyczna! Wzruszamy się, kiedy wspominamy te początki. Kiedyś naprawdę nie myślałyśmy, że nasze działania, warsztaty, kosze i opowieści zawędrują tak daleko, jak ma to miejsce dziś, trzynaście lat później.

Już od kilku lat współpracujemy z Japonią i sprzedajemy kosze z Polski do Tokio – jesteśmy z tego ogromnie dumne. W Serfencie pracujemy w trójkę i to, że dzięki naszej codziennej prace kosze mistrzów przeszły drogę z małych miejscowości i wsi, aż do Japonii – to jest nasza ogromna duma i radość. Dlaczego akurat do Japonii? To kraj, który docenia rzemiosło i rzemieślników, a także naturalne materiały i precyzję wykonania. Taki właśnie mamy plecionkarski skarb w Polsce! To tak naprawdę kilka lat naszej pracy, które swój mocny punkt miały w grudniu zeszłego roku – razem z naszym partnerami w Tokio przygotowywałyśmy festiwal „Kosze z Polski w Tokio” – i tutaj kryje się sekret tłumaczenia podsumowania naszej książki na Japoński. To była ogromna przygoda i wyzwanie! Osobiście Japonia bardzo nas fascynuje i pociąga. Byłyśmy już w Japonii, prowadziłyśmy tam także warsztaty polskiego rzemiosła i planujemy więcej podróży – niestety pandemia bardzo to ogranicza, na przykład w tej chwili Japonia jest całkowicie zamknięta dla podróżujących. Opowiem jeszcze ciekawostkę – w Japonii jest taki narodowy program „żywy skarb kultury”, w którym opieką obejmuje się samych rzemieślników i wspiera ich pracę. Chciałabym, żebyśmy w Polce też taki mieli, to jest piękne, możemy się od siebie dużo nauczyć.

Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)

Na stronie serfenta.pl zamieściłyście trzypunktowy manifest, który wytycza trzy najważniejsze obszary działalności stowarzyszenia. Chciałabym, żebyśmy pokrótce przeszły przez każdy z tych punktów, ponieważ zawierają się w nich najważniejsze elementy waszej misji. Punkt pierwszy to ochrona dziedzictwa narodowego. Czy możesz opowiedzieć o Lucimi oraz koszu „kabłącoku”?
Kosz kabłącok to naprawdę wyjątkowy kosz. Choć tak właściwie każdy z koszy u nas ma w sobie coś unikatowego, czasem jest to materiał – jak np. torba z rogożyny, czasem splot. Kosz kabłącok wyplatany ze świeżej wikliny, to kosz specjalny ze względu na swoją konstrukcję – kiedy dobrze się przyjrzeć, stoją za nim całe pokolenia myśli technicznej jego twórców. Ludzie od zawsze chcą sobie usprawnić pracę, dlatego ten kosz przeznaczony tradycyjnie na zbiory, ma płaską tylną ścianę – można go wygodnie oprzeć na biodrze, nawet jeśli jest ciężki. Ma wygodny „kabłąk” czyli rączkę, za którą można do chwycić albo powiesić na ścianie (dziś ludzie chętnie używają go na kwiaty doniczkowe). Ma nóżki, które izolują go od podłoża, ma pękaty „brzuch” i budowane nieregularnie dno. Umiejętność wyplatania tego kosza wpisaliśmy na listę niematerialnego dziedzictwa kultury – to unikatowa umiejętność, a kosz prezentujemy teraz na całym świecie – od Skandynawii po Japonię. Co ważne – zrobiliśmy to razem ze społecznością wsi Lucimia, w której się kabłącoki wyplata. Zaangażowałyśmy we wpis lokalne władze, społeczność plecionkarzy w różnych pokoleniach – i udało się! Wielka w tym była pomoc naszej przyjaciółki i plecionkarki, Todzi Sowińskiej. Była wspaniałą osobą, którą również poznaliśmy podczas naszych badań 13 lat temu i przez wszystkie te lata ogromnie się przyjaźniłyśmy. Zorganizowałyśmy w Lucimi warsztaty wyplatania kosza kabłącoka dla różnych grup – nawet dla grupy plecionkarek z Norwegii! To była egzotyczna przygoda dla wszystkich. Wielu z naszych mistrzów i mistrzyń to wspaniałe osoby z niezwykłymi umiejętnościami, ale też z ogromnym sercem dla wszystkich, którzy się interesują ich pracą. Wspomnę też dwie plecionkarki, mistrzynie wyplatania z rogożyny – Helenę i Stefanię, z którymi spotkanie to zawsze ogromna przyjemność i co tu kryć – zabawa, bo energii mają one więcej od nas, dużo młodszych kobiet! Chciałabym też być taka aktywna jak będę miała 80 lat.

Drugi punkt to pomaganie plecionkarzom w sprzedaży ich wyrobów. Jesteście łączniczkami między plecionkarkami i plecionkarzami a resztą świata. Nie tylko odkrywacie artystów, którzy kultywują to rzemiosło, ale co równie istotne, wprowadzacie do sprzedaży wytwarzane przez nich własnoręcznie produkty. Kiedy rozmawiałam z Magdą Bojarowską, etnografką, która razem z tatą i bratem prowadzi w Warszawie Dom Sztuki Ludowej, usłyszałam że sami twórcy bardzo często zbyt nisko wyceniają swoje wyroby, ponieważ nie traktują ich w kategoriach sztuki. Z kolei klienci, przyzwyczajeni do niskich cen w sieciówkach, nie rozumieją dlaczego, „taki sam” kuferek z rogożyny czy słomiany kosz rozrostowy do pieczenia chleba, kosztuje u was kilkakrotnie więcej. Jak przekonywać, zarówno rzemieślników, jak i odbiorców, że plecionkarstwo nie może być tanie.
To jest bardzo ważna część naszej pracy, widzimy dużą potrzebę rozmawiania o tym – z klientami ale też z plecionkarzami i plecionkarkami, którzy z nami współpracują. Jest tu kilka istotnych punktów, o których czuję, że muszę powiedzieć. Każdy kosz jaki widzimy – obojętnie czy w sieciowym sklepie, na targu czy w fancy butiku – został wypleciony ręcznie przez konkretną osobę. Być może jest to rzemieślnik w Azji, który wyplata z trawy morskiej albo liści palmy - nie ma maszyny, która wyplata – za koszem, torbą, kapeluszem zawsze stoi człowiek. Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany i wciąż nie dyskutowany głośno temat, choć pojawiają się takie akcje jak np. „wartość szycia”.

Często ktoś mnie pyta – a ile godzin wyplata się taki kosz? Wtedy czuję przestrzeń do rozmowy i zaczynam od początku – od ręcznego ścinania materiału, na przykład sierpem/kosą ścina się słomę, a żeby ściąć rogożynę czyli pałkę wodną, trzeba wejść do stawu i spędzić tam całe godziny. To jest tak zwana „niezapłacona praca”, bo klienci od lat przyzwyczaili się, że koszyk można kupić nawet w dyskontach, za np. 20 zł. Skutkiem tego rzemieślnicy obniżają też swoje ceny, żeby w ogóle być konkurencyjni na rynku – a tak być nie może. Dużo mówimy o trwaniu rzemiosła i przekazywaniu go następnym pokoleniom – kto będzie chciał kontynuować pracę, gdzie za godziny zbierania, czyszczenia materiału i wyplatania dostanie 20-30 zł? To jest po prostu niemożliwe. Rozmawiamy też o tym z rzemieślnikami i same też dbamy o to, żeby ceny były dla nich zadowalające. Oczywiście balansujemy pomiędzy możliwościami klienta a faktyczną wartością pracy, szukamy złotych środków. Jeszcze jeden ważny aspekt jest taki, że z ogromnym smutkiem i przykrością mówię – to jest rzemiosło, które odchodzi, większość rzemieślników, z którymi współpracujemy to seniorki i seniorzy. Teraz jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, że wiklinowych koszy jest bardzo dużo, ale za 10 lat ta sytuacja bardzo się zmieni. Już teraz mamy w swoich zbiorach kosze, które są ostatnimi istniejącymi egzemplarzami – i uważamy, że również dlatego plecionkarstwo powinno być towarem ekskluzywnym. Obserwujemy ten proces też w innych krajach, często dopiero utrata czegoś uświadamia nam, jak to jest ważne. My chcemy to uprzedzić, być o krok wcześniej, mówić o tym już teraz. Na koniec wszystkich zapraszam na warsztaty – kiedy samemu wyplecie się kosz albo choć tacę z rogożyny – w ciągu kilku godzin - docenia się te produkty i patrzy na każdy kosz zupełnie inaczej! To bardzo rozwijające doświadczenie!

Punkt trzeci to dzielenie się wiedzą i umiejętnościami. Staracie się edukować klientów dzięki merytorycznym postom na Instagramie oraz przejrzystym opisom każdego produktu w waszym sklepie, dzięki którym można się dowiedzieć, w jaki sposób każda rzecz trafiła do waszej oferty, jak i przez kogo została zrobiona. Czy możecie opowiedzieć nieco więcej o warsztatach, które organizujecie oraz innych formach dzielenia się z innymi waszą wiedzą i doświadczeniem z zakresu plecionkarstwa?
Z przyjemnością, bo każde warsztaty to dla nas wielka przyjemność dzielenia się zgromadzoną wiedzą i pasją. Przez tych 13 lat zorganizowałyśmy już ich mnóstwo – kiedyś próbowałam to policzyć, ale nie udało mi się (śmiech). Dzielenie się wiedzą o plecionkarstwie polskim i światowym to nasza misja i też nasza codzienna praca – warsztaty, wykłady, prelekcje online, webinary, pokazy i wszystkie inne możliwe formy przekazu wiedzy. Warsztaty prowadzimy dla grup ale też indywidualne – można z nami nauczyć się wyplatać z bardzo nieoczywistych materiałów – z ręcznie ścinanej słomy, z unikatowej rogożyny (czyli pałki wodnej) ale też z bardziej popularnej wikliny. Czasami mamy też warsztaty wyjątkowe – np. wyplatanie z korzenia świerka. Przez lata same szkoliłyśmy swoje umiejętności i teraz już prowadzimy warsztaty kompleksowo. Co to znaczy? Po pierwsze - mamy gotowe do wyplatania materiały, takie jak pałka wodna, słoma czy wiklina, których pozyskanie wcale nie jest proste. Ścinka pałki wodnej czyli tzw. „rogożynowe żniwa” to ogromne przedsięwzięcie i pierwszy raz zrealizowałyśmy ją w 2019 roku! To daje nam dostęp do materiału ścinanego ręcznie, dobrej jakości – uczestnicy nie muszą szukać go w stawie, jest już przez nas przygotowany. Warto też wspomnieć, że słomę żytnią do wyplatania wcale nie tak łatwo zdobyć, trzeba ją też ściąć ręcznie i przygotować, ale też i rolników uprawiających żyto jest coraz mniej. Poddałyśmy też procesowi projektowania narzędzia naszych mistrzów – zwykle przygotowywali je sobie sami, swoimi siłami – i mamy specjalne igły do wyplatania ze słomy i z rogożyny, drewniane formy. Dlatego teraz już możemy zapraszać na warsztaty, gdzie wszystko mamy dostępne, materiały, narzędzia, opowieści, kosze, naukę techniki i przyjemną atmosferę. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą odpocząć przy wyplatania i spróbować tego rzemiosła do Cieszyna, gdzie mamy piękną salę warsztatową. Ale też działamy w całej Polsce (i nie tylko), mamy grupę instruktorów i instruktorek i dojeżdżamy do każdego miejsca, które zamówi warsztaty dla grupy. Czasem prowadzimy warsztaty grupowe mistrzowskie z mistrzynią lub mistrzem, wtedy stajemy się dodatkowo łącznikiem i przekaźnikiem – mistrzowie są świetnymi plecionkarzami, ale nie wszyscy są też nauczycielami. Pilnujemy wtedy każdego etapu pracy, pomagamy jako prawa i lewa ręka, czasem też tłumaczymy dla osób z innych krajów, którzy przyjeżdżają do naszych mistrzów. Jak to wszystko opowiadam po kolei to uświadamiam sobie po raz kolejny jaka to była długa i złożona droga do takich warsztatów, jakie teraz możemy proponować, cieszymy się więc za każdym razem, kiedy ktoś chce tę wiedzę zdobyć!

Choć na samym początku plecionkarstwo pełniło ściśle utylitarną funkcję, a z wikliny konstruowano sieci samołowne, więcierze do łowienia ryb, ule, łubianki oraz oczywiście kosze, to plecionkarze dbali także o ich walory estetyczne, szczególnie w wyplatanych ze słomy obrzędowych niedźwiedziach czy „dziadach śmiguśnych”. W latach 60. XX w. Władysław Wołkowski, projektował niezwykłe i wielokrotnie nagradzane za granicą, meble z wikliny, a w Polsce popularne były słomiane maty wieszane nad łóżkiem. W waszym sklepie również pojawiają się bardziej osadzone we współczesnym wzornictwie projekty, jak chociażby słomokulka. Czy myślicie o tym, żeby rozszerzyć waszą ofertę właśnie o takie produkty? Bardziej dekoracyjne, a mniej praktyczne.
Uwielbiamy Wołkowskiego i zawsze polecamy jego muzeum w Olkuszu! Tak, myślimy o tym dużo, zwłaszcza podczas warsztatów, które prowadzimy dla Akademii Sztuk Pięknych – współpracowałyśmy już m.in. z Wydziałem Form Przemysłowych w Krakowie, a teraz mamy współpracę z ASP w Katowicach. Kiedy widzimy pomysły studentów i studentek bardzo mamy chęć na nowoczesne produkty – widzimy też w takich nowych drogach trwanie rzemiosła. Po współpracy z dr. hab. Anną Szwają, z którą razem przygotowałyśmy cykl warsztatów dla studentów w Krakowie, prezentowałyśmy efekty na wystawie „Sploty na fali” oraz na innych wystawach – można było je zobaczyć na festiwalach designu jak Łódź Design Festiwal czy Gdynia Design Days. Widzimy podczas takich wydarzeń jak plecionkarstwo wzbudza zainteresowanie, jak jest potrzebne i widzimy w tym również jego przyszłość, współpracujemy też z grupą Nów. Nowe Rzemiosło.

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)

Z jednej strony szukamy zupełnie nowych dróg dla tradycyjnych form – na przykład wspomniana słomokulka to kosz przeprojektowany przez nas. Z tradycyjnego kształtu zmieniłyśmy go w wygodną osłonkę dla domowych roślin zielonych – słoma w zestawieniu z nimi pięknie wygląda. Ostatnio zaczęłyśmy też współpracę z firmą Wave Wood dla której projektujemy i zmieniamy tradycyjny produkt - rogożynowe klasyczne kapelusze przeprojektowuję w nowoczesne i modne daszki do plażowania i surfowania. To jest bardzo ciekawa droga dla rzemiosła, chcemy nią iść. Zwracamy też uwagę na produkty ponadczasowe – np. najbardziej klasyczna torba shopper z rogożyny wygląda absolutnie nowocześnie i stylowo we współczesnych, modnych aranżacjach, pomimo że jest koszem tradycyjnym. Takie „mixy” też lubimy!

W książce Doroty Borodaj „Ręcznie zrobione” znalazłam takie zdanie, które powiedziałaś. „Plecionkarstwo jest bardzo sensualne. Każdy materiał ma swój charakterystyczny zapach i specyficzną fakturę. Nawet jeśli dobrze go już poznasz, to potrafi zaskoczyć, jakby czuł, czy jesteś zrelaksowana, czy siadasz do pracy napięta i zaczynasz się siłować”. Czego, oprócz samego rzemiosła, nauczyło cię plecionkarstwo?
Ciekawe pytanie! Uważam, że wyplatanie pobudza wszystkie zmysły. Faktury, dźwięki, zapachy, dotykanie przez wiele godzin naturalnego materiału – to wszystko ma wpływ na osobę wyplatającą. Plecionkarstwo nauczyło mnie, że głowa może odpocząć, kiedy ręce pracują – w tych szybkich i napiętych czasach, a także w czasie pandemii i wzmożonego kontaktu online, to jest naprawdę bardzo potrzebne, odprężające i dające spokój. Kiedy prowadzę warsztaty wsysa mnie w inną czasoprzestrzeń i nie zauważam, kiedy mijają godziny. Przypominam często uczestniczkom i uczestnikom, żeby coś pili, bo jak się wkręcą, to zapominają pic i jeść! Po pierwszych chwilach, kiedy ma się wrażenie „nie umiem” nagle pyk! i ręce łapią rytm. To jest wspaniały i przyjemny moment. Co ciekawe prowadzenie warsztatów i obserwacje uczestniczek i uczestników dały mi taką refleksję – wyplatanie jest też trochę terapią. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przychodzimy na warsztaty z różnymi oczekiwaniami – względem siebie. Chcemy, żeby wyszło od razu idealnie, tak jak mistrzyni, która wyplata od 40 lat. No i wtedy się spinamy, mocujemy z materiałem – a to nie jest rzemiosło siłowe. To jest rzemiosło na… odpuszczenie i wyczucie. Trzeba sobie odpuścić perfekcyjność i pozwolić sobie na błędy i eksperymenty, a na koniec siebie pochwalić – zrobiłaś, zrobiłeś swój pierwszy w życiu kosz! Świetnie Ci poszło, jest najpiękniejszy! Tego mnie nauczyło plecionkarstwo – nic na siłę. Zapraszam na warsztaty, chciałabym się tym doświadczeniem podzielić z jak największą grupą ludzi i pokazać im, jak przez pracę rąk docieramy do spokoju serca.

  1. Kultura

Laurie Anderson – niekończąca się opowieść

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. (Fot. materiały prasowe)
Właśnie ukazała się reedycja na czerwonym winylu legendarnego albumu Laurie Anderson „Big Science”. Piękny prezent dla jej fanów. Czyli dla kogo? Znawców muzyki awangardowej? Słuchaczy popu? Publiczności galerii sztuki współczesnej? Entuzjastów nowych technologii? Miłośników poezji czy filmu?

Dobry wieczór. Tu wasz kapitan. Za chwilę podejdziemy do próby awaryjnego lądowania”. Tak zaczyna się utwór „From the Air” otwierający „Big Science”. Utwór, który zabiera słuchacza w podróż bez powrotu – w rejs spadającym samolotem. Na tle zapętlonej jak spirala muzyki unosi się elektronicznie przetworzony głos Laurie Anderson, narratorki snującej katastroficzną opowieść. Ten głos, pozornie beznamiętny, obiektywny, zdający się należeć raczej do jakiejś zaawansowanej sztucznej inteligencji niż do żywej kobiety, potrafi hipnotyzować, rozbudzać wyobraźnię, grać na emocjach. W przyszłości opowie jeszcze wiele historii, które układają się w wielką sagę o współczesności, lataniu, polityce i świecie, w którym jutro nadeszło już dziś.

Rzucam to

Kiedy Laurie Anderson tworzyła „From the Air” i inne utwory z płyty „Big Science”, była postacią znaną, ale wyłącznie w wąskim kręgu nowojorskiej awangardy. Był przełom lat 70. i 80.; Anderson przybyła do miasta dziesięć lat wcześniej, szukając odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę chce być w życiu. Urodziła się w 1947 roku na przedmieściach Chicago, jako jedno z ośmiorga dzieci pary, która postanowiła stworzyć rodzinną orkiestrę. Wszyscy bracia i siostry Laurie uczyli się zatem grać na instrumentach. Jej przypadły w udziale skrzypce. Jako nastolatka ćwiczyła po sześć godzin dziennie, szykując się do kariery zawodowej wirtuozki. W wywiadach wspomina spotkanie z pewną wybitną skrzypaczką, które sprawiło, że ten plan się nie ziścił.

„Zaczęłyśmy rozmowę i ze zdumieniem odkryłam, że ona błędnie wymawia co drugie słowo, nie potrafi się wyrazić – opowiada artystka. – Zrozumiałam, że nie chcę być taka jak ona. Chcę nauczyć się mówić! Pojęłam nagle, jak wiele jest rzeczy, których się nie nauczę, jeżeli dalej będę grała na skrzypcach. Decyzja o tym, żeby przestać grać, należy do kilku rzeczy, z których w swoim życiu jestem naprawdę dumna”.

Laurie miała w przyszłości znów wziąć skrzypce do ręki, ale był to już zupełnie inny instrument – urządzenie, które sama wynalazła i zbudowała, z elektroniczną głowicą zamiast progu i smyczkiem, na którym zamiast końskiego włosia rozpięta była taśma magnetofonowa. Na razie decyduje się na studiowanie biologii. Odkrywa jednak, że bardziej od nauki zajmuje ją ekstrahowanie chlorofilu z roślin i tworzenie tym naturalnym pigmentem rysunków. Przypomina sobie wówczas, jaką przyjemność sprawiało jej zawsze malarstwo. Rzuca więc i biologię, po czym przenosi się do Nowego Jorku, na historię sztuki. Studia kontynuuje na wydziale rzeźby, ucząc się u takich ówczesnych gigantów w tej dziedzinie jak Carl Andre i Sol LeWitt. To artyści, którzy zarażają ją zamiłowaniem do estetyki minimal – upodobaniem, któremu wierna pozostaje do dziś.

Dopóki nie roztopi się lód

W Nowym Jorku dołączyła do legionu aspirujących artystek i artystów, którzy tworzyli największą cyganerię świata sztuki lat 70. Pracowała jako instruktorka rysunku, ilustrowała książki dla dzieci, pisała krytyki do magazynów artystycznych. Wszystkie te dorywcze prace miały wspierać jej eksperymenty twórcze pokazywane w niszowych galeriach. Widywano ją na ulicy podczas publicznych performance’ów. Występowała obuta w łyżwy, które były przymarznięte do bryły lodu, artystka stała na niej niczym na postumencie. W rękach miała wspomniane elektroniczne skrzypce własnej konstrukcji. Specjalny tryb opóźniania dźwięku sprawiał, że mogła na nich grać duety z samą sobą. Koncert trwał, dopóki lód, w którym zatopione były łyżwy, nie roztopił się. Wtedy uwolniona performerka mogła zakończyć występ.

Ta i podobne akcje oraz instalacje pod koniec lat 70. zapewniły Laurie uznanie w świecie eksperymentalnej sztuki. Dla szerokiej publiczności pozostawała reprezentantką egzotycznego plemienia awangardzistów robiących rzeczy, których nie pojmie nikt, kto na co dzień nie żyje w świecie alternatywnych galerii i klubów na Manhattanie. Wkrótce jednak ten stan miał się radykalnie zmienić.

Fot. Zwierciadlo.plFot. Zwierciadlo.pl

Cud

W 1981 roku w domowym studiu, w na wpół partyzanckich warunkach, Laurie nagrała utwór „O Superman”. Szykowała go jako ścieżkę dźwiękową do nowego, operowego performance’u „United States”. Znajomi namówili ją jednak, by wydać piosenkę jako singiel w limitowanej edycji. Był to raczej konceptualny gest niż próba podbijania rynku muzycznego. Monotonna, hipnotyczna, minimalistyczna ośmiominutowa kompozycja, w której Anderson przetworzonym elektronicznie głosem robota bardziej recytuje, niż śpiewa rodzaj katastroficznej litanii o samotności, lękach i obsesjach Ameryki, wydawała się ostatnią rzeczą, która nadaje się na hit. Artystka nie była więc zaskoczona, kiedy w Stanach jedna rozgłośnia po drugiej odmawiały grania utworu jako zbyt trudnego dla masowej publiczności. Tym większe było więc jej zdumienie, kiedy dowiedziała się, że w Wielkiej Brytanii „O Superman” dociera do drugiego miejsca na liście przebojów, deklasując po drodze klasyczne rockowe i popowe kawałki.

Cud dokonał się za sprawą Johna Peela, brytyjskiego prezentera radiowego, który od lat 60. był wyrocznią w kwestii nowej muzyki. Peel, słynący z tego, że za nic ma konwencje i potrafi słuchać muzyki w sposób równie wizjonerski, w jaki nowatorscy artyści ją tworzą, puścił „O Supermana” w swojej audycji i za chwilę zastęp didżejów na Wyspach także chciał ten utwór grać. W tym czasie Anderson dystrybuowała swój wydany w nakładzie tysiąca egzemplarzy singiel metodą sprzedaży wysyłkowej. Osobiście pakowała i zanosiła na pocztę każdą zamówioną płytę. Pewnego dnia odebrała telefon z Wielkiej Brytanii, dzwonił facet z zamówieniem. „Odpowiedziałam mu: »Jasne, ile kopii wysłać?« – wspomina artystka. – A Brytyjczyk odparł: »No, na wtorek potrzebowałbym 40 tysięcy, a do następnego poniedziałku drugie tyle«”. Chwilę później artystka była już w biurze Warner Bros z prośbą o pomoc w wyprodukowaniu 80 tysięcy „O Supermanów”. Koncern odpowiedział propozycją kontraktu na siedem następnych albumów. Pierwszym z nich była płyta „Big Science”.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Wehikuły

Laurie Anderson nigdy nie powtórzyła komercyjnego sukcesu singla „O Superman”, centralnej kompozycji z debiutanckiego albumu. Dokonała jednak czegoś innego. Jej twórczość stała się przestrzenią, w której przecinają się ścieżki różnych dyscyplin. Jej koncerty to hybryda muzyki, performance’u, wideo artu i multimedialnej instalacji. Co ważniejsze, w sztuce, którą tworzy, znika granica dzieląca eksperymentalną awangardę i kulturę popularną. Ceniona w świecie sztuki wysokiej za innowacyjną formę, Anderson przemawia jednocześnie do publiczności, która z większości koncertów muzyki współczesnej wymknęłaby się przy pierwszej dogodnej okazji. Zawsze fascynowały ją nowe technologie, w latach 80. jej nagrania brzmiały, jakby pochodziły z przyszłości, ale nigdy nie robiły wrażenia obcych współczesnej wrażliwości. Jako muzyk Anderson wróciła do gry na skrzypcach, ale spełniła też swoje młodzieńcze marzenie o nauczeniu się mówienia: realizuje multimedialne performance’y, od lat 90. reżyseruje w teatrze i operze. Uniwersytet Harvarda powierzył jej wykładanie poezji. Na tym nie koniec, w 2015 roku festiwale filmowe triumfalnie objechał jej film „Heart of a Dog”. Artystka swobodnie przemieszcza się między różnymi środkami wyrazu, podporządkowując je zawsze swojemu najważniejszemu medium – opowieści.
Piosenka, film, instalacja – to tylko wehikuły, którymi opowiadane przez Anderson historie mają dotrzeć do odbiorcy. I to właśnie na gruncie opowieści, tej najważniejszej ze sztuk, w twórczości Anderson odnajdują się tak różne grupy fanów.

„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)„Chalkroom”, czyli pokój-instalacja i praca VR Laurie Anderson we współpracy z Hsin-Chien Huangiem, pokazywana w Muzeum Sztuki Współczesnej Stanu Massachusetts MASS MoCA (2017). (Fot. materiały prasowe)

Zaproszenie do lewitacji

Jeszcze w 2003 roku została pierwszą oficjalną artystką rezydentką przy NASA. Bezpośrednim owocem tej współpracy był performance „The End of Moon” z 2004 roku. W kolejnej dekadzie wyposażona w nowe cyfrowe narzędzia artystka powróciła na Księżyc w VR-owej instalacji „To the Moon”. To jedna z dwóch pionierskich prac w tej technice, które Anderson zrealizowała we współpracy z tajwańskim artystą Hsin-Chien Huangim. Pierwszą był „Chalkroom” z 2017 roku, uważany za jedno z najciekawszych VR-owych dzieł, jakie do tej pory powstały w sztuce. Odbiorca zostaje zaproszony do lewitacji w przestrzeni utkanej z rysunków i tekstów Anderson. Przemierzamy uniwersum wypełnione dźwiękiem i przestrzennym głosem artystki – świat, który jest jedną wielką szkatułkową opowieścią. To historia, która dla większości z nas zaczęła się wraz z pierwszym odtworzeniem płyty „Big Science”, albumu, który wtedy brzmiał, jakby nagrano go jutro, a dziś wydaje się idealnie pasować do dnia dzisiejszego. To opowieść o człowieczeństwie w futurystycznym świecie. I choć ów świat wydaje się coraz bardziej szalony, a nawet nieludzki, ta historia – podobnie jak opowieść Laurie Anderson – pozostaje wciąż aktualna i na szczęście jeszcze się nie kończy.

  1. Styl Życia

W sercu miasta

(Fot. Celestyna Król)
(Fot. Celestyna Król)
Choć to ścisłe centrum, wokół jest dużo zieleni, a samo mieszkanie jasne, pełne słońca. Agnieszka i Marek znaleźli tu swoje miejsce. Ale, jak mówią, kochają zmiany. Nie wykluczają więc kiedyś przeprowadzki… na Azory.

Zależało nam na tym, żeby przestrzeń dzienna była jak największa. Tu spędzamy większość czasu. Zwłaszcza teraz, kiedy praca przeniosła się z biur do domu – mówią Agnieszka i Marek.

Szukali tego mieszkania długo. Bo, jak mówią, poprzeczkę mają zawieszoną wysoko. Musiało być w konkretnym miejscu. Ścisłe centrum Warszawy, dokładnie kwadrat ulic Hoża, Poznańska, Wilcza. W końcu znaleźli. W kamienicy z 1934 roku. Agnieszka i Marek są pasjonatami starych kamienic. W okolicy pojawiają się luksusowe plomby z apartamentami, podziemnym garażem, wielkim holem i konsjerżem, oni wolą jednak inny klimat. Mieszkają tu już cztery lata.

Agnieszka i Marek przy wielofunkcyjnym stole w salonie.(Fot. Celestyna Król)Agnieszka i Marek przy wielofunkcyjnym stole w salonie.(Fot. Celestyna Król)

– Miejsce jest idealne. Bo z jednej strony – tłumaczy Marek – samo centrum, restauracje, kluby, życie miejskie, co sobie wysoko cenimy, a jednocześnie cisza, nie ma sąsiadów zaglądających nam w okna, co cenimy sobie jeszcze bardziej.
Sąsiedzi nie zaglądają, za to zagląda słońce. Mieszkanie jest jasne, wręcz świetliste. To trzecie piętro, ekspozycja południowa. Widać wschód słońca z jednej strony, a jak się dobrze wychylić, to i zachód z drugiej. I wspaniała perspektywa, zieleń.

Fotel „z odzysku” z nową tapicerką w ulubionym kolorze Agnieszki plus stolik do gier z ukrytą tajemniczą skrytką.(Fot. Celestyna Król)Fotel „z odzysku” z nową tapicerką w ulubionym kolorze Agnieszki plus stolik do gier z ukrytą tajemniczą skrytką.(Fot. Celestyna Król)


Marek: – Wychodzę z założenia, że wewnątrz mieszkania można zmienić właściwie wszystko, łącznie z układem pomieszczeń, ale nic nie zrobimy z tym, co za oknem. A my za oknem mamy przestrzeń. W takim miejscu to unikatowe.
Mieszkania to teren Markowi dobrze znany, tym zajmuje się zawodowo. – Nie jest to praca zgodna z moim wykształceniem, to efekt przypadku, pasji i zakrętu życiowego. Zacząłem robić to, co lubię, innym się spodobało, i tak to już trwa od dziesięciu lat. Czyli kupuję w śródmieściu Warszawy mieszkania do remontu, remontuję i sprzedaję. Pierwsze kupiłem dla siebie – żeby zacząć nowe życie. Sam je odnawiałem, remontowałem, urządzałem. Kiedy skończyłem, przyszedł do mnie przyjaciel ze swoją znajomą. I jej się to mieszkanie tak spodobało, że namówiła mnie, żebym jej je sprzedał. Musiałem więc szukać nowego dla siebie, tak się to zaczęło. Zawsze mam uczuciowy związek z każdym mieszkaniem, którym się zajmuję. Nie chodzi mi o to, żeby jak najszybciej zarobić jak najwięcej.

Otwarta przestrzeń od samego wejścia do mieszkania, lampa z targu na Kole, z odnowionym abażurem. Wszechobecne książki i albumy są nieodłączną częścią życia mieszkańców.(Fot. Celestyna Król)Otwarta przestrzeń od samego wejścia do mieszkania, lampa z targu na Kole, z odnowionym abażurem. Wszechobecne książki i albumy są nieodłączną częścią życia mieszkańców.(Fot. Celestyna Król)

W swoim mieszkaniu Agnieszka i Marek dużo nie zmieniali. Nie było to konieczne. – Zachowaliśmy to wszystko, co się dało zachować – opowiada Marek. – Pewnie dziewięć osób na dziesięć zerwałoby starą skrzypiącą podłogę i położyło nowy parkiet, ale dla nas ta podłoga to walor. Choć był dylemat – przekładać czy ma skrzypieć? Ja byłem orędownikiem skrzypiącej. Teraz, kiedy skrzypi, Agnieszka się budzi, ale coś za coś.

– Za to można śmiało chodzić po deskach w szpilkach i nie przejmować się, jeśli się wyleje wino – dodaje Agnieszka. – Tylko na bosaka się nie da, bo drzazgi wchodzą w stopy.
Zostawili też stare okna i kaflowe piece, które robią olbrzymie wrażenie. Tak naprawdę cały zakres remontu to była łazienka i kuchnia.
Pomieszczenia są trzy. Duży salon z rozkładanymi drzwiami do sypialni i jeszcze jedna dodatkowa sypialnia. Agnieszka: – Zawsze zależy nam na tym, żeby przestrzeń dzienna była jak największa. Do sypialni można wejść z dwóch stron – z salonu i z holu.

Sypialnia – tu też, jak w całym mieszkaniu, miks starego z nowym. Stare meble Agnieszka i Marek często zdobywają na targach, targowiskach, aukcjach, niektóre pochodzą z remontowanych przez Marka mieszkań. Zdjęcie nad łóżkiem to praca własna, żartobliwie nazywana „Niebo za euro” – z jednej z licznych podróży Agnieszki i Marka.(Fot. Celestyna Król)Sypialnia – tu też, jak w całym mieszkaniu, miks starego z nowym. Stare meble Agnieszka i Marek często zdobywają na targach, targowiskach, aukcjach, niektóre pochodzą z remontowanych przez Marka mieszkań. Zdjęcie nad łóżkiem to praca własna, żartobliwie nazywana „Niebo za euro” – z jednej z licznych podróży Agnieszki i Marka.(Fot. Celestyna Król)

Zasada, którą się kierują przy urządzaniu, to: „mieszamy stare z nowoczesnym”. – Lubimy rzeczy, które gdzieś u kogoś stały, mają za sobą jakąś historię – opowiada Marek. – A ponieważ często kupujemy mieszkania urządzone, zdarza się, że coś z mebli nam zostaje. W garażu mojego ojca zamiast samochodu stoją tacy „ocaleńcy” i czekają na swój moment. Oczywiście wiadomo, że współczesne meble też są i ładne, i często bardziej funkcjonalne, więc mieszamy.

Stare meble często kupują na starociach – nawet jak rzecz jest zaniedbana, wystarczy sobie wyobrazić, jak może wyglądać po renowacji. Zresztą hasło „stare” nie oznacza tylko międzywojnia czy secesji. To także późnogomułkowska szafka z Czechosłowacji pod sprzęt RTV w salonie. – Podobają się nam różne rzeczy z różnych epok – mówią zgodnie.

Kolejny fotel „z odzysku”, w tle jedna z ulubionych prac właścicieli pod znamiennym tytułem „Rekultywacja” Janusza Orzechowskiego. Głównym bohaterem wnętrza jest jednak zabytkowy kaflowy piec.(Fot. Celestyna Król)Kolejny fotel „z odzysku”, w tle jedna z ulubionych prac właścicieli pod znamiennym tytułem „Rekultywacja” Janusza Orzechowskiego. Głównym bohaterem wnętrza jest jednak zabytkowy kaflowy piec.(Fot. Celestyna Król)

Wspólna pasja to sztuka. Zwłaszcza młoda sztuka. – Kupujemy na aukcjach, ale też w kameralnych galeriach, dużo jest takich miejsc na mapie Warszawy – mówi Agnieszka. – Lubimy adrenalinę. Ale jeśli się nie uda zdobyć wymarzonej rzeczy na aukcji, dzięki galeriom kontaktujemy się z artystami i kupujemy bezpośrednio od nich. Lubiliśmy bardzo Targowiska Sztuki, które odbywały się w Arkadach Kubickiego. Tam wystawiali się studenci ASP. Tęsknimy za tymi imprezami, oby szybko wróciły!

Kuchnia – serce mieszkania. To jedyne pomieszczenie, którego okna wychodzą na dziedziniec, gdzie pory roku wyznacza ogromny stary kasztanowiec w centrum podwórka.(Fot. Celestyna Król)Kuchnia – serce mieszkania. To jedyne pomieszczenie, którego okna wychodzą na dziedziniec, gdzie pory roku wyznacza ogromny stary kasztanowiec w centrum podwórka.(Fot. Celestyna Król)

Teraz, w czasie pandemii, mieszkanie to także miejsce pracy. – Na szczęście mamy w salonie wielofunkcyjny stół. To nasz wspólny gabinet – śmieją się. – Myśleliśmy, żeby jedno z nas przeniosło się z robotą do drugiej sypialni, ale jednak lepiej nam tu, razem. Cieplej i milej.
Mieszkanie jest wspaniałe, ale czy to oznacza, że jest „na zawsze”? – Lubimy zmiany. Gdzieś w marzeniach była kiedyś przeprowadzka na Azory – mała kamienica z kilkoma pokojami na wynajem, dla turystów. Pandemia takie pomysły zatrzymała, ale kto wie, co będzie. Jeśli coś ciekawego pojawi się na horyzoncie, będziemy myśleć – zapewniają. 

  1. Kultura

Stąd do wieczności – Galeria Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego [Galeria Zwierciadła]

Posążek czarnego szakala, który wyobrażał egipskiego boga Anubisa, odpowiedzialnego między innymi za wprowadzenie zmarłych do krainy cieni. (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Posążek czarnego szakala, który wyobrażał egipskiego boga Anubisa, odpowiedzialnego między innymi za wprowadzenie zmarłych do krainy cieni. (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Ten drewniany posążek czarnego szakala ma ponad 3000 lat. Można go oglądać wśród wielu innych eksponatów sztuki starożytnej na wystawie, która – paradoksalnie – jest bardzo aktualna.

Na otwarcie Galerii Sztuki Starożytnej Muzeum Narodowego w Warszawie czekaliśmy blisko dekadę. Została zamknięta w 2011 roku i od tamtej pory trwała jej kosztowna i pracochłonna modernizacja. Nowa galeria powróciła w formie nieporównanie bardziej efektownej. Ekspozycja jest teraz spektaklem światła i cienia. Widz raz czuje się, jakby przemierzał egipską pustynię w pełnym słońcu, by za chwilę zejść w mrok grobowców. Współczesne muzeum musi dostarczać nie tylko wiedzy, lecz także emocji. Nie może też w nim zabraknąć multimediów. I tak, sekcja poświęcona zbiorom starożytnym w nowej aranżacji stała się najbardziej zaawansowaną technologicznie częścią warszawskiej instytucji.


We współczesnym świecie dziewięć lat, w czasie których trwała modernizacja, to niemal epoka. Tymczasem wiek zgromadzonych tu artefaktów liczy się w setkach lat i tysiącleciach. Dziś zbiory, jakimi dysponuje Muzeum Narodowe, byłyby już niemożliwe do zgromadzenia. Czasy archeologów z północy Europy, którzy w basenie Morza Śródziemnego odkrywali antyczne grobowce i świątynie, by wywozić z nich znaleziska do muzeów w swoich krajach, należą do przeszłości. Swoboda obrotu starożytnościami została mocno ograniczona. I słusznie. Dobrze jednak też, że mamy możliwość stanąć przed obliczem czarnego szakala.

Posążek ma 60 centymetrów wysokości (z ogonem) i 56 – długości. Powstał w Egipcie między 1550 a 1069 rokiem przed naszą erą, w epoce tak zwanego Nowego Państwa. Szakal jest jednym z wcieleń Anubisa, egipskiego boga odpowiedzialnego między innymi za wprowadzanie zmarłych do krainy cieni. To także patron balsamistów, którzy mumifikując zwłoki, nosili na twarzach maski właśnie czarnego szakala. Daje do myślenia, jak wiele artefaktów zgromadzonych w Galerii Sztuki Starożytnej – na czele ze słynną „Księgą Umarłych”, nie mówiąc o mumiach – związany jest z zaświatami i życiem pozagrobowym. Ta wystawa niewiele ma nam do powiedzenia o dniu dzisiejszym, ale ukazuje za to kulturę jako sztukę radzenia sobie z wiecznością. W tym sensie Galeria Sztuki Starożytnej jest nie tylko ciekawa, ale w przewrotny sposób również bardzo aktualna – przejęci teraźniejszością, niczego nie potrzebujemy bardziej niż dystansu i zobaczenia jej w szerszej perspektywie.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.