1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Dzieje się w kulturze - nasze rekomendacje

Dzieje się w kulturze - nasze rekomendacje

„Pływaczki” (1953),  „Sekret narzeczonych” (1962), „Autobus” (1969). (Fot. materiały prasowe)
„Pływaczki” (1953), „Sekret narzeczonych” (1962), „Autobus” (1969). (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Sprawdzamy, co dzieje się w kulturze - co warto zobaczyć, czym się zachwycić, czego posłuchać w najbliższym czasie.

Wystawa malarstwa Jerzego Nowosieskiego

Jerzy Nowosielski – artysta, który należy do kanonu historii sztuki, a jednocześnie nie przestaje fascynować. Pracujący na styku tradycji Wschodu i Zachodu, figuracji i abstrakcji, awangardy i ikony. Mistyk, mistrz przedstawiania „bytów subtelnych”, był także twórcą zmysłowym, erotycznym, zapatrzonym w postaci kobiet. To właśnie ich wizerunki stanowią przewodni motyw nowej wystawy, która na żywo ma potrwać do maja (zwyczajowo przestrzenie galerii Spectra Art Space dla zwiedzających otwiera się w weekendy), a tymczasem oglądać można jej wirtualną wersję. Obrazy pochodzą z kolekcji rodziny Staraków, Andrzeja Starmacha oraz Muzeum Sztuki w Łodzi. „Tego, co ja myślę o kobiecie – pisał Jerzy Nowosielski – nie mogę opowiedzieć, ja to mogę tylko namalować. I ja to już zrobiłem. Co ja myślę czy odczuwam na temat kobiety, to już namalowałem i nie mam tu już nic do dodania”.

„Pływaczki” (1953), „Autobus” (1969) „Sekret narzeczonych” (1962) . (Fot. materiały prasowe) „Pływaczki” (1953), „Autobus” (1969) „Sekret narzeczonych” (1962) . (Fot. materiały prasowe)

Wystawa „Jerzy Nowosielski” potrwa do 30 maja w Spectra Art Space w Warszawie i/lub na starakfoundation.org

Nie mówcie mi, co mam robić

Opowieści o bohaterkach, które miały odwagę postawić na swoim. Na przekór konwenansom, mimo szyderstw i prób zamknięcia im ust. Tom pierwszy „Tupeciar” z miejsca stał się bestsellerem. Drugi jest jeszcze lepszy. Tym razem poznajemy losy między innymi: afgańskiej raperki Sonity, indyjskiej wojowniczki Phoolan Devi, kolekcjonerki sztuki nowoczesnej Peggy Guggenheim, wulkanolożki Katii Krafft czy Hedy Lamarr (której postać przybliżamy na str. 114). Autorka komiksu biografie mocno fabularyzuje i ma do tego talent. Z tą samą łatwością potrafi u czytającego wywołać śmiech i łzy wzruszenia.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

A to Polska właśnie

Nowa wystawa Domu Spotkań z Historią wydana w formie albumu. Zbiór zdjęć ukazujących się w „ITD”. To wychodzące w latach 1960–1990 pismo słynęło ze świetnych fotoreportaży. Są tu więc zdjęcia z wizyty uzdrowiciela Clive’a Harrisa, z hippisowskiego zlotu w Częstochowie (w tekście po interwencji cenzury ani razu nie mogło paść słowo „hippis”) czy to umieszczone na okładce. Przedstawiające dzieci, które przekraczają rzekę San na szczudłach, żeby dostać się do szkoły.

(fot. materiały prasowe) (fot. materiały prasowe)

Debiutant Stuhr - "Filmowe Miniastuhrki"

Tymi wydanymi właśnie na DVD krótkimi metrażami Maciej Stuhr debiutuje jako filmowy reżyser i scenarzysta. W obsadzie studenci wydziału aktorskiego, ale gościnnie wystąpili też między innymi: Joanna Szczepkowska, Magdalena Popławska, Eliza Rycembel i sam autor. Cztery historie, każda utrzymana w innej konwencji. Jest zabawnie, ale do czasu. Ostatnia miniaStuhrka, napisana do muzyki Pawła Mykietyna (nie pada tu ani jedno słowo), to przejmująca historia oparta na faktach.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Operowe mosty

Opera Rara znana jest z oryginalnych pomysłów i zestawień: starego z nowym, klasyki z awangardą. W tegorocznym programie oprócz grającej na historycznych instrumentach Capelli Cracoviensis znalazła się choćby Spółdzielnia Muzyczna, jeden z pierwszych w Polsce ansambli muzyki współczesnej. Capella na rozgrzewkę przed festiwalem 6 stycznia zagra koncert z najbardziej rozchwytywanym kontratenorem świata – Jakubem Józefem Orlińskim. A i później nie zabraknie operowych gwiazd: z Leą Desandre i Dorotą Szczepańską na czele.

Dorota Szczepańska. (Fot. Świeczkowska Photographer) Dorota Szczepańska. (Fot. Świeczkowska Photographer)

Festiwal Opera Rara potrwa od 24 stycznia do 28 lutego w Krakowiei/lub na playkrakow.com

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Spotkania

Agnieszka Morawińska – w poczuciu misji

Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Agnieszka Morawińska: Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)
Była dyrektorką Zachęty i Muzeum Narodowego w Warszawie. Agnieszka Morawińska to wybitna historyczka i krytyczka sztuki. Siłaczka i niezależna myślicielka.

Kiedy dzwoniłem, wspomniała pani o wykładach, jakie ma dla dzieci. Uczy je pani sztuki?
Zaczęliśmy od psa, który zaprowadził dzieci do dziury w ziemi, jak się okazało, wejścia do jaskini – czyli od malowideł w Lascaux. Teraz jesteśmy przy gotyku. Fela ma osiem lat, Edzio pięć. To wnuki przyjaciółki. Wykłady przygotowuję i prowadzę tak samo jak akademickie. Zdarza się, że Fela przerywa: „Czy możesz powtórzyć ostatnie zdanie, bo nie do końca zrozumiałam?”. To dla mnie wielkie doświadczenie, ale i przyjemność. Czy te dzieci będą inne jak dorosną?

W 2016 roku dostała pani nagrodę „O!Lśnienia” za projekt „W muzeum wszystko wolno”. Dzieci od 6 do 14 lat podzielone w zespoły kuratorskie przygotowały wystawę.
Gdybym nie była dyrektorem Muzeum Narodowego, nie mogłabym tego zrobić. Dla pracowników to było organizacyjnie trudne przedsięwzięcie. Dzieci przychodziły w każdą sobotę o 10, zostawały do 15, dostawały obiad. Koledzy kuratorzy musieli przełamać obawy przed wpuszczeniem dzieci do magazynu. Dostały rękawiczki, były bardzo przejęte i dotykały grafiki i przedmiotów sztuki zdobniczej z największą ostrożnością. Jeżeli traktuje się dzieci poważnie i stawia przed nimi zadania, potrafią góry przenosić.

Ma pani wiarę, że kształtuje małego obywatela?
Dzieci to mali obywatele. Należą się im szacunek, uwaga i równe traktowanie. Korczak powinien być lekturą obowiązkową.

Pani wychowała się na Korczaku?
Ja się w ogóle dość specjalnie wychowywałam. Ojciec umarł, kiedy miałam pięć i pół roku, i moje życie zmieniło się dramatycznie. Natomiast ojczym, który się szybko pojawił, był przekonanym korczakowcem.

Pani urodziła się tuż przed powstaniem warszawskim. Rodzice poznali się w czasie wojny?
Moja mama skończyła przed wojną Centralny Instytut Wychowania Fizycznego. Przez rok uczyła w Zamościu i prowadziła letnie kursy w uzdrowisku w Druskiennikach, a w czasie wojny znalazła się w majątku swoich rodziców pod Krasnymstawem i zajęła się tkactwem. Miała talent artystyczny. Mój ojciec wychował się w Moczydłowie pod Górą Kalwarią. Miał bardzo światłą matkę, choć może nie do końca, bo wymarzyła sobie, że jej dziesiąte, cudem urodzone dziecko będzie księdzem. Studiował w Rzymie, w Meranie, a potem historię sztuki w Warszawie – był bardzo dobrze wykształcony. Był katolickim księdzem do roku 1938, kiedy wystąpił z tego interesu. Mama czasami przyjeżdżała do Warszawy. Któregoś razu, a był rok 1943, przyjechała do jakiegoś wybitnego dentysty, a znajoma, chcąc ją pocieszyć po bolesnym zabiegu, zawiozła ją do mojego ojca, który pracował w Muzeum Narodowym. Trzy razy się widzieli i wzięli ślub.

Dlaczego ojciec zrzucił sutannę?
Nie mogłam się tego dowiedzieć od matki, bo była jednak zdroworozsądkową sportówką, bez wglądu w duchowość. Stosunkowo niedawno opowiadała mi pani Maria Brandysowa, że kiedyś w Tatrach, w czasie bardzo złej pogody, mój ojciec był w schronisku, gdzie był też architekt Maciej Nowicki. O czym rozmawiać z księdzem w takim miejscu? No, o Panu Bogu. Potem spotkali się przypadkowo w Warszawie. Nowicki powiedział: „Ksiądz mnie przekonał”. Na co mój ojciec: „A siebie nie”.

Co rodzice robili w czasie powstania?
Ojciec miał skład broni w Muzeum Warszawy, w kamienicy Baryczków. Ale z domu na Służewie nie zdołał się przedostać na Stare Miasto. Z grupą sąsiadów, kobiet z dziećmi, siedzieli w malutkiej piwnicy naszego domu. Dom był na linii strzałów zza Wisły. Kiedy wybuchło powstanie, miałam miesiąc. Przy drzwiach stały torby, tylko brać i uciekać. Tymczasem uciekali oknem, bo Niemcy wstawili karabin maszynowy w okienko piwnicy, kto się uratował, ten się uratował. Wyłapali ich pod tym oknem, kazali iść, nie odwracać się. Ludzie byli więc przekonani, że poleci seria. Tymczasem wpadły na siebie dwa oddziały niemieckie, każdy z innej strony domu, i wywiązała się strzelanina, przez drzwi. Rodzice runęli w zboże, tuż za naszym płotem. Tak doszli do Natolina. Tam ojciec został obarczony łubianką z biżuterią Branickich. Mieli dziecko bez jednej pieluchy i łubiankę biżuterii, której byli niewolnikami. Zatrzymali się w jakiejś marmoladziarni, podobnie jak kilkadziesiąt osób. Łubiankę dostarczono do Nieborowa, gdzie Braniccy zostali zwiezieni razem z całą polską arystokracją.

A gdzie przetrwali rodzice?
W leśniczówce w Chojnowie, mama handlowała mydłem. Ojciec jeździł do spalonej Warszawy z misjami porządkowania muzeum, organizowanymi przez profesora Stanisława Lorentza [dyrektora Muzeum Narodowego między 1935 a 1982 rokiem]. Z całą grupą czekał na ciężarówkę pod gmachem BGK – i wtedy został ranny w kolana strzałami artylerii zza Wisły. Leżąc w szpitalu w Pruszkowie, zarządził, aby matka pojechała zobaczyć, co z jego rzeczy zostało w piwnicy kamienicy Baryczków na Starym Mieście. Wiadomo, co się tam działo. No i mama największym wysiłkiem znalazła pół obrazka. Zaraz go panu pokażę. Pewnie to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mam. Ojciec kazał jej wrócić następnego dnia i znaleźć drugą połowę. A to było szukanie w trupach, w pierzu… W końcu rodzice znaleźli się w Wilanowie, gdzie ojciec – dawniej kustosz kolekcji Branickich – został mianowany kuratorem Wilanowa jako oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie. Dość szybko MSZ powołało go do rewindykacji dzieł sztuki. Wyjechał do Berlina, gdzie z mamą dołączyłyśmy, potem przenieśliśmy się do Baden-Baden. Kiedy nasz dom został odbudowany, wróciliśmy do Warszawy. No i już miało być życie tutaj, ale ojciec został wysłany do Rzymu, by stworzyć Instytut Kultury Polskiej. Zdążyliśmy się tam trochę zadomowić, ojciec pojechał na kilka dni do Warszawy. Anna Branicka zobaczyła go na przystanku trolejbusu, koło ASP, dziwnie się zachowywał. Upadły mu rękawiczki, podniosła je. Upadła teczka. Zawiozła go do szpitala.

Rozumiała pani, co się stało?
To musiało być straszne przeżycie, bo wszystko mam wymazane. Pamiętam tylko, jak moja mama biega po Rzymie, chcąc wejść do kościoła, a jest akurat sjesta i wszystkie są zamknięte. Klamki z mojej perspektywy bardzo wysoko. Druga scena – pociąg. Mama usiłuje mi czytać jakąś książeczkę i powtarza, że to nieporozumienie, że zdarzają się takie przypadki…

To prawda, że mama zaczynała zawsze od „trzeba”?
Albo od „muszę”. Mam to po niej. Jeśli jest przede mną przeszkoda, muszę ją przeskoczyć. To właściwie rozwiązanie zagadki mojego życia.

Mija 30 lat od jednej z najważniejszych polskich wystaw, „Artystki polskie”, na której pokazała pani około 200 obiektów.
Ta wystawa była trochę jak apel, żeby się sprawdzić, przeliczyć, zobaczyć, bo temat był tu wciąż nierozeznany. Dość długo byłam w Ameryce, między innymi na stypendiach Harvarda, USIA i IREX. Kiedyś w ciągu sześciu tygodni objechałam 16 ośrodków muzealnych, to były nie tylko Nowy Jork, Boston czy Waszyngton, lecz także Saint Louis, Minneapolis czy Detroit (gdzie przedtem zresztą robiłam wystawę). Formujące doświadczenie, bo zrozumiałam, że amerykańska akademia w swoim najlepszym wydaniu jest rajem. Nazwałabym to poczuciem absolutnej wspólnoty uczonych i wolności myśli, podczas gdy my w tamtym czasie mieliśmy bardzo ograniczone drogi myślenia i działania. Miałam kontakty z rozmaitymi historyczkami i historykami sztuki, wiedziałam, że tam sztuka kobiet jest hot. U nas nikt się nią nie zajmował.

„Następna wystawa będzie łysych?” – zapytała minister kultury.
Wiem, musi cierpieć, bo jej to wypominam. Ale właśnie takie było wtedy podejście.

To była pani najważniejsza wystawa?
Również „Malarstwo polskie XXI wieku” w Zachęcie w 2006 roku, po takim okresie, kiedy wydawało się, że malarstwo jest już dziedziną passé. Tymczasem udało się uzbierać uderzającą wystawę, włącznie z vlepkami, muralami, wideo.

Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)Agnieszka Morawińska: Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem. (Fot. Szymon Szczęśniak/VISUAL CRAFTERS)

Gdyby dzisiaj powtarzała pani „Artystki polskie”, na co zwróciłaby pani uwagę?
Na pewno dokonałabym większej selekcji. Wolałabym pokazać, jakie były dobre, a nie jak wiele ich było. Ale kiedy nad nią pracowałam i robiłam dokumentację, to ich przybywało i przybywało…

Którym kobietom najwięcej pani zawdzięcza?
Zaskoczył mnie pan. Niewątpliwie mojej mamie. W Ameryce spędziłam rok w jednym pokoju z Carolyn Kolb Lewis, historyczką sztuki. To była moja wielka przyjaciółka, latami prenumerowała dla mnie „Art Bulletin” i „Art Journal”, widywałyśmy się przy każdej możliwej okazji, odwiedzała mnie w Polsce, czułam, że bez przerwy o mnie myśli. Umarła na raka płuc, chociaż nigdy nie paliła. To od niej zaznałam absolutnego wsparcia. Czasem mam wyrzuty sumienia… Wiele zawdzięczam Hani Wróblewskiej, zachowała bardzo taktowną, lojalną postawę w czasie „przewrotu” w Zachęcie. Muszę wymienić Iwonę Danielewicz-Włodarczyk, w Muzeum Narodowym, nawet kiedy było najtrudniej, stała za mną murem.

A artystki?
Krystiana Robb-Narbutt, malarka. Miała w sobie słodycz życia. Jacek Sempoliński [malarz] mówił, że jest kobietą jedwabną, była arcydelikatna.

Jak wyobrażała sobie pani przyszłość, kiedy na studiach wpadała pani – jak sama mówi – w życie towarzyskie?
Chciałam mieć wolny zawód, myślałam o pracy naukowej, może publicystyce. Pojawiły się możliwości wyjazdów na czyjeś zaproszenie. Kupowało się pięć dolarów i z puszką kawioru do sprzedania jechało się do Paryża. W kawiarni hotelu Bristol spotykała się grupka kolegów historyków sztuki, niektórzy byli rok wyżej, rok niżej. Mieliśmy znakomite pomysły. Robiliśmy kabarecik u mnie w domu. Byliśmy wyraziści, widoczni na Krakowskim Przedmieściu, zatrzymywano nas, pytano, skąd jesteśmy. „Z technologii drewna” – odpowiadało się takim kodem. Moja matka mówiła: „Dolce vita, tylko bez pieniędzy”. Program studiów obejmował tak zwane objazdy. Był autokar i opracowana trasa: „Od zabytka do zabytka wyciągniemy wnet kopytka”. Oglądaliśmy kościół po kościele, pałac po pałacu...

Żadnych marzeń o muzeum?
Muzea były obsadzone wiekowymi osobami. Panował zatęchły styl muzealnej elegancji. Korytarzem Muzeum Narodowego w Warszawie szła pani Maria Markiewicz, kustoszka działu tkanin, i niosła na wyciągniętej łyżce jajko, które ktoś jej ugotował na miękko. Może za głupia byłam, bo jednak muzeum jest świetnym warsztatem pracy. Ale wydawało mi się, że to nie na mój temperament. Po powrocie ze stypendium Harvarda zapytałam o pracę w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. „Proszę pani, to duża instytucja, może jest etat, ale zastanawiam się, czy chcę to zrobić dla pani”. Nie, to nie, podziękowałam temu dyrektorowi. I wtedy dostałam od profesora Lorentza propozycję pracy. Wie pan, jak to jest wrócić z Georgetown i zatrudnić się w Muzeum Narodowym, pięć osób w jednym pokoju i nikt nie chce słuchać, co też w tej Ameryce?

Została pani 16 lat, między innymi tworząc Galerię Malarstwa Polskiego.
Jednak było dużo ciekawej pracy – jako kurator zrobiłam kilka ważnych wystaw malarstwa polskiego za granicą, w Kilonii, Stuttgarcie, Lucernie, Nowym Jorku i Waszyngtonie, no i bardzo ważną wystawę symbolizmu w Detroit. I jeśli chodzi o jakość, to ta wystawa na pewno było najlepsza.

Dyrekcję Zachęty objęła pani po głośnym odejściu Andy Rottenberg.
To był straszny moment. Zachęta była obciążona wielkimi długami. W dodatku nadal rozmaite osoby próbowały zaistnieć, nagłaśniając rzekome skandale w Zachęcie. Nie do końca spełniałam nadzieję tych, którzy oczekiwali, że ugrzecznię Zachętę. Z drugiej zaś strony podszczypywali mnie zwolennicy ostrzejszej linii Andy.

Nie bała się pani porównania do poprzedniczki, charyzmatycznej liderki?
Nie mam żadnych pretensji do charyzmy. Pewnie jeden szef musi być taki, drugi – inny. Starałam się wykorzystać wszystkie talenty i umiejętności współpracowniczek i chyba przez te dziewięć lat nic nie napsułam, a może i coś naprawiłam. To świetne kuratorki, powiększyłam zespół o parę osób. Zachęta w mojej karierze to był pałac cukiereczek. Miałam do czynienia z bardzo chętnymi, młodymi, pełnymi zapału kobietami i fascynującymi współczesnymi artystami z całego świata.

Dlaczego zdecydowała się pani odejść?
Chciałam już przejść na emeryturę. Zajmowanie się sztuką współczesną to sprawa pokoleniowa. Jeżeli nie można artystom towarzyszyć tak jak rówieśnikom, trzeba się wynosić. Każdy krytyk zajmujący się sztuką współczesną na ogół daje radę z jednym pokoleniem, swoim. Zobaczyłam, że Hania Wróblewska, moja prawa ręka, jest doskonale przygotowana, aby kierować Zachętą. Poszłam do ministra, żeby mu to powiedzieć. Zaproponował mi dyrekcję Muzeum Narodowego. Odchodziłam z poczuciem dobrze wykonanej pracy i przekonaniem, że dopiero teraz przede mną przygoda życia.

Tymczasem profesor Lorentz przekonywał, że kobieta nigdy nie była i nie będzie dyrektorem Muzeum Narodowego.
To by się zdziwił. Mam do niego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony był zaprzyjaźniony z moimi rodzicami, z drugiej – miał bardzo nieprzyjemną cechę: uważał, że mu wolno więcej niż innym i że cel uświęca środki. Zupełnie inaczej niż [Jan] Białostocki, mój ukochany profesor. Gradacja gradacją, ale był kolegą. Ukochany człowiek, autorytet, dla mnie taki zastępca ojca. Wie pan, ja się w tym muzeum czułam absolutnie na swoim miejscu. W Zachęcie to było stąpanie po kruchym lodzie, tu nie musiałam wychodzić na korytarz, a wiedziałam, co się dzieje. Zadziwiające, jak długo trwają schematy.

Za pani dyrekcji zdarzało mi się stać w gigantycznych kolejkach, choćby na wystawę Gierymskiego.
Otwierałam muzeum wystawą „Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi” pod kierunkiem profesora Krzysztofa Pomiana, poświęconą mechanizmom władzy, hierarchiom społeczeństw od starożytności po współczesność, ikonografii władzy. Entuzjazm widzów wzbudzały wystawy monograficzne, a więc także Olga Boznańska, Józef Brandt. Ważna była wystawa Piotra Rypsona „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918” konfrontująca przedstawienia wydarzeń historycznych i politycznych z przemianami polskiej sztuki na progu niepodległości. Wystawa otwarta już po mojej rezygnacji, niewygrana do końca, bo Piotr Rypson został zwolniony przez nowego dyrektora.

I kiedy maszyneria ruszyła pełną parą, pani złożyła rezygnację.
Bo został zakręcony kurek i przestaliśmy dostawać pieniądze z grantów ministerialnych, z których robiliśmy wystawy. Zabrakło 4 milionów. No więc co miałam robić? Miałam nadzieję, że trochę nastraszę pana ministra. Przeliczyłam się.

Żałuje pani?
Nie, miałam kontrakt do końca 2018 roku, odeszłam pół roku wcześniej, za to z przytupem. Obejmowałam Zachętę i Muzeum Narodowe z poczuciem misji, bo powierzano mi coś drogocennego. Za swój święty obowiązek uważałam zadbać o ten dar. Jestem propaństwowcem.

Dlatego wcześniej, w 1991 roku, objęła pani stanowisko wiceministra kultury?
Marek Rostworowski, ówczesny minister [krytyk i historyk sztuki], był ze mną zaprzyjaźniony, a ja chciałam mu pomóc. Ale przede wszystkim mieliśmy do wykonania ważne zadanie, pracowaliśmy w uniesieniu. Wierzyliśmy, że po latach komunizmu nastąpi w Polsce wielka zmiana. Gdyby żył Rostworowski, może zrobiłby dzisiaj kolejny „Polaków portret własny” [tytuł wystawy z 1979 roku].

Czego byśmy się dowiedzieli?
Że jesteśmy inni, niż kiedyś sobie wyobrażaliśmy.

Czy teraz sztuka może przemówić do społeczeństwa?
Jest donośna w grafice czarnego protestu. Wspaniała jest ta błyskawica. Mówi się, że inter arma silent Musae – w czasie wojny milczą muzy – ale nie wiem, czy to prawda.

Agnieszka Morawińska, dyrektorka Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki (2001–2010) i Muzeum Narodowego w Warszawie (2010–2018). Była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki (1991–1992) i ambasadorką Rzeczypospolitej Polskiej w Australii (1993–1997). Autorka wielu wystaw, między innymi: „Artystki polskie”, „Malarstwo polskie w czasach Fryderyka Chopina”, „Przedwiośnie. Polska 1880–1920”, „Inwazja dźwięku”.

  1. Kultura

Ørganek wydaje płytę w hołdzie Powstańcom Warszawskim

„Ocali nas miłość” to tytuł płyty i koncertu zespołu Ørganek, upamiętniających 77. rocznicę Powstania Warszawskiego. (Fot. materiały prasowe)
„Ocali nas miłość” to tytuł płyty i koncertu zespołu Ørganek, upamiętniających 77. rocznicę Powstania Warszawskiego. (Fot. materiały prasowe)
Tomasz Organek, na zaproszenie Muzeum Powstania Warszawskiego, wziął udział w projekcie muzycznym upamiętniającym 77. rocznicę Powstania Warszawskiego. Efektem będzie specjalnie przygotowana płyta inspirowana powstańczymi fotografiami oraz rocznicowy koncert w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.

„Ocali nas miłość” – taki tytuł będą miały płyta i koncert – to zbiór piosenek skomponowanych przez zespół Ørganek. Wszystkie piosenki z płyty powstały wskutek inspiracji zdjęciami jednego z najsłynniejszych powstańczych fotoreporterów: Eugeniusza Lokajskiego ps. Brok. Każda z ośmiu piosenek na płycie to historia innej fotografii.

Historia Lokajskiego wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Sportowiec, bojownik o wolność, dokumentalista, ale nade wszystko artysta. Esteta. Z jego zdjęć, paradoksalnie dla czasu powstańczej pożogi, bije życie. Roześmiane młode kobiety, pary łączące się w małżeństwie aż Bóg ich nie rozłączy, mężczyźni silni w swej wierze w zwycięstwo. Jest w tym wszystkim jakaś porywająca poezja. Teksty bezpośrednio inspirowane jego zdjęciami dosłownie pisały się same – mówi Tomasz Organek.

Kolekcja prawie tysiąca zdjęć Lokajskiego w ujmujący sposób dokumentuje zarówno prywatne życie bohaterów sierpnia 1944 roku, jak ich ofiarną walkę na ulicach Warszawy.

Na płycie „Ocali nas miłość” pojawią się również znakomici goście: Magda Umer, Ralph Kaminski i Klaudia Szafrańska.

Koncert Tomasza Organka i gości odbędzie się 24 lipca o godz. 21.00 w Parku Wolności Muzeum Powstania Warszawskiego. Tego samego dnia odbędzie się premiera płyty „Ocali nas miłość”. Sprzedaż biletów rozpocznie się 7 lipca na stronie bilety.1944.pl.

  1. Kultura

Urban Art Area – największa polska wystawa street artu

Wystawa Urban Art Area potrwa od 10 lipca do końca wakacji w Centrum Praskim Koneser w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
Wystawa Urban Art Area potrwa od 10 lipca do końca wakacji w Centrum Praskim Koneser w Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
W Centrum Praskim Koneser 10 lipca rusza wystawa Urban Art Area. Zobaczymy na niej prace kilkudziesięciu twórców sztuki miejskiej, a także będziemy mogli uczestniczyć w spotkaniach z artystami i znawcami tematu, którzy go przybliżą, opowiedzą jak i gdzie kupować taką sztukę oraz zaprezentują najgorętsze nazwiska.

Od wielu już lat obserwujemy artystyczne kreowanie przestrzeni miejskiej. Chcąc zagłębić się w zjawisko określane mianem „urban art” dobrze jest zacząć od takich nazwisk jak Jean Michel Basquiat, Keith Haring czy Andy Warhol. To właśnie ci amerykańscy prekursorzy nurtu pop-art, street art i graffiti zapoczątkowali współczesną sztukę uliczną. Początki polskiego street artu sięgają lat 90. Nurt ten błyskawicznie rozbudził wrażliwość młodych zdolnych, aby dziś można było zobaczyć przestrzeń w zupełnie nowy, oryginalny sposób.

Sztuka uliczna na całym świecie porusza ważne kwestie skłaniając odbiorcę do refleksji nad tematami takimi jak ekologia, polityka, wojna, rasizm, konsumpcjonizm, łamanie praw człowieka. Urban art to sztuka nietrwała, ulotna, intrygująca i inspirująca, bywa także nielegalna, co paradoksalnie wpływa na jej atrakcyjność. Polski urban art to autonomiczna forma wypowiedzi artystycznej zaangażowanych artystów, którzy z dużym powodzeniem działają na polu sztuki na całym świecie.

Leonarda Art Gallery we współpracy z Centrum Praskim Koneser przez całe wakacje, rozpoczynając 10 lipca, zaprezentuje prace artystów z kraju i ze świata uprawiających sztukę urban art w ramach Urban Art Area. To wydarzenie artystyczne, nie bez powodu, odbędzie się na warszawskiej Pradze, skąd wywodzi się liczne streetartowe środowisko. Podczas Urban Art Area możemy spodziewać się wielu spotkań z artystami i znawcami tematu, którzy nam go przybliżą, opowiedzą jak i gdzie kupować taką sztukę, zaprezentują najgorętsze nazwiska.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Na dziedzińcu Konesera powstaną na żywo wielkie murale i instalacje przestrzenne (będzie można je oglądać od 10 lipca do 30 sierpnia), natomiast w hali Butelkownia od 10 do 24 lipca zostaną zaprezentowane prace czołowych reprezentantów tego nurtu (rzeźby, obrazy, instalacje malarskie i przestrzenne). Przez dwa miesiące będzie także działał Urban Art Concept Store. Będzie to galeria o oryginalnym streetartowym wystroju i starannie wyselekcjonowanym asortymencie. Ideą naszego Concept Store będzie umożliwienie klientowi zakupu dzieł poczynając od wlepek poprzez specjalną w limitowanych seriach odzież, obuwie, kończąc na unikatowych dziełach jak malarstwo na płótnie, grafiki, rzeźby.

  1. Kultura

Bardzo długie sąsiedztwo – wystawa "Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji"

Na wystawie
Na wystawie "Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji" zobaczyć możemy ponad 400 eksponatów — historycznych zabytków, dzieł sztuki i przedmiotów codziennego użytku, które pokazują rodzaje zależności między człowiekiem a zwierzęciem w mieście. (Fot. materiały prasowe)
Ostatnie ograniczenia w podróżach sprawiają, że uważniej przyglądamy się okolicy. W taki kontekst idealnie wpisuje się wystawa w Muzeum Warszawy poświęcona jej mieszkańcom - jednak tym razem chodzi nie o ludzi, a o zwierzęta.

Historia Warszawy to nie tylko historia ludzi. Mieszka w niej kilka tysięcy gatunków zwierząt, które dla nas pracują, dotrzymują nam towarzystwa i dostarczają rozrywki, są źródłem pokarmu i surowców oraz pozostają niezbędnym czynnikiem równowagi ekologicznej miasta. Wystawa „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” ukazuje złożony charakter relacji ludzko-zwierzęcych w stolicy. To próba spojrzenia na Warszawę z nieoczywistej, zoocentrycznej perspektywy. Na podstawie świadectw z różnych epok pokazuje, jak zmieniał się nasz stosunek do zwierząt, a także zwraca uwagę na wieloraką obecność zwierząt w historii miasta. Podkreśla też, że z biegiem lat zmieniał się ich status i że ta ewolucja nie jest jeszcze zakończona. Celem wystawy jest również zabranie głosu w obronie miejskiej przyrody i zmiana sposobu myślenia o zwierzętach jako mieszkańcach Warszawy.

Na wystawie zobaczyć możemy ponad 400 eksponatów — historycznych zabytków, dzieł sztuki i przedmiotów codziennego użytku, które pokazują rodzaje zależności między człowiekiem a zwierzęciem w mieście. Wśród nich znajdą się wyroby z surowców odzwierzęcych, nietypowe okazy zoologiczne i zabytki archeologiczne, narzędzia tresury i opieki. — Podejmujemy próbę zbadania społecznej tożsamości nieludzkich mieszkańców Warszawy. Nasze relacje ludzi ze zwierzętami oraz ich rolę i status w społeczeństwie przedstawiamy za pomocą pięciu kategorii: okazy, towar, siła robocza, towarzysze, sąsiedzi — mówią przedstawiciele Muzeum Warszawy.

Portret ks. Zygmunta Chełmickiego, publicysty i wydawcy, koniec XIX wieku. (Fot. materiały prasowe)Portret ks. Zygmunta Chełmickiego, publicysty i wydawcy, koniec XIX wieku. (Fot. materiały prasowe)

Niedźwiedzie na wybiegu w zoo, 1913 rok. (Fot. materiały prasowe)Niedźwiedzie na wybiegu w zoo, 1913 rok. (Fot. materiały prasowe)

Wystawa przybliża także sylwetki zwierzęcych warszawiaków – małży pracujących w Grubej Kaśce czy uratowanej z hodowli świnki Lily. Uzupełnieniem każdej części wystawy są prace współczesnych artystów m.in. Diany Lelonek i Bartosza Kokosińskiego, które stanowią krytyczny komentarz do poruszanych zagadnień, pokazują dzisiejszą perspektywę, a często, zaglądają w przyszłość międzygatunkowych relacji.

Wystawa „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” w Muzeum Warszawy na Rynku Starego Miasta (kamienica nr 32) potrwa do 3 października 2021 roku. Oprowadzanie po wystawie czasowej odbywa się w każdą niedzielę o godzinie 13:00 (w cenie biletu wstępu).

  1. Kultura

Sophie Taeuber-Arp – wybitna przedstawicielka awangardy

Portret Sophie Taeuber-Arp ukrywającej część twarzy za rzeźbą-obiektem „Głowa Dada” (1920). (Fot. materiały prasowe)
Portret Sophie Taeuber-Arp ukrywającej część twarzy za rzeźbą-obiektem „Głowa Dada” (1920). (Fot. materiały prasowe)
Zainteresowanie twórczością Sophie Taeuber-Arp nigdy nie było tak żywe jak dziś – co potwierdza największa od lat retrospektywna wystawa artystki przygotowana wspólnie przez trzy muzea.

Mamy rok 1916. Wielka Wojna jest dopiero na półmetku, ale nie trzeba czekać do jej finału, żeby dostrzec, że stary świat się skończył. Na polach bitew tej powszechnej rzezi kultura europejska poważnie się skompromitowała, stając na krawędzi moralnego bankructwa. Tak sprawy widzi grupa artystów, którzy skupili się w Zurychu wokół Cabaretu Vol-taire. Dlaczego akurat w Zurychu? Bo to do neutralnej Szwajcarii uchodźcy z różnych krajów, anarchiści, pacyfiści i dysydenci uciekali przed szaleństwem wojny. Właśnie rodzi się wywrotowy ruch dada – latem 1916 roku twórca Cabaretu Voltaire, niemiecki pisarz Hugo Ball, ogłasza pierwszy manifest dadaizmu. Wśród sygnatariuszy tego dokumentu jest młoda Sophie Taeuber.

Przede wszystkim wolność

W przeciwieństwie do większości dadaistów z Zurychu Taeuber była Szwajcarką. Przynajmniej z obywatelstwa i urodzenia. Przyszła na świat w 1889 roku w sanatorium w Davos, które Tomasz Mann miał później rozsławić w „Czarodziejskiej górze”. Ojciec przyszłej artystki, pruski farmaceuta, walczył w tym uzdrowisku z gruźlicą, zresztą bezskutecznie. Po jego śmierci wdowa wraz z dziećmi została w Szwajcarii na stałe.

Utalentowana plastycznie Sophie studiowała przed pierwszą wojną światową w St. Gallen, potem w Monachium i Hamburgu. Interesowały ją przede wszystkim sztuki stosowane, ale też taniec, teatr, projektowanie przestrzeni. Programy, które oferowały ówczesne szkoły artystyczne, wydawały się jej jednak zbyt zachowawcze, zbyt głęboko zakorzenione w myśleniu XIX-wiecznym, które – jak słusznie przeczuwała – choć wciąż jeszcze dominowało, należało już do przeszłości.

Jest przewrotna ironia w tym, że Sophie to, czego nie mogła znaleźć na uczelniach w czasie pokoju, odnalazła w Zurychu dzięki wojnie. Po 1914 roku za sprawą uchodźców w mieście powstała jedna z najbardziej kosmopolitycznych i najciekawszych scen artystycznych w ówczesnej Europie. Wśród przybyszy, którzy szukali azylu w Szwajcarii, był Hans Arp, artysta z alzackiego, niemiecko-francuskiego pogranicza, jeszcze przed wojną zaangażowany w międzynarodowe środowiska awangardowe. Sophie stworzyła z nim duet w sztuce i w życiu, a wkrótce oboje znaleźli się w ścisłym kręgu twórców Cabaretu Voltaire. Ideą skupionych wokół niego artystów było wyzwolenie twórczości z okowów konwencji, reguł, estetycznych dogmatów. Nową sztukę chcieli budować na gruzach obowiązujących do tej pory zasad. A wartością nadrzędną miała być odtąd wolność. Każdy korzystał z niej na swój sposób.

Kobieta w masce

Sophie Taeuber użyła tej swobody do przekraczania granic dzielących artystyczne gatunki. W jej pracach z tego okresu nie sposób ustanowić podziału między sztuką użytkową a sztukami pięknymi. Do ulubionych gatunków Sophie należała tkanina. Z tym, że szwajcarska artystka szyła tak, jak inni tworzyli obrazy, posługując się awangardowym językiem kubizmu i geometrycznej abstrakcji. Projektowała marionety dla eksperymentalnych teatrów lalkowych. Jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej intensywnie zajmowała się tańcem, teraz nawiązała współpracę z najciekawszymi przedstawicielami nowego myślenia w tej dyscyplinie, takimi jak choreograf Rudolf Laban czy charyzmatyczna tancerka nowoczesna Mary Wigman. Odwiedzała także Monte Verità w Asconie – założoną na początku XX wieku w szwajcarskich górach komunę artystyczną, której członkowie łączyli studia nad alternatywnymi stylami życia, wolną miłością i poszukiwaniami duchowymi z praktykowaniem sztuk performatywnych.

Marioneta ze sztuki „Król jeleń” (1918). (Fot. materiały prasowe)Marioneta ze sztuki „Król jeleń” (1918). (Fot. materiały prasowe)

Cabaret Voltaire był idealną sceną dla eksperymentów Taeuber. Artystka występowała w kostiumach i maskach własnego projektu. Przebrania te miały wymiar estetyczny, ale spełniały też bardzo praktyczne zadanie. W czasach zaangażowania w działania Cabaretu Sophie była już wykładowczynią w Szkole Sztuk i Rzemiosł w Zurychu (z uczelnianej pensji utrzymywała zarówno siebie, jak i Hansa Arpa). Tymczasem działalność Cabaretu Voltaire uważano za skandaliczną, miejsce postrzegano jako jaskinię wywrotowców. Występując z dadaistami, Taeuber ukrywała więc swoje nazwisko pod pseudonimem, a twarz – pod abstrakcyjnymi maskami. Ujawniła się dopiero po zakończeniu wojny, kiedy jej pozycja na rynku sztuki stała się na tyle mocna, że nie musiała się już przejmować opinią konserwatywnej opinii publicznej.

Nowy język

Lata 20. były dla niej czasem intensywnych podróży, a także sukcesów. Do największych należała Café de L’Aubette, lokal w Strasburgu. Nad projektem wnętrza pracowała w latach 1926–1928 razem z Arpem i Theo van Doesburgiem, współtwórcą słynnej holenderskiej grupy De Stijl. Kawiarnia – od architektury wnętrza, przez meble i sprzęty, po kolory i malarskie dekoracje – była totalnym dziełem sztuki. Język tego totalnego dzieła był geometryczny i abstrakcyjny, a jednocześnie nie przestawało ono należeć do dziedziny sztuki użytkowej. Café de L’Aubette jest jednym z najwybitniejszych przykładów konstruktywizmu z lat międzywojennych w Europie Zachodniej. Który nie uszedł, niestety, uwadze nazistów. Po zajęciu Strasburga w 1940 roku hitlerowcy zniszczyli kawiarnię jako przykład „sztuki zdegenerowanej”. Została zrekonstruowana dopiero w XXI wieku.

„Równowaga” (1932), obraz. (Fot. materiały prasowe)„Równowaga” (1932), obraz. (Fot. materiały prasowe)

„Geometryczny i falisty” (1941), rysunek. (Fot. materiały prasowe)„Geometryczny i falisty” (1941), rysunek. (Fot. materiały prasowe)

W następnej dekadzie Sophie i Hans Arpowie, idąc jeszcze dalej w stronę konstruktywizmu, trafili do międzynarodowego sprzysiężenia artystów Cercle et Carré (Koło i Kwadrat). Prace Sophie Taeuber-Arp z tego okresu to prawdziwe arcydzieła geometrycznej abstrakcji. O ile wielcy przedstawiciele tego gatunku, tacy jak Piet Mondrian, szukali w matematycznych formach mistyki, o tyle Sophie stawiała na kolor, ruch, niemal taneczną dynamikę form, a także na radość. Jak wielu innych przedstawicieli awangardy traktowała swoją praktykę w kategoriach tworzenia języka wizualnego, którym opowiedzieć można nowy świat. Stała przy tym na stanowisku, że jeżeli ten nowy świat ma być naprawdę lepszy, musi być nie tylko piękny, lecz także pełen życia i radosny.

Tak, tak i tak

Tymczasem wybucha druga wojna światowa, zaskakując Sophie i Hansa w Paryżu. Udaje im się uciec przed nazistami na południe Francji. Znajdują w końcu schronienie w Szwajcarii, ale w 1943 roku Sophie ulega śmiertelnemu zatruciu tlenkiem węgla wydobywającym się z zepsutego piecyka gazowego.

Przedwczesna śmierć zastała ją w pełni twórczych sił. W odróżnieniu od wielu artystów awangardowych, którzy z trudem walczyli o uznanie, w latach międzywojennych kroczyła od sukcesu do sukcesu, jej sztuka cały czas się rozwijała. A jednak w drugiej połowie XX wieku Sophie Taeuber-Arp zaczęła popadać w zapomnienie, stając się jeszcze jedną ofiarą mizoginii, której plaga nie omijała też historii sztuki. W rodzinnej Szwajcarii pozostawała cenioną figurą, od lat 90. podobizna artystki zdobi nawet banknot pięćdziesięciofrankowy. Na świecie – w omówieniach dziejów dadaizmu czy międzywojennej geometrycznej abstrakcji coraz częściej zapominano obok licznych mężczyzn wymienić i jej nazwisko. Fakt, że dużą część dorobku Sophie stanowią tkaniny artystyczne oraz projekty z pogranicza sztuk użytkowych i pięknych, a więc gatunki uważane za „drugorzędne” i „kobiece”, usuwał ją w tym głębszy cień.

„Kompozycja” (1930), obraz. (Fot. materiały prasowe)„Kompozycja” (1930), obraz. (Fot. materiały prasowe)

„Obraz z ruchomymi kołami” (1934). (Fot. materiały prasowe)„Obraz z ruchomymi kołami” (1934). (Fot. materiały prasowe)

Artystka wyszła z niego na fali feministycznej rewizji historii sztuki – i jest to powrót w wielkim stylu. Poświęcona jej wystawa, której premiera odbyła się w Kunstmuseum w Bazylei, pojedzie w tym roku do dwóch najważniejszych globalnych instytucji zajmujących się sztuką nowoczesną – Tate Modern w Londynie i Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Wystawa ta ukazuje artystkę, która była jedną z najbardziej utalentowanych przedstawicielek swojej epoki i jednocześnie tę epokę wyprzedzała. Czy abstrakcja może być radosna? Użyteczna? Czy może być tkaniną, ruchem i tańcem? Sophie Taeuber-Arp na wszystkie te pytania odpowiadała: tak.

Wystawa „Sophie Taeuber-Arp: Living Abstraction” w Kunstmuseum w Bazylei trwała do 20 czerwca. Latem planuje się jej otwarcie w Tate Modern w Londynie, a jesienią – w MoMA w Nowym Jorku.

Zdjęcia: materiały prasowe (Musée d'Art Moderne et Contemporain de Strasbourg/ Musées de Strasbourg, Kunstmuseum Basel, Schenkung Marguerite Arp-Hagenbach, The Museum of Modern Art, New York, The Riklis Collection of McCrory Corporation, Museum für Gestaltung, Zürcher Hochschule der Künste, Kunstgewerbesammlung, Courtesy Umberto Romito, Ivan Suta, Alex Delfanne, Stiftung Arp e.V., Berlin, Mick Vincenz/Arp Museum Bahnhof Rolandseck, Remagen, Museo d'arte della Svizzera Italiana, Lugano, Collezione Cantone Ticino, Nic Aluf/Stiftung Arp e.V., Berlin).