1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Rozstanie" zdobywa kolejne nagrody

"Rozstanie" zdobywa kolejne nagrody

Irański zdobywca Oscara dla filmu nieanglojęzycznego okazał się zwycięzcą Azjatyckiego Festiwalu Filmowego.

"Rozstanie" otrzymało statuetki dla najlepszego filmu, dla reżysera i za scenariusz.

- To dla nas największy zaszczyt - powiedziała aktorka Leila Hatami, odbierając nagrodę dla najlepszego filmu. Irański obraz zdobył dotąd Złoty Glob i Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu? O wychodzeniu z porozwodowej traumy

Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Psycholog pozytywny Jolanta Burke opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Jolanta Burke, psycholog, opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Artykuł archiwalny

Roztrzęsiona siedziałam w fotelu, zastanawiając się, czy to dzieje się naprawdę. „Czemu to zrobiłeś? – szeptałam – Czemu mnie tak skrzywdziłeś?”. Ale jedyne słowa, jakie był w stanie wypowiedzieć to: „Nie wiem, naprawdę nie wiem… Tak mi przykro”. Wiedziałam, że to koniec, oboje wiedzieliśmy, że przekroczył granicę i nie ma już powrotu. Nadszedł czas rozstania, życia bez niego. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Po wielu latach małżeństwa był dla mnie nie tylko partnerem, ale również przyjacielem, najbliższym człowiekiem, który… zdradził mnie z inną kobietą. Czułam, że jestem w stanie mu wybaczyć, ale bałam się, że pamięć o tym zdarzeniu będzie mnie dręczyć przez lata, niszcząc resztki zaufania. Rozwód był jedyną opcją.

Wyjście z dołka

Kolejne miesiące stały się udręką. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dołku. Jako psycholog wiedziałam, że rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. Czytałam o badaniach, według których satysfakcja z życia w przypadku rozwódek i wdów spada o 10 proc. i nigdy nie powraca do normy. A może jednak powraca? Tradycyjna literatura psychologiczna rzadko pisze o rozwoju po traumie. A przecież dla niektórych ludzi sytuacje stresujące, jak w moim przypadku, są platformą do rozwoju.

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, by dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. W długoterminowych badaniach psychologicznych odkryto, że 10 lat po rozwodzie 40 proc. rozwódek potwierdziło, iż czuje się lepiej niż przed rozwodem. Z innych badań wynika, że rozwódki doświadczyły większego rozwoju w życiu niż kobiety, które nie przechodziły przez rozpad małżeństwa. Po przeanalizowaniu tych badań pomyślałam, że jest dla mnie jeszcze jakaś szansa, tylko muszę ją odnaleźć.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam przy kominku otulona ciepłym kocem, płacząc nad kubkiem gorącego kakao, zdałam sobie sprawę, że jestem już zmęczona swoim smutkiem. Mam dosyć płaczu, bycia przygnębioną i wspominania wszystkiego od nowa. Przyszedł czas, żebym zmieniła swoje podejście do życia, żebym powróciła do dawnej siebie.

Mój nowy projekt nazwałam „Programem na zdrowie”. Miałam dwie możliwości, by wyjść z dołka: mogłam skorzystać z pomocy psychoterapeuty albo samodzielnie uporać się ze swoimi problemami. Ponieważ miałam dość ograniczony budżet finansowy – mieszkałam za granicą, z dala od rodziny i musiałam oszczędzać – zdecydowałam się na drugą opcję i rozpoczęłam poszukiwania. Zaczęłam czytać artykuły i książki na temat tego, co jest naprawdę istotne w życiu. I tak odkryłam psychologię pozytywną.

 
To nauka o dobrostanie emocjonalnym, o tym, jak go osiągnąć i polepszać. Tradycyjna psychologia skupia się bardziej na tym, czego nam w życiu brakuje. A także na terapii, która ma nas wyleczyć z kompleksów, ograniczeń, zahamowań. Natomiast psychologia pozytywna koncentruje się na zdrowiu i „kwitnieniu psychologicznym”, bada wszystko, co w życiu dobre, i radzi, jak możemy to jeszcze bardziej ulepszyć. Ale najbardziej interesujące, że dla ludzi w stresie i stanie depresji jej działanie jest dłużej skuteczne niż tradycyjnej terapii. To odpowiadało mi bardziej niż banalne poradniki, pełne „złotych rad”, co powinno się robić w sytuacji kryzysowej. Postanowiłam zacząć mój „Program na zdrowie” od prostych interwencji.

Interwencja pierwsza – przyjaciele

Tuż po rozstaniu pragnęłam samotności. Odrzucałam wszystkie zaproszenia na kolacje, spotkania, weekendowe wypady. Chciałam „popływać w moich łzach i smutku”. Niestety, to, co robiłam, specjaliści psychologii pozytywnej uznają za wielki błąd. Przyjaźń nie tylko poprawia samopoczucie, ale również zmniejsza ryzyko chorób i przedłuża życie. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam ludzi, izolowałam się od nich, a to nie wyszło mi na dobre. Dlatego też, nie zwlekając, pewnego wieczora rozesłałam wiadomości do znajomych, których wcześniej unikałam, i umówiłam się z nimi na kawę.

Nasze spotkanie było bardzo udane. Ale ponieważ nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, znajomi oczekiwali, że zobaczymy się znowu za kilka tygodni. A przecież, żeby nawiązać bliski kontakt z kimkolwiek, ważne są regularne i częstsze spotkania. Zamiast więc czekać na zaproszenie – jak normy społeczne nakazują – wyrzuciłam moje ego do kosza i dwa dni później zadzwoniłam do przyjaciół, żeby znów umówić się z nimi na kolację.

Upłynęło kilka tygodni… Pewnego wieczora, sącząc włoskie wino podczas miłej pogawędki ze znajomymi na tarasie naszej ulubionej restauracji, zdałam sobie sprawę, że od dawna nie czułam smutku! Moje życie zaczęło się zmieniać... Kilka szczerych rozmów, kilkoro bliskich mi ludzi i... poczułam się bardziej szczęśliwa. Mój „Program na zdrowie” zaczął działać!

Interwencja druga – pozytywne emocje

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, żeby dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. Kiedy nadejdzie zły dzień, zamiast siedzieć i słuchać przygnębiającej albo agresywnej muzyki, dużo lepiej poczytać dobrą książkę, porozmawiać z przyjaciółką czy zrobić coś, co naprawdę sprawi ci przyjemność, a czego z różnych względów na co dzień sobie odmawiasz. Dla mnie tą przyjemnością okazało się malowanie.

Nie jestem artystką i, prawdę mówiąc, bardzo brzydko maluję, ale to nieważne. Malując zapominam o całym świecie. Pół godziny przy sztalugach relaksuje mnie tak, jak innych cały dzień spędzony w spa. W tamtym okresie starałam się znaleźć wiele sposobów, by wzbudzić w sobie jeszcze więcej pozytywnych uczuć. Chodziłam do galerii, pisałam wiersze, kupowałam ulubione wino, mimo że było drogie, i sączyłam je przez cały tydzień.

Żeby polepszyć sobie nastrój, raz w tygodniu, w niedzielę, pisałam listę wszystkich rzeczy, za które byłam życiu wdzięczna. Na początku szło mi to ciężko, bo jedyne, co przychodziło do mojej głowy, to: „Nie jestem za nic wdzięczna! Nie mam męża, żyję daleko od domu, jestem smutna!”. Ale za każdym razem, gdy tak pomyślałam, szybko starałam zmusić się do znalezienia jakichkolwiek pozytywnych stron mojego położenia, np.: „Jestem wdzięczna za dach nad głową, jestem wdzięczna za tego miłego kierowcę, który zatrzymał dla mnie autobus, jestem wdzięczna, że mam pracę…”. Psychologowie pozytywni twierdzą, że wystarczy napisać trzy istotne rzeczy, ważne, by wykonywać to ćwiczenie regularnie przez wiele tygodni – wtedy poprawa samopoczucia i dobrostan psychiczny będą długotrwałe.

Interwencja trzecia – pisanie

Badania amerykańskiego psychologa dr. Jamesa W. Pennebakera wskazują, że pisanie przez minimum 20 minut dziennie w ciągu kolejnych czterech dni znacząco poprawia odporność na choroby, polepsza samopoczucie, a efekt prowadzenia pamiętnika, w którym zapisuje się własne przeżycia, odczucia i przemyślenia, porównywany jest do działania krótkoterminowej psychoterapii.

Ja wybrałam formę pisania polecaną przez dr Sonję Lyubomirsky, zdaniem której należy skupić się na opisywaniu swojego życia w przyszłości, kiedy smutek odejdzie, a w sercu zagości radość i spokój. Codziennie więc siadałam i spisywałam moje rozważania i marzenia. Wyobrażanie sobie mojego życia w momencie, gdy wszystko się ułoży, wprowadzało mnie w tak wspaniały nastrój, że czułam się pełna energii do końca dnia. Nawet kilka miesięcy później dodawało mi to odwagi i zapału do życia.

Interwencja czwarta – sposób myślenia

Mimo że spotkania z przyjaciółmi, pisanie pamiętnika i inne zajęcia poprawiły mi samopoczucie, to nadal zdarzało mi się miewać negatywne myśli. I denerwowałam się, gdy ktoś mi czasem mówił: „myśl pozytywnie, wszystko będzie dobrze”. Przecież wiem, że poczuję się lepiej, jeśli będę nastawiona optymistycznie, tylko nie wiem, jak to zrobić!

Z pomocą przyszedł ojciec psychologii pozytywnej – dr Martin Seligman. Zamiast mówić: „myśl pozytywnie”, radzi: „zmień sposób myślenia, postrzegaj negatywne, nieprzyjemne zdarzenia jako tymczasowy okres w życiu, który każdy przeżywa, ale który szybko minie”.

Postanowiłam zastosować jego sugestie w praktyce. Powtarzałam sobie: „Moja sytuacja jest tymczasowa, za kilka dni, tygodni odnajdę dawną radość i spokój!”, ale inny głos podstępnie szeptał: „A jeśli ta sytuacja nie jest tymczasowa... Może zawsze będziesz samotna i nieszczęśliwa?”. Nie poddawałam się: „Ależ nie, miałam przecież męża, znajdę kogoś... może kogoś bardziej wartościowego, ciekawszego, bardziej przystojnego... Mój smutek jest tymczasowy, a brak partnera nie może przesłonić mi radości życia!”. „A co jeśli nie znajdziesz nikogo?” – dręczył mnie ten upiorny głos! Odpowiadałam mu uparcie: „Znajdę, znajdę! Skoro byłam kiedyś szczęśliwa, będę też szczęśliwa w przyszłości”.

I tak przez kilka tygodni walczyłam z własnymi skrajnymi myślami, dopóki nie nauczyłam się zatykać uszu na te negatywne, nie słyszeć tego upiornego głosu. Im dłużej i wytrwalej ćwiczyłam nowy sposób myślenia, tym łatwiej mi to przychodziło.

Kolejny klucz do optymizmu, według doktora Seligmana, to ograniczanie stresu i smutku. Optymiści widzą nieszczęście jako kroplę w morzu szczęścia. Zaczęłam więc sama sobie tłumaczyć: „No dobrze, rozpadł się mój związek, ale przecież praca daje mi ogromną satysfakcję, mam przyjaciół i mieszkam w spokojnym, pięknym kraju”. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z dobra wokół mnie, tym czułam się i mniej samotna, i mniej smutna.

Daję radę

Minęło już osiem lat od rozstania z mężem. W tym czasie przeżyłam śmierć taty, rozpadło się kilka moich kolejnych związków, spotkało mnie wiele różnych perypetii życiowych, ale zyskałam pewność, że cokolwiek się stanie, mam worek pełen narzędzi do naprawy sytuacji. Wiem, że zawsze sobie poradzę!

  1. Psychologia

Dlaczego mężczyźni odchodzą?

Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Mężczyźni uciekają nie od kobiet, ale od schematu związku, którego nie potrafią zmienić, bo go nie rozumieją. To nie kobieta czy związek są więzieniem. On jest zniewolony przez swoje wewnętrzne blokady i ograniczenia – mówi Benedykt Peczko.

On odchodzi. Wnosi o rozwód. Czuje się stłamszony, wykorzystywany, zniewolony, krytykowany, osądzany. A przede wszystkim „utracił wolność”. Jego męska siła i niezależność cierpią w związku z kobietą. Szarpie się w potrzasku i wreszcie uwalnia się z niego. Wychodzi z więzienia. W książce „Dlaczego mężczyźni odchodzą” Brenda Shoshanna pisze o tym, że odchodzą właśnie dlatego, że czują się z nami jak w więzieniu. Tak często też czują się kobiety w związkach z mężczyznami – ograniczane, krępowane, niewystarczająco dobre. One też odchodzą, niejednokrotnie zostawiając mężczyzn z dziećmi. Mówią: „Mam was wszystkich dosyć! Odchodzę! Róbcie sobie, co chcecie! Teraz będę się zajmować sobą!”. Dla mężczyzny to jest szokujące wyznanie.

Śmiałam się, że będziemy rozmawiać o „znikających facetach”. Oczywiście, znikają również kobiety. Wreszcie jest sprawiedliwie – wątpliwe pocieszenie. Wyemancypowane kobiety, wolni mężczyźni – taki jest wzorzec naszej kultury. Zewsząd słyszymy: nie ograniczajmy się, korzystajmy z życia. Trudności w relacjach coraz bardziej dotyczą młodych mężczyzn, którzy żyją w silnym wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony, są nasyceni wyobrażeniami, jaką wolnością powinni się cieszyć; tyle możliwości kroczenia swobodnie różnymi ścieżkami, tyle przygód czeka! Z drugiej strony, bycie z kimś też jest trendy. Niełatwe jednak, więc gdy nie wytrzymują w związku zbyt długo, zrzucają winę na zaborczość kobiet. Pójdę sobie! Spróbuję czegoś innego! To jest racjonalizacja, żeby samemu nie poczuć się źle, nie poczuć się winnym. Ta strategia sprawdza się na krótko, bo ileż można podróżować, konsumować wciąż nowe przygody, korzystać z życia.

No tak, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pragnienia serca. Brenda zapewnia, że mężczyźni pragną miłości. A po kolejnych ucieczkach, na które decydują się, gdy tylko ich poczucie wolności i niezależności zostaje naruszone, czują się sfrustrowani i samotni. Mężczyznom zależy na trwałych związkach. Oczywiście, nie wszystkim mężczyznom, tak jak nie wszystkim kobietom. Przywiązanie do zmian, do wiecznej zabawy rodzi smutek. Wielu mężczyzn odczuwa smutek; zwłaszcza ci, którzy wybierają wolność wyboru. „Niby tylu ludzi wokół, tyle kobiet, możliwości, a jestem samotny” – takie skargi słychać często. Ci z nas, którzy zdecydowali się pozostać w związku i tworzyć go, mogą dostarczyć wiele inspiracji i wsparcia. Przelotne związki są jak fajerwerki na niebie, sporo huku i dymu; kolorowe widowisko, które szybko gaśnie, przemija. To coś innego niż gwiazdy, które są na niebie stale. Gdy w naszych relacjach jest dużo zmian, nie może rozwinąć się poczucie bezpieczeństwa i zaufania. W mocnym związku coraz głębiej poznajemy samych siebie i siebie nawzajem, swoją siłę i słabsze strony. Mogą zdarzyć się kłótnie, rozbieżności i kryzysy, ale znamy siebie również w tych kryzysach. Dojrzewamy, stajemy się coraz silniejsi.

Jeśli zbyt pochopnie rezygnujemy ze związku, zaprzepaszczamy szansę rozwoju. Cena wolności bywa bardzo wysoka. Wielu mężczyzn odkrywa, że nie musieli wychodzić z relacji, żałują tego. Uciekli nie od kobiety, ale od schematu związku, którego nie potrafili zmienić, bo go nie rozumieli. To nie kobieta czy związek są więzieniem. Mężczyzna jest zniewolony przez swoje wewnętrzne blokady i ograniczenia, przez siłę negatywnych stereotypów.

Czytałam o mężczyźnie, który pod koniec życia wyznał, że miał cztery żony, ale tak naprawdę mógłby się nie rozstawać z tą pierwszą, ponieważ w każdym kolejnym związku napotykał te same problemy. Właśnie mam kontakt z mężczyzną, który powiedział swojej partnerce: „Już tak dłużej nie wytrzymam. Mam dość. Codziennie zachowujemy się w taki sam sposób, codziennie mówimy to samo”. Nie był już w stanie znosić narzekań i pretensji. Zapytał: „Gdzie my jesteśmy w tym wszystkim? Liczą się tylko pieniądze, rozwój zawodowy, zajmujemy się zewnętrznymi celami, zadaniami, obowiązkami. Nasz związek umiera”. A kobieta odpowiedziała: „Taki jest ten świat. Wszyscy tak żyją”. On się wyprowadził, co ją otrzeźwiło, bo dotarło do niej, że traci rodzinę. Oni, jak wiele par, wpadali w tak zwane pętle komunikacyjne. Jedno mówiło: „ty znowu swoje”. A drugie: „a ty, jak zwykle, nigdy…”.

To jest niewola, z której, jak się wydaje, nie ma wyjścia. Tej parze się udało. Poprosili o pomoc z zewnątrz. Zaczęli ze sobą rozmawiać. Wiele spraw przeformułowali. Dokonali odnowy duchowej związku. Spotkali się na nowo, zmienili się. Ten mężczyzna nie żałował, że odszedł. Wiedział, że gdyby został, byłoby jeszcze gorzej. Jednak przed odejściem próbował się porozumieć, próbował zrozumieć, pytał, co się z nimi dzieje, mówił o tym, co czuje, że mu zależy.

Wyjątkowy mężczyzna. Zwykle to kobiety chcą rozmawiać. Ale – jak mi często mówią – z nim trzeba się obchodzić jak z jajkiem, ostrożnie, delikatnie. Brenda pisze, że większość mężczyzn jak ognia boi się, żeby nie być modeliną w rękach kobiety, a każdą krytyczną uwagę odbierają tak, jakby właśnie byli w szkole i znów dostali jedynkę. Bo my podobno chcemy rządzić i stale się o coś czepiamy – a to źle wyglądają, a to za mało zarabiają, nie zajmują się domem, dziećmi i tak dalej. Źle się ze sobą komunikujemy, bo dobrego porozumiewania nie uczymy się w żadnej szkole. Potrzeba tu samoświadomości – w jaki sposób rozmawiamy ze sobą. Istnieją zasady dobrej komunikacji, które chronią przed eskalacją złości, agresji, żalu. Gdy czujemy się atakowani, odruchową reakcją jest obrona i kontratak albo wycofanie, ucieczka właśnie. W dobrej komunikacji mówimy o zachowaniach, nie oceniamy osoby – nie mówimy „jesteś egoistyczny, leniwy, nieodpowiedzialny”. Gdy mężczyzna słyszy takie słowa, z pewnością zacznie się bronić i to w sposób bolesny dla partnerki. Gdyby zgodził się z nią, że taki właśnie jest, dokonałby psychicznego samobójstwa. Gdy słyszymy: „musisz się zmienić” czy „zmień się!”, jesteśmy zdezorientowani, bo co to znaczy?

„Nie podoba mi się sposób, w jaki się ubierasz, kolor krawata nie pasuje do marynarki, mógłbyś skrócić włosy, przystrzyc brodę…” Nie do wiary, ale takie komunikaty bywają dla mężczyzn sygnałem do ucieczki ze związku. Jeśli tak, to zapewne mamy tu do czynienia z potężnym urazem z przeszłości. Być może mama czy opiekunka ubierały lub karmiły chłopca na siłę. Być może wchodziły bez pytania do pokoju, przeglądały szuflady, plecak, a w okresie dojrzewania wybierały mu dziewczyny, krytykowały jego wybory. Później, w dorosłym życiu, aby zachować swoją odrębność, wytworzył sztywne granice. Niewinną uwagę traktuje jak zamach na swoją osobę, czuje przymus obrony. Reakcja emocjonalna jest nieproporcjonalna do tego, co się wydarzyło, co usłyszał. Jakikolwiek ruch ze strony kobiety odbiera jako wrogie posunięcie, akt przemocy. Ta reakcja dotyczy jakiejś osoby z przeszłości, a nie kobiety, z którą teraz tworzy związek. Nadmiernie reagują mężczyźni z niskim poczuciem własnej wartości: „No tak, jestem do niczego, nawet krawata nie umiem sobie dobrać!”.

On boi się odrzucenia. Gdy słyszy uwagi, woli się wycofać. Żeby nie narazić siebie na porzucenie, sam odchodzi. To jest dla niego pozornie lepsze rozwiązanie, bo może czuć się panem sytuacji; to on decyduje. Chroni siebie przed zranieniem. Jednak na dłuższą metę to nie działa. W końcu i tak ból da o sobie znać. I trzeba się nim zająć.

Jak mogłaby brzmieć zdrowa reakcja na krytyczną ocenę kurtki, koszuli czy krawata? Bo przecież są mężczyźni zadowoleni z tego, że kobieta interesuje się ich wyglądem, doradza, kupuje ubrania, dobiera krawaty, zapach wód kolońskich. On mógłby zapytać: „A co podoba ci się w moim wyglądzie? I czy to, co ci się nie podoba, jest tak silne, że rzutuje na naszą relację?”. Mógłby zapytać: „Co by ci się bardziej podobało?”. Gdyby się tego wszystkiego dowiedział, podjąłby najlepszą decyzję. Zainteresowanie ze strony kobiet wielu mężczyzn odbiera jako wyraz troski, życzliwości, wsparcia, bo kobiety mają dobry gust, wyczucie kolorów, patrzą z zewnątrz, więc więcej widzą. W związkach, które tworzymy, zapominamy o pozytywnych intencjach, które kryją się pod krytycznymi uwagami, być może niefortunnie wypowiedzianymi. Dobrze by było, gdybyśmy wykształcili w sobie nawyk przyglądania się sobie: co się ze mną dzieje, gdy na przykład partnerka mówi, że inny kolor krawata byłby lepszy. Jak się czuję z tym prostym, niewinnym komunikatem? Jeśli mnie to jeży, rani, pogarsza mi nastrój, warto się zastanowić dlaczego. Kiedy pierwszy raz poczułem się w ten sposób? Czy znam to uczucie z przeszłości? Co z przeszłości dodaję do tej sytuacji? Jaka jest pozytywna intencja kobiety? Chce, żebym dobrze wyglądał. Ja też chcę dobrze wyglądać.

Rozpoznanie i skupienie się na intencji może wiele zmienić. Jeśli to mój ulubiony krawat i nie chcę go zmieniać, kobieta nie odrzuci mnie z tego powodu, nie przestanie mnie kochać. Jeśli kobieta mówi, mówi po coś – to jest właśnie pozytywna intencja, pozytywny cel, który chce uzyskać, nawet gdy robi to w sposób przykry. Nie chodzi o to, żeby ona teraz się zamknęła i dała mi spokój, ale żebym się dowiedział, co jest poza fasadą.

„Za dużo pracujesz, za mało zarabiasz”. Pozytywnym celem może być tutaj: chcę, abyśmy więcej czasu spędzali razem, we dwoje i z dziećmi. Troszczę się o ciebie, o życie rodzinne, o nasze zdrowie i bezpieczeństwo materialne. Ona nie mówi po to, by mnie upokorzyć; mówi, bo jej na nas zależy. Takie myślenie, takie podejście otwiera przestrzeń do rozmowy, do wspólnych ustaleń, wydobywa serdeczne uczucia, które przecież mamy dla siebie.

  1. Psychologia

Wchodzenie w związki bez miłości nie wyleczy złamanego serca - przestrzega Kasia Miller

Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Kobiety, które cierpią po rozstaniu, czują się oszukane i porzucone często szukają zemsty rzucając się w ramiona innego mężczyzny. Jednak takie toksyczne związki okazują się tylko pułapką. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mają być ulgą, plastrem na zranione serce. Słodyczą, bo myślimy, że tak smakuje zemsta. Złożeniem siebie na ołtarzu miłości. Wiążemy się więc z kimś, kogo nie kochamy, w celu innym niż miłość albo z kimś, kto nas nie kocha, licząc, że pokocha. Czy osiągamy to, co zamierzone – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Moja koleżanka, atrakcyjna kobieta, zobaczyła, jak jej były całuje się z inną, więc kopnęła w jego samochód. Tak mocno, że złamała palec. Ludzie potrafią skrzywdzić sami siebie, żeby zemścić się na kimś, kto im złamał serce. Pewna moja znajoma miała romans z architektem. Wydawało się, że ich związek zmierza w stronę małżeństwa. On co prawda tego nie obiecywał, bo mężczyźni rzadko obiecują takie rzeczy, a jak na dzień dobry machają pierścionkiem, lepiej uważać! W każdym razie spotykali się przez kilka miesięcy, zabierał ją do swoich przyjaciół i znajomych z pracy, więc kobieta myślała, że związek się rozwija. Ale on myślał inaczej, o czym jej szczerze powiedział. No, to się wściekła i postanowiła się zemścić, uwieść jego szefa i podjudzić obu mężczyzn do rywalizacji. Wiedziała, że szef nie jest żonaty i że ona mu się podoba. Przy okazji wspomniała mu więc, że już się z tamtym nie spotyka, i zasygnalizowała, że gdyby on chciał, to ona owszem... No i kiedy chodziła już z szefem, przychodziła do niego do pracy i demonstracyjnie się do niego przytulała, pokazywała, że teraz jest dziewczyną lepszego samca. Przypomina mi się tu rozkoszna piosenka Violetty Villas: „Choć jeden raz, żebym była tak piękna, dziś, właśnie dziś, bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść, spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka!”.

Zemściła się na byłym, wiążąc się z jego szefem? Chciała pokazać, że jej jest na wierzchu. No i przez chwilę w jej głowie tak było. Tamten widział, że sobie z jego szefem umościła gniazdko. Ale nie dał mu w twarz, nie padł u jej stóp i nie błagał, żeby wróciła. Szef też do zemsty się nie przyczynił, bo nie zaczął zachowywać się nie fair wobec poprzednika.

Marna zemsta… Może pokochała szefa i są razem? Kiedy mężczyzna ma być „zemstą”, to niczego dobrego kobieta nie będzie z tego miała, oprócz chwilki satysfakcji, że intryga się powiodła. Jak się wchodzi w następną relację, natychmiast po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, to się nie ma wolnego serca. A ona szefa nie kochała i obojgu im coraz mniej się chciało chcieć siebie nawzajem. Ich bycie razem nie miało się czym żywić. Było sztucznie karmione celem innym niż miłość. Dlatego, kiedy cel został osiągnięty, związek zgasł. Mógłby trwać, gdyby mieli w byciu razem inny, np. materialny, interes, choćby dom z basenem. Strach przed zaangażowaniem w kolejny związek pcha nas ku komuś, kogo nie kochamy.

Może seks z szefem był lepszy? Gdyby szef był superkochankiem, ta pani miałaby fun, ale to też wiele by zmieniło. Mądra kobieta wie, że seks to seks, a miłość to miłość. Może sobie „pójść w seks” z kimś, żeby się cieleśnie zresetować po poprzednim związku, jeśli ma taką potrzebę. Może się ratować w każdy sposób, byle było to prawdziwe. Bez udawania przed sobą, że czuje się coś, czego się nie czuje. A my często nie wiemy, co czujemy, bo się tego nie nauczyliśmy. Nie dostaliśmy od rodziców prawa do tego, żeby zajmować się swoimi uczuciami. Ani wzoru, jak to robić. Nie wiemy więc, że to się opłaca. Odwrotnie: myślimy, że będzie strasznie, gdy sobie na to uczucie pozwolimy. I chcąc pozbyć się rozpaczy, zmuszamy się do seksu z kimś, z kim nie mamy ochoty, i do seksu, na jaki nie mamy ochoty. Robienie tego w celu innym niż przyjemność czy bliskość to zawsze użycie siebie. Nadużycie! Ta opowieść jest o tym, że dziewczyna zrobiła ogromny wysiłek, by coś udowodnić facetowi, który ją rzucił – i by uciec przed prawdą o tym, co czuje. I zmarnowała to, co znacznie ważniejsze, czas po porzuceniu na to, by miłość odpłakać, stanąć na nogi i wybrać kogoś, kto naprawdę będzie jej pasował. A więc zrobiła sobie krzywdę.

Zagrała na nosie byłemu, zdobyła szefa, jaka tu krzywda? Prawdziwe uczucia zepchnęła do kąta po to tylko, by się zemścić. Nie pogodziła się ze stratą. Była nieprawdziwa, używała siebie i dlatego nie zbudowała wewnętrznego spokoju ani związku. Weszła w tę relację po to, żeby nie czuć. Mało tego! Żeby tamten poczuł. Żeby go zabolało. Czyli odrzuciła siebie. No, ale kiedy nie udało jej się stworzyć domu z szefem, była na tyle świadoma, że na szczęście przyszła po pomoc. Powiedziała, że się zagalopowała. Że zrobiła coś, co się nie sprawdziło. A teraz po rozstaniu z tym, kogo nie kochała, jest jej gorzej niż po rozstaniu z ukochanym.

Chciała się dowiedzieć, czemu tamten jej nie chciał? Nie chciała i nie zawsze jest to do czegokolwiek potrzebne, bo rozstanie często nie ma nic wspólnego z nami. Gdyby zapytała go, dlaczego już nie są razem, mógłby powiedzieć, że nie wie. Po prostu tak poczuł… stracił do niej uczucie. Coś się wypaliło. Kobiety często mówią: „Bo ja byłam niefajna, dlatego on powiedział, że jednak nie”. A niekoniecznie. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, który nie umie na dłużej się z kimś związać. Możemy mieć do czynienia z człowiekiem, którego coś niesłychanie ważnego zaabsorbowało: awans, choroba, poczucie bezsensu lub przeciwnie – odkrycie, że chce być wolontariuszem przy umierających, a nie żyć wygodnie z tobą. Nie wiemy, dlaczego mężczyzna mówi „nie”. Ważniejsze było to, że ona samą siebie, taką zamrożoną emocjonalnie, komuś zaniosła. Była znieczulona, więc łatwiej było jej udawać. Gdyby jej związek był oparty na prawdziwych uczuciach, to nie udawałaby, że chce być z kimś, skoro tego nie chciała. I czuła się pusta, bez uczuć, jak wyprana przez dwie pralki. Trochę trwało, nim odrobiłyśmy to, co konieczne. Najpierw musiała się przyznać do swoich prawdziwych motywacji, które nie były dla niej jasne. W bólu zadziałała instynktownie.

Czy to kobieca specyfika – mężczyzna jako plaster i słodycz zemsty? Gdzie tam! Moja druga historia dotyczy mężczyzny. Ludzie w sytuacjach granicznych, a porzucenie taką jest, reagują na parę sposobów. Ten mężczyzna po związku, w którym był szczęśliwy i zakochany, a został porzucony dla kogoś innego, poczuł się tak boleśnie ugodzony w serce, że od razu ożenił się z dziewczyną, która mu się ofiarowywała od lat.

Kolejny z niebezpiecznych związków: „Kocham go i wierzę, że on mnie też pokocha”? Wiedział, że z tej dziewczyny robi plaster na serce: „Tamta mnie rzuciła, już mnie nie kocha, ale jest ktoś, kto mnie kocha. Kto od lat na mnie czeka i teraz będzie mnie miał jako nagrodę. Jestem więc godzien miłości”. No i zgadnij, co było dalej.

Mężczyzna tęskniący za inną i kobieta oczekująca na jego miłość? Hm… też im nie wyszło? Wyszło, ale na jakiś czas. Ona była dumna, że on tak szybko po rozstaniu z tamtą do niej przyszedł. Uznała to za plus. A powinna pomyśleć: „Dlaczego tak szybko? Dlaczego akurat do mnie? Bo wie, że go kocham i się mu ofiarowałam?”. Jeśli ktoś lubi być wzięty w ofierze, to mu może na dłużej wystarczy. Ale ta druga osoba może wcale długo nie zachwycać się takim obdarowaniem. Bo jak długo możesz być z kimś, kogo nie kochasz? Tak długo jak tęsknisz za tą utraconą miłością i potrzebujesz plastra. Nawet jeśli plaster ma zalety i podoba ci się, to i tak mało! W naszej historii mężczyzna, kiedy przestał kochać tamtą, pomyślał, że już nie chce być z kobietą, której pozwala się kochać, koić, dopieszczać. Brał od niej to wszystko, bo był pewien, że mu się to należy, bo daje jej to szczęście, jakim jest on sam. Ona była dawcą, a on biorcą, co już samo w sobie zapowiada kłopoty.

Dlaczego on, który brał, miał dość, a nie ona, dawca? Bo nie musiał jej zdobywać. Dostał ją za darmo. Jak mężczyzna stara się o kobietę, to będzie ją cenił. I to pomaga później pokonać kryzysy w związku. Istotne jest, czy na początku związku on czuł radość, że ją zdobył. Zdobywanie to baza, która zostaje na zawsze, bogactwo, mocna podstawa stabilizacji, bo cenimy to, co wymagało wysiłku. I dlatego kryzys można pokonać, gdy się sobie o tym przypomni, bo to daje motywację. A tu on miał to, co mógł, a nie to, o co walczył. A że już się jej miłością napchał, ukoił, to mu się przejadła. Gdyby ona nie była tylko dawcą, gdyby zdała sobie sprawę, że on jej użył jako plastra, to ich bycie razem mogłoby przetrwać. Ale, niestety…

…on ją wziął z półki „zastępstwo”. Powiem tak: im bardziej on był obolały, tym bardziej ona nie powinna mu się oddawać. Ale! Można też powiedzieć, że miała tego faceta, o którym marzyła, w taki sposób, w jaki było to możliwe. Gdyby mu się nie ofiarowała, to może on nigdy by jej nie wybrał. Skoro jednak ona nie dała się poznawać i zdobywać, ale dała mu się cała od razu do zjedzenia, to mogła się spodziewać, że usłyszy od niego: „Już dziękuję, nasyciłem się”. I on tak zrobił, ale też to mu się nie podobało, dlatego przyszedł na terapię i powiedział: „Przestałem kochać tamtą. Przestałem cierpieć. I zobaczyłem, że szczęśliwy z tą drugą nie będę. Ona nie jest tą, którą wybrałem i z którą coś zbudowaliśmy, więc od niej odszedłem”. Ustaliliśmy – co dla mężczyzn jest bardzo trudne – że przez jakiś czas z nikim nie będzie. Mężczyźni nie umieją żyć bez kobiety, choćby takiej do romansu. Ustaliliśmy też, że następnym razem będzie uczciwy, powie kobiecie, że nie ma bladego pojęcia, co ma jej do zaoferowania. Zapyta, czy ona jest gotowa na to, że na przykład będą tylko uprawiać seks. I że on jej nic nie obiecuje nie dlatego, że z nią jest „coś nie tak”. Ważne jest, żeby kobiecie powiedzieć: „Jesteś superlaska i dlatego chcę z tobą iść do łóżka, podobasz mi się i cię pragnę, ale na razie nie potrafię kochać, bo moja miłość się skończyła i jestem poobijany. Brałem od kobiety, która mnie kochała, coś, czego nie powinienem brać, zamiast opłakać stratę”.

To ludzkie szukać pocieszenia w ramionach, które są otwarte… Pamiętam, jak mi kiedyś wymarzona miłość nie wyszła i poszłam do tego, o kim wiedziałam, że mnie kocha, żeby sobie zrobić smarowidełko na mój smutek, ambicje i samotność. Na wszystko to, co wiąże się z zawodem miłosnym. Wiem, że ludzie wtedy pędzą, do kogo mogą, jak tylko kogoś takiego mają. Natomiast nie jest to rozwiązanie, ale iluzja, że się sobie poradziło. A tak naprawdę robiąc to, porzucamy siebie, dlatego że rodzice nas zostawiali w dzieciństwie z naszymi uczuciami, zostawili nas z naszymi przerażeniami, z naszymi rozpaczami. Z tego powodu nie umiemy sobie z trudnymi uczuciami poradzić i biegniemy, do kogo tylko możemy, żeby nas wziął na ręce i poniósł, bo sami siebie nie poniesiemy...

Nie zostawiać siebie. Ale co to znaczy? Przeżyć to, co mamy do przeżycia. Cierpisz? Weź urlop, zamknij się w domu i potnij na kawałki jego garnitury, wyrzuć zdjęcia albo wbij w te zdjęcia szpilki. Pisz listy do niego i je pal. Zakop się w łóżku i nie wychodź tydzień z domu. Wyj jak zwierzę z rozpaczy. Zwierzęta wiedzą, co robić, są prawdziwe – cielesne. A my jak i one ból mamy w ciele. Przecież każda komórka boli, każdy włos... Dlatego ten ból ma być wyrażony ciałem. Dobrze, jeśli ktoś nas co jakiś czas przytuli, ale musi to być ktoś, kto umie znieść to, że wyjemy, i nie powie: „Przestań, wszystko będzie dobrze”. Tylko: „Krzycz, drap, płacz”. A pojawiają się różne uczucia: i takie, że go nienawidzę, i zabiłabym, i błagam: „Wróć do mnie!”. Odreaguj je. Poznaj, nazwij. Zdaj sobie sprawę z tego, których masz najwięcej. Może odkryjesz na przykład, że to wcale nie była miłość, tylko zawłaszczenie.

Tabletki? Alkohol? Śpiew? Film „Janis” o Janis Joplin pokazuje, jak śpiewając, można przeżywać to, co bolesne… Ani tabletki, ani alkohol. Śpiew tak. Ale prawdziwy. Joplin do tego, by wyrazić siebie, potrzebowała dragów i dlatego nie przeżyła prawdziwego oczyszczenia. Leczące jest dla nas wyrażenie siebie oparte na odwadze do otworzenia się, zaufaniu do świata i życia, a nie na chemii. Uzależniamy się od niej, jeśli dzięki niej możemy sobie poradzić z tym, co czujemy, możemy pozwolić sobie na to, co najtrudniejsze – na poczucie bezradności. Problem polega na tym, że jeśli nie doświadczymy ulgi, jaką daje wyrażanie prawdziwych uczuć i obecność kogoś, kto pozwala nam je okazać, to uciekamy przed sobą i tym, co czujemy, w ćpanie, chlanie, branie prochów lub znieczulamy się w niebezpiecznych związkach.

  1. Psychologia

Zanim odejdę. Co warto rozważyć przed podjęciem decyzji o rozstaniu?

Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych. (Fot. Getty Images)
Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych. (Fot. Getty Images)
Wydaje nam się, że wiemy wszystko na temat rozwodów. Że lepiej się pożegnać niż męczyć. Dla dobra dzieci czasem lepiej zostać. A może przeciwnie? Czyli jak? Tak naprawdę nie wiemy nic, dopóki nie trafi na nas. Co rozważyć, zanim uznamy, że przeminęło z wiatrem?

Wydaje nam się, że wiemy wszystko na temat rozwodów. Że lepiej się pożegnać niż męczyć. Dla dobra dzieci czasem lepiej zostać. A może przeciwnie? Czyli jak? Tak naprawdę nie wiemy nic, dopóki nie trafi na nas. Co rozważyć, zanim uznamy, że przeminęło z wiatrem?

Rozejść się jest bardzo łatwo. Wystarczy złożyć w sądzie dobrze uzasadniony wniosek. Nie spotyka nas za to, jak jeszcze 20 czy 30 lat temu, ostracyzm społeczny. Z reguły też jesteśmy samodzielne finansowo albo przynajmniej dysponujemy oszczędnościami lub możliwościami. Zależność ekonomiczna jest coraz rzadszym powodem pozostania, jeśli rozważamy odejście. Ale finanse to niejedyne koszty, jakie poniesiemy. Dochodzą inne straty – na przykład emocjonalne, bo mitem jest, że żałoba po rozwodzie trwa rok albo dwa.

Judith S. Wallerstein, psycholog, profesor uniwersytetu w Berkeley, przez 15 lat obserwowała rodziny po rozwodzie – dorosłych i dzieci. Połowa rozwiedzionych kobiet i 1/3 mężczyzn uznała, że żyje im się lepiej. Druga połowa kobiet i 2/3 mężczyzn jeszcze po 10 latach trwało w porozwodowej traumie. Dla co trzeciej kobiety i co czwartego mężczyzny życie po rozwodzie było pozbawione satysfakcji, niektórzy i 15 lat po nie potrafili się podnieść z osobistego dramatu. Z sondaży Instytutu Gallupa wynika, że 74 proc. kobiet i 60 proc. mężczyzn żałuje po latach, że nie walczyli o utrzymanie swojego pierwszego małżeństwa. Zwłaszcza że za decyzją o rozstaniu nie stały zwykle poważne zranienia, a niedojrzałość, ambicja czy emocjonalność. Bo kiedy powód rozstania jest naprawdę dużego kalibru – przemoc, alkohol, nieudzielanie wsparcia w chorobie, hazard czy zdrady – nie ma dylematu.

Cokolwiek byłoby powodem, rozstajemy się coraz chętniej i coraz łatwiej. Jak wykazują statystyki, wzrasta odsetek par rozwodzących się po roku małżeństwa. Młodzi pomylili się? A może nie przetrwali kryzysu? Rozwodzą się kulturalnie ludzie, którzy się... nie dogadują. Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych.

Uwaga – nadchodzi kryzys

Źródłem wielu konfliktów i rozstań jest idealistyczne i roszczeniowe spojrzenie na związki. „Żyli długo i szczęśliwie” – w bajce, w życiu kryzysy są normą w każdej relacji, nie tylko małżeńskiej.

Nawet parom, które na pierwszy rzut oka mają wszystko, co potrzebne do szczęścia – pracę, zdrowie, bliskich – nie żyje się lekko i przyjemnie. Ile jest niezadowolenia i cierpienia w „pospolitych” związkach, a co dopiero, gdy jedno z partnerów albo cała relacja przechodzi kryzys?! W dawnych czasach, a i dziś jeszcze w niektórych małych wioskach czy plemionach, w razie trudności wszyscy sobie pomagali, bo stanowili jeden organizm. Teraz częściej zostajemy sami z problemami, a miejsce współczujących bliskich czy sąsiadów zajęli psychoterapeuci.

Wchodząc w związek, kierujemy się głównie uczuciami, a te z natury są zmienne. Pomaga świadomość i akceptacja faktu, że nie ominą nas w życiu chwile trudne, że będziemy się zmieniać, my i związek. Kryzys informuje m.in. o tym, że:

  • Przestaliśmy się starać – ale znów możemy.
  • Dawna formuła się wyczerpała, ale gdy jest chęć z obu stron, można wymyślić nową.
  • Przekroczyliśmy czyjeś granice lub nasze zostały przekroczone – można umówić się na ich zacieśnienie lub rozszerzenie – wyjść poza strefę komfortu i sprawdzać, jak nam z tym jest.
  • Skupiamy się na złych emocjach, a zapominamy o dobrych – te złe, choć może być ich mniej, zawsze są silniej przez nas zapamiętane. Dlatego pamiętanie o dobrych wymaga włączenia świadomej decyzji.
Terapeuci doradzają niektórym parom powrót do miejsc, sytuacji czy rozmów z początku związku, fazy zakochania. Jedźcie śladami podróży poślubnej, wróćcie do kawiarenki, w której postanowiliście, że resztę życia spędzicie razem. Co szkodzi jeszcze raz zadać sobie to pytanie? Jeśli pamięć dobrych chwil i uczuć wciąż jest dla nas cenna – warto walczyć. Trudności, jeśli pokonujemy je wspólnie, wzmacniają związek. Jeżeli jednak pomimo starań, wprowadzanych zmian i terapii wciąż czujemy, że związek jest pusty, a bilans zysków i strat przechyla się na szalę strat, lub kiedy naprawdę jest źle, trzeba chronić siebie, nie związek.

Do rozważenia

Kiedy w domu pojawia się alkohol, agresja, przemoc – wówczas zastanawianie się, czy ratować małżeństwo, czy lepiej odejść i co będzie lepsze dla dzieci – jest jak najbardziej uzasadnione. Bo jeśli się nie poprawi (a samo, bez zaangażowania obojga zainteresowanych się nie poprawi), a my zdecydujemy się tkwić w relacji „dla dobra dzieci” albo po prostu ze strachu, że nie poradzimy sobie sami, to rozwód ma miejsce i tak – tyle że emocjonalny. A największe jego konsekwencje poniosą właśnie dzieci. Mogą brać na siebie odpowiedzialność za związek rodziców i robić wszystko, by poprawić atmosferę w domu. Albo będą starać się być wzorowymi uczniami, by w ten sposób zadowolić rodziców. Dom to dla nich oaza bezpieczeństwa, innej nie mają. Ale ich dzieciństwo nie przebiega szczęśliwie. Po latach mogą mieć żal, głównie do matki, że skazała ich na cierpienie, że trwała w krzywdzącym wszystkich związku. Tak jak 35-letnia Łucja z Krakowa. – Moi rodzice byli w beznadziejnym związku ponad 15 lat. Trwałby krócej, gdyby mama była odważniejsza, niestety, dwa razy wycofała wniosek o rozwód. W końcu rozwiedli się, ale bardzo burzliwie – było pranie brudów, gadanie do mnie i do siostry na siebie nawzajem. W końcu wykrzyczałam im, że to przeszłość, do której nie chcę wracać. Zafundowali siostrze i mnie horror, bo chcieli się zabawić w dom! Nie przewidzieli tego, że zapłacą za to ich córki.

Kiedy stajemy przed życiowymi trudnościami, pierwszym odruchem jest uniknąć konfrontacji. Zanim podejmiesz taką decyzję, spróbuj bez emocji rozważyć wszystkie za i przeciw, może z pomocą psychoterapeuty, by mieć pewność, że cokolwiek postanowisz, wybrałaś najlepsze rozwiązanie. Nie tylko w krótkiej perspektywie, ale na wiele lat. Dla dzieci i dla siebie, dla partnera, z którym coś cię przecież łączyło. Dlaczego to ważne?

  • Dynamika związków toczy się od kryzysu do kryzysu, dlatego czasem warto podjąć walkę.
  • Namiętność może wrócić do związku nawet po latach, dobrym przykładem są pary przeżywające drugą młodość, np. gdy dzieci opuszczą dom.
  • Trzeba pożegnać się z myślą, że są rozwiązania dobre dla wszystkich – zawsze można stracić lub zyskać na dwa sposoby: decydując się na coś i tego doświadczając lub nie decydując się i nie doświadczając.
  • Uczucia to jeden z wielu, ale nie jedyny element, który powinien towarzyszyć decyzji o małżeństwie, ale także o rozstaniu – emocje z natury są zmienne i gdy znikną – warto pomyśleć – co zostanie.

  1. Psychologia

Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym partnerem i otworzyć się na nową miłość?

Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym. (Fot. Getty Images)
Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym. (Fot. Getty Images)
Łatwo powiedzieć: „To już koniec”, ale rozstanie to nie tylko deklaracje. Nasze emocje za nimi nie nadążają. Dodatkowa trudność to niewyrażone żale i zapatrzenie w przeszłość. Jak uniknąć uwikłania w relację z byłym czy byłą i otworzyć się na nową miłość – wyjaśnia psycholożka doktor Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

"Jeśli chcesz z córką spędzić wakacje, musisz jechać z nami, sama z tobą nie pojedzie” – usłyszał pewien świeżo rozwiedziony mężczyzna. Pewnie zasłużył sobie na złość byłej żony, bo albo zdradził, albo odszedł do innej, a może roztrwonił ich pieniądze na dom? Ale po co takiego trzymać na smyczy? Przecież nie po to, by znów z nim być? Czasem powodem jest pielęgnowanie złudzenia, że jeszcze będziemy razem. Częściej jednak kieruje nami chęć zachowania poczucia własnej wartości, czyli udowadnianie sobie, że nadal steruję tym mężczyzną. Robię więc różne rzeczy, by się o tym przekonać, np. dzwonię ze skargą, że auto nie zapaliło. No to on przyjeżdża, patrzy: niezatankowane. I biegnie z kanistrem na stację benzynową. Albo informuję go, że czeka mnie operacja lub jestem bardzo chora. Powodem takiego wikłania bywa też chęć zemsty. Staram się o to, by były partner znów za mną zatęsknił, a ja wtedy powiem mu: „Figa z makiem!”. Kolejny motyw trzymania na smyczy byłego męża to ambicja: „Jeśli nie ja, to żadna inna nie będzie go miała”. Ale jakakolwiek jest motywacja, prawdziwą przyczyną są zawsze dawne żale. I to z obu stron. Bo takie gry są możliwe tylko z mężczyznami, którzy chcą w nie grać. A więc z tymi, którym to pochlebia, którzy myślą: „Wciąż mam nad nią władzę. Niech zobaczy, jaki jestem wspaniały, i za mną zatęskni”. Ale to jak przechowywanie w domu śmieci z zeszłego roku, niedobry pomysł.

Jak zamknąć za sobą drzwi, wybaczyć, uwierzyć na nowo w siebie, zwłaszcza gdy mamy z byłym/byłą dzieci? Dotyka pani szalenie ważnej sprawy, która czasem uniemożliwia otworzenie się na nową relację, a mianowicie – akceptacji rzeczywistości. Jeśli jej nie akceptuję, to nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy. A wtedy – chociaż tamtego człowieka nie ma fizycznie, tak na co dzień, koło mnie – on jest cały czas w mojej głowie, taki nieobecny obecny. Sama go stwarzam, jeśli wciąż zastanawiam się, przypominam sobie, roztrząsam to, co było i co mogłoby być, gdybym postąpiła inaczej. Stwarzam nieobecnego obecnego, gdy wierzę, że tamta relacja mogłaby się nie skończyć. Łudzę się, że tamta miłość powróci, jeśli tylko... Takie myślenie to kotwica, która trzyma w miejscu, w przeszłości.

Czasem ludzie mówią: „Ale my mieliśmy taki seks i takie poczucie jedności jak z nikim innym”. Albo: „To był mężczyzna/kobieta mojego życia, tylko byłam za głupia/za głupi…”. Właśnie – „byłam/byłem”. Póki wciąż jestem w tym, co minęło, nie mogę iść do przodu: nie mogę tak szczerze i w pełni wejść w nowy związek, a więc przeżyć w nim seks „po nowemu” i poczuć nową bliskość. Jestem z kimś nowym na pół gwizdka i dlatego na pół gwizdka doświadczam.

Złość na byłego czy byłą też może być przeszkodą? Pewien mężczyzna opowiadał nowej partnerce, jak skrzywdziła go była żona, więc ta myślała, że już tamtej nie kocha. Jednak skupienie jego uwagi – nawet tej złej – na eks było tak duże, że zaczęło niszczyć nowy związek. Złość nie zawsze mija razem z miłością. Może trwać mimo jej braku. Ale może być też sygnałem, że nie rozstaliśmy się do końca. Dlatego w takiej sytuacji warto powiedzieć partnerowi: „Kochany, załatw tę sprawę, bo nie możemy przez nią być szczęśliwi. Idź do psychologa (lub do kumpla, do barmana) i zrób coś z tym! Ale mnie już tymi wspomnieniami nie dręcz”. Nowy związek to nie miejsce na roztrząsanie starych uczuć. Mówimy, oczywiście, co się z nami dzieje, ale nie „szczególimy”. Nie wywalamy tego, co mamy nazbierane na wątrobie, w nowej sypialni. Nowy związek jest po to, byśmy zaplanowali nowe życie: dom czy mieszkanie? A dzieci? Czy będziemy je mieć? A jak je wychowamy? To nierealne, kiedy wciąż wspominamy, czujemy złość albo smutek, a nawet planujemy zemstę... Nie możemy wtedy mieć dobrego nowego związku ani nauczyć się żyć samotnie, a być może tak wolelibyśmy i też tak byłoby uczciwiej wobec ewentualnych partnerów czy partnerek. Roztrząsając przeszłość, mamy tylko iluzję miłości i rojenia o szczęściu.

Bywa, że do życia w iluzjach jesteśmy zmuszani. Tak jak mężczyzna, który szantażowany przez byłą żonę, że rozstanie zabije ich córkę, udawał, że z nimi nadal mieszka. Wynajął mieszkanie obok i przychodził o świcie przed pracą, żeby oszukać dziecko. Inny przekonał synka, że mieszka z dziadkami, bo oni potrzebują opieki. Kobieta wikłająca byłego w przeszłość sama jest w nią uwikłana. Jeśli trafi do mnie, to ja jej bardzo współczuję. Najwidoczniej czuje się nadal boleśnie zraniona, z czego nie zdaje sobie sprawy. I pogrywa dziećmi, nawet nie myśląc o tym, że używa ich do zemsty i kontroli nad byłym. Często jest nawet przekonana, że kieruje nią dobro dziecka. Nie pogodziła się więc z rozstaniem i, co gorsza, nie daje szansy pogodzić się z nim swojemu dziecku, a nawet byłemu partnerowi. Trauma ich rozstania trwa przez to nadal. Kiedy tak zagubiona i zraniona kobieta trafi do mnie, pytam ją: „Czy chcesz nauczyć się żyć i postępować inaczej? Zmienić swój los? Żyjąc w taki sposób, nie dajesz sobie szansy na nową miłość, bo cały czas tkwisz jedną nogą w przeszłości. Czy chcesz uwolnić się od tego cierpienia? Dorosnąć?”.

Dorosnąć? Tak, bo brak akceptacji dla rzeczywistości, czyli w tym wypadku dla rozstania, świadczy o braku dojrzałości. Ten problem dotyka tego, co mnie najbardziej zajmuje jako psycholożkę. Podtrzymywanie iluzji to dowód niedojrzałości. Bo jej miarą jest właśnie zdolność i umiejętność akceptacji faktów. Jak w tej modlitwie: „Użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

No tak, ale jak odróżnić to, na co mam wpływ, od tego, na co wpływu nie mam? Jeśli jestem dojrzałym człowiekiem i nie akceptuję tego, że się rozstaliśmy, tego, że jestem sama – wciąż liczę na to, że ta miłość powróci – sprawdzam, czy to możliwe. Jeśli nie mam pomysłu, jak się o tym przekonać, proszę o radę fachowca i dostaję wskazówki. Zapewne poradzi mi, bym z tą osobą porozmawiała, napisała do niej list, pojechała i wyciągnęła rękę. Mówimy: „Słuchaj, przebaczam ci wszystko”, jeśli to on mnie zdradził, oszukał itp. Albo jeśli to ja zawiniłam, przyczyniłam się do naszego rozstania: „Przebacz mi, proszę, wszystko i zacznijmy od nowa”. A potem czekam na odpowiedź. Jeśli jednak usłyszę: „Dziękuję, nie”, to wracam do pierwszego punktu – jeśli nie mogę zmienić, to muszę zaakceptować. Dać za wygraną. To proste i na tym można zakończyć ten wątek.

Może. A da się tego nie zaakceptować? A masz wybór? Nie masz. W każdym z nas jest dziecko, które chce, żeby było tak, jak ono myśli. Ale ponieważ to jest dziecko, to raz chce, a raz nie. No więc masz go co prawda dość, ale myślisz: „A może on się zmieni?!”. Albo: „Koleżanka ma gorzej”. Albo: „Mama mi mówi, że ona to dopiero miała życie! W porównaniu z moim było koszmarem”. Czyli mogę raz chcieć, a raz nie chcieć. A to przeszkadza zobaczyć rzeczywistość. Trzeba nazwać problem, by go rozwiązać, bez tego będę walić głową w mur, aż ją sobie rozbiję. A mur? Jak stał, tak stoi. No i wtedy dopiero – cała pokiereszowana, zrezygnowana – pogodzę się z faktami: już nie jesteśmy razem.

Akceptacja dotyczy w tym wypadku nie tylko rozstania, lecz także tego, co to znaczy „się rozstać”. Najpierw trzeba zaakceptować samo rozstanie, to, że w którymś momencie nie mogłam z byłym żyć albo że on nie mógł ze mną. A potem pogodzić się z tym, co to znaczy, a więc że nie jest już na każde moje zawołanie. Tylko to, co dotyczy naszego dziecka, dotyczy i jego. Nic poza tym. Choroby, długi, praca matki tego dziecka – już nie. Dbamy razem tylko o dobrostan dziecka, ale już nie o drugiego rodzica.

Jak uwolnić się od tych iluzji, od poczucia krzywdy albo winy, żalu? Jak nie dać się szantażować? Użyć rozumu, pomyśleć: „Czy mi to służy, czy szkodzi?”. Jeśli on zniszczył moją samoocenę, to znaczy, że jestem współuzależniona. Bo wtedy moje poczucie własnej wartości zależy od tego, co robi ktoś inny. Nie ma jednej, dobrej dla wszystkich metody wybaczenia. Jedni mają większą duchową siłę, inni mniejszą, a zdolność do wybaczenia zależy właśnie od niej. Od zdolności do zaakceptowania rzeczy, których nie pochwalam lub które mnie bolą. Mogę to zrobić, jeśli zdaję sobie sprawę z tego, że ja też nie jestem doskonała. A więc wybaczenie wymaga też cnoty pokory. Kiedy wiem, że sama nie zawsze postępuję właściwie, mam większą wyrozumiałość dla innych. Ludzie zdradzają, piją, kłamią, kradną. Nie idealizuję innych ani siebie. W wybaczeniu może pomóc przestawienie się z myślenia negatywnego (roztrząsanie jego wszystkich wad i win) na pozytywne (przypomnienie sobie o zaletach i dobrych uczynkach). Tak dla równowagi.

Jak to zrobić? Pomyśleć: „Może był złym mężem, ale jest cudownym ojcem”. I łatwiej będzie pozwolić mu odejść, założyć nową rodzinę, być szczęśliwym. Pożegnać się z nim albo pozwolić mu wrócić i zacząć od nowa.

A jeśli nie wracamy do byłych, to co zrobić w sytuacji, kiedy jesteśmy wikłani, i to poprzez dzieci? Iść do sądu, nie bać się; znam wielu wspaniałych sędziów rodzinnych. Są tam też mediatorzy. Wroga postawa i zaprzeczanie rzeczywistości są szkodliwe dla dzieci. Bo dzieci żyjące w kłamstwie i iluzji nie mogą prawidłowo się rozwijać, nie wierzą temu, co czują i co widzą.

Nowa partnerka co może zrobić? Zadzwonić do byłej. Ja bym tak zrobiła i powiedziała: „Jestem jego kobietą i chciałabym uczestniczyć w każdej ważnej części jego życia. Nie wiem, jak pani patrzy na całą sprawę, ale ja też nie wiem, jak na nią patrzeć. Porozmawiajmy, zastanówmy się razem”. Nierozmawianie o tej sprawie ze wszystkimi uczestnikami jest niedobre. Tamta kobieta mogłaby powiedzieć: „Czekam, aż dziecko będzie miało 12 lat”, a wtedy ja: „Ale dla mnie to oznacza bycie w bardzo niekorzystnej roli przez kolejne lata”. W moim interesie leży, żeby mieć jasność.

Dzwonienie do byłej to nie jest przekraczanie granic? Przecież chodzi o moje sprawy. Nie idę do niej i nie mówię jej, co ma robić: „Najlepiej sobie kogoś znajdź…”. Mówię tylko o sobie i dbam o swoje sprawy, a to nie jest przekraczanie granic. Ukrywanie rozwodu ma służyć dziecku? Nie służy nikomu. Przecież zdarza się, że w jego klasie co drugi uczeń nie mieszka z obojgiem rodziców, a co czwarty ma rodzeństwo z drugiego małżeństwa rodzica. Rozwód to nie jest wstydliwa choroba. To często sposób rozwiązania groźnych konfliktów i poprawy jakości życia emocjonalnego wszystkich zainteresowanych. Tak jak akceptacja rzeczywistości, a ta bez względu na to, czy dotyczy starzenia się, śmierci bliskiej osoby, czy utraty majątku, zawsze jest warunkiem pogody ducha.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska doktor psychologii, terapeutka uzależnień. Autorka wielu książek, m.in. „Zaproszenia do życia”, „ Podnieś głowę” i „Sekretów kobiet”.