1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje?
Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego.
Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka?
Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem?
Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości?
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą.
To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów?
Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie.
Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję?
Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych.
Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele?
To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem.
Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną?
Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej?
Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze...
Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość?
Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić?
Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem?
Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da?
Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Terapia ruchem - wytupać złość, wytańczyć smutek

Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele. (Fot. iStock)
Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele. (Fot. iStock)
To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować.

To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować – bo zawsze odzwierciedla aktualne myśli i uczucia. – Zmieniając go, zmieniamy nasze życie – twierdzi terapeutka tańcem i ruchem Agnieszka Sokołowska.

W jednym z numerów "Sensu" pisaliśmy, że Kartezjusz nie miał racji, mówiąc, ze jesteśmy naszymi myślami. A czy jesteśmy naszym ciałem? Zdecydowanie! Zwrócił zresztą na to uwagę w swojej książce „Błąd Kartezjusza” Antonio Damasio, profesor neurologii behawioralnej. Jestem nie dzięki temu, że myślę, ale dlatego, że jestem, mogę myśleć. Póki żyjemy, jesteśmy ciałem i żyjemy w ciele. Za każdym razem, kiedy wpływamy na ciało, wpływamy tez na siebie. Dlatego praca że świadomością ciała umożliwia lepszy kontakt ze sobą. Pracujemy z ciałem po to, by nasze życie uczynić lepszym. Co to znaczy lepszym? To już każdy indywidualnie określa. Nie ma jednego wzorca dobrego życia.

To, jak się ruszamy, jak gestykulujemy, chodzimy, jaka mamy postawę, jak posługujemy się naszym ciałem – charakteryzuje nas, definiuje? Tak jak każdy z nas ma swój podpis, którym sygnujemy rozmaite dokumenty, tak każdy ma swój znacznie pełniejszy podpis ruchowy. Chodzi o to, jak się zachowujemy w rożnych sytuacjach, choćby wstając rano z łózka. Czy zwlekamy się przygarbieni, z myślą: „O nie, kolejny ranek”, czy raczej długo się przeciągamy i czujemy przypływ energii. Albo kiedy spotykamy się z bliskimi osobami – czy chcemy jeszcze bardziej się do nich zbliżyć, czy raczej oddalić, mieć więcej własnej przestrzeni. Ale też, jak reagujemy na to, gdy ktoś na nas krzyczy albo jest smutny. To jest cała gama rożnych zachowań.

Rudolf Laban, który opisał język ruchu i w którego metodzie się szkoliłam, powiedział, ze ruch jest przezroczystym opakowaniem naszych emocji, intencji, marzeń, nastawień. To coś więcej niż tylko gesty i mimika – one aktywują tylko część naszego ciała. Kiedy wykonujemy gest, nie musimy nawet się w niego specjalnie angażować. Ale kiedy poruszamy się, aktywując centrum naszego ciała – już tak. Chodzi o rożne aspekty, według Labana – różne kategorie ruchu, które są powiązane z rozmaitymi obszarami życia człowieka. To jest nasz podpis cielesny. I nie da się go łatwo zinterpretować, w rodzaju: jak wykonujesz taki gest, to znaczy, że... Nie, tu wszystko zależy od kontekstu, w jakim go wykonujesz. Szukamy wzorców, strategii ruchu i powtarzalności w rożnych momentach.

Czyli to nie jest takie proste, że patrzymy na kogoś i od razu wiemy, czy jest otwarty, czy raczej skryty. Powiedziałabym, że z czyjegoś ruchu prędzej możemy odczytać to, jak na nas ten ktoś oddziałuje, jakie wrażenie sprawia. Ale to bardziej mówi o nas niż o kimś. Kiedy pracuje terapeutycznie z ludźmi, proszę ich o przypomnienie sobie konkretnych sytuacji z życia i tego, jak ciało na nie zareagowało. Pomagam znaleźć link, połączenie pomiędzy tym, co ktoś robi, a jak się czuje. Ruch zawsze oddaje jakaś myśl, jakieś uczucie, ale jakie – wie tylko osoba, która go wykonuje.

Obserwując własny ruch, możemy dotrzeć do swoich myśli i emocji? Najbardziej zaawansowany etap pracy polega na tym, że proszę drugą osobę, by pokazała ciałem, co czuje i co myśli. Na początku pracy z ciałem jest to jednak bardzo trudne. Ale można próbować. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z jakimś problemem, który go męczy od dłuższego czasu, proszę, by poruszał się trochę z tą myślą i zobaczył, jak jego ciało na nią reaguje. Jak oddycha, co się dzieje z jego postawą, czy jest skulony, czy usztywniony, a może czuje drganie w nogach? Czy ma w ogóle ochotę się ruszać, czy może raczej paść na ziemię? Albo skakać?

Czyli najpierw staramy się zauważyć, co myśl robi z naszym ciałem. A potem… …możemy zastanowić się, w jaki sposób moglibyśmy zmienić tę myśl, w jakim kierunku mogłaby ona pójść, by było to dla nas bardziej korzystne. I dopiero potem tę myśl zamieniamy w ruch.

Już taki bardziej terapeutyczny, leczący? Można to tak określić. Ruch ma leczącą, rozwojową moc. Ostatni etap to przejście od ruchu przy niesprzyjającej myśli – do ruchu, który towarzyszy tej nowej, sprzyjającej.

Chodzi o to, że wykonując ten ruch, utrwalamy myśl i zmieniamy swoje nastawienie? Tak. Mam oczywiście świadomość, że jesteśmy społeczeństwem ufającym racjonalnemu myśleniu. Sceptycznie podchodzimy do przekazu, że wystarczy głęboko oddychać, wyprostować sylwetkę i otrzymywać z drugą osobą kontakt wzrokowy, by zmienić swoje życie. Ale to naprawdę jest możliwe. Przecież jeśli zwykle unikamy kontaktu wzrokowego i jesteśmy przygarbieni – mamy mniejsze szanse, by znaleźć dobrą pracę czy nawiązać nowe znajomości. Na przykład wyprostowanie pleców – wydawałoby się banalny ruch, ale możne wywołać w nas wiele myśli i reakcji. Ktoś możne poczuć, że boi się wyprostować, bo zwróci czyjąś uwagę. Może wtedy będzie widzieć więcej i w związku z tym zacznie chcieć więcej? Albo kiedy zacznie patrzeć ludziom w oczy, w naturalny sposób będzie nawiązywać z nimi relacje, a do tej pory tego właśnie unikał.

I to może być dla niego zbyt rewolucyjne? Właśnie. Dlatego nie ma jednoznacznych wskazówek, jaki ruch będzie dla danej osoby najlepszy. Na pewno niezależnie od sytuacji ważny jest oddech – by pozwalać mu spokojnie płynąć, bez zatrzymywania.

Ale są pewne kategorie ruchów, które uznajemy za otwarte i te, które uznajemy za zamknięte. Czy nie lepiej być otwartym niż zamkniętym? Te otwarte też mogą zmęczyć, jeśli jest się w nich cały czas. Wszystko zależy od tego, jakie ktoś ma potrzeby, plany i jakiego siebie potrzebuje rozwinąć, wzmocnić. Jeśliby już szukać jakiejś uniwersalnej recepty, to powiedziałabym, ze jest nią posiadanie dostępu do jak najszerszego spektrum ruchu. Niezamykanie się w jednym określonym zestawie ruchów pasujących do każdej okazji. Dlatego tak istotna jest praca w grupie – wtedy możemy zaobserwować, że każdy ma inny repertuar ruchów i inny podpis ruchowy. Można się przejrzeć w innych osobach jak w lustrze, zainspirować się, ale też odkryć, jaki ruch budzi w nas opór. Bardzo często jest tak, ze podczas zajęć wchodzi ktoś na sale, patrzy na innych uczestników i myśli: „OK, to ja mogę się poruszać z tobą i z tobą, ale z tamtą osobą nigdy się nie poruszę”.

Czyli nie poruszę się tak jak tamta osoba? Tak. I najczęściej oznacza to, ze ruch tej osoby „porusza“ jakieś moje życiowe tematy, jakieś zranienia, blokady, emocje, odcięte pragnienia. Oczywiście nie chodzi o to, by zmuszać się do wykonania ruchu, który budzi w nas opór. Bo jeśli dobrze się czuję w moim życiu z tym, co mam, jaki jestem, co czuje i co myślę – to mogę spokojnie zostać przy swoim repertuarze ruchów. Ale jeśli chcę zmiany, jeśli z czymś się meczę – warto spróbować takiego wyzwania.

Najważniejsze podczas pracy z ciałem, zwłaszcza na jej początku, jest to, by znaleźć dobre i sprzyjające dla siebie ruchy. Ruchy, które są dla nas bezpieczne, niezagrażające, przyjemne.
Chodzi o to, by nie blokować się na przepływ ruchu – tylko wtedy możemy przepracować pewne stany czy sytuacje z naszego życia. Natura ruchu jest podobna do natury emocji – jeśli pozwalam sobie coś przeżywać, to jest to znacznie bezpieczniejsze, niż kiedy to blokuje. Ale do tego dochodzi się powoli, łagodnie. Tylko wtedy jest szansa na zmianę.

Słyszałam, że dobrze sobie pozwolić zwłaszcza na wyrażanie trudnych emocji, takich jak złość, w sposób, który wydaje się nam naturalny, ale przed którym się wzbraniamy. Czyli tupnąć, zacisnąć ręce w pieści... Tak jak to robiliśmy jako dzieci. Każda emocja ma swoja energie. Złość ma ogromny ładunek energetyczny i jeśli go nie wyrazimy, on zablokuje dostęp do innych emocji. Złość często przykrywa smutek czy rozczarowanie, czyli emocje dla wielu osób trudniejsze do odczuwania i okazywania. Zdaje sobie sprawę z tego, ze jeśli ktoś przez lata dusił w sobie złość, a teraz słyszy, ze ma ją wyrażać, może być zdziwiony: „Jak to, mam teraz tupać przy szefie?!”. A nie o to chodzi, tylko o to, by w adekwatny sposób i w adekwatnym kontekście pozwolić sobie doświadczyć energii, jaką niesie w sobie emocja, którą odczuwamy. Na początku warto zrobić to w kontakcie z terapeutą lub kimś innym do tego przygotowanym. Poczuć tę emocję w ciele, gdzie się umiejscowiła – w rękach, w brzuchu, a może w nogach. Bo dla kogoś, kto czuje złość w nogach, może być dobre tupanie, a dla kogoś lepienie w glinie – bo u niego złość wchodzi w ręce. Ktoś inny będzie potrzebował krzyknąć – bo u niego złość siedzi w gardle. Chodzi o pozwolenie sobie na kontakt z energią emocji i nieblokowanie jej, ale pozwolenie na własna ekspresję.

Nasze emocje i myśli wyrażają się przez ruch w odmienny sposób… ... i wyrażają się rożnie w zależności od sytuacji. Ktoś może być w domu bardzo ekspresyjny, a w pracy wyciszony i opanowany. W ten sposób zachowuje równowagę, i jest to zupełnie normalne. Chyba że jest mu z tym źle, bo na przykład czuje, że w domu wyraża się w pełni, a w pracy jest przytłumiony.

Poprzez intencyjną, celową pracę z ciałem możemy wyrażać się bardziej w pełni? Przede wszystkim możemy złapać lepszy kontakt ze sobą i otworzyć się na swoje potrzeby, marzenia, poczuć, jak się czujemy, a nie tylko myśleć o tym. Często prawdziwy kontakt ze sobą otwiera nas na to, co jest dla nas ważne. I to jest najistotniejsze na początek – by odnaleźć siebie w sobie. Móc czuć, myśleć, przezywać, wyrażać. Niby takie proste, a trzeba dużej odwagi, by zajrzeć w siebie na nowo. W konsekwencji możemy zmienić swoje relacje, swoje myśli i swoje życie.

Z badań nad embodimentem, czyli ucieleśnieniem, wiemy, że kiedy uśmiechamy się, nawet na siłę, nasze samopoczucie się poprawia. Wpływ ciała na nasz nastrój jest udowodniony naukowo. I to wzajemny wpływ: ciała na nastrój i nastroju na ciało. Im jesteśmy bliżej naszego ciała, tym lepszy kontakt mamy ze sobą i z naszymi emocjami. Odcięcie od ciała odcina od przezywania. A zablokowanie, zamknięcie dostępu do emocji może prowadzić do depresji.

Mówimy: jesteś twoim ciałem. Wielu osobom może się to nie spodobać, bo nie podoba im się własne ciało. Za grube, za duże, z niewłaściwymi proporcjami… Ale co to znaczy, że moje ciało mi się nie podoba, że ja się sobie nie podobam? Jeśli mamy dobry kontakt z ciałem, to dbamy o nie nie tylko dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale by dobrze się czuć. Żeby sobie nie szkodzić. Niestety, nasza kultura sprzyja traktowaniu ciała przedmiotowo, czyli albo jego pomijaniu, albo przesadnemu seksualizowaniu. Na pewno taniec i inne metody pracy z ciałem pomagają w zyskaniu zaufania do własnego ciała, szacunku do niego. Jeśli ktoś dzięki ciału może ruszać się jak chce, to znaczy, że może być, kim chce, ciało pozwala mu na kreatywność, przygodę, poszukiwania.

Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele.
Życie wielu osób jest bardzo zadaniowe, a wysiłek fizyczny traktują one jako kolejne zadanie. Nie dają sobie miejsca i czasu na swobodną ekspresję i kontakt ze sobą. Tymczasem ciało jest o wiele bardziej elastyczne niż umysł, jeśli poczujemy w nim luz, powoli wprowadzimy go też do innych dziedzin naszego życia. Ludzie przychodzący na moje wieczory inspiracji często mówią, że poczuli coś, czego po sobie się nie spodziewali, ze ruszali się tak, jak nigdy nie przypuszczali, że będą i mogą się ruszać. Tak mocno mają zakorzenione przekonania na własny temat.

Jesteśmy krytyczni nie tylko wobec swojego ciała, ale też sposobu poruszania się. Nie chcemy się ośmieszyć. To zwykle bierze się z zachwianego poczucia własnej wartości i wpajanej od najmłodszych lat konieczności dyscyplinowania siebie. System edukacyjny jest bardzo oceniający, i w niewielkim stopniu wspierający kreatywne, innowacyjne myślenie. Paradoksalnie w szkole uczy się nas nie wybijać się i być grzecznym, a potem nagle w dorosłym życiu oczekuje, ze będziemy mistrzami autoprezentacji i wystąpień publicznych, i na dodatek jeszcze będziemy w tym naturalni i autentyczni.

Ostatnio to dyscyplinowanie się wkroczyło do sfery sportu, uprawianego hobbystycznie. Mało w nim przyjemności, dużo tresowania ciała. Ja jestem temu przeciwna, natomiast komuś, kto lubi sobie folgować, polecałabym, by poszedł na taki trening i zobaczył, że jednak można się zdyscyplinować. Z kolei kogoś, kto ma bardzo dużo zadań w codziennym życiu i jest perfekcjonistyczny, takie zajęcia nie rozwiną. On potrzebuje odpuszczenia sobie, czyli raczej swobodnego ruchu, bez struktury. To może być taniec, spacer, wycieczka rowerowa – ale nie z ustalona trasa tylko spontaniczna, podczas której skręcam tam, gdzie mam ochotę. W życiu co chwila tracimy równowagę i znów ją odzyskujemy. Nie szkodzi, że czasem się chwiejemy, ważne, byśmy umieli powrócić do harmonii i nie popadali w skrajności. Bądźmy dla siebie dobrzy, czyli wybaczający i wyrozumiali, ale też wspierający i motywujący. W wyważonych proporcjach, oczywiście. Doświadczajmy tego, że ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą.

  1. Kultura

Krystyna Prońko: Moje łaskawe fado

Krystyna Prońko - mistrzyni polskiego jazzu. (Fot. Adam Tuchliński)
Krystyna Prońko - mistrzyni polskiego jazzu. (Fot. Adam Tuchliński)
Niektórzy mówią „diwa”, „ikona”. Na pewno niekwestionowana mistrzyni polskiego jazzu. Krystyna Prońko nie przestaje poszukiwać. W szczycie pandemii wydała nową płytę „Lubię… specjalne okazje…”, 16 piosenek o popowym i jazzującym brzmieniu. Nie chce jednak opowiadać życia tekstami piosenek.

Dystansuje się pani od „czytania” pani przez piosenkę, jej treść?
Piosenka to tylko piosenka. Ma wzbudzić jakieś odczucia i zdobyć zainteresowanie słuchacza. Kiedy śpiewam, nie przewijają mi się obrazy z mojego życia.

Nie wierzę.
Przecież pan nie jest mną. Ten zawód daje mi możliwość zaspokojenia moich potrzeb – duchowych i materialnych. Paru kolegów już śpiewało, że „ta piosenka jest stworzona dla pieniędzy”. Ja też w dużej mierze śpiewam dla pieniędzy. Tym lepiej, bo śpiewanie to moja pasja. To wielki przywilej, bo nie wszyscy pracują z taką przyjemnością.

W „Piosenkach, z których się żyje” Wojciech Młynarski pisał, że „na przekór wszystkim i mimo wszystko, jeszcze ty w Łomży zrobisz nazwisko”.
Gdzieś to nazwisko zawsze się zaczyna robić. Może być Łomża, może być mój Gorzów Wielkopolski. Bez znaczenia.

Śpiewając z braćmi „Małego kwiatka” na sylwestrach pod koniec lat 60.?
Ja tego nie śpiewałam. Piotrek grał ten temat na saksofonie. Grałam na pianinie, a publiczność podnosiła kieliszki i się upijała, bo w końcu był sylwester. To było chyba biuro, w jednym pokoju jedli, w drugim tańczyli, wszystko się zgadzało. Mieliśmy ze 12 piosenek, co wystarczało na godzinę, i zaczynaliśmy od początku. Chodziłam jeszcze do szkoły średniej. Piotrek jest ode mnie młodszy, a Wojtek wtedy akurat chyba z nami nie grał. Myśmy dość szybko stworzyli zespół, ojciec czasami woził nas na tak zwane występy artystyczne albo tylko chłopaków na wesela. Pakował do auta wszystkie instrumenty, w kabinie siedziały trzy, cztery osoby, i było granie po wsiach.

A domowe jam session?
To już zupełnie inna sytuacja, z kolegami z podwórka. Jakoś nikt z sąsiadów nie protestował, że głośno. Podporządkowywałam się chłopakom, bo jeszcze sama nie wiedziałam, czego chcę. Potem z graniem przenieśliśmy się do domów kultury, do Domu Chemika, Kolejarza… Pamiętam, że koledzy i bracia grali Hendrixa. Wojtek grał na gitarze basowej albo na kontrabasie, bardzo dobrze śpiewał, miał ładny głos. To już było na poważnych potańcówkach dla młodzieży. Nasze nazwisko stawało się rozpoznawalne w Gorzowie Wielkopolskim. Każdy z nas szukał własnej drogi. Mnie się naprawdę wydawało, że będę pianistką. Na Ogólnopolskim Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu, chociaż coś zaśpiewałam, zdobyłam nagrodę jako pianistka zespołu Reflex. Grałam na wschodnioniemieckich organach Vermona. Później dosyć długo nic się nie działo, aż pojawiła się możliwość dołączenia do zakładanego w Rzeszowie zespołu, który przyjął nazwę Respekt, i przyszła propozycja supportu przed koncertem Czesława Niemena.

Miała pani idoli?
Od samego początku to był Niemen, uwielbiałam Arethę Franklin, kiedy zaczęłam dojrzewać, dołączyła Ella Fitzgerald. Bardzo wcześnie, jeszcze przed 1970 rokiem, zaczęliśmy jeździć z Piotrkiem na Jazz Jamboree, to było nasze okno na świat. Przyjeżdżaliśmy do Warszawy i chodziliśmy na koncerty do Kongresowej, a potem na jamy do Piwnicy Wandy Warskiej. Bardzo fajne czasy. A potem sami wylądowaliśmy z akademickim big-bandem na Jazz Jamboree, i to chyba ze dwa razy. To wszystko to ciąg wydarzeń, na które nie do końca miałam wpływ. Tak to się układało.

Krystyna Prońko: 'Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała'. (Fot. Adam Tuchliński) Krystyna Prońko: "Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała". (Fot. Adam Tuchliński)

„Niech moje serce kołysze ciebie do snu”, „Papierowe ptaki” czy „Deszcz w Cisnej” to piosenki z lat 70., nadal w pani sztandarowym repertuarze.
Przetrwały. Szmat czasu upłynął, wszystko się zmienia, a one są. Te pierwsze nagrania na niczym nie straciły. Nadal nimi dysponuję, bo w latach 90., kiedy się komuna sypała, odkupiłam ich oryginały od firmy Tonpress.

Jaka była Krystyna Prońko, kiedy śpiewała „Papierowe ptaki”?
To była bardzo młoda, niedoświadczona wokalistka, która chce jak najlepiej zaśpiewać, więc jest potężnie przerażona. Był 1974 rok, jechałam do Opola pociągiem i jeszcze sobie dośpiewywałam, uczyłam się tego utworu, który wcale nie był łatwy. Miałam straszną tremę, zwłaszcza że śpiewałam tę piosenkę po raz pierwszy.

To, że tamte nagrania na niczym nie straciły, znaczy, że była pani wtedy „gotową” piosenkarką?
Być może tak, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dotarło to do mnie później, kiedy oglądałam tamte stare wykonania.

Gdzie pani dzisiaj wysyła papierowe ptaki?
Taki ptak wisi u mnie na lampie, ale nie da się go odczepić. No i tyle.

Tyle przekazu?
Tak. Ale jest to bardzo ładna przenośnia, bardzo ładny tekst. Dopiero teraz do mnie naprawdę pasuje w stu procentach.

To dzisiaj o czym jest?
O tym samym, tylko wtedy to była perspektywa. Ale zaśpiewałam z pełną emocją. Intuicja jest niezwykle ważna w działaniach artystycznych. Proszę pana, jak ktoś będzie o sobie myślał: „O kurde, jestem artysta”, to już jest źle. Artystą się tylko bywa. Byłam artystką przez chwilę, śpiewając „Papierowe ptaki”, a potem artyzm ulatywał i stawałam się na nowo normalnym człowiekiem.

Co to znaczy, że artyzm ulatywał?
Nie można być artystą 24 godziny na dobę. Nikt by tego nie wytrzymał. Nie będę tu panu dla wywiadu snuć jakiejś filozofii. Po prostu artysta to nie jest zawód. Ten rodzaj przekazu energetycznego pojawia się tylko czasem.

Energia współpracy z Januszem Komanem powodowała eksplozje?
Powodowała, wszystko się zgadza. Byłam w chórku i miałyśmy z dziewczynami trasę po Związku Radzieckim. Byłyśmy w pierwszej części programu, w drugiej były, chyba, Czerwone Gitary, a ponieważ był jakiś problem z pianistą, PAGART ściągnął z Polski Komana. Pojawił się w Baku, tam się poznaliśmy, a miesiąc czy dwa później wróciliśmy do domu. Janusz siedział w pokoju przy instrumencie, coś śpiewał, coś grał, ja gotowałam zupę, słyszałam, co robi, leciałam do niego i mówiłam: „O to, to” albo „tamto nie”. Albo: „Wiesz, to może ja tutaj…”. Myśmy się sobą nakręcali, bardzo się ze sobą muzycznie zgadzaliśmy. Do tego stopnia, że kiedy moje koleżanki zainteresowały się jego twórczością, czułam się z tym bardzo źle.

Była pani zazdrosna?
No pewnie! W końcu pomyślałam: „Jeśli tak, to wolę robić swoje, sama”.

Bo te wybuchy były?
Wybuchy w tej pracy są potrzebne, ale i doprowadzają do rozpadu. Każdy poszedł swoją drogą.

W 1980 roku zaśpiewała pani w oratorium „Kolęda nocka” Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Tu śpiewała pani „Psalm stojących w kolejce”, a wokół pełna opresji komuna. Nie bała się pani?
Sytuacja była nieprzewidywalna i uważałam, że to będzie koniec mojego śpiewania, co powiedziałam Wojciechowi Trzcińskiemu. „Nie, nie, to dopiero początek” – odpowiedział.

Już nie mogła pani mówić, że to tylko piosenki?
A co pan ma na myśli?

Że trzeba było się opowiedzieć po którejś stronie.
Nie trzeba być zaangażowanym, żeby śpiewać. Polityka mnie wtedy zupełnie nie interesowała. Zobaczyłam w tym spektaklu możliwość pracy w teatrze, repertuar, którym można wyrazić to, co się działo. Natomiast, jeśli mam być dosłowna, to nigdy w życiu nie stałam w kolejkach, wolałam czegoś nie kupić. Nie znam kolejek z autopsji. Ale przypadło mi w udziale zaśpiewanie o takich sytuacjach. Mam swoje poglądy polityczne, ale staram się ich w ogóle nie ujawniać, bo się na tym przejechałam. To moja prywatna sprawa. Z „Kolędą nocką” mieliśmy jechać do Stanów. Nastał stan wojenny, no i co teraz? Byliśmy jeszcze w teatrze, graliśmy w sobotę „Kolędę nockę”, a w niedzielę już to nie było możliwe. Pamiętam, że było strasznie dużo śniegu. Pojechałyśmy z Haliną Frąckowiak do teatru odebrać nasze rzeczy. Wróciłyśmy do hotelu, a potem pociągiem do domu.

A jednak wyjechaliście do Stanów.
Przesunięto nasz wyjazd na drugą połowę stycznia. Pojechaliśmy z wersją estradową, udało nam się nawet zagrać w teatrze na off-Broadwayu. Ci Amerykanie w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi z tymi kolejkami, z całą tą sytuacją, o której był spektakl.

Amerykanie kochali wtedy Solidarność.
Nie wiem, co kochali. To mnie mało interesowało. Tak samo jak nie interesowało mnie pozostanie w tym kraju. Chociaż wszyscy sądzili, że zostanę.

Dlaczego pani nie została?
Chyba z głupoty, każdy jakąś popełnia. Przeraziło mnie, że zostawiam w Polsce rodzinę, bałam się represji. Może nic by się nie wydarzyło, ale wolałam nie ryzykować.

W Warszawie pojawiła się dziewczyna w zielonym nieprzemakalnym płaszczu.
[śmiech] Tak, bo w Nowym Jorku koleżanka zaprowadziła mnie do sklepu z wojskowymi ciuchami z demobilu i ja ten płaszcz kupiłam. W największą ulewę mogłam w nim wyjść, i wszystko z niego spływało. Był długi, naprawdę świetny.

Jak radziła sobie pani z brakiem pracy?
Założyliśmy z braćmi Prońko Band. Poza tym dostałam zaproszenie od kolegi, który jeździł na kontrakty na norweskich promach, szukał wokalistki. Bardzo mi ta praca pasowała. Miałam dużo wolnego czasu, mogłam się uczyć języka. A przede wszystkim miałam codziennie trening wokalny, co najmniej dwugodzinny. Śpiewałam piosenki nie ze swojego repertuaru, aktualne hity.

I co pani śpiewała?
Musiałabym sprawdzić, mam gdzieś jeszcze zeszyty z tekstami. Na pewno „Like a Virgin” Madonny, coś Michaela Jacksona i dużo amerykańskich standardów, klasyków swingowych.

Nie chciała pani później nagrać tych coverów?
Nagrałam płytę „Jestem po prostu” z polskimi hitami lat 50. i 60. W szkole średniej wycinałam z gazet prymki [zapis nutowy melodii, czasem z podpisanymi funkcjami], zbierałam je, ot, na wszelki wypadek. W pewnym momencie przy jakiejś przeprowadzce to odgrzebałam. Masa piosenek, które pamiętałam z dzieciństwa. Niektóre z nich bardzo mi się podobały. „Pierwszy siwy włos”, „Żółte kalendarze”, „Znad białych wydm”, „Złoty pierścionek”...

Mama lubiła te piosenki?
To nie ma nic wspólnego z moją mamą. To były moje hity z dzieciństwa. A ponieważ w domu grało radio, to słuchałam.

A jacy byli rodzice?
Wspaniali, no, jacy mieli być? Boże, o co mnie pan pyta!

Mama śpiewała?
Grała na harmonii, którą mam, bo ją wyremontowałam, i śpiewała. Harmonia była z odzysku, podobnie jak meble, które stały w mieszkaniu w Gorzowie, jak się rodzice wprowadzili. Pamiętam stare wielkie biurko, które w końcu wyrzuciła moja siostrzenica. Ojciec znalazł „poniemieckiego” nimbusa, sam wyremontował silnik i tak uruchomił motocykl. Ojciec zaocznie zrobił technikum mechaniczne, naprawiał wszystkie nasze auta. W nimbusie matka na tylnym siedzeniu, w przyczepie dziecko albo dwoje. Sama tego nie pamiętam, mam takie zdjęcia, miałam może półtora roku. A potem zamienił go na dekawkę IFA, były takie samochody. Do dziś pamiętam jego dźwięki. Było słychać, że ojciec zbliża się do domu.

Jak rodzice trafili do Gorzowa?
Przodkowie poszukiwali złota na Syberii, po jakimś czasie kupili ziemię na terenie dzisiejszej Białorusi. Tak powstało wielohektarowe gospodarstwo. Mój ojciec jeździł tam po wojnie. Pamiętam, że wyjeżdżał nawet dalej, na Syberię. Kiedy w 1970 roku Czesław Niemen spotkał się z moim ojcem, u nas w domu, natychmiast padli sobie w ramiona. Bo Wasiliszki, skąd pochodził Czesław, i Baranowicze, gdzie mieszkali Prońkowie, leżą niedaleko siebie. Korzenie mamy były z kolei w centralnej Polsce. Babcia była z Łodzi. Potem przeniesiono dziadków na wschód Polski, do Grodna. Kiedy przyłączono do polski Ziemie Zachodnie, ktoś je musiał zasiedlić. Wsiedli do pociągu, mogli wysiąść w dowolnym miejscu, a matka wybrała Gorzów, bo jej przypominał Grodno. Byłam w Grodnie, nie ma nic wspólnego z Gorzowem. Poza tym, że przez środek miasta płynie rzeka.

Klatka schodowa, na której pani śpiewała w dzieciństwie, istnieje?
W tym domu mieszka moja rodzina. Ciągle tam bywam. Kamienna, lastrykowa klatka w domu, który razem z poddaszem ma trzy piętra, powoduje naturalny pogłos. Lubiłam, jak niosło mój głos.

Wątpiła pani kiedyś w swój zawód, na przykład w latach 90., śpiewając jeden koncert na kwartał?
To był bardzo trudny czas dla muzyków. No i zalew gównianego repertuaru. Polskiej muzyki nie było w stacjach radiowych. Z ówczesnym partnerem zainteresowaliśmy się radiem i robiliśmy audycje. Postanowiliśmy założyć hurtownię płyt i kaset. Zaczęły powstawać numery disco polo. Bardzo dużo mieliśmy takich kaset w hurtowni.

Czyli przyczyniła się pani do popularyzacji gatunku?
W jakimś sensie tak, próbując przeżyć. Pamiętam, że dużo jeździliśmy po hurtowniach discopolowych. Mieliśmy paręnaście sklepów, do których dostarczaliśmy ten towar.

Przyjeżdża Krystyna Prońko i kupuje parę kartonów kaset Shazzy?
Nie pamiętam, co kupowałam, ani mnie to ziębiło, ani grzało. Ludzi, którzy to kupowali, nie interesowały dokonania ani nazwiska, których tam zresztą nie było. Chcieli tylko łupu-cupu, tyle. Do tego sprzęt grający, który wówczas można było kupić, urągał wszelkiemu rozsądkowi. Ogólnie to było straszne.

Była pani w stanie komponować?
Tak, jakoś potrafiłam się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy sprzedaż tego towaru zaczęła spadać, zrobiły się długi, musiałam je pospłacać, więc załatwiłam sobie koncerty dla amerykańskiej Polonii. Wróciłam z pieniędzmi, a potem rynek muzyczny zaczął się normalizować.

Co ważne jest w pani życiu poza muzyką?
Rodzina, zwierzęta, swoboda działania. Lubię być wolnym człowiekiem. Ważne jest też, żebym się wyspała.

Portugalia?
Przedostatni raz pojechałam zupełnie sama, zabrałam tylko psa. Po drodze złapałam dwie gumy, i to po tej samej stronie. Pierwszą w Niemczech, drugą we Francji. A przed podróżą wymieniłam wszystkie opony. Tyle że nie zostały wymienione wentyle, ktoś oszczędził na mnie parę złotych, no i dwa nie wytrzymały. We Francji, zmieniając koło, ukręcili mi śrubę, urwała się. Przyjechał facet z platformą, a ja z tym psem, i zawiózł na szrot, wymienili koło. Konsultując się z bratem przez Skype’a, dojechałam do Portugalii.

Śpiewała pani fado?
Mąż mojej bratanicy, która tam mieszka, ma w swojej rodzinie śpiewaków fado. Mam spory zbiór płyt. Doszłam do wniosku, że „Małe tęsknoty” to typowe fado, i w nastroju, i w melodyce. Jakby dopisać portugalski tekst, to byłoby świetne współczesne fado. A fado znaczy los.

Na wakacjach szuka pani ciszy?
Na kempingu? Wieczorem jest huk, wszyscy się bawią. Do północy gra muzyka.

Jeździ pani pod namiot?
Jest ciepło i do końca października można siedzieć pod namiotem. Od szkoły średniej jestem przyzwyczajona do namiotów. Teraz mam trzy, każdy innej wielkości. Najnowszy ma 30 metrów kwadratowych, jest jak małe mieszkanie. Jeszcze nie próbowałam rozbić namiotu na samej plaży, ale domyślam się, że są miejsca, gdzie to można zrobić. Pod warunkiem że nie ma przypływu. Miałam taką sytuację z psem. Leżał pod parasolem, zbliżał się zachód słońca, a fala stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej się do tego parasola zbliżała. W pewnym momencie poczuł, że sięga go woda, i zerwał się jak oszalały.

Pani fado było dla pani łaskawe?
Jestem zadowolona. Dotąd nigdy nie miałam do życia pretensji. Będę pracowała, dopóki będą chcieli mnie słuchać. Jestem dość krytyczna wobec swojego śpiewania i brzmienia. Jeżeli zauważę, że nie jest dobrze, przestanę. Nawet nikomu o tym nie powiem. Bo po co mam się tłumaczyć ze swoich błędów i niedoróbek? Może nikt inny ich nie usłyszy?

Koziorożec twardo stąpa po ziemi?
To chyba nie znak decyduje. Sama staram się czuć ziemię pod stopami. Zawsze było dla mnie najważniejsze to, co teraz. A to, co minęło… Było. Koniec. Póki jestem, ciągle jest szansa na nowe. 

Krystyna Prońko wokalistka jazzowa, kompozytorka, pedagożka. Wielokrotnie zdobywała nagrody na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nagrała kilkanaście albumów, między innymi: „Krystyna Prońko”, „Deszcz w Cisnej”, „1980”, „Subtelna gra”, „Firma Ja i Ty”, „Jesteś lekiem na całe zło”, „Złość”, „Jestem po prostu”, „The Album”, „Lubię… Specjalne okazje…”, a także „Osobistą kolekcję”.

  1. Styl Życia

Agnieszka Prucia: „Słowo to mój kolejny zmysł”

Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Agnieszka Prucia i jej marka Misiura Design. (Fot. archiwum prywatne)
Małe słowa o wielkiej mocy, zapisane w glinie. Agnieszka Prucia i jej marka Misiura Design. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Odbiera rzeczywistość poprzez słowo, pisze od zawsze i kocha czytać. Glina dała jej spokój, chwilę zatrzymania i czas na refleksje. Agnieszka Prucia pod autorską marką Misiura Design tworzy z gliny wyjątkowe przedmioty. Zatapia w nich słowa - otulające, dodające otuchy, doceniające, zmuszające do głębokich przemyśleń. 

Ceramika przechodzi właśnie swój renesans. Co ma w sobie glina, że przyciąga tak wielu ludzi? Myślę, że to wiąże się z tym, że glina to powrót do pierwotnej aktywności. Towarzyszyła nam od wieków, więc być może teraz obudziło się w nas pragnienie, które jest bardzo stare i zapamiętane. Dla mnie glina to spotkanie z samym sobą – medytacja, zatrzymanie, uzdrowienie, możliwość twórczej ekspresji. W mojej malutkiej pracowni, w moim spotkaniu z gliną, dzieje się coś ważnego, co pomimo wielu kryzysów sprawia, że robię to już od 9 lat. W glinie nie ma miejsca na pośpiech i może to jest jej największy urok. Ja jestem bardzo energiczna, lubię działać szybko i niewiele rzeczy robię powoli, a glina to moja przestrzeń do zatrzymania. Może tego też poszukują ci, którzy do niej dziś wracają?

Myślisz, że ludźmi, którzy kupują ceramikę, kieruje jedynie chęć otaczania się ładnymi rzeczami? Czy jest w tym coś więcej? Piękna forma to jedno, ale w przypadku prac wykonanych ręcznie, ogromne znaczenie ma człowiek, który za tym stoi. Mimo tylu lat pracy ja samej siebie nie nazywam ceramikiem, bo istnieje tak wielu utalentowanych ludzi w tej dziedzinie, że mnie to po prostu onieśmiela. Ale z drugiej strony myślę, że ja przecież nikomu nie obiecuję ideału, a tylko przedmiot z głębszą myślą. Jestem magistrem filozofii i być może trochę się za tymi słowami chowam, bo wiem, że ta forma nie jest doskonała, ale glina uczy zgody na niedoskonałość. Cały proces pracy rękami – w niego jest wpisane to piękno niedoskonałości.

Jak zaczęła się twoja przygoda z ceramiką? Ja tego w ogóle nie planowałam. Pewnego dnia znalazłam plakat, reklamujący zajęcia z ceramiki i po prostu na nie poszłam. I nie pytaj mnie dlaczego, bo nie wiem. Na początku nie byłam obiecującym ceramikiem. Ale, jak zwykle w takich sytuacjach, największe znaczenie mają ludzie. Moja pierwsza nauczycielka ceramiki zawsze potrafiła spojrzeć na moją pracę z życzliwością i to ona nie pozwalała mi zwątpić. Najpierw więc były zajęcia w każdy czwartek, później pierwsze paczki gliny kupione już do domu, a dalej glina w całym mieszkaniu i codzienny slalom pomiędzy schnącymi pracami.

Wtedy też straciłam pracę, starałam się o dofinansowanie z Urzędu Pracy i nie dostałam go. Myślałam, że to już mój koniec, ale glina pomagała mi zachować równowagę. I kiedy już zupełnie nie wiedziałam co robić dalej, „Gazeta Wyborcza” i nieistniejący Raiffeisen Polbank ogłosiły konkurs „Pomysł na firmę”. To był wieloetapowy proces, którego finałem miała być możliwość zdobycia kapitału na rozpoczęcie własnej działalności. Nie byłam przekonana, czy mam w ogóle jakieś szanse, ale zgłosiłam się i zostałam laureatką – dostałam czek na 50 tys. złotych. I wtedy się zaczęło, już bez żartów. W sierpniu 2014 roku zaczęłam działać pod szyldem Misiura Design – ze swoim piecem, niewiedzą, naiwnością, marzeniami i ogromnie silną wolą.

Rok temu temu, z okazji kolejnych urodzin swojej firmy, napisałam do dostawców gliny z pytaniem o to, ile gliny już od nich kupiłam. Po podliczeniu okazało się, że trzy tony. Dla żartu sprawdziłam, jakie zwierzę tyle waży – samica słonia afrykańskiego. W tamtym momencie naprawdę poczułam, że to jest już coś więcej, niż tylko 9 lat pracy z gliną.

Co lepiłaś z gliny jako pierwsze? Domki. Myślę, że zrobiłam ich parę tysięcy.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Kiedy zrodził się pomysł zatapiania słów w glinie? Przyszło to do mnie bardzo naturalnie. Przestałam się w końcu tego wypierać i w pełni zrozumiałam, że dla mnie słowo to kolejny zmysł. Od zawsze pisałam dzienniki, wiersze, ogromnie dużo czytam i odbieram rzeczywistość poprzez słowo. I pewnego dnia to się stało oczywiste, że w ceramice wychodzącej spod moich rąk musi być słowo.

Teraz słowa stały się tożsamością twojej marki. Stoją za nimi osobiste historie? Tak, ale są one jednocześnie bardzo uniwersalne. Do pewnego etapu żyjemy w głębokim poczuciu indywidualności. Wydaje nam się, że to co się dzieje u nas jest wyjątkowe, zwłaszcza jeśli jest trudne. A później okazuje się, że jesteśmy bardzo uniwersalni w doświadczaniu zarówno szczęścia, jak i cierpienia.

Twoja praca jest formą autoterapii? Nigdy nie zakładałam, że tak będzie, ale moje prace to trochę taki dziennik emocjonalny. W kolekcji, nad którą obecnie pracuję, przyszły do mnie zupełnie zaskakujące dla mnie słowa. Z kolei, gdy spojrzę na te poprzednie, nie z każdym się teraz utożsamiam. Ale to jest właśnie moja historia. Korzystam ze swoich prac i wtedy również mierzę się z tymi sentencjami, przepracowuję je, sprawdzam. Bo nie są to rzeczy na stałe zapisane w naszej percepcji –  dzisiaj „czujesz się cudem”, a jutro leżysz w błocie i płaczesz. Każdy z nas tak ma.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Oprócz swojej pracowni ceramicznej i pięknych przedmiotów z gliny, stworzyłaś wokół siebie grono wyjątkowych ludzi – wrażliwych, czujnych, uważnych. Ja zawsze dziękuję za czujące serce po drugiej stronie. Bo nie byłoby mnie bez ludzi, którzy moją ceramikę cenią i kupują. W nich jest ta wrażliwość, czułość, pragnienie. Stąd się bierze rezonans między nami. I chociaż nadal mam firmę, którą muszę utrzymać, to mam poczucie, że dzieje się między nami coś więcej oprócz transakcji.

Myślę, że taką społeczność buduje tylko prawda. To wszystko stało się tak naturalnie, dziś nazwałabym to marketingiem serca – i chyba właśnie to ludzi przyciąga i sprawia, że zostają ze mną. Autentyczność wymaga ogromnej odwagi, bo łatwo ją zaatakować i zniszczyć, a jednak tego potrzebujemy.

Autentyczność może też być największą siłą. Ja nigdy nie kalkuluję, nie zastanawiam się, czy coś będzie mi się opłacało. Potrafię dzielić się tym, że czasem sentencje, które stworzyłam, są dla mnie nie do przyjęcia, że mierzę się z kryzysami, na które talerzyki nie pomagają. Umiem przyznać się, że dziś nie czuję się cudem, nie jestem łagodna dla siebie, nie wierzę, że umiem robić rzeczy w swoim tempie. I wtedy widzę, że w ludziach jest ogromne pragnienie, żeby słyszeć nie tylko o tym co możemy, ale też po ludzku nie możemy. Szczególnie w dobie mediów społecznościowych ważny jest ten autentyzm naszego przekazu. Mamy pewnego rodzaju obowiązek mówienia nie tylko o tym, że byłam w swojej wymarzonej podróży i będę mieć publikacje w czasopiśmie, ale też o tym, że leżę na ziemi i płaczę.

Masz swoją ulubioną sentencję? Bardzo długo były to słowa, które teraz nie są już dla mnie bazowe i tak ważne jak wtedy. To są talerze z napisami: „Wystarczy, że jesteś, jesteś cudem”, „Gdy słyszysz, że jesteś dzielna, upewnij się, że także łagodna dla siebie”. Ta opowieść się już dla mnie dopełniła i kolekcja „Przedwiośnie” przyniosła mi takie najbardziej aktualne słowa, na przykład „Po zimie zawsze jest wiosna. Zaufaj naturze”, a najbliższa mi teraz jest ta kolekcja, która właśnie schnie w pracowni. Jest w niej bardzo dużo słów, które zatrzymują. Są o byciu w sobie, przy sobie, o oddechu, uważności.

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Wkładasz w swoją pracę całe serce? Tak, ale już się z nią aż tak bardzo nie identyfikuję. Kiedyś miałam poczucie, że firma i ja to jedno, a dzisiaj firma to bardzo ważna część mojego życia, ale nie jedno. Oczywiście, wkładam w nią ogromną ilość serca, ale to serce też bije i potrzebuje pójść do lasu, pomilczeć, odpocząć, być w racjach z ludźmi. Firmę traktuję jak 7-letnią córkę, która na początku potrzebowała ode mnie zupełnie innego wymiaru bliskości, niż teraz.

Artystka, filozofka, rzemieślniczka, podróżniczka, bizneswoman – jak ty byś opisała siebie? Ja jestem po prostu dziewczyną z marzeniami, która ma odwagę je spełniać. Ale te określenia, których użyłaś, pewnie są również jakąś częścią mojej tożsamości.

Wspomniałaś, że kochasz pisać. Planujesz to w jakiś sposób rozwijać? Pisałam od zawsze, ale od pewnego czasu wzięłam się za to na poważnie i szkolę swój literacki warsztat. Tak trochę chichoczę, że jestem już poetką, ale bez tomiku wierszy. Ale to się wkrótce zmieni, bo mam wiersze, jest ich bardzo dużo i jestem po wstępnych rozmowach na temat konceptu i myślę, że w końcu wydam swój tomik poezji. Bo nie mogę już więcej chować się za gliną.

Prace Agnieszki Pruci można nabyć na jej stronie internetowej misiura-design.pl

Fot. Kornelia Machura, Agnieszka Kolon i Justyna Karamuz.