1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Kiedy jesteś inny. Recenzja filmu „Tyrel” Sebastiána Silvy

Kiedy jesteś inny. Recenzja filmu „Tyrel” Sebastiána Silvy

Kadr z filmu „Tyrel” (reż. Sebastián Silva, 2018) (Fot. materiały prasowe SundanceTV)
Impreza urodzinowa w Catskills, północny stan Nowy Jork. Jest zimno i niebezpiecznie, a do cywilizacji – daleko. Podobne krajobrazy znamy z filmu „Do szpiku kości”. I choć wydawać by się mogło, że w historii Sebastiána Silvy niesprawiedliwości społecznej i horroru będzie mniej niż w produkcji Debry Granik, to jednak szybko wchodzimy na pokrewny poziom niepokoju.

„Tyrel” to niezależny dramat społeczny, napisany i wyreżyserowany przez Chilijczyka Sebastiána Silvę („Służąca”, „Bachor”, „Kryształowa wróżka”, „Magia”). Już 9 grudnia o godzinie 22:00 film zostanie wyemitowany na kanale SundanceTV w ramach cyklu filmowego „Prosto z Sundance”, w którym prezentowane są uznane produkcje z kultowego festiwalu.

Twórca wpadł na pomysł zrealizowania filmu podczas wakacji na Kubie. – Widziałem tam grupę Amerykanów, dzieciaków w wieku około 20 lat, którzy pili rum na plaży. Tylko jeden z nich był czarny i z jakiegoś powodu wyglądało na to, że był w tyle lub czuł się pominięty – powiedział w jednym z wywiadów. Tak powstał trzymający w napięciu brutalny portret rasowej alienacji. „Tyrel”; oprócz tego, że przedstawia historię pijackiego weekendu, spogląda również na współczesne stosunki rasowe w Ameryce i pokazuje związane z nimi napięcia. Ukazuje też prawdziwe imprezowe doświadczenie osoby, która nie odnajduje się w towarzystwie. Mówi o doświadczaniu mikroagresji i poczuciu niepokoju, z którym Afroamerykanie mierzą się każdego dnia.

Weekend rozpusty

Powściągliwy nowojorczyk imieniem Tyler (Jason Mitchell) wybiera się ze swoim przyjacielem Johnnym (Christopher Abbott) na weekendową imprezę urodzinową do Catskills. Problem w tym, że będą to urodziny kogoś, kogo Tyler prawie w ogóle nie zna, podobnie jak reszty zaproszonych gości. Gdy kumple docierają na miejsce, nagle staje się oczywiste, że po pierwsze: nasz bohater jest jedynym czarnoskórym mężczyzną w morzu białych twarzy, i po drugie: będzie to weekend zakrapiany dużą ilością alkoholu. Na wstępie ktoś błędnie nazywa go „Tyrelem” („tyre” – z ang. „opona”, stąd tytuł filmu). Niezbyt udany początek. I choć stosunek do niego jest bardzo przyjazny, on sam czuje się dość nieswojo. W miarę upływu czasu połączenie alkoholu i testosteronu zaczyna wymykać się spod kontroli, a niepewna sytuacja Tylera powoli przeobraża się w koszmar.

Jubilat Pete (Caleb Landry Jones) i jego goście starają się odciąć od tego, co złe – rasizmu i nietolerancji. Niestety średnio im to wychodzi, bo niepoprawne politycznie żarty dotykają nowego w grupie Tylera. Rasizm wyczuwa przez skórę, nawet jeśli jest on subtelny i wypierany. Ci rzekomo otwarci i postępowi ludzie zarówno otwarcie troszczą się o opinię nowego członka grupy, jak i subtelnie ją lekceważą. Z jednej strony chcą, aby Tyler czuł się mile widziany, ale ich działania mają zgoła odwrotny skutek. Bohater coraz bardziej wpada w pułapkę ich przesiąkniętego alkoholem maczyzmu – obraźliwych gier, głupich żartów, wymyślonych rytuałów, bezsensownych przekomarzań i dziecinnej zabawy.

Film ukazuje pewne zachowania, które choć nie są jawnie rasistowskie, wciąż alienują. Najlepszym przykładem jest jedna z początkowych scen, w której bohaterowie zbierają się przy kominku, aby zagrać w grę polegającą na naśladowaniu różnych akcentów. Tyler absolutnie nie chce brać w niej udziału, ale nie czuje się na tyle pewnie, aby zrobić coś więcej, niż tylko próbować się śmiać z tej absurdalnej sytuacji. W końcu zostaje przekonany do tego, aby wykonać parodię „czarnej babci z Nowego Orleanu” i czuje się okropnie. Dyskomfort bohatera zauważa Dylan (Roddy Bottum), który jako jedyny zachowuje trzeźwość umysłu i postanawia przeprosić chłopaka po tym, jak grupa każe mu naśladować „czarny akcent”. Tyler przeżywa wtedy małe katharsis, jednak przesadne poczucie winy Dylana sprawia, że czuje się on jeszcze bardziej niezręcznie. I tak dwudniowy wypad ze znajomymi staje się dla głównego bohatera nie tylko źródłem niepokoju, niepewności i wyobcowania, ale też powoli zmienia go w paranoika.

Weekend trwa, a Tyler stara się wpasować w ten zwarty krąg, którego nie zna i z którym nie ma zbyt wiele wspólnego. Następnego dnia chaos narasta, gdy do grupy dołącza Alan (Michael Cera), bogaty dzieciak, którego niewybredne uwagi jeszcze bardziej dokuczają Tylerowi. Jego pojawienie się kieruje akcję w nieco bardziej surrealistycznym kierunku, ale im dziwniejszy staje się „Tyrel”, tym bardziej dociera do nas to, co chciał przekazać nam reżyser. Wkrótce Tyler czuje się jeszcze bardziej wyobcowany, samotny i upokorzony. Gdy poczucie alienacji zaczyna wykraczać poza skalę, bohater zamyka się w samochodzie, słucha muzyki, bawi się z psem lub po prostu idzie spać wcześniej niż pozostali. Te krótkie chwile zdają się przynosić mu największe ukojenie.

Tyler najpierw próbuje się dopasować, potem odizolować, ale z każdym kolejnym krokiem znajduje się w nowym emocjonalnym piekle. To, że jest kompletnie zalany, nie ma większego znaczenia, wszyscy inni też są. Nasz bohater czuje się uwięziony w grupie hałaśliwych, lekceważących go białych kolesi, którzy bawią się, nie mając pojęcia o jego niewygodzie. Tyler – napędzany narastającym dyskomfortem i nietrzeźwością – coraz bardziej traci orientację, a czynnikiem potęgującym poczucie alienacji jest jego rasa.

Kadr z filmu „Tyrel” (reż. Sebastián Silva, 2018) (Fot. materiały prasowe SundanceTV)

Cicha wrogość

Spotkania ze znajomymi znajomych zazwyczaj przypominają układanie puzzli, które nie do końca do siebie pasują. Sebastián Silva znakomicie uchwycił tę niezręczność, z którą każdy z widzów może się utożsamić. Fakt, że główny bohater jest czarnoskóry, nadaje filmowi jeszcze inny wymiar. Ponadto widz pozostaje w ciągłym napięciu. Wyczuwa, że prędzej czy później dojdzie do rozlewu krwi i ktoś zostanie zraniony. Ale w filmie nie ma tak naprawdę momentu, w którym bohaterowie są jawnie rasistowscy lub agresywni wobec Tylera. Wręcz przeciwnie, wydają się bardzo przyjaźni, ale nie ma to większego znaczenia.

W filmie nie ma też jawnej przemocy – psychicznej ani fizycznej, jednak prawdziwy horror jest o wiele bardziej podstępny, a to, co chce przekazać Silva, ma korzenie w głębokiej, skrywanej przez lata ranie. O swoim bohaterze Silva mówi: – Cierpi z powodu nagromadzenia – dziedzictwa niewolnictwa w Ameryce. Obraz nabiera złożoności, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że jego akcja rozgrywa się w północnej części stanu Nowy Jork, którą zamieszkują głównie biali ludzie, a bohaterami filmu są młodzi liberałowie wyraźnie sprzeciwiający się polityce ówczesnego prezydenta USA – Donalda Trumpa. To pokazuje, że nie trzeba być białym nacjonalistą, żeby być rasistą.

Reżyser ukazuje również prymitywną dzikość – a w zasadzie awanturnicze zachowanie – która uchodzi za męskość. To sprawia, że ​​środowisko staje się jeszcze bardziej nieprzyjazne dla kogoś, kto czuje się nieswojo. Wśród znajomych zwykle chcemy czuć się bezpiecznie, aby móc swobodnie rozmawiać o swoich niepewnościach. Tyler czuje się jednak zbyt zagrożony brutalnym zachowaniem swoich kompanów, aby pokazać jakąkolwiek wrażliwość.

„Tyrel” ciekawie koresponduje z głośnym horrorem „Uciekaj!” Jordana Peele'a. Film Silvy reklamowano zresztą jako pozbawioną emocji wersję dreszczowca z 2017 roku, a podobieństwa między nimi są niemożliwe do przeoczenia. Po pierwsze: narracja. W obu tych filmach czarni mężczyźni wyjeżdżają z miasta ze swoimi białymi towarzyszami. Po drugie: tematyka dotycząca rasizmu, inności i ignorancji. Po trzecie: wykorzystanie elementów grozy typowych dla horroru. I po czwarte: Caleb Landry Jones („Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”) jako postać głównego antagonisty.

Agresja w skali mikro

„Tyrel” to inteligentny, ciekawe zrealizowany dramat o doświadczaniu mikroagresji i poczuciu niepokoju. Nawet tytuł filmu, nawiązujący do sceny, w której jeden z pijanych kumpli Johnny’ego nazywa Tylera „Tyrelem”, sam w sobie jest mikroagresją. Kręcenie o tym filmu, tym bardziej w kontekście sytuacji rasowej w Ameryce, to wejście na arcytrudny teren. Tu należą się brawa dla reżysera i scenarzysty Sebastiána Silvy, który mimo obaw postanowił zaryzykować i zmierzyć się z tematem. Na oklaski zasługuje też znakomita kreacja Jasona Mitchella („Mudbound”, „Straight Outta Compton”) – aktor perfekcyjnie ukazał konsternację i zakłopotanie, następnie desperację, a później gburowatość swojego bohatera. Reszta obsady jest równie doskonała, zwłaszcza Michael Cera („Juno”, „Scott Pilgrim kontra świat”) jako Alan oraz Christopher Abbott („James White”, „Paragraf 22”, „Possessor”) jako Johnny.

Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, powodując ogromny niepokój i poczucie dyskomfortu u widza. Autor zdjęć serwuje nam masę trzęsących się ujęć i mocnych zbliżeń, co jeszcze bardziej intensyfikuje te emocje, a także ukazuje wzrastającą frustrację głównego bohatera. Dynamiczna praca kamery błyskawicznie przeskakuje między obiektami i wokół nich, destabilizując przebieg wydarzeń. Stopniowo staje się coraz mniej stabilna, jakby chciała nadążyć za coraz mniej trzeźwymi bohaterami. Całości dopełniają zgaszona kolorystyka i doskonale dobrana ścieżka dźwiękowa, zawierająca m.in. utwór „Losing My Religion” grupy R.E.M.

Choć w filmie pozornie nic się nie dzieje, tak naprawdę dzieje się wszystko – szczególnie w umyśle Tylera. Film nie jest jednak klasycznym horrorem, chociaż wywołuje podobne emocje. Zdecydowanie bliżej mu do suspensu. Dynamika wydarzeń wydaje się natomiast przybierać postać thrillera. „Tyrel” jest również oszczędny w środkach, dzięki czemu pozwala dostrzec najmniejsze przejawy rasizmu, które wymierzane są w stronę głównego bohatera.

Obraz ma jednak kilka minusów. Stylistycznie wydaje się nieco nieopracowany. Narracja w pewnym momencie staje się banalna, powtarzając w kółko te same schematy. Wtedy film chwilowo się załamuje, jednak za chwilę wstaje z kolan, aby zachwycić w końcowych sekwencjach. Samo zakończenie pozostawia jednak niedosyt, a napięcie budowane od początku filmu nie otrzymuje momentu kulminacyjnego. To pozostawia widza z poczuciem lekkiego rozczarowania, ale z drugiej strony pozwala odetchnąć z ulgą.

Co jednak najważniejsze: film zmusza do refleksji i dyskusji. Ponadto każdy zna zapewne uczucie pominięcia, odrzucenia i niepokoju, którego doświadczył Tyler. Każdy może zatem utożsamić się z głównym bohaterem. I choć oczywiste jest, że „Tyrel” najmocniej wpłynie na publiczność amerykańską, to wszyscy możemy wynieść z niego cenną lekcję.

Tekst: Marta Waszkiewicz

„Tyrel” swoją premierę miał w 2018 roku na Festiwalu Filmowym w Sundance. Polskiej publiczności zaprezentowany zostanie już 9 grudnia o 22:00 na kanale SundanceTV w ramach cyklu „Prosto z festiwalu Sundance”. Co więcej, w każdy kolejny czwartek miesiąca na antenie stacji będzie można obejrzeć uznane przez krytyków produkcje, które zwyciężyły lub były nominowane do nagród na prestiżowym święcie filmowym w Utah. Na ekranie będzie można zobaczyć: dokument „Ave Satan?” (16 grudnia), dramat „Mandarynka” (23 grudnia) oraz film dokumentalny „Szkoła życia” (30 grudnia).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze