Amy Winehouse. Muza, ikona, dziewczyna z sąsiedztwa

Amy Winehouse (Fot. BEW PHOTO)

Nie chciała być gwiazdą. Została kimś więcej – ikoną. Jej wygląd, głos, szczere do bólu teksty piosenek – tego się nie zapomina. Była też ciemna strona: uzależnienie, bulimia, depresja. Dziś mija 8 lat od tragicznej śmierci Amy Winehouse – jednej z najbardziej charyzmatycznych wokalistek początku XXI wieku.

Dzięki jej twarzy, skandalom, głosowi wielu dziennikarzy miało o czym pisać. Szczególnie tych karmiących się sensacją. W końcu wielu widzów śledziło wypadki z życia Amy. Dla paparazzich była łatwym celem. Tabloidy pokazywały zdjęcia i filmy, na których słania się pod wpływem środków psychoaktywnych. Czasami płakała, innym razem widać jej krwawiące stopy, posiniaczone nogi. Do tego dochodziły blizny na ramionach, pamiątki z nastoletniego okresu destrukcji. Karmiliśmy się życiem Amy, patrząc na jej łzy i krew, dosłownie i symbolicznie, patrząc jak kona. Trafiła na wiele odwyków, nieskutecznie. Świat przywłaszczył ją sobie, uznał za celebrytkę.

Muza, ikona, ofiara

W 2007 roku Karl Lagerfeld uznał ją za swoją muzę, a na wybieg wypuścił modelki, które na głowie miały fryzurę w kształcie ula – znak rozpoznawczy Amy, tak samo jak jej powieki pomalowane grubą, czarną kreską. Lady Gaga porównała Winehouse do dobrej grypy, wirusa niezależności, którym zaraziła cały muzyczny przemysł. W ten sposób pomogła wybić się wielu wokalistkom, które nie spełniały wymogów wcześniej nakładanych na plastikowe, popowe artystki. Setki dziewczyn kopiowały styl Amy, która zredefiniowała to, czego słuchacze spodziewają się po gwieździe pop.

Tego samego roku 18 maja w Miami Amy poślubiła Blake’a Fieldera-Civila. Małżeństwo przetrwało niewiele ponad dwa lata. Powodem była zdrada, której dopuściła się artystka. Burzliwy związek, pełen wyznań miłości toczył się w oparach alkoholu i narkotyków. „Amy zdradzała mnie raz za razem” – powiedział w wywiadzie były mąż gwiazdy. „Cały czas przepraszała, a ja jej wybaczałem. Nie wierzyła we własne szczęście. Im gorzej mnie traktowała, tym bardziej ją kochałem. Mój związek z Amy był bardzo intensywny, piękny i oparty na fizyczności. Od początku budowaliśmy go na seksie. Amy jest jeszcze lepsza w łóżku niż w śpiewaniu”. Nie zmienia to faktu, że od małżeństwa z Blakiem zaczął się długi zjazd Amy w dół.

Początek końca

Belgrad, 18 czerwca 2011 roku. Amy właśnie rozpoczyna swoją – szczegółowo zaplanowaną – trasę koncertową. 30 lipca ma pojawić się w Bydgoszczy. Rozgląda się po scenie, poprawia włosy, zatacza się, rzuca mikrofonem, myli słowa lub w ogóle nie śpiewa. Mamrocze coś pod nosem, zasłania usta dłonią. Słuchacze gwiżdżą, niektórzy opuszczają koncert, nieliczni śpiewają za Amy jej piosenki. Zdjęcie wokalistki zrobione tego dnia, na którym próbuje ukryć twarz w dłoniach, „The Guardian” zaliczył do dziesięciu najlepszych fotografii roku. Wzrok Amy jest pełen rozpaczy, zagubienia. Na YouTube film z Belgradu obejrzało już ponad 7 milionów osób. Od dziennikarzy, internautów i fanów płyną w jej stronę słowa pełne jadu. Ich gwiazda, idolka ćpa, zatacza się, przynosi sobie wstyd.

Management zapewniał, że artystka jest w doskonałej formie. Ona sama nie chciała wyjść na scenę. Bała się. To widać w jej ruchach podczas koncertu, podchodzi do muzyków, przytula się do nich, odchodzi, szuka czegoś wzrokiem, przypomina zwierzę zamknięte w klatce. Ochroniarze pomogli jej wyjść na scenę, a później zmusili, by na niej została. Tłum czeka, tłum zapłacił za bilety, tłum wymaga. To zrozumiałe. Tak samo jak zrozumiała jest postawa managementu artystki – chodzi przecież o zysk, chociaż może słowo „wyzysk” jest właściwsze. Otaczający artystkę ludzie deklarowali miłość, uwielbienie, troskę. Gdyby jednak ten, kogo kochamy, był w takim stanie jak Amy, nie kazalibyśmy mu wyjść przed wielotysięczny tłum. Koncert w końcu został przerwany, trasa koncertowa odwołana. „Amy Winehouse wycofuje się ze wszystkich planowanych koncertów. Wszyscy zaangażowani zrobią wszystko, by pomóc jej wrócić do zdrowia” – takie oświadczenie wydał management artystki. Amy zaszyła się w Camden w Londynie, gdzie umarła miesiąc później, 23 lipca, w wieku 27 lat.

Krzyk małej dziewczynki

Mitch Winehouse, ojciec Amy, w książce „Amy. Moja córka”, pisze: „Urodziła się cztery dni po terminie i od tego czasu przez całe życie spóźniała się zawsze i wszędzie”. Wiele razy zmieniała szkołę. Chociaż była uzdolniona matematycznie, nudziła się w sztywnej, szkolnej strukturze. Gdy miała 12 lat, bez wiedzy rodziców napisała podanie do szkoły artystycznej Sylvii Young: „Całe życie byłam głośna. Tak głośna, że trzeba było mnie uciszać. Dlaczego byłam głośna? Bo w mojej rodzinie trzeba krzyczeć, żeby cię ktoś usłyszał”. Amy musiała krzyczeć, by być usłyszaną, być może dzięki swojemu głosowi nie musiała krzyczeć zbyt głośno.

Pragnienie sławy, uznania, występowania przed publicznością wyrasta z podstawowej potrzeby człowieka – bycia zauważonym. Na początku przez najbliższych. Gdy jednak dla otaczającego świata dorosłych ważniejsze jest, co robimy, jak się zachowujemy, co osiągamy od tego, co myślimy, co czujemy i jacy jesteśmy, szybko wyrabiamy w sobie nawyk sięgania po pozytywne oceny. Wiele dzieci musi krzyczeć, by być usłyszanymi.

Dziewczyna z sąsiedztwa

„Była irytująca, jak cierń w tyłku. Ale była też niezwykle hojna, troskliwa. Zrobiłaby dla innych wszystko, naprawdę. Była lojalna, jako siostra, córka i przyjaciółka. Była, jak sądzę, najbardziej lojalnym człowiekiem, jakiego znałem” – wspomina siostrę starszy brat Alex w wywiadzie dla „The Guardian”. Będąc nastolatką, Amy zachorowała na bulimię i walczyła z nią do samego końca. „Wiedzieliśmy o tym, ale z bulimią bardzo ciężko sobie poradzić, szczególnie jeśli się o tym nie rozmawia. To bardzo mroczny temat” – opowiada Alex i dodaje, że to właśnie bulimia ją zabiła: „Gdyby nie cierpiała na zaburzenia łaknienia, byłaby fizycznie silniejsza”.

A może Amy zabił związek z Blakiem Fielderem-Civilem? Ojciec Amy wielokrotnie na łamach prasy oskarżał Blake’a o to, że wciągnął jego córkę w twarde narkotyki, depresję i niszczący tryb życia. Wielu twierdzi, że ten tryb był równią pochyłą i że zabiła ją mieszanka alkoholu, narkotyków, depresji i bulimii. W filmie biograficznym „Amy” (reż. Asif Kapadia), Blake odbija piłeczkę i wyrzuca Mitchowi, że pierwszy epizod depresyjny Amy miała jako nastolatka, tuż po tym, jak jej ojciec wyprowadził się z domu. Film poruszył widzów i wkurzył Mitcha, choć w swojej wymowie stara się być jak najbardziej obiektywny. I też zadaje pytanie o przyczynę śmierci artystki. Zabił ją sukces – odpowiada. Co tym bardziej smuci, że Amy nigdy nie chciała być sławna. Przytłaczało i dziwiło ją wieczne zainteresowanie mediów. W trailerze do filmu padają jej słowa sprzed okresu największych sukcesów: „Nie sądzę, żebym w ogóle stała się sławna. Myślę, że bym sobie z tym nie poradziła. Chybabym oszalała”. W innym fragmencie dodaje: „Nie zależy mi na tym, żeby być gwiazdą, chcę być muzykiem”. Tak naprawdę pragnęła pozostać dziewczyną z sąsiedztwa, z londyńskiego Camden, gdzie się wychowała, gdzie umarła i gdzie dziś stoi jej pomnik.

Uwielbiała występować

„Śpiewam o tym, co w życiu nie gra, o tym, że możesz mieć dobre intencje, ale i tak coś się musi zepsuć” – mówiła w wywiadach. „Gdy słali mnie na odwyk, zastanawiałam się, czy mają tam dżin. Poza tym kto nakarmi moje koty? Nie, to nie dla mnie”. Zaśpiewała o tym w piosence, która stała się hitem. Była bezkompromisowa, mówiła, co myśli. Podczas gali nagród magazynu „Q”, gdy Bono wygłaszał podziękowania, przerwała mu słowami: „Zamknij się, mam to w dupie!”.

W 2002 roku podpisała pierwszy kontrakt z wytwórnią Universal, a rok później, po swoich dwudziestych urodzinach wydała pierwszą płytę „Frank”. Krążek zdobył dobre recenzje, ale dopiero wydany trzy lata później „Back to Black” przyniósł jej międzynarodową sławę. Soul, jazz, czarne brzmienie zmieszane z popem przyniosły jej pięć nagród Grammy (szóstą otrzymała już po śmierci) i BRIT Awards dla najlepszej wokalistki.

Tony Benett w wywiadzie dla „The Guardian” wyznał: „Nagranie z Amy Winehouse sprawiło mi największą przyjemność ze wszystkich, jakie miałem możliwość odbyć przy okazji tworzenia nowego albumu. Najlepsi artyści, jakich znałem – Frank Sinatra, Lena Horne, Pearl Bailey – wszyscy oni odczuwali motylki w brzuchu przed występem, martwili się o wynik, była w nich ta nerwowość. Amy była taka sama. Niepokoiła się, jak jej pójdzie. Czułem jednak, że uwielbia występować”.

To nie koniec

Winehouse znaleziono martwą 23 lipca 2011 roku. Za przyczynę zgonu uznano nieszczęśliwy wypadek spowodowany wypiciem alkoholu. Badania krwi wskazały 4 promile. Tym samym dołączyła do innych muzyków: Jimiego Hendrixa, Janis Joplin, Jima Morrisona i Kurta Cobaina, tworzących tzw. klub 27, którzy zmarli w tym wieku. „W narkotykach i alkoholu nie ma nic romantycznego!” – mówił ojciec Amy w jednym z wywiadów. – „Te wszystkie peany na cześć szybkiego życia na krawędzi to licentia poetica. Nic więcej. Naprawdę uważasz, że ci wszyscy ludzie: Keith Moon, Kurt Cobain, Sid Vicious, chcieli umrzeć? Nie. Myślisz, że zaplanowali sobie, że umrą w pewnym wieku? Nie. Zabił ich nałóg. Kompletnie stracili nad sobą panowanie”.

Patrząc na Amy Winehouse przez pryzmat jej porażek, nałogów, związków albo jej spektakularnych sukcesów, dołączamy do grona tych, którzy wolą oceniać zamiast być. A to drugie jest wciąż możliwe, wystarczy włożyć jej płytę do odtwarzacza – głos, emocje, klimat, jaki tworzyła, są niepowtarzalne i nieprzemijalne. Albo obejrzeć teledysk, filmik na YouTube czy dokument „Amy”, by choć przez chwilę poobcować z prawdziwym zjawiskiem, które bez poczucia banału można nazwać geniuszem w świecie muzyki.