fbpx

Ewa Kasprzyk – gotowa do skoku

Ewa Kasprzyk - gotowa do skoku
Ewa Kasprzyk: "Swój smutek zachowuję dla siebie, a czasami odważam się go pokazać na scenie". (Fot. Marlena Bielińska/ Move Pictures)

Zawsze w najlepszym momencie swojego życia. Niezależna, odważna, poszukująca. A że czasem nie pasuje do świata? To raczej świat nie zawsze pasuje do Ewy Kasprzyk. Więc daje mu energię, entuzjazm, kolory.

Tęsknisz za takimi rolami, jak ta, którą zagrałaś w „Bellissimie” Artura Urbańskiego?
Minęło 20 lat od tego filmu. Mam wrażenie, że dzisiaj kino szuka zwyczajności. A mnie jest trudno zagrać kobietę zwyczajną. Nie pasuję do takiego wyobrażenia. Ale czy Rita Hayworth albo Marilyn Monroe miałyby dzisiaj co grać? Jestem wyrazista i reżyserom pewnie najłatwiej jest ubrać mnie w diamenty, no i jest jakby luksusowo. Poza tym aktorka jest w Polsce eksploatowana tak do trzydziestki, bo ciągle jeszcze może rozdawać karty – grać żony, kochanki. Ale dość szybko zaczyna prowadzić dialogi z wnukami: „Nie mów do mnie babciu, mów po imieniu!”. Reżyserów mało ciekawią problemy dojrzałych kobiet. Zagrałabym chętnie studium takiej kobiety.

A taką nauczycielkę jak Olive Kitteridge, z nagrodzonej Puli­tzerem powieści Elizabeth Strout i serialu HBO, zagrałabyś?
Uwielbiam niejednoznaczne role. Postaci na pozór surowe i niesympatyczne, a okazuje się – kruche w środku. Kiedyś dostałam rolę matki w serialu, fajnie się zapowiadała, ale spostrzegłam, że ja tam stale odkurzam. „Ten dywan jest już czysty” – powiedziałam, rezygnując. Wprawiłam producentów w konsternację.

Ewa Kasprzyk - gotowa do skoku
Ewa Kasprzyk: „Jestem teraz bardzo szczęśliwa i to daje mi ochronę przed światem”. (Fot. Marlena Bielińska/Move Pictures)

Kiedy za „Bellissimę” dostałaś nagrody w Gdyni i Wenecji, pomyślałaś: „Teraz to ja dopiero pokażę”?
Poprzeczka została zawieszona wysoko, jako aktorka czułam się rozgrzana, gotowa mierzyć z coraz większymi wyzwaniami. Kiedy tak się nie stało, sama zaczęłam szukać takich „pełnych” ról. W „Bellissimie” zagrałam matkę, postać dość przerysowaną, zapatrzoną w Violettę Villas. Znalazłam „Patty Diphusę”, zbiór felietonów Pedra Almodóvara o życiu gwiazdy porno, z których napisałeś scenariusz. Wyreżyserowała Marta Ogrodzińska jako swój dyplom na reżyserii. Chodziłam od jednego teatru do drugiego i nikt tego nie chciał. Maciek Nowak doradził, abym poszła do Krystiana Legierskiego, i nagle słyszę: „Almodóvar! O, matko! Zapraszam”. Zagrałam „Patty…” w klubie Le Madame, właściwie w pełnym podziemiu. Był rok 2004. Le Madame nie ogłaszało nawet swojego numeru telefonu. Widzowie dzwonili do znajomych gejów z pytaniem, jak można tam wejść. Sama sprzedawałam bilety. Nastąpiła zmiana frontu. Bo kiedy już zrobiliśmy premierę, każdy chciał ten spektakl. Zagrałam go nawet w słynnym klubie Utopia. Grzegorz Jarzyna zaproponował przeniesienie do TR Warszawa, dużo jeździłam po Polsce. Widzowie pytali szatniarki: „Czy pani Patty już przyjechała?”.

Dawałaś tej gwieździe porno marzenia, czułość, zbudowałaś ją na czymś kruchym, co wzruszało ludzi.
Do dzisiaj słyszę, że to był kultowy spektakl i „dlaczego już pani nie gra Patty?”. Myślę, że widzowie mogli się w niej przejrzeć. Wszyscy jesteśmy tacy silni, opancerzeni, ale w końcu coś pęka i tak jak Patty zdejmuje swoją wysoką malinową perukę, tak i my wszyscy zdejmujemy kostium. Bez niego jesteśmy delikatni, może słabi.

Po „Patty…” przyszłaś do mnie z propozycją zaadaptowania niemieckiej powieści „Marilyn i papież”, napisanej przez żonę pastora. Znów reżyserowała Marta Ogrodzińska. Marzyłaś o zagraniu Marilyn Monroe, a tak nie lubiłaś jej grać. Dlaczego?
Nie umiem tego nazwać. Miałam poczucie, że się z nią mijam, gdzieś kłamię. Męczyłam się w tym spektaklu. Błagałam Krystynę Jandę, bo ona go wyprodukowała, żeby go zdjęła z afisza. „Jak mam to grać, to dwa dni wcześniej jestem chora, wszystko mnie boli, na niczym nie mogę się skupić. W zamian dam ci petardę”. Odpowiedziała: „Ja cię rozumiem. Są spektakle, w których też nie lubiłam grać”. No i cudem wydostałam „Patty Diphusę” z TR i przeniosłam do teatru Polonia, żeby to Krystynie zrekompensować.

To co było tak naprawdę z twoją Marilyn?
Widzę, że cię to męczy po latach. Chyba nie umiałam grać na takiej cienkiej strunie. Była różnica między wizerunkiem Marilyn a tym, jaka była naprawdę. Czegoś takiego chyba brakowało mi w tekście. Stał się dla mnie zbyt ekshibicjonistyczny, stałam na scenie w bieli, taka wyświetlona… Do tego jeszcze mówiłam monologi do papieża Jana XXIII. Nie wiedziałam, gdzie on jest. Nie mogłam mówić do widzów, bo jakby oni byli papieżami. To wymyślałam sobie, że on jest na tym słupie albo na tamtym. Miałam problem z przełożeniem relacji Marilyn i papieża na widza. Poległam. Koniec tematu.

Lubisz mierzyć się z ikonami? Grałaś na scenie również Violettę Villas, Dalidę…
Lubię. Ale od razu muszę wyznać, że Patty przykrywa wszystkie role – w niej jest i miłość, i szczerość, i ocieranie się o wulgarność… Jest śmiech i są łzy. No, jak u Almodóvara. Ciągle szukam takiej bohaterki. Kiedy patrzę na te wszystkie ikony, które grałam, to widzę, jakie one były nieszczęśliwe.

Co miały z ciebie?
Trudno mi to przechodzi przez gardło, ale myślę, że smutek. On we mnie jest. I kiedy mam chwilę dla siebie, to on mnie wtedy dopada, a ja daję sobie odrobinę luksusu, żeby się w nim pogrążyć… Nie obnoszę się z nim, nie pokazuję światu. Trudno jest być ciągle energetyczną, optymistyczną, hej, do przodu. Taką, której ludzie zazdroszczą. Ludzie prawdziwie smutni zachowują to dla siebie. I ja swój smutek zachowuję dla siebie, a czasami odważam się go pokazać na scenie.

Te kobiety dają ci do tego odwagę?
Raczej stempel takiej od odważnych zadań. Takiej, która otwarcie mówi o seksie, stoi po stronie LGBT+, przekracza granice. Dały mi wiedzę o tym, jakie może być życie, jeśli stracisz nad nim kontrolę przez alkohol, narkotyki czy toksyczne związki. Ale chociaż jestem artystką, to twardo stąpam po ziemi, zachowując rozsądek. Myślę, że grając je, na chwilę je ratuję. Widzę, jakie to zagubione, a przy tym ufające kobiety. Pracując nad rolą Dalidy, czasami się bałam. Bo co jeśli tak się wczuję, że mi się coś takiego przytrafi? Że spotkam mężczyznę, który mnie sprowadzi na manowce, i będę musiała sięgnąć po tabletki? Zaraz pomyślałam: „Skąd, jestem zodiakalną kozicą, jednak nie, umiem się przyczepić do skały”.

Bałaś się, że możesz się tak zakochać?
Przecież nie mówię, że nie byłam tak zakochana… Umiałam się opamiętać. One troszkę wchodzą w moją skórę, kiedy je gram. Mierząc się z Villas, też chciałam być takim kolorowym ptakiem. A, nie pójdę gdzieś, bo kot mi przebiegł drogę, albo się spóźnię 40 minut, bo mogę być ekstrawagancka. Ale nawet kiedy w moim odczuciu spóźniłam się na zdjęcia, okazało się, że i tak jestem za wcześnie. Mam piękny zawód, nie muszę się truć naprawdę. Mogę się otruć na scenie. To lepsze. Zawsze coś pięknego może się w życiu wydarzyć. Zawsze można znaleźć powód, który nada sens kolejnemu dniowi.

Miałaś przypięte włosy Villas i jechałaś do mamy, do szpitala.
Tak było, musiałam zderzyć się z rzeczywistością. I grałam postać, która też za chwilę umierała.

Jesteś ikoną dla innych?
Oczywiście! Ludzie mówią: „Przecież pani jest ikoną”. Odpowiadam: „Halo, halo, stop! Jeszcze żyję”. To mówią: „Ale pani jest legendą”. A skoro tak, to nie musiałabym już nic robić, po co się męczyć. Osiadłabym na greckiej wyspie. Miałabym wszystko w nosie. Ale pewnie za długo bym nie wytrzymała. Kiedy teraz, po miesiącach pandemicznej przerwy, wyszłam przed publiczność, jakbym dostała tlen. Aktor jest przyzwyczajony do rutyny. O szóstej siada w garderobie, wyrzuca z siebie kłopoty, wymienia anegdotami, przygotowuje. O siódmej kurtyna idzie w górę, a ja na scenę. W tej rutynie wykrzesuje się energia. Kiedy nie wychodzę na scenę, ta energia usycha. To była wielka przyjemność zagrać pierwszy raz po przerwie „Kto się boi Virginii Woolf?” w teatrze Polonia. Widownia była w maskach, a mimo to czuliśmy, że reaguje.

Pisano o twojej Marcie, że jest „pewną siebie, drapieżną i epatującą swoją seksualnością kobietą”. Myślę, że po latach w komediowym teatrze Kwadrat znów wychodzisz na scenę z podobnym uczuciem, co w teatrze Wybrzeże, to tam przez 16 lat miałaś rollercoaster ról dramatycznych.
To była dobra szkoła, grałam rolę za rolą. Kiedy teraz spotykam w serialach młode aktorki i widzę, jakie mają o sobie mniemanie, myślę: „Dziewczyno, w twoim wieku to ja już cięłam takie rólska… Grałam Różewicza, Dostojewskiego, Szekspira, Czechowa”.

Słusznie pamiętam, że w Wybrzeżu konkurowałyście z Dorotą Kolak, obie absolwentki krakowskiej szkoły?
Kiedy zaczęłam pracę, Dorota była tam gwiazdą. Grała wszystko, o czym może marzyć aktorka, ale trudno, żeby nie grała, będąc synową dyrektora. Uważam Dorotę za wybitną aktorkę i dobrze, że grała te role. A jednak czasami bolało. W „Trzech siostrach” zagrała rozkapryszoną Maszę, a ja Olgę, poukładaną nauczycielkę. Uważałam, że Masza jest dla mnie. Pewnie każda z nas miała poczucie konkurencji. Dość szybko zaczęłam grać w filmach. Dorota mówiła: „No, wiesz, wszystko mogę ci wybaczyć, ale tych filmów nie”. A potem dostała główną rolę w serialu „Radio Romans”, z czasem role się odwróciły, bo dostaje dużo ciekawych propozycji filmowych.

Znakomite role w filmie i teatrze stworzyłaś u reżyserki Barbary Sass. Dobrze się dogadywałyście?
Przychodziliśmy z Mirkiem Baką rano na próby „Tutama” Schaeffera, a Basia mówiła: „Błagam, tylko nie grajcie”. Bo aktor lubi pokazać z rana, jaki jest zwarty, gotowy i wszystko potrafi. Była blisko aktora. Na próbach zawsze obok, na scenie. Bywało, że miałam do niej żal, bo obsadzała inne aktorki, jakby nie wierzyła, że mogę zagrać te role. Po „Bellissimie” powiedziała: „Zawsze uważałam, że powinnaś być taka charakterystyczna”. „To co? Mam sobie żyletkami twarz pociąć? Bo jestem za gładka?”. Ona też chyba była zazdrosna, że gram u innych reżyserów. Ale przyjaźniłyśmy się. Miałam z nią kontakt, kiedy zachorowała. Myślałyśmy obie, że niejedno jeszcze razem zrobimy. Pamiętam casting do naszego pierwszego filmu, do „Dziewcząt z Nowolipek”. Obsadziła cztery młode aktorki, debiutantki. Byłyśmy napalone na granie i przerażone zarazem. Z tej czwórki chyba tylko ja się tak w kółko „wajcham”, raz w tę raz w tamtą. Wraca wrażenie, że jeszcze nie uruchomiłam w sobie tego czegoś, co by mnie pokazało z innej strony.

W twojej rodzinie były silne kobiety?
Silne i prawdziwie dobre. Moja babcia, moja mama, moja siostra – wszystkie o dobrych sercach. Gosia, moja córka, też taka jest. Nauczono nas samodzielności, co nie zawsze jest dobre. Sama bywam speszona, bo zapominam o swojej kobiecości i raptem ktoś mnie przepuszcza w drzwiach albo chce mi pomóc. Jak to? Ja sama, sama… A przecież lubię etykietę, dobre maniery.

Kiedy spotykałyście się z mamą, siostrą, iskrzyło?
Słuchaj, któraś w końcu musiała odpuścić. Ale siła nie polega na uporze. Siła to prawość – nie oszukujesz, nie kłamiesz, nie przekręcasz. Siła to morale. To sprawiedliwość.

Kiedy zrozumiałaś, że jesteś sprawiedliwa?
O, bardzo wcześnie. Potrafiłam w szkole podstawowej bronić koleżanki, która odpowiedziała dobrze, a dostała słabszy stopień. Kiedyś zakradłam się do dziennika i poprawiłam koleżance stopień na lepszy. Potem ojciec wezwał mnie na dywanik, bo był dyrektorem tej szkoły… Tłumaczyłam mu, że to nauczycielka się uwzięła. Czyjaś krzywda zawsze najbardziej mnie boli. W moim zawodzie trzeba mieć i odporność, i siłę. Ale nie myśl, że tak łatwo mnie przeanalizowałeś.

Przyjaźnicie się z Gosią, twoją córką. Razem jeździcie na wakacje.
Przeszłyśmy różne etapy. Ostatecznie jestem od bycia złą i dobrą matką. Przestałam się obwiniać. Ciągle miałam poczucie, że za mało czasu jej poświęciłam, bo grałam, jeździłam w trasy. Moja mama też nie dawała mi tyle czasu, ile chciałam. Rodzice pracowali. Tak naprawdę wychowywała mnie babcia. Kiedy Gosia przeszła bunt, co normalne u nastolatków, pomyślałam, że teraz jest dobry czas dla nas, dorosłych i dojrzałych kobiet. Zaczęło się od wyjazdu do Tajlandii, od boksu. Ta pierwsza podróż nie była łatwa. Razem na ringu. Wszyscy Małgosię pytali: „Co ty, matkę bijesz?”. Boks podziałał na nas terapeutycznie. Jeździmy tam od kilku lat, wchodzimy na ring, sparingujemy. Dzisiaj wiem, że w relacjach trzeba najprościej – mówiąc: „kocham cię”. Choć czasem tak trudno się przełamać. Zwłaszcza jeśli są zaszłości. W końcu zrozumiałam, że moje dziecko jest osobnym bytem. Nie mogę jej dyktować, co ma robić, kim być i ona też nie może tego dyktować mnie.

Jest artystką, a ma tak wyrazistą i zauważalną mamę artystkę. Przekleństwo?
Niektórzy myślą, że dzięki mnie będzie miała łatwiej. Przeciwnie. Cały czas jest postrzegana przez pryzmat matki. Kiedy zapraszała mnie na swoje koncerty, siadałam gdzieś z tyłu, żeby nie odbierać uwagi, nie przytłaczać. Małgosia była w Meksyku, ćwiczyła jogę, szukała swojego miejsca w świecie. Teraz pracuje z Grzechem Piotrowskim, robią zachwycające projekty, pracują nad płytą.

Korzystasz z jej rad?
Jest bardzo dobrym pierwszym widzem. Przychodzi na próby generalne. Mówi wprost: „Źle grasz”. Pamiętam, że w „Berku” Marcina Szczygielskiego myślałam, że jak zmienię kostium na elegancki, to raptem powinnam stać się taka elegancka. „Nie musisz taka być, ten elegancki kostium powinien uwierać” – powiedziała i miała rację. Lubię grać Lewandowską z „Berka”. To duży fragment mojego życia w Kwadracie. Jan Kobuszewski powiedział, że nietrudno wywołać u widza płacz, trudno spowodować śmiech, to on jest natychmiastowym potwierdzeniem, że robisz to dobrze. Jeśli nie masz reakcji, grając w komedii, źle grasz.

W jakim momencie życia teraz jesteś?
Za każdym razem, kiedy udzielam takiego wywiadu, myślę, że w najlepszym. Na pewno wiek zaczyna stawiać jakieś ograniczenia, ale nie zauważam ich. Mam otwartą głowę. Miałam takie przyjaciółki jak Zosia Czerwińska, które były ponad wiekiem. Rozmawiając z Zosią, nigdy nie czułam przepaści pokoleniowej. Ale może z tą młodością w sercu, inteligencją trzeba się urodzić? Jestem teraz bardzo szczęśliwa i to daje mi ochronę przed światem.

O czym myślałaś, skacząc ze spadochronem?
Że będę innym człowiekiem.

Po wylądowaniu?
Tak. Miałam taką adrenalinę, że przez dwa dni po skoku unosiłam się nad ziemią. Jakbym wszystko mogła.

Nie bałaś się?
Kiedy byłam w górze, dostałam histerii. Cały czas kompulsywnie myślałam o tym, jak będę wyglądała w powietrzu. Miałam przypięte lusterko i ciągle nerwowo zerkałam, jak wyglądam.

Jak wyglądasz w czasie lotu?
No tak, bo mnie filmowali. Wiem, że to śmieszne. Ale to było po to, żeby odwrócić uwagę od strachu. Byłam zajęta badaniem fryzury, tym, jak będą wyglądały moje policzki… Kiedy później gdzieś leciałam, myślałam sobie: „O, stąd bym skoczyła, bo już z tej wysokości skakałam”. Teraz, będąc w Grecji, uznałam, że jestem ryzykantką. Pływałam w miejscach, które w ogóle nie są strzeżone. Rzucałam się do wody i płynęłam w skały. Na szczęście miałam okulary, a przecież obok przepływały meduzy o głowach jak dynie i mogły mnie poparzyć. Ciągle bronię w sobie tej dziewczynki ryzykantki, która urywała się matce i skakała ze słupa, zdzierając kolana. I ta dziewczynka znowu idzie, gdzie chce. Moja decyzja, aby odejść z teatru Kwadrat, była słuszna. Nie pogłębiam już ról kobiet, które odchodzą w nicość.

Twoje kobiety nigdy nie odchodzą w nicość.
Zastanawiałam się, czy to powiedzieć. Ale powiem – na tych wakacjach w Grecji się zaręczyłam. To się stało w Atenach, pod Akropolem. Znowu jestem gotowa do skoku, z asekuracją! 

Ewa Kasprzyk, aktorka, reżyserka. Była związana z teatrami Wybrzeże i Kwadrat. Działa na scenie niezależnej. Laureatka nagród na festiwalach w Gdyni i w Wenecji za rolę w filmie „Bellissima”, na United Solo Theatre Festivalu w Nowym Jorku za spektakl „Patty Diphusa”, a także Hiacynta za swoją działalność na rzecz tolerancji.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze