Ida Marszałek - W odmętach demencji. Juliette Binoche w druzgocącej roli córki, którą choroba matki stawia pod moralną ścianą [Recenzja]
00:00
05:51
„Na starość na pewno oddasz mnie do domu opieki” – to pełne rozgoryczenia zdanie, pada w polskich domach równie często, co kultowy tekst o podaniu szklanki wody. Wizja domu starości materializuje strach przed porzuceniem. Ośrodki opieki są kulturowym symbolem rychłego końca, ubezwłasnowolnienia, wykorzenienia, a także – co chyba najgorsze – ostatecznej zdrady dzieci, które dla własnej wygody wyrzucają rodziców na ich progu jak zużyty mebel. Na potrzeby seansu „Daleko od brzegu” musimy jednak porzucić kulturowe przyzwyczajenia. W filmie Lance’a Hammera pojawiają się pytania, które dystansują od aksjomatów miłości. Co jeśli dom, który powinien być ostoją bezpieczeństwa, zaczyna stanowić ogromne zagrożenie? Co jeśli przekazanie rodzica w cudze ręce jest wyrazem troski?
W odchłani własnego umysłu pogrąża się Leslie (Anna Calder-Marshall). Bystra jak brzytwa artystka, przez postępującą demencję cofa się w rozwoju do kapryśnej 4-latki. Kręci nosem na obiad, rozbieganymi oczami wypatrując czegoś słodkiego, na każde zaburzenie rutyny reaguje histerią. Jest w stu procentach zależna od swojego męża Martina (Tom Courtenay), miłości jej życia, którą poznała już w dojrzałym wieku. Do opieki nad Leslie poczuwa się też jej córka, Amanda (Juliette Binoche), która od czasu do czasu dojeżdża z innego miasta, by doglądać starszej pary. Podczas jednej z wizyt nakrywa Martina w trakcie stosunku ze swoją mamą. Przerażona, dzwoni na policję – to, co zobaczyła określa jako gwałt.
Kadr z filmu „Daleko od brzegu” (Fot. materiały prasowe)
Kto był inicjatorem aktywności seksualnej? Stęskniony mąż, czy żona z zaburzeniami psychicznymi i wysokim libido? Jeśli to faktycznie było jej wyraźne życzenie, czy bardziej humanitarne jest spełnianie jej zachcianek, czy powstrzymywanie jej przed ich spełnieniem? Kiedy Martinowi wytoczony zostaje proces, a psychiatrzy próbują dojść do prawdy, przebijając się przez mgłę umysłu Leslie, obowiązek opieki spada na Amandę.
Piętra domu Marina i Leslie łączą strome schody. Lance Hammer często koncentruje na nich uwagę kamery. Złowieszcze skrzypienie rozlega się za każdym razem, gdy bohaterka krok za krokiem człapie pod górę. Dom, który powinien stanowić bezpieczną przystań, staje się źródłem zagrożeń. Takich, z których zdrowy człowiek nie zdaje sobie sprawy. Amanda ma do wyboru pozwolić, żeby jej mama mieszkała pod jednym dachem z domniemanym napastnikiem, w miejscu, gdzie każdy próg jest potencjalnym niebezpieczeństwem lub umieścić ją w ośrodku opieki. Czy ma prawo decydować za nią? Czy zna ją lepiej niż kochający mąż, który jest stale u jej boku? Reżyser odsyła nas w pełne morze niewiadomych, raz po raz podtapiając kolejnymi kontrargumentami. Do brzegu mamy dopłynąć samodzielnie, ale okazuje się to niewykonalne. Bezkres moralnych dylematów pochłania racjonalizm.
Kadr z filmu „Daleko od brzegu” (Fot. materiały prasowe)
W tej niemożliwej do rozwiązania układance Hammerowi udaje się nie zrazić nas do żadnego z bohaterów. Choć postawiony w stan oskarżenia Martin ma duże poczucie niesprawiedliwości, silniejsze okazuje się uczucie empatii. Amanda z łatwością mogłaby znienawidzić ojczyma, jednak zbyt bardzo mu współczuje. Są w tym razem, tylko oni rozumieją ciężar sytuacji, w której się znaleźli. W przypadku obojga akty miłości stają się nierozerwalne z aktami krzywdy. Choć żadne z nich nie chce traktować Leslie przedmiotowo, okazuje się to nieuniknione. Relatywizmu moralnego nie udałoby się wykreować, gdyby nie wrażliwa i zniuansowana gra aktorska głównego tria. Anna Calder-Marshall i Tom Courtenay wywołali we mnie kalejdoskop uczuć, którego nie doświadczyłam od seansu „Miłości” Michaela Hanekego. Nic dziwnego, że za swój występ otrzymali Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie.
Reżyser może i nie daje nam odpowiedzi, ale zwraca uwagę na indywidualizm każdej starzejącej się osoby. Na systemowe luki, które zakładają, że uda się dopasować wszystkich do jednej procedury. Urzędy i protokoły ściągają z nas przytłaczającą odpowiedzialność, ale i pozbawiają humanizmu.
Kadr z filmu „Daleko od brzegu” (Fot. materiały prasowe)
„Daleko od brzegu” to nie tylko opowieść o konfrontacji ze starością i chorobą. To również portret trzech pokoleń kobiet. Dylemat Amandy obserwuje z lekkiego dystansu jej nastoletnia córka Sara (w tej roli znana z serialu „Bridgertonowie” Florence Hunt), która próbuje znaleźć dla siebie miejsce po przeprowadzce, a skomplikowane emocje przetwarza na TikToku. Reżyser mógł całkowicie skoncentrować się na złożoności tych trzech perspektyw, na tym, że uważna opieka nad starszymi w konsekwencji oznacza zaniedbanie młodych. Niestety Hammer ciągnie wątek dalej, chociaż swój film mógłby z powodzeniem zakończyć już kilka razy. Ostateczna puenta filmu, że życie zatacza koło, wydaje się okrutnie płytka jak na film z tak głębokim potencjałem.
Kadr z filmu „Daleko od brzegu” (Fot. materiały prasowe)
Polska premiera „Daleko od brzegu” odbyła się na festiwalu Tauron Nowe Horyzonty.