Marilyn Monroe umarła tragicznie 64 lata temu. Nie doświadczyła drugiej fali feminizmu, nie zdążyła przeczytać ani jednego numeru feministycznego magazynu Glorii Steinem, „Ms.”, nie zobaczyła upadku Złotej Ery Hollywood ani zniesienia cenzorskiego Kodeksu Haysa, który kontrolował ekranową moralność. Odeszła bez nadziei, jeszcze w starym świecie. Być może dzisiaj dano by jej szansę, na którą zasługiwała, dostrzeżono by talent gwiazdy bezwzględnie zaszufladkowanej w roli głupiutkiej blondynki. To co mogło być, ale nigdy się nie wydarzyło, wyobraża sobie Maggie Gyllenhaal w pokazywanym na Festiwalu w Wenecji filmie „Flesh Impact".
Tytuł filmu Maggie Gyllenhaal, który dosłownie można przetłumaczyć jako „wpływ ciała”, odnosi się do słów reżysera Billy'ego Wildera. Twierdził, że oglądając Marilyn Monroe na ekranie miało się wrażenie, że można było jej dotknąć, wystarczyło wyciągnąć rękę. Stuletnia aktorka w filmie Gyllenhaal o sile swojego „flesh impact" opowiada nico inaczej. Wraca pamięcią do czasów, kiedy żaden producent nie chciał dać jej roli, do chwili, kiedy zdecydowała się zawalczyć o siebie, wykorzystując ciało jako środek do celu. W onirycznej retrospekcji widzimy młodą Marilyn, która idzie w negliżu przez środek studia filmowego. Ten spacer zapewnił jej kontrakt. Atmosfera osiągalności, którą roztaczała wokół siebie aktorka była jej błogosławieństwem i przekleństwem.
„Flesh Impact" to w zasadzie nie film, a doświadczenie – na granicy snu i jawy. Opowieść o tym, jak Marilyn Monroe mogła postrzegać swoją rzeczywistość i o tym, kim mogłaby być dzisiaj. Hołd, który Gyllenhaal składa swojej koleżance po fachu, przypada dokładnie na setne urodziny najsłynniejszej blondynki. Przeszłość splata się z teraźniejszością dzięki występom dwóch aktorek: 93-letniej, jak zwykle wybitnej Ellen Burstyn, filmowej weteranki, która sama miałaby pewnie niejedno do opowiedzenia oraz 36-letniej Dakoty Johnson, która przechodzi na ekranie niezwykłą metamorfozę, portretując nieznośną lekkość bytu, balansowanie na granicy narzuconego jej wizerunku, frustrację i początki szaleństwa. Rola Johnson ma jeszcze drugi, symboliczny wymiar: obecnie aktorka jest w wieku, w którym Monroe pożegnała się z tym światem.
Co robi 100-letnia Marilyn Monroe, kiedy niespodziewanie zyskuje sześć dekad życia? Idzie na casting do teatru. Pojawia się spóźniona o godzinę, zdejmuje szpilki na scenie i z nonszalancją oznajmia zszokowanemu reżyserowi, że stara się o rolę Carol Cutrere w sztuce Tennessee Williamsa „Orfeusz zstępuje do piekieł”. Nic nie szkodzi, że jej postać to 25-latka, jeśli ktoś musiał walczyć tak zaciekle jak Marilyn, nie bierze sobie pierwszego „nie” do serca. Zanim jednak przechodzi do przygotowanego monologu, opowiada o swoim doświadczeniu. O Lee Strasbergu, który pod powłoką pięknego ciała dostrzegł ogromny talent dramatyczny. O Arthurze Millerze, który wspierał jej ambicję, ale i złamał serce. O świecie, w którym reguły ustalają mężczyźni, a marzenia mają wysoką cenę i spełniają się tylko połowicznie. O hollywoodzkim systemie, który psuje artystów od środka. Dakota Johnson, która pojawia się w retrospekcjach jest zarówno perfekcyjnym odzwierciedleniem tego, jak producenci i publiczność chcieli widzieć Marilyn, przedłużeniem zbiorowej fantazji, ale także osobą boleśnie żywą, zniszczoną osobistym dramatem.
W krótkim 17-minutowym metrażu nie da się oddać historii, która zasługuje na epopeję, ale da się oddać głos osobie, która nigdy nie była wysłuchana. Mieliśmy już „Mój tydzień z Marilyn (2011) z Michelle Williams oraz „Blondynkę” (2022) z Aną de Armas – oba filmy bardziej utwierdzające legendę ikony kina, niż odzierające ją z mitologicznych warstw. Na tym tle „Flesh Impact" zdecydowanie wypada najbardziej „cieleśnie”. Ukazanie Marilyn jako starszej, pięknej, pewnej siebie i niesamowicie odpornej kobiety jest kamieniem milowym walki, którą od lat są zmuszone toczyć kobiety w Hollywood. Jej opowieść, na wskroś osobista, jest także świadectwem ponadpokoleniowego, zbiorowego doświadczenia artystek. Celebrowanie godności tej, która była traktowana nie lepiej od przedmiotu daje nadzieję na przyszłość. Na to, że kobiety w końcu będą mogły mówić dokładnie to, co myślą i to na własnych warunkach.