Niech radosny, kolorowy plakat i uśmiechy na twarzach widniejących na nim aktorów was nie zmylą. „Ma to sens” z pozoru wygląda bowiem jak kolejny, niczym niewyróżniający się rom-com o dwójce młodych ludzi, którzy są skrajnie od siebie różni, ale i tak prędzej czy później fabuła zamknie ich w romantycznym objęciu. W rzeczywistości nowy film Pawła Podolskiego dotyka trudnych i jednocześnie bardzo aktualnych tematów, jednak robi to z lekkością, wrażliwością i humorem, których polskie kino skupiające się wokół tych zagadnień zwykle unika niczym ognia. Efekt? Mądra, zabawna i wzruszająca tragikomedia, której podnoszące na duchu przesłanie nie ginie pod ciężarem opowiadanej historii.
Antonii (Jędrzej Hycnar), bohater po życiowym kryzysie, żyje w całkowitej izolacji, trzymając się sztywno rutyny. Chce świętego spokoju, cichej pracy i braku ludzi wokół, chociaż wszyscy ciągle oczekują od niego, aby znalazł „w życiu coś na co warto czekać”. Właśnie wtedy, w miejscu, w którym pracuje, pojawia się żywiołowa, ekspansywna i chaotyczna Olga (Olga Kalicka), która jest zupełnym jego przeciwieństwem i jednocześnie wywraca ułożony świat mężczyzny do góry nogami. Najpierw demoluje ich miejsce pracy wózkiem widłowym, a potem uznaje go za przyjaciela. Choć on trzyma ją na dystans, ona stale narusza jego granice. Tak tworzy się wyjątkowy duet społecznych wyrzutków, którzy zakładają wspólny biznes i próbują odnaleźć cel w życiu.
(Fot. materiały prasowe)
Główni bohaterowie tej tragikomicznej opowieści pracują w jednej firmie z zabawkami. Gdy pewien niespodziewany incydent splata ich ścieżki, wiadomo już, że od teraz będą na siebie skazani. Brzmi jak absurdalna komedia omyłek, i poniekąd „Ma to sens” nią jest. Pod warstwą humoru kryje się jednak temat, o którym zdecydowanie mówi się za mało: męska depresja i społeczna presja, z jaką mierzą się mężczyźni. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z ciężkim kinem, które zostawia widza w poczuciu pustki i bezsilności.
(Fot. materiały prasowe)
Wręcz przeciwnie: seans daje nadzieję, a także uczy nas uważności na drugiego człowieka. Bo każdy z nas potrzebuje czasem uwagi i ciepła drugiej osoby. Zderzenie światów Antka i Olgi generuje oczywiście mnóstwo humoru, ale w gruncie rzeczy jest to dramat o skrajnie różnych, ale podobnie poturbowanych przez los ludziach, którzy poprzez nietypową przyjaźń próbują nadać swojemu życiu tytułowy sens. Film nie próbuje jednocześnie przedstawiać oczywistości jako wielkiego odkrycia, ale całkiem sprawnie zagląda w codzienność pokolenia młodych dorosłych, którzy wciąż nie wiedzą, co robić z życiem.
(Fot. materiały prasowe)
Scenarzystka Lynn Kucharczyk z wirtuozerską delikatnością nakreśliła przy tym głównych bohaterów, z bliska pokazując ich piękne niedoskonałości, z kolei reżyser Paweł Podolski nadał opowieści niewymuszoną lekkość, prowadząc narrację w bardzo przemyślany sposób. Mamy tu też do czynienia z nieco baśniowym przesunięciem rzeczywistości. „Żartobliwie ochrzciłem »Ma to sens« komedią prawie romantyczną” – mówi filmowiec, i faktycznie jest to historia, w której główni bohaterowie zdecydowanie mają się „ku sobie”, ale w sposób zupełnie pozbawiony zmysłowego czy seksualnego kontekstu.
(Fot. materiały prasowe)
Dzieła dopełnili natomiast aktorzy. Na pierwszym planie mamy bowiem zaskakujący zgrany duet: Jędrzeja Hycnara („Napad”, „1670”) i Olgę Kalicką („Rodzinka.pl”, „Dziewczyna influencera”), których dynamika na ekranie jest silnikiem napędowym całej fabuły. Dużym odkryciem jest tutaj Kalicka, która wchodzi w kadr z impetem i energią, której do tej pory w jej wykonaniu jeszcze nie widzieliśmy. Oczywiście można uznać ją za karykaturalną, ale ta przesada sprawia, że jej bohaterka zdecydowanie się wyróżnia i zapada widzowi w pamięć. Hycnar z kolei znakomicie sprawdza się w roli młodego mężczyzny, który zabrnął w życiu w ślepy zaułek, udowadniając tym samym, że jego kariera powoli wchodzi na nowy poziom.
(Fot. materiały prasowe)
Relacja bohaterów jest pełna napięcia i trudnych emocji, ale widać też, że twórcom zależało na uchwyceniu bardzo współczesnej wrażliwości. Dużo lepiej wypada jednak druga połowa filmu – ta bardziej dramatyczna, mówiąca o ludziach zmagających się z własnymi demonami, niż pierwsza, komediowa, w stylu poprzedniego filmu Podolskiego, czyli „Życia dla początkujących”. W drugim akcie pojawia się bowiem m.in. wątek ojca Olgi granego przez Artura Barcisia, który z rozbrajającym urokiem opowiada Antkowi o relacji ze swoją córką i tłumaczy mu, że warto znaleźć w życiu coś, co daje poczucie celu i spełnienia.
Poza wątkiem depresji u mężczyzn, mamy tu również nieprzesłodzoną historię o kobiecym gniewie, jednak nie tym pozytywnym, który popycha do walki o swoje prawa czy konfrontacji z nierównościami, ale tym, który przeradza się w agresję do tego stopnia, że nie tylko utrudnia codzienne funkcjonowanie w społeczeństwie osobie, która się z nim zmaga, ale też powoli staje się zagrożeniem dla innych. Film pokazuje jednak, że z odpowiednią pomocą, nad każdą taką dysfunkcją czy kryzysem zdrowia psychicznego da się zapanować. Dobrze jest więc zobaczyć w kinie historię, która nie ucieka od tych trudnych tematów.
(Fot. materiały prasowe)
Nie jest to oczywiście film doskonały i taki, który wbija w fotel – postacie i niektóre ich zachowania są nieco przerysowane – jednak fakt, że twórcy w ogóle sięgnęli po ten temat, warto docenić. Nie jest to również opowieść, w której pełna pozytywnej energii dziewczyna ratuje smutnego chłopaka, bo w relacji nie chodzi o to, aby jedno ratowało drugie. Oni ratują się sami, i to na innych płaszczyznach. „Ma to sens” to zatem pełne społecznych i psychologicznych obserwacji oraz chwytające za serce, ale przede wszystkim potrzebne kino – zwłaszcza w czasach, w których coraz więcej mówi się o zdrowiu psychicznym, samotności, presji i innych trudnościach, z którymi mierzymy się na co dzień.
„Ma to sens” obejrzeć można w kinach. Film w reżyserii Pawła Podolskiego bierze udział w Konkursie Perspektywy 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.