Joszko Broda – człowiek z lasu

Mat.Prasowe

Zacznę kontrowersyjnie. Moim zdaniem, sprzedaż twojej nowej płyty „Człowiek z lasu” powinna być w Polsce… zakazana. Ale o tym za chwilę.

Dołączyłeś do płyty niezwykły prezent: „Notes z lasu”. Czy możesz o nim coś więcej opowiedzieć? Skąd pomysł na taką formę kontaktu ze słuchaczami?

Szukałem sposobu, żeby dać słuchaczom możliwość i podsunąć pomysł na zrobienie czegoś w koncepcji „slow”. Po to, żeby mogli poczuć trochę lasu, który właśnie w takiej koncepcji trwa. Przed wydaniem płyty rozmawiałem z wieloma znajomymi na temat sposobu słuchania muzyki. Bardzo często jest ona formą towarzyszącą różnym innym czynnościom, co nie jest niczym złym, choć mi to raczej nie wychodzi – bo za bardzo słucham. Myślę jednak, że jest dużą wartością usiąść i skoncentrować się na słuchaniu.

Notes to taka pomoc. Co tam słyszysz? Zastanów się. „Słyszeć” a „usłyszeć” to jednak dwie inne sprawy. Usłyszeć, a potem to przetworzyć, sformułować myśl, zwerbalizować ją – to kolejny poziom. Taki pomysł na pogłębione słuchanie, które oprócz przyjemnego przeżycia, ma coś wywołać, coś zbudować, coś odkryć. Jestem poza tym bardzo ciekawy, co słuchacz myśli, gdy gram. W trakcie koncertów czuję emocje, czuję jakieś przeżycie, ale marzę o tym, żeby dowiedzieć się więcej na temat odbioru mojego muzycznego komunikatu.

Tak jak wspomniałem, uważam, że rozpowszechnianie twojej najnowszej płyty powinno być ustawowo zabronione. Nie tylko dlatego, że nic tak nie podnosi sprzedaży, jak etykietka zakazanego owocu. Powód jest inny. Muzyka na niej zawarta wywołuje w słuchaczu zbyt duże pragnienie rzucenia wszystkiego i przysłowiowego wyjechania w Bieszczady. Jest w niej ogromna tęsknota za tym, co proste, czyste i pierwotne. Kontrast między nią a zalewającym nas zewsząd plastikowym popem – jest miażdżący. Jej słuchanie może poważnie namieszać w głowie. Zgodzisz się z tym?

Chcę, żeby namieszało, ale zamiast Bieszczad, jako lokalny patriota, polecam oczywiście Beskidy. Myślę, że biorąc pod uwagę miażdżący zalew plastikiem, ustawodawca, nawet gdyby odczuł potrzebę zakazu rozpowszechniania mojej płyty, nie musiałby się wysilać. Tu nawet nie chodzi o gust muzyczny czy mierną edukację w zakresie sztuki. Rzeczy oparte na prostocie i pierwotnej prawdzie potrafią drażnić. Nie zagłuszają. Nie dają zapomnieć. To jest przekaz, do którego musisz się dostroić, inaczej będzie cię tylko irytował. A jest to przekaz, tak jak zauważyłeś, który prowadzi w zupełnie innym kierunku niż dzisiejszy zakręcony świat. Nie mam rewolucyjnych ambicji. Moja muzyka chce być enklawą, chwilą wytchnienia, miejscem, gdzie można wysiąść, odpiąć się, dać sobie czas. Tak jak Beskidy. No dobra, mogą być i Bieszczady.

A dlaczego nie nadałeś tytułów utworom znajdującym się na płycie? To niedopatrzenie, brak pomysłu czy celowy zabieg?

Szukałem odpowiedzi na pytanie: „jak przedstawić słuchaczom mój las?” Jak oddać uczucia, które wywołuje u mnie to niesamowite miejsce. Pomyślałem o niezależności, o poczuciu wolności, o możliwości budowania swojego świata, o przestrzeni, która cię nie ogranicza, ale daje ogromną inspirację. Doszedłem do wniosku, że odbiorcy poczują to, gdy nie narzucę im swojej narracji, gdy dam coś bardzo konkretnego, co jeszcze nie ma swojego imienia. Las w Istebnej jest w pewnym sensie mój. Mam tam własne miejsca, drzewa, kamienie. Połączyłem je nieodwracalnie z moją historią. Chcę, żeby moje dźwięki mogły stanowić dla każdego, kto zechce, utwory spersonalizowane. Chcę, żeby każdy miał możliwość dopasowania ich do swoich potrzeb, do swojego świata. Bardzo bym chciał, żeby stały się częścią czyjejś historii, czyjegoś życia.

Zapytam jak marketingowiec: do kogo chcesz trafić z muzyką z „Człowieka z lasu”?

Nagrywając te dźwięki, chciałem trafić do panów siedzących za szybką. Miałem to szczęście, że trafiłem na Piotra Mędrzaka i Marcina Godlewskiego. Trafiłem. Od momentu włączenia pierwszy raz przycisku „record” minęło 9 godzin, zanim zrobiłem pierwszą przerwę. Przyznam, że wiele lat czekałem na tę chwilę. Jestem muzycznym autochtonem. Muszę grać dla kogoś. To jest kwestia chwili, tego konkretnego momentu. Synergia muzyka i tego, kto słucha. Czy do kogoś jeszcze trafię? Mam nadzieję. Mam oczywiście sporo obaw, bo muzyka na tej płycie jest również formą mojego muzycznego credo. Celowo nie przesadzam z pięknymi, dopracowanymi do ostatniego szczegółu melodiami. To jest muzyka mocno nieskomponowana, pokazująca coś, co stanowi dla mnie sedno. Tym czymś jest brzmienie. Pierwotna rzecz związana z tworzeniem dźwięków. Jestem wyznawcą jednej nuty, jednego akordu. Zawsze szukałem czegoś najprostszego w najlepszym wydaniu. Fundamentu. Wiem, że trochę wkładam kij w mrowisko, ale wierzę, że znajdę kogoś, kto zechce popłynąć razem ze mną.

A kogo twoja muzyka z pewnością nie zainteresuje, nie poruszy?

Nie wiem, może folkowej policji  Chociaż nie, krytyka jest również formą zainteresowania. Grając na żywo, przeważnie znajduję pomysł na poruszenie słuchaczy, czasem stosując różne patenty na opornych lub na kontestatorów. Nie wiem, jak będzie z muzyką, która już została zagrana – czy będzie w niej na tyle energii, żeby przebić różne mury. Jak nie dziś, to jutro. Te dźwięki są cierpliwe. Nikogo nie wykluczam z grona odbiorców.

Co więc usłyszy na tej płycie mieszkaniec betonowej dżungli – człowiek spędzający kilka(naście) godzin dziennie w klimatyzowanym biurowcu?

Tego właśnie jestem bardzo ciekawy. Jeden z kolegów, dyrektor w dużej korporacji, jak usłyszał moje solowe granie, prosił mnie, żebym wydał taką płytę. Ta muzyka może być wytchnieniem, może przynieść chwilę odpoczynku. Sposób na relaks, odstresowanie się. Natura potrafi zmienić priorytety. W konfrontacji z nią pewne sprawy przestają mieć tak wielkie znaczenie, opada napięcie. Moje dźwięki są blisko przyrody. Spełnię swoje ambicje, gdy usłyszę, że mieszkaniec betonowej dżungli poczuł tęsknotę.

A jak myślisz, co usłyszą w tej muzyce kobiety, a co mężczyźni? Czy aby na pewno to samo?

Moje założenie jest takie, że każdy usłyszy coś innego. Być może będzie taka sytuacja, że mężczyźni nie zrozumieją tego, co usłyszały kobiety, a kobiety nie dowiedzą się tego, co usłyszeli mężczyźni, ale to już inna historia.

Ostatnia rzecz, odnośnie płyty, o którą muszę cię zapytać: dlaczego każdy utwór to popis tylko jednego instrumentu? Czy uważasz, że solowy instrument obroni się sam?

Muzykę dzielę na taką, której chcę jeszcze raz posłuchać i na taką, której drugi raz już słuchać nie chcę. Bez znaczenia jest dla mnie, czy to dźwięki zagrane solo czy w orkiestrze. Oczywiście miałem masę wątpliwości, czy to się obroni, ale od ponad dwudziestu lat brzmią mi w głowie słowa pana Janusza Gajosa, który kiedyś, jak mnie usłyszał, powiedział: „Joszko, wejdź do studia i po prostu zagraj sam to, co grasz. Jak to zrobisz, to ja będę słuchał”. Zrobiłem to wtedy, mimo że byłem młody i o realizacji nagrań mogłem tylko pomarzyć, ale jeden z moich kolegów, realizator dźwięku, udostępnił mi za darmo studio, bo był tego samego zdania co pan Gajos. Niestety, kolejny kolega też chciał sobie tego posłuchać i w tak zwanych „tajemniczych okolicznościach przyrody” taśma przepadła i już nigdy się nie znalazła, choć echo z niej przez wiele lat niosło się w przeróżnych zakątkach fonografii. Tak się sprawy potoczyły, że wróciłem do projektu po wielu latach, ale mam nadzieję, że pan Janusz, chce jeszcze posłuchać, jak sobie gram.

Wróćmy do tego, co robisz na co dzień. Grasz między innymi na drumli, okarynie, fujarach, rogach, trombicie, skrzypcach, gajdach beskidzkich, kozie podhalańskiej, a nawet na takich przedmiotach jak liść, słomka i trzcina. Dlaczego wybrałeś tak specyficzne instrumentarium? Nie ciągnęło cię nigdy na przykład do… elektroniki?

To specyficzne instrumentarium leżało pod nogami i rosło na gałęziach, gdy chodziłem jako dziecko po lesie. Brałem to, co było na wyciągnięcie ręki i grało. Wychowałem się w Istebnej, miejscu, gdzie żyli mistrzowie archaicznej sztuki budowy instrumentów pasterskich. Oni uczyli mojego tatę. Wychowałem się w takim środowisku. Gdybym miał jako dziecko dostęp do nagrań Fransa Bruggena, grałbym na flecie barokowym, ale YouTube ze swoimi dobrodziejstwami pojawił się w moim życiu dość późno, więc gram na chruście. Natomiast połączenie chrustu z elektroniką kręci mnie niewiarygodnie i jest to jeden z tematów, który chcę zrealizować w najbliższej przyszłości. To są, wbrew pozorom, nie tak odległe przestrzenie. Uśmiałem się kiedyś, czytając recenzję jednego z moich koncertów zagranych wyłącznie na podręcznym zestawie pasterza. Pani muzykolog zarzuciła mi, że przesadziłem z elektronicznym przetworzeniem moich dźwięków. Serio, nie mogę się doczekać, kiedy w końcu coś przetworzę.

Tworzysz muzykę instrumentalną, ale gdybyś miał do niej dorobić słowa, to o czym by one były?

O życiu, śmierci i o miłości. Nie mam pojęcia. Jak będę miał potrzebę zaśpiewania czegoś, to na pewno to się objawi. Nie wiem tylko, czy mnie zrozumiecie, bo pewnie będzie to w języku góralskim. Nie lubię śpiewać po polsku, bo zawsze robiłem to w gwarze i w tym czuję się dobrze.

Porozmawiajmy jeszcze o czymś pozornie z innej beczki. Założyłeś niedawno blog. Czy łatwiej jest ci przekazywać myśli za pomocą dźwięków czy słów? Jaką widzisz różnicę między tymi dwoma systemami porozumiewania się?

Jeśli chodzi o mnie, to mógłbym grać na pełny etat i nic by mi nie brakowało, ale ostatnio kolega, z którym bardzo dobrze się imprezuje, powiedział mi, że moje opowieści powinny mieć więcej odbiorców niż trzy osoby. Faktycznie, za pomocą słowa można przekazać bardzo konkretne historie i przemyślenia. Muzyka to głównie oddziaływanie na poziomie patosu, uczuć, emocji. Mi to wystarcza, ale zorientowałem się, że odbiorcy oczekują również na słowo opisujące mój świat. Wychowałem się w świecie bajkowym, niewiarygodnym. Muzyka przekazuje to na poziomie intuicji. Ludzie czują, że za tym stoi coś grubego i chcą się dowiedzieć – co. Łatwiej jest grać również dlatego, że jestem wtedy w obliczu audytorium, choćbym był nim tylko ja sam. Jak piszę, to nie mam pojęcia, kto będzie czytał. Nie mam bezpośredniego kontaktu z odbiorcą. To jest dla mnie spore wyzwanie.

 

Przeczytam ci teraz cytat z twojego bloga: „W dobrej muzyce musi być dialog i autentyczność. Oddałbyś życie za dźwięk? Pokaż mi pasję! Taką pasję, która prowadzi do swobody, czyniącej z muzyki doświadczenie tak naturalne jak oddychanie. Muzyka jako funkcja życiowa organizmu. O tym będę pisał.” Moje pytanie brzmi: jaką funkcję życiową organizmu pełni muzyka? I co dzieje się z organizmem, kiedy zaczyna stopniowo zatracać tę funkcję?

Dla muzyka jest to funkcja odpowiedzialna za komunikację ze światem zewnętrznym. Nie wiem, jak to powiedzieć, ale mogę ci to zagrać. Inna sprawa, czy zrozumiesz. Dlatego mamy tak przechlapane. W czasach liceum, gdy uprawialiśmy muzykę z Bartkiem Kudasikiem, mówiliśmy, że granie jest jak sikanie – i potrzeba, i przyjemność. Nie wiem, jak nie-muzyk reaguje na brak muzyki, ale dla mnie byłaby to jakaś amputacja. Muzyka jako funkcja życiowa pojawia się wtedy, kiedy możesz robić to bez większej analizy i angażowania w to procesów myślowych. Rodzaj nawyku. Uwielbiam patrzeć na artystów cygańskich, którzy między jednym pociągnięciem papierosa a drugim sadzą dźwięki, które są nieosiągalne dla reszty ludzkości, nawet choćby przyszło tysiąc duetów i każdy zjadłby tysiąc kwartetów.

To jeszcze jeden fragment z bloga: „Czasem słyszę, że jestem za bardzo szczery i bezpośredni, że nie tworzę kreacji, że interesuje mnie tylko muzyka. Moją ambicją jest, by niektóre media nigdy o mnie nic nie napisały. Nie należę do mainstreamu. Nie oddam swojej niezależności i nie będę niczyim niewolnikiem. Ponoszę koszt wyznawanych zasad. Myślę, że warto”. Ile konkretnie kosztuje cię wyznawanie zasad? Czy możesz podać jakiś przykład?

Konkretnie to ma być o mnie cicho w paru miejscach. Jeśli chodzi o zasady, to brak udziału w pewnych wątpliwej jakości projektach, to tylko wierzchołek. Nie trawię też pewnych form lansu. Całkiem niedawno grałem na celebryckim evencie, gdzie po występie schowałem się w najciemniejszym kącie. Mój nastoletni syn, który mi towarzyszył, podsumował, że w sumie to dobrze, bo miałem taką minę, że może lepiej, że nikt jej nie widział. Jedyna ścianka, na tle której lubię pozować, to ścianka lasu. Ale to są sprawy tak naprawdę błahe. Prawdziwe sidła są zastawiane w rozdziałach, punktach i paragrafach. Podpiszesz i po tobie. Jak nie podpiszesz, to możesz wracać do lasu. Zdarzyło się nie raz wyjście z negocjacji z poważnych gmachów z decyzją, że wracam do lasu i ze świadomością, że pewnie wywieszą niewidoczne, ale skuteczne billboardy z napisem „psów i Joszka Brody nie wpuszczamy”. Na szczęście las jest zawsze tam, gdzie był. Mam gdzie wrócić.

Uwaga: trudne pytanie. Co jest dla ciebie ważniejsze: wolność czy muzyka? Gdyby ktoś kazał ci dziś zrezygnować z jednej z tych rzeczy, to…

Serce czy płuca? No nie wiem.

Dobra odpowiedź! Na twojej stronie internetowej można przeczytać o prowadzonych przez ciebie warsztatach dla dzieci i młodzieży. Zaciekawiło mnie zdanie: „inspiracją do zorganizowania warsztatów było m.in. przekonanie, iż muzyka jest drogą do porozumienia między ludźmi niezależnie od wieku”. Czy zatem wierzysz, że muzyka może ocalić świat?

Jestem przekonany, że muzyka ocaliła już niejeden świat, ale dokonała tego w tak subtelny i nienarzucający się sposób, że mało kto był w stanie to zauważyć. Większość ludzi oglądających film śledzi fabułę, nie zdając sobie sprawy z roli dźwięków. Myślimy, że wzrusza nas historia, gra aktora, zwrot akcji. Wyłącz muzykę i zobacz to jeszcze raz, wtedy może zrozumiesz, kim jest mistrz drugiego planu. Zastanawiam się też czasem, co by było, gdyby z niektórych najlepszych przebojów wyciąć pasmo basu. Wokalistę, czy kogoś, kto gra solówkę łatwo zauważyć, ale muzyka jest pełna bohaterów, którzy nie noszą peleryny, nie widać ich na pierwszym planie, a jednak wnoszą ogromną wartość do naszego świata. Ale kiedyś, gdy już obudzimy się wewnątrz piosenki, wszystko wyjdzie na jaw.

Joszko Broda to muzyk, producent, multiinstrumentalista.

„Człowiek z lasu” to najnowszy solowy album artysty.

Premiera – 23 lutego 2019

 

Płyta do nabycia wyłącznie w Sklepie z lasu