fbpx

Joanna Kołaczkowska: Rzeźbienie w szarym mydle

Joanna Kołaczkowska: Rzeźbienie w szarym mydle
Fot. Łukasz Gawroński

Pamięta dokładnie, kiedy zauważyła, jak łatwo rozśmieszyć ludzi. To było na długo przed kabaretem Hrabi. Joanna Kołaczkowska chodziła wtedy do podstawówki – by usłyszeć gromki śmiech z sali, wystarczyło, że założyła ludową sukienkę i galoty. Zresztą ma z dzieciństwa wiele wspomnień. Kilka zabawnych, ale też sporo smutnych.
Jaka byłam jako dziecko? Najmniejsza. I w klasie, i na podwórku. Wołali na mnie Kruszyna albo po nazwisku. Z domu nazywam się Chuda i nikt z osiedla do końca nie wiedział, czy to jest moje nazwisko, czy przezwisko. Generalnie uznawano, że to jednak ksywka, bo też faktycznie byłam nie tylko mała, ale i chudziutka.

Do czasu, aż trafiłam do sanatorium. Tam na miejscu paśli mnie kurczakami, podejrzewam, że na hormonach, bo gdy mama przyjechała mnie stamtąd odebrać, to mnie nie poznała, wyglądałam jak jeden wielki pączek. Za to urosnąć nie urosłam, ale to u mnie rodzinne. Mama jest z nas najniższa, później siostra ciut wyższa, a na końcu ja. Klan kurdupli.

W nogi!

Mieszkałyśmy na obrzeżach Lubina, niedaleko obwodnicy. Nasze osiedle było zupełnie zwyczajne: bardzo dużo bloków, niezagospodarowane podwórko, śmietnik i jeden trzepak. A skoro już ten trzepak był, to wiadomo, co się robi na trzepaku. Całymi dniami wisiałyśmy z koleżankami głowami w dół jak nietoperze.

Z innych rozrywek miałyśmy park. Byłby całkiem fajny, gdyby nie roiło się w nim od ekshibicjonistów. Oczywiście, czasem w pogoni za ekstremalnymi przeżyciami jednak tam biegłyśmy. Krótka akcja, rozchylony płaszcz i już leciałyśmy z piskiem z powrotem. Nieco odważniej zapuszczałam się w tamte rejony z moim psem Budgiem. Za każdym razem, jak tylko wkraczaliśmy do parku, pies wspaniałomyślnie ode mnie uciekał. Najpierw odbiegał tak na dziesięć metrów, rzucał mi jeszcze ostatnie tęskne spojrzenie i gonił na oślep. Później odkryłam, że miał swoje powody. W całej okolicy spotykałam malutkie pieski identyczne jak nasz Budgie.

Bez porównania

Czasy się zmieniły. Mam 12-letnią córkę, raczej samodzielną, ale nie wyobrażam sobie, żeby Hania po szkole bez uzgodnienia ze mną urywała się gdzieś do wieczora i robiła to, co ja namiętnie robiłam w jej wieku. A robiłam rzeczy przeróżne, na przykład szłam do koleżanki do domu, tam wspinałyśmy się po klamce na szafę, z szafy skakałyśmy na zaścielone łóżko i tak w kółko. Wiem, że Hania pewnie też robi jakieś dziwne rzeczy, ale myślę, że dziś dzieci nie mają takich możliwości. Teraz dziecko tak po prostu nie pójdzie jedno do drugiego, najpierw trzeba rodzica uprzedzić, trzeba zaplanować, kiedy je odebrać, rodzice wymieniają się numerami komórek. Krótko mówiąc, nawet taka szybka „ustawka” na skakanie po szafie musi być zaplanowana. Nie ma co porównywać z czasami, w których ja się wychowałam.

Nie chcę uogólniać, ale mam wrażenie, że nami się nikt specjalnie nie zajmował. Wszyscy chodzili z kluczem na szyi i robili, co chcieli. Z dzieciństwa pamiętam jedno wielkie poczucie wolności. Z drugiej strony, ten brak ograniczeń powodował, że nie czułam się superbezpiecznie, więcej: czułam się niezaopiekowana.

Teraz, kiedy to analizuję, nie mieści mi się w głowie, że z siostrą wracałyśmy same z przedszkola. Ona była wtedy w starszakach, ja w grupie średniej. Miałyśmy pięć i sześć lat. Takie małe dziewczynki przechodziły same przez ruchliwe ulice, oczywiście, nie po pasach. Nasza droga z przedszkola była makabryczna. Ale co zrobić? Tato zmarł, jak byłyśmy malutkie, mama musiała nas utrzymać, nie było dzisiejszej instytucji niani. Jedna nasza babcia mieszkała bardzo daleko, druga bliżej, ale ciężko pracowała na wsi, a poza tym, jak miałaby do nas przyjechać? Komunikacja podmiejska była beznadziejna, mama, zatrudniona jako księgowa w kopalni miedzi właściwie już pod Lubinem, nie miała żadnego bezpośredniego autobusu, codziennie szła pieszo do pracy i z powrotem, około pół godziny w każdą stronę.

Chce pani wiedzieć, jak odnajdowałam się w tamtej sytuacji, bez ojca? Porównuję się do mojej córki i dostrzegam, że Hania jest osobą bardzo optymistyczną, ja siebie takiej nie pamiętam. Myślę, że śmierć taty zaważyła na moim dzieciństwie. To były czasy, kiedy nie było fali rozwodów jak dzisiaj, raczej wszyscy mieli i mamusię, i tatusia, dla mnie i dla mojej siostry wynikało z tego wiele przykrych sytuacji.

SKO i baniak z prezentami

Oszczędzałam na książeczce SKO. Pieniądze wpłacałam nauczycielowi, lądowały – pamiętam – w jego foliowej torebce. Nie było tego dużo, dostawałam po grosiku od wujka, dziadka. Chodziłam do pobliskiego sklepu na zakupy i to, co zostawało, też sobie odkładałam. Nie zbierałam dla siebie, tylko na prezent dla mamy na Dzień Kobiet. Nie wiem, dlaczego akurat na Dzień Kobiet, a nie Dzień Matki, ale tak się uparłam. Od pierwszej do chyba piątej klasy przed 8 marca wypłacałam wszystkie oszczędności i szłam na zakupy. To był dla mnie czas niesamowity, czułam się bardzo, bardzo ważna. Chodziłam po mieście, w którym, oczywiście, niczego nie było, mimo to zawsze starałam się wybrać coś najpiękniejszego, jakieś naczynie, miseczkę albo kubeczek. Z roku na rok coraz bardziej się w tych zakupach realizowałam. Zaczęłam od drobiażdżków, aż odbiła mi szajba. Któregoś roku kupiłam mamie całą siatę prezentów. Ukryłam ją na balkonie, w takim wielkim aluminiowym baniaku, w którym się trzymało pościel z magla. To miała być niespodzianka, ale mama ją odkryła przed czasem. Co było w baniaku? Na przykład broszka pajączek, badziewie straszne, zamiast nóżek miał zwisające łańcuszki. Oprócz pająka kupiłam suszarkę z niebiesko-białego plastiku i parę innych rzeczy. Mama zajrzała do baniaka i przeżyła szok. W końcu usiadła i podliczyła, ile to musiało kosztować. I wyszło, że prawie połowę jej miesięcznej pensji. Zorientowała się, jakimi dysponuję pieniędzmi i jaka potrafię być oszczędna i konsekwentna. Jednocześnie zaapelowała do mnie, żebym jej więcej takich wielkich prezentów nie robiła. Tak czy inaczej suszarka, pierwsza w naszym domu, służyła nam przez wiele lat.

Przezroczysta

Nie cierpiałam szkoły podstawowej. Czułam się w niej obco i nie na swoim miejscu. Czasami miałam wrażenie, że jestem przezroczysta, że i tak mnie nikt nie dostrzega. Byłam zamknięta w sobie, zresztą do tej pory jestem raczej zdystansowana wobec życia. Na scenie to co innego, jakby otwierał się nowy wymiar, wychodzi ze mnie coś, czego nie mam na co dzień, potrafię krzyknąć, tupnąć. Prywatnie wolę wchodzić w rolę obserwatora i tak zdecydowanie jest wygodniej. Uwielbiam się śmiać, ale komfortowo czuję się tylko w wąskim gronie osób. Wtedy też tak było. Nie podchodziłam do ludzi, których nie znałam, nie potrafiłam zagadnąć, bardzo się bałam świata. A z drugiej strony, miałam jednak swoją bandę dziewczyn z podwórka, urządzałam co chwila wybory na przewodniczącą, które, oczywiście, fałszowałam. Robiłam też, pamiętam, „Janosiki”. Taki numer, że cała klasa była bandą Janosika. Na przerwach ustawiałam dzieciaki w jednej części korytarza, wydawałam potworny okrzyk „Janooooooosik” i leciałam przed siebie, a wszyscy za mną. Biegliśmy i wywalaliśmy po drodze tych, którzy stali akurat na korytarzu. Takie szybkie akcje dodawały mi skrzydeł. Na chwilę przestawałam być niewidzialna. A po nich znowu się w sobie kurczyłam i wycofywałam rakiem, jako że jestem spod znaku Raka.

Kompletnie nie docierała do mnie potrzeba edukacji. Przełomowy moment był wtedy, kiedy odkryłam dla siebie wagary. Wagarować zaczęłam w trzeciej klasie i najbardziej niesamowite jest to, że nikt się nie zorientował.

Kiedyś sprawdzano obecność tylko na pierwszej lekcji, potem już nie. Potrafiłam to wykorzystać do swoich celów. W czasie lekcji nigdy nie wychodziłam poza budynek szkoły. Bałam się wrócić do domu, to byłby grzech większego kalibru. Zamiast tego siedziałam zamknięta w toalecie. Damskiej. Z tornistrem. Opierałam nogi na ścianie, przysięgam, że nie skrobałam przy okazji żadnych napisów na drzwiach, trzeba to zanotować jako ważne wydarzenie, bo przecież mogłam niejedno wyskrobać. Z dzieciakami byłam umówiona, że jakby się któryś z nauczycieli o mnie pytał, mają mówić, że zaraz wracam. Ktoś wychodził ukradkiem do toalety, stukał do mnie, a ja szłam z powrotem do klasy, mówiłam, że się źle czuję i takie tam. I naprawdę żaden z nauczycieli się nie zorientował, a z ocenami dawałam jakoś radę. Wagarowanie skończyło się w jakiejś siódmej, ósmej klasie. W naszym życiu był już wtedy ojczym, on zaczął dopytywać, pilnować spraw związanych ze szkołą. To spowodowało, że się trochę bardziej przykładałam. A może po prostu zmienił się system sprawdzania obecności?

Randka z Cliffem Richardem

Długo strasznie się wstydziłam chłopaków. Zadawałam się tylko z dziewczynami. Nawet już pod koniec podstawówki, jak się zaczął czas prywatek, podpierałam ściany. I teraz nie wiem, czy to ja się zachowywałam jak dzikus, czy to sytuacja była niesprzyjająca. Na prywatce można już było dziewczynę wziąć za biodro, to znaczy bez przesady: w tańcu można było położyć swoje ręce na jej biodrze, a dziewczyna trzymała dłonie na ramionach chłopaka, taki taniec był wtedy szalenie modny. Dziewczyny tańczyły, a ja nie.

Pierwszą randkę przeżyłam w ósmej klasie. Z chłopakiem, który miał na imię Krzysztof. Umówiłam się z nim, chociaż od trzech lat byłam po uszy zakochana w Cliffie Richardzie, którego płyty długogrającej słuchałam non stop. Dużo później dowiedziałam się, że Cliff Richard jest gejem. A ja z nim chciałam sobie ułożyć życie! Na szczęście miałam jeszcze miłość zapasową: Paula McCartneya.

No, ale wracając do Krzysztofa i randki, zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam. Właściwie nie wiem, co sobie wyobrażałam, ale jakieś tam oczekiwania miałam. Krzysztof mi się, owszem, podobał, ale co miałam z nim robić? Na randce chodziliśmy w kółko po osiedlu. Chodziliśmy, chodziliśmy, a on opowiadał o swoim hobby, czyli o zbieraniu żołnierzyków. Niewiele się odzywałam, próbowałam coś zagadnąć o muzyce, bo Krzysztof grał w zespole, a ja też marzyłam, żeby nauczyć się na czymś grać. Skończyło się na tym, że z tej randki uciekłam i nigdy się już potem nie umówiliśmy. Krzysztof wywnioskował, że nie jestem chętna. Ani się z nim za rękę nie złapałam, o całowaniu nie było mowy. Teraz to nawet żałuję.

Zaciągnąć się na drzewie

Na długo przed tym, jak zaczęłam się na dobre umawiać z chłopakami, zapaliłam swojego pierwszego papierosa. Byłam mniej więcej w wieku mojej Hani. Ukradłam klubowego z paczki wujkowi i wspięłam się na kasztanowiec w ogrodzie dziadka. Zaciągnęłam się – inteligentnie – siedząc na samym czubku drzewa. Dobrze, że nie spadłam, bo prawie straciłam przytomność, jakoś się w ostatniej chwili przytrzymałam gałęzi.

Dziadkowie mieszkali 20 kilometrów od Lubina, we wsi Dziesław, spędzałam tam każde wakacje. Szalałam z końmi, krowami, do tego stopnia, że dziadek uwierzył, że zostanę na gospodarstwie. Byłam pierwsza do sianokosów, zajmowałam się podbieraniem jajek, karmieniem zwierząt. Ten zapał trwał całkiem długo, całą podstawówkę, trafiłam nawet do technikum ogrodniczego z taką myślą, że potem pójdę może na studia rolnicze. Tylko że ja w technikum, którego nie wspominam z entuzjazmem, byłam już myślami gdzie indziej. Nie powiem gdzie, bo to nie było konkretne miejsce.

Efekt komiczny

Pamiętam bardzo dobrze moment, w którym odkryłam, jakie to proste. Cyk! I już się ludzie śmieją. Mama siedziała na widowni, a ja z zaplecionymi warkoczami, w stroju ludowym występowałam z zespołem.

Realizowałam się w tańcu ludowym, a najbardziej lubiłam w nim takie elementy, do których można było podejść indywidualnie, wykonać pewien ruch po swojemu. Podnosiłyśmy na przykład spódnice i pokazywałyśmy długie galoty i ja robiłam to tak, że ludzie się śmiali. Głośno, ich śmiech wybijał się ponad muzykę.

Uczęszczałam na taniec do miejskiego domu kultury. Zresztą co chwila zapisywałam się na jakieś kółka, dosłownie na wszystko, na co było można. Podziwiam siebie, że chciało mi się chodzić tymi małymi nóżkami przez całe miasto. Biegałam codziennie na inne zajęcia. W poniedziałek rzeźbienie w szarym mydle od 16.00 do 17.00, we wtorek na taniec, a po tańcu na plastykę. Prawdopodobnie tak napięty grafik wprowadzał w moim życiu pewien porządek, którego szkoła nie była w stanie wprowadzić.

Ten sam wewnętrzny zew, który poczułam podczas występów z zespołem, wrócił, kiedy byłam w studium nauczycielskim w Legnicy. Organizowaliśmy ze znajomymi różne akcje, jakieś śpiewanie z playbacku, przebierałam się na przykład za pana Zbyszka Wodeckiego i śpiewałam „Chałupy Welcome To”. Z perspektywy czasu widzę, jakie to było prościutkie, ale efekt komiczny był, a na tym mi zależało.

Do tego to ty się nie nadajesz

Do studium poszłam, bo myślałam, że będę nauczycielką. Miałam praktyki w podstawówce w Lubinie i, niestety, przychodziłam do domu wykończona psychicznie, za bardzo się wszystkim przejmowałam. Po nocach śniły mi się dzieci z głowami zwierząt. Że się do mnie zbliżają, że mnie atakują, majaczyłam przez sen. Skończyłam szkołę z dobrymi wynikami, miałam odpowiednie papiery, ale wiedziałam, że to nie dla mnie.

Zresztą dla innych to też było jasne, mama po tym, jak wrzeszczałam przez sen, powiedziała mi wprost: „Dziecko, do tego to ty się na pewno nie nadajesz”.

Obietnica

Kabaret to już inna bajka. Pochodna zupełnego przypadku. Wstyd się przyznać, ale na studia poszłam tylko dlatego, że mój ojczym obiecał mi dżinsy. „Joasiu, jedź na te egzaminy – mówił – to ci je kupię”.

Mama do niczego nas nie zmuszała, chodziło jej o to, żebyśmy były z siostrą dobrymi ludźmi, żebyśmy były szczęśliwe. A więc umówiłam się na te studia z ojczymem, miałam sobie wybrać kierunek, a że – jak pani sama widzi – nie miałam specjalnie wybujałych ambicji, wybrałam po linii najmniejszego oporu.

Mój szwagier Darek Kamys, zwany Kamolem, studiował w Zielonej Górze na kierunku pedagogika kulturalno-oświatowa i ja stwierdziłam, że bez sensu wymyślać coś nowego. Pójdę tam gdzie on.

Akurat, kiedy się dostałam, Darek został kierownikiem w zielonogórskim klubie Gęba. W sumie trudno było żyć w Zielonej Górze i nie otrzeć się o kabaret. Przebywaliśmy w Gębie, nasiąkaliśmy tamtym klimatem. Był akurat casting do kabaretu Drugi Garnitur.

To nie Kamol wpadł na to, że ja mogę ten kabaret robić. Namówił mnie Adam Nowak, teraz lider zespołu Raz Dwa Trzy. Byliśmy razem na roku, razem zgłosiliśmy się na casting do Drugiego Garnituru i nas przyjęli. On po jakimś czasie się wycofał, ja zostałam. Po Garniturze był kabaret Potem i w końcu Hrabi.

Jestem wdzięczna Adamowi, Darkowi. No i ojcu, że mi wtedy obiecał te dżinsy.

Joanna Kołaczkowska rocznik 1966. Z kabaretem związana od końca lat 80. Występowała najpierw w Drugim Garniturze, a od 1989 roku aż do jego rozwiązania w Potem. Od dekady związana jest z kabaretem Hrabi. Autorka wielu skeczów. Występuje również w improwizowanym serialu „Spadkobiercy” w roli Dorin Owens.