fbpx

Mela Koteluk: Takie małe szperando

Mela Koteluk
Fot. Honorata Karapuda

W sobie, książkach, ludziach. – Jak się szpera w ludziach? – pyta Robert Rient. – Najważniejsza jest empatia. Czułość wobec cudzych myśli. Ponoć kilka moich piosenek uratowało parę związków – mówi Mela Koteluk.
Co w muzyce daje ci najwięcej szczęścia?

Energia. Wiem, to słowo wytrych, ale chodzi o interakcję. Najbardziej lubię koncerty, a zwłaszcza ten moment, gdy kończymy grać i podchodzą ludzie, żeby z nami porozmawiać. Lubię też odpisywać na e-maile, które od nich dostaję. Ponoć kilka moich piosenek uratowało parę związków. Często piszą do mnie mężczyźni, że jakiś utwór pomógł im spojrzeć inaczej na miłość, na kobietę, coś zrozumieć. To najcenniejsze, co mnie spotyka w pracy.

A nie obawiasz się mocy tego wpływu?

Na pewno odpowiedzialność rośnie. Ale gdy pojawia się strach, przypominam sobie, że to, co robię, jest uczciwe, bo jest w zgodzie ze mną. To punkt odniesienia. Jeśli mam do czegoś przekonanie i nie kieruję się zewnętrznym wpływem, buduje to moje zaufanie do samej siebie i do muzyki.

W wieku 16 lat wyprowadziłaś się z domu i przeniosłaś kilkaset kilometrów dalej, do Warszawy. Nie bałaś się?

Dziadkowie i rodzice bali się za mnie. Nie czułam strachu, a wdzięczność za wolność. Szybko zaczęłam zarabiać, śpiewając, na początku poezję, potem w chórkach, otrzymałam też dużo pomocy z domu rodzinnego. W pewnym sensie powtórzyłam los moich rodziców, którzy również szybko stali się niezależni i samodzielni. Gdy się urodziłam, moja mama miała 17, a tata 20 lat.
To musiała być szalona, namiętna miłość. Dzięki temu, że weszli w dorosłość razem w tak młodym wieku, najtrudniejsze życiowo chwile przeżyli wspólnie. To ich scementowało, są ze sobą prawie 30 lat. Pozwolili mi na wyprowadzkę, bo byłam nadzwyczaj poważna, odpowiedzialna i chyba mi ufali. Z czym innym musiałam walczyć – z własną skłonnością do matkowania. Próbowałam ustawiać ludzi pod własne dyktando. Odkryciem było dla mnie zrozumienie, że zbyt dużo oczekiwań wobec drugiej osoby zawsze prowadzi do rozczarowania.

Jak tego dokonałaś? Niełatwo przestać oczekiwać!

Tak, ale to jest bardzo egoistyczne chcieć, by ktoś był taki, jak sobie go wyobrażam. To znaczy, że nie chcę kogoś przyjąć takim, jakim jest. To osłabia, jedną i drugą stronę.

Co robisz, by nie ulegać pokusie?

Staram się kontrolować to, co myślę. Chciałabym nie popełniać ponownie tych samych błędów. Na przykład w związku. Dbanie o kogoś to ważny element, ale tylko w połączeniu z szacunkiem. Na przykład jestem z kimś, kto nie jada kolacji, a ja mu co wieczór ją przygotowuję, z nadzieją, że zje, bo tak się napracowałam, bo to zdrowe… A jeśli ten ktoś tego nie robi, nieważne z jakich powodów, to mam żal w sercu, poczucie odrzucenia, chociaż nikt mnie tak naprawdę nie odrzucił. Sama tworzyłam takie sytuacje.

To chore, teraz już wiem. Poza tym wywołuje poczucie zobowiązania u drugiej strony, która stara się zrobić lub dać coś, na co naprawdę nie ma ochoty. To jak mówienie komuś, co jest dla niego dobre. Długo robiłam tak ze swoją rodziną. Wpadałam do domu i chciałam zmieniać, edukować, poprawiać, burzyć ich porządek. To jest totalny brak empatii. Teraz staram się szanować autonomię innych.

Co było impulsem do pracy nad sobą, zmiany?

Miałam już dość swoich skrajnych stanów emocjonalnych. Dawniej leciałam bardzo wysoko, a potem bardzo nisko spadałam. Najgorszy stan to wisieć pięć centymetrów nad tak zwanym dnem, bo dopóki się nie spadnie, nie można się odbić, odskoczyć. Byłam niesiona przez życie, przeprowadzałam się jakieś 20 razy. Wydawało mi się to naturalne, ale te nieustanne zmiany powodowały, że nie miałam oparcia w sobie, poczucia bezpieczeństwa. Funkcjonowałam między skrajnościami.

Gdy przestały mi się układać relacje z ludźmi, z moimi bliskimi, dla których bywałam upiorna, postanowiłam zawalczyć o spokój. Zadbać o siebie. Skończył się mój wieloletni związek, zmieniłam mieszkanie, ponowne zmiany i kolejne początki. Musiałam przestać biec na oślep, przyjrzeć się sobie i zadać pytanie: „o co ci chodzi?”. Zrobić sobie takie małe szperando. To było rozdroże, punkt zwrotny.

Jak wyglądał twój bieg na oślep?

Nie miałam kontroli nad emocjami. Kumulowałam je, a potem wybuchałam. Jako dziecko miewałam szczękościsk, potem dowiedziałam się, że to z powodu nieumiejętności wyrażania emocji. Siedziały we mnie różne historie, uczucia, myśli. Wyładowywałam je na najbliższych, bo miałam w sobie nieustanne ciśnienie.

Robiłaś im awantury?

Szybko się ekscytuję, bliscy znają moje tak zwane kilkuminutówki. Niedawno odwiedził mnie tata, miałam mnóstwo pracy, to było tuż przed wydaniem płyty. Dużo się działo. Tata ugotował mi obiad, umył naczynia i odłożył na bok wszystkie te, które były wyszczerbione. Razem je wytłukliśmy, a potem ze śmiechem posprzątaliśmy. Jestem mu za to wdzięczna. Takiej formy wyładowania emocji cały czas się uczę.

To trochę jak zniszczenie mandali!

Zbierałam od ludzi ich myśli, trudne emocje, traumatyczne przeżycia, ja zresztą przyciągałam takie osoby i czułam się z nimi dobrze. Zajmowałam się cudzymi smutkami, by zakryć własne. Ale, inaczej niż w tworzeniu mandali, nie robiłam tego świadomie. W pewnym momencie przestałam sobie radzić z tymi wszystkimi uczuciami. Do tego nie umiałam odmawiać, chciałam wszystkim pomóc, tak jakbym była coś winna całemu światu. Potrzebowałam uznania i akceptacji. Wreszcie uświadomiłam sobie, że im bardziej przytulam siebie, tym bardziej potrafię przytulać innych.

Poza emocjami zbierałaś coś innego? Wspomnienia, bilety?

Miałam zwyczaj zabierania piasku z różnych miejsc, w których byłam, do tego kamyczków, papierków, gałązek, biletów. Gromadziłam mnóstwo rzeczy. To było takie symboliczne kolekcjonowanie. Ale przestałam chomikować. Nauczyłam się wyrzucać ciuchy, a miałam z tym problem. Teraz biorę do ręki ubranie i jeśli w przeciągu ostatnich dwóch lat nigdzie w nim nie wystąpiłam, to je oddaję.

Podobno za takim kolekcjonowaniem stoi lęk przed zniknięciem, śmiercią.

Zatrzymuje mnie widok staruszków, fascynuje mnie ten okres życia i smuci, jak bardzo osoby starsze są niewidzialne w naszej kulturze, jak są, a raczej nie są postrzegane. Chciałabym zestarzeć się pogodnie. Te myśli o starości to dla mnie oswajanie strachu przed śmiercią. Przez wiele lat odczuwałam lęk przed utratą, ale staram się go racjonalizować. Chcę żyć odważnie, przekraczać granice. Ze strachu zazwyczaj wychodzi coś dobrego. Ważne, by lęk nie stał się wyniszczający. Pomaga mi przekonanie, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Uczę się oswajać to, czego się boję.

Masz na to sposób?

„Wu wei” – pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą. Najgorsze jest wypieranie prawdy, tworzenie iluzji. Tłumienie uczuć nigdy nie działa. Pomaga mi obserwowanie, szperanie.

A gdzie szperasz?

W książkach i w ludziach.

Jak się szpera w ludziach?

Trzeba rozwijać empatię, wczuć się w kogoś, kto do ciebie mówi. Myślenie o innych pomaga powstrzymać negatywne instynkty. Najważniejsza jest czułość: wobec świata, ludzi, wobec cudzych myśli. To wymaga skupienia i otwarcia się. Społeczeństwo ponosi odpowiedzialność za skrzywdzone zwierzęta, za staruszków, których czyni niewidzialnymi, za samobójców, za wszystkich bezbronnych. Powinniśmy się nimi opiekować, a nie wykluczać.

A jak opiekujesz się sobą?

Robię sobie prezenty, małe nagrody za sukcesy. Takie jak zakup książki, płyty, pójście na koncert, wizyta w ukochanej knajpie. Myślę sobie: „Zapracowałaś na to, dałaś z siebie wszystko, więc teraz podziękuj sobie za to”. Poza tym kocham rytuały, one porządkują życie. Kawka z mlekiem rano, potem prasówka, grzebanie w internecie i spacery po mieście – to mnie uspokaja, lubię energię miast. Inny ważny rytuał to dbanie o bliskich, o kotkę Latencję.

Gdy idziesz ulicą, patrzysz na wystawy, ludzi czy pod nogi?

Najbardziej na ludzi, lubię podróże komunikacją miejską, wtedy czuję się bliżej świata. Ludzie mnie fascynują. Uwielbiam czytać biografie sportowców, podziwiam ich wytrwałość, pracę nad psychiką i ciałem, dążenie do celu. Dla mnie najważniejsza jest droga. Jestem „dachowcem”, miałam pustelnicze okresy w życiu, ale zawsze wykorzystywałam ten czas na rozwój.

A kiedy przyszła miłość?

W momencie, w którym pomyślałam: „uff, nareszcie mam święty spokój” (śmiech). W końcu spełniłam swoje marzenie i wydałam debiutancką płytę, chciałam opiekować się muzyką, kotem, a tu nagle pojawiła się miłość. Dobra, partnerska, budująca. Moje wcześniejsze związki kończyły się z różnych przyczyn, ale każdy z nich był istotny. Jeśli jesteś z kimś, kto nie pamięta, jaką pijesz kawę i codziennie przez trzy lata pyta, czy dolać mleka – powinien ci się włączyć sygnał ostrzegawczy. Drobne rzeczy mają znaczenie.

To jak to jest być zakochaną?

Miłość rozwija, ale tylko przy zaangażowaniu dwóch stron. Jestem z mądrym, wyrozumiałem facetem, który chce budować. Daje mi poczucie bezpieczeństwa i spokój, mogę po prostu być. Nie muszę nikomu podporządkowywać tego, kim jestem i co robię. Tworzenie wszystkiego, co trwałe, daje ogromną energię. Kiedyś moje życie to była czarna suknia i fortepian, chciałam cierpieć. Zmieniłam się, ciągnie mnie do ludzi, którzy mają w sobie pogodę ducha.

Mela Koteluk, wokalistka i autorka tekstów. 8 maja 2012 roku wydała swoją pierwszą płytę „Spadochron”, docenioną zarówno przez media, jak i słuchaczy. Śpiewała w chórkach u Gaby Kulki oraz w zespole Scorpions (wystąpiła z nimi m.in. w Royal Albert Hall na 80. urodzinach Michaiła Gorbaczowa). Obecnie, będąc w trasie koncertowej promującej album, inicjuje akcję wspierającą koncertowe granie „Nie bądź dźwiękoszczelny”. Kasia Nosowska powiedziała o niej: „do Meli łaszą się znaczenia – w słowach, głosie, w dźwiękach. Doprawdy wyborne!”