Mela Koteluk: Takie małe szperando

Mela Koteluk
Fot. Honorata Karapuda

W sobie, książkach, ludziach. – Jak się szpera w ludziach? – pyta Robert Rient. – Najważniejsza jest empatia. Czułość wobec cudzych myśli. Ponoć kilka moich piosenek uratowało parę związków – mówi Mela Koteluk.
Co w muzyce daje ci najwięcej szczęścia?

Energia. Wiem, to słowo wytrych, ale chodzi o interakcję. Najbardziej lubię koncerty, a zwłaszcza ten moment, gdy kończymy grać i podchodzą ludzie, żeby z nami porozmawiać. Lubię też odpisywać na e-maile, które od nich dostaję. Ponoć kilka moich piosenek uratowało parę związków. Często piszą do mnie mężczyźni, że jakiś utwór pomógł im spojrzeć inaczej na miłość, na kobietę, coś zrozumieć. To najcenniejsze, co mnie spotyka w pracy.

A nie obawiasz się mocy tego wpływu?

Na pewno odpowiedzialność rośnie. Ale gdy pojawia się strach, przypominam sobie, że to, co robię, jest uczciwe, bo jest w zgodzie ze mną. To punkt odniesienia. Jeśli mam do czegoś przekonanie i nie kieruję się zewnętrznym wpływem, buduje to moje zaufanie do samej siebie i do muzyki.

W wieku 16 lat wyprowadziłaś się z domu i przeniosłaś kilkaset kilometrów dalej, do Warszawy. Nie bałaś się?

Dziadkowie i rodzice bali się za mnie. Nie czułam strachu, a wdzięczność za wolność. Szybko zaczęłam zarabiać, śpiewając, na początku poezję, potem w chórkach, otrzymałam też dużo pomocy z domu rodzinnego. W pewnym sensie powtórzyłam los moich rodziców, którzy również szybko stali się niezależni i samodzielni. Gdy się urodziłam, moja mama miała 17, a tata 20 lat.
To musiała być szalona, namiętna miłość. Dzięki temu, że weszli w dorosłość razem w tak młodym wieku, najtrudniejsze życiowo chwile przeżyli wspólnie. To ich scementowało, są ze sobą prawie 30 lat. Pozwolili mi na wyprowadzkę, bo byłam nadzwyczaj poważna, odpowiedzialna i chyba mi ufali. Z czym innym musiałam walczyć – z własną skłonnością do matkowania. Próbowałam ustawiać ludzi pod własne dyktando. Odkryciem było dla mnie zrozumienie, że zbyt dużo oczekiwań wobec drugiej osoby zawsze prowadzi do rozczarowania.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »