fbpx

Robert Korzeniowski: Z bieganiem mam trochę pecha

Robert Korzeniowski: Z bieganiem mam trochę pecha
Forum


Robert, o czym mówisz, kiedy mówisz o bieganiu?

Ciągle uważam, że najbardziej nobilitujące jest chodzenie. Jeśli mam wolny weekend lub ciekawą trasę, to ciągle bardzo lubię chodzić. Z bieganiem, jak wiesz, mam trochę pecha.

Mówisz o Barcelonie, kiedy szedłeś już na metę ze srebrem na szyi?

Tak. Nie chodziło o to, że biegłem czy podbiegałem, tylko nie odpowiadałem pewnym kryteriom technicznym. To strasznie zawiłe i eufemistyczne, ale trudno nazwać kogoś, kto idzie z ugiętym kolanem, biegaczem. Zastanawiam się, czy dla mnie jest jakaś różnica między bieganiem a chodzeniem. Na tym etapie, na jakim jestem dziś, chyba nie ma, choć chodzenie bardziej mnie skłania ku temu, co robiłem zawodowo i co było moim znakiem firmowym.

Dziś, kiedy chodzę i kiedy się zatracam w tym chodzie, chyba bardziej jestem w swojej skórze. Natomiast obojętnie czy biegam, czy chodzę, kreuję przestrzeń, w której jestem w stanie odnaleźć równowagę i sferę mojej prywatności. Zwróć uwagę, że nigdy nie chodziłem ze słuchawkami na uszach. W czasie ważnych treningów był ze mną tylko ktoś, kto mierzył czas albo miał podać bidon. Muszę być w pełni skoncentrowany, żeby osiągnąć swój rytm. Umówmy się, że będę mówił „bieganie łamane przez chodzenie”.

Kiedy jestem w ruchu, kluczowe jest zharmonizowanie serca z oddechem, myślą. Daje mi to najwięcej przyjemności. Jeśli opanuje się w stopniu podstawowym umiejętność biegania i ma się już kondycję oraz technikę biegową, wcale się nie myśli się, żeby zrobić kolejny krok albo żeby poprawić sylwetkę czy bardziej prostować kolano. Dochodzimy do dobrze pojętego zautomatyzowania, kiedy pochłaniamy przestrzeń, myślimy o punkcie, do jakiego chcemy dobiec i analizujemy trasę. Jednak bieżący odcinek jest pozbawiony detali. Chyba, że będzie nim szeleszczący liść czy skrzypiący śnieg. To jest kapitalne. Czasem można zrobić dwugodzinny trening i odnaleźć się w tym spójnym świecie z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Dlatego potem chce się do niego wracać.

Mówisz z perspektywy mistrza olimpijskiego.

Nie mam prawa mówić inaczej. Po pierwsze, od dziecka nie mogłem uprawiać sportu. Owszem, ganiałem po podwórku, ale w szkole – jako astmatyk z choroba reumatyczną – byłem zwolniony z WF-u z całkowitym zakazem trenowania czegokolwiek. Potem ćwiczenie fizyczne było taką samą trudnością, jak dla każdego, kto zaczyna. Doskonale pamiętam bolące mięśnie, odparzone stopy, jakieś pęcherze i obtarte ciało od koszulki.

To chyba największa bariera na starcie. Przynajmniej dla mnie, tenisisty amatora.

Musisz zastosować metodę małych woreczków, czyli metodę nakładania podatków przez cesarza Hajle Selasje w Etiopii. Tym, którzy się dziwili, że jego naród może znieść takie podatki i biedę, tłumaczył, że on tylko dokłada kolejny mały woreczek. Jeśli ktoś chciałby mi zaproponować przebiegnięcie maratonu czy 50 km albo że będę robił to w takim czy innym tempie, wyśmiałbym go. Najpierw celem jest to, żeby fajnie się poczuć i pobiegać sobie w najbliższym parku, żeby mi lepiej smakowała kolacja, albo biegać do momentu, kiedy przegoni się ostatnie myśli z biura. Nawet się nie zorientujemy, kiedy dojdziemy do celów wielkich. Wówczas pokonujemy słabości i wytyczamy sobie wyzwania nieosiągalne dla innych, stając się cyborgami czy inspiracją. Wystarczy tylko wiedzieć, że trzeba dobrze dobrać skarpetki i buty, żeby nie mieć obtartych stóp; zastosować odpowiedni krem, żeby nie się mieć obtarć pod pachami; założyć okulary na trening i odpowiednio się ubrać. Oto elementy wcale nietajemnej wiedzy. Nie warto iść na skróty.

Z podziwem, ale jednocześnie politowaniem, patrzę na ludzi wychodzących na pierwszy jogging w butach koszykarskich i spodniach do jazdy na desce. Zaraz usłyszę, że bieganie to koszmar. Gdybym się tak ubrał, nie dałbym rady przebiec nawet małego odcinka. Potrzeba podejść do tego nieco bardziej metodycznie. Nie zachęcam do czytania wielkich książek dotyczących biegania. Od literatury nikt jeszcze nie nauczył się biegać. Ale czytanie, kiedy już ma się pewne podstawy, jest czymś bardzo przydatnym.

Dlaczego tak stanowczo podkreślałeś, że nie biegasz w słuchawkach?

To jedyna najważniejsza droga, by synchronizować nasze zmysły: dotyk, słuch, a nawet smak. Wyobraź sobie, że powietrze smakuje. Zmysły sprawiają, że w pełni odnajdujemy się w otoczeniu – tu i teraz. Jest to coś bardzo realnego i możemy czerpać przyjemność z tego co nam wysyła otoczenie. Jeśli odcinamy się dźwiękiem, nie jesteśmy w stanie usłyszeć muzyki świata.

Właśnie niszczysz jeden z najbardziej dochodowych interesów.

Ja tego nie kupuję, może jestem old-fashioned. Kiedy stratowałem, najważniejsze było dla mnie słyszeć własny oddech i kroki rywala. Czy zbliża się, oddala. W zimie dochodzi jeszcze kwestia bezpieczeństwa. Wówczas to, jak słyszałem i czułem podłoże, było niebywale istotne. Odcięcie się od tego, co jest integralną częścią treningu, jest jakimś totalnym nieporozumieniem. Lubię słyszeć rodzaj podłoża, po jakim się poruszam. Asfalt, tartan, bruk – to wszystko daje dodatkowe doznania. Jeśli malarze mogliby malować z fotografii, pewnie nie jeździliby w plener.

Poczułeś, że zdobyłeś Mount Everest?

W zakresie wyczynu tak. Wiedziałem, że nie chcę niczego więcej. Cztery razy wchodziłem na najwyższe podium olimpijskie i zaprogramowałem sobie koniec kariery sportowej tak, jak mogłem najlepiej. Ten program został zrealizowany. Potem od razu przyjąłem bardzo trudną propozycję zawodową. Dwa tygodnie po zakończeniu drogi wyczynowca dostałem pracę w TVP. Zacząłem zasuwać w telewizji, kierując sporym zespołem i nie potrzebowałem sprawdzania się na tym samym polu, żeby potwierdzić własną wartość. Nie ustawiałem się na linii startu Biegu Niepodległości, zastanawiając się, który będę, i jak zbliżę się do swojej „życiówki”. Było mi to kompletnie obojętne. Najważniejsze było to, żeby przez dwa lata nie odpuścić sobie w miarę intensywnego treningu, nie zaniedbać się fizycznie. Było to – poza tym – największym kołem ratunkowym w nowej pracy.

Strzeliłeś sobie dyszkę i dwunastkę i było ok?

Tak (śmiech). Pierwsze dwa lata, to był całkiem poważny trening, zdarzało mi się robić po piętnaście i osiemnaście kilometrów weekendowo. Potem już mniej. Pamiętam, jak wystartowałem w biegu tuż przed odpaleniem kanału sportowego. Mało trenowałem, bo dużo działo się w pracy. Nie miałem żadnej ambicji, oprócz tego, że wstyd by było pobiec tę dziesiątkę wolniej niż chodziłem. Przypomniałem sobie, jaki był mój rekord życiowy. Start był z Krakowskiego Przedmieścia, dalej biegło się w dół w kierunku Wilanowa. Kiedy już się rozpędziłem i biegłem w anonimowym tłumie, z minuty na minutę gdzieś odzywał się instynkt wojownika. Myślałem sobie: dogonię tego i jeszcze tamtego. Nie była to rywalizacja, ale jakaś wewnętrzna walka. Widząc ostatniego zawodnika przed metą, myślałem sobie: jeszcze go wyprzedzę. Byłem z siebie zadowolony, choć nawet nie wiem, który przybiegłem. Potem, w rozmowie ze znajomymi, uświadomiłem sobie, jak na różnych etapach jesteśmy. Dla mnie była to zabawa sam na sam ze sobą, z całym szacunkiem dla paru tysięcy ludzi biorących w tym udział. Dla innych było to bardzo ambicjonalne.

Obserwuję, jak wielu ludzi łyknęło bakcyla treningów i biegania. Kupują literaturę, doszkalają się i jednocześnie lubią być razem i w ten sposób celebrować początek wiosny, jak na przykład w półmaratonie. Wielu poważnych ludzi mogłoby inaczej spędzić tę niedzielę, ale umawiają się żeby pod koniec marca pobiec razem.

Co dziś ich tak nakręca?

Myślę że uczestnictwo w pewnym ruchu. Bieganie jest postrzegane jako wejście na pewną drogę, zupełnie jak we wschodnich filozofiach. Należę do pewnej kasty ludzi, którzy biegają. Doskonalę się, mam swojego mistrza, pracuję nad swoim ciałem, dojrzewam i jestem świadom swojej mentalności, wiem, jak przełamywać kryzysy. Myślę, że to jest dobre, bo nie prowadzi do szaleństwa wynikowego. Owszem zdarzają się patologie. Znam kolegów 60-latków, którzy zapomnieli, że nie są już wyczynowcami, tylko poważnymi weteranami. Medale, jakie zdobywają są fajne, ale to jedynie hobby.

Robert, ludzkie możliwości zostały przekroczone, nie da się już chyba więcej. Jednak, kiedy patrzę na świrów skaczących z wieżowców lub fruwających na motorach, nie dla medalu tylko przyjemności, zastanawiam się czy olimpiada jest jeszcze sexy?

Myślę że jesteśmy jak najdalej od tego, żeby olimpiada przestała być sexy. Fighters, o których wspomniałeś, mogą wkrótce stracić rację bytu bo marketing znajdzie kogoś innego albo oni się zestarzeją. Sukcesem igrzysk olimpijskich jest to, że w skali świata nie mamy tak globalnie pojmowanych symboli i rytuałów, jak te związane z igrzyskami. One były wprowadzane stopniowo, na gruncie ponad stuletnich nowożytnych igrzysk. Oczywiście, czerpią ze starożytności. Jednak sztafeta z ogniem olimpijskim, miasto igrzysk olimpijskich, obecność wszystkich państw, ceremonia otwarcia, jest ważnym symbolem – ogień jest wspólny. Nawet mundial nie jest tak globalny jak igrzyska. Rywalizacja między ludźmi, to nadal najlepszy sposób, by pokazać, co może człowiek. A dzięki nowoczesnej technice jest to relacjonowane tak, że każdy z nas może mieć igrzyska dla siebie. Nic się nie zużyło z igrzysk olimpijskich, poza frazesami, że liczy się tylko rywalizacja i zysk. To dziś bardzo zaawansowany świat, świetnie ułożony, jeśli chodzi o przekaz marketingowy i absolutnie globalny.

Jak sobie radzisz z biciem Twoich rekordów?

Kiedy się to dzieje, czuje się lekkie ukłucie. Ale z drugiej strony, to są zawodnicy, których bardzo szanowałem i rywalizowałem z nimi. Cieszę się, że miałem szansę wyznaczyć pułap, który w danej chwili był obowiązujący. Rekordy, jakie ustanawiałem na 50 km, były przełomowe, bo przez wiele lat nikt tego nie robił. Teraz ta bariera została przesunięta, choć rekord olimpijski na 20 km jest ciągle mój, podobnie rekord Uniwersjady.

Pamiętasz dokładnie ten olimpijski?

Godzina, 18 minut i 59 sekund. Paradoksalnie na 20 km nigdy nie byłem gwarantowanym faworytem, a ten rekord został. Pewnie zostanie pobity w Londynie*. Cieszyłbym się. Niech się sport rozwija, zwłaszcza kiedy obserwuję to z bliska. Jest tu jakaś nostalgia, ale o wyniki nie można być zazdrosnym. To tak, jakby się zazdrościło komuś, że ma osiemnaście lat.

* Podczas igrzysk w Londynie zwycięzca w chodzie na 20 km mężczyzn, Chen Ding, osiągnął wynik 1:18:46 i ustanowił nowy rekord olimpijski- red.

Jak to możliwe, że co cztery lata poprawiany jest rekord w sprincie?

To suma doświadczeń, technologii, treningu i tak dalej. Wracamy do igrzysk, które stają się miejscem, gdzie ludzie popisują się swoją doskonałością. Historia rozwoju sprintu jest nie taka długa. Nawet jeśli to sto lat. Mało kto pamięta, że na początku był start wysoki, a dopiero potem pojawił się niski, że nie było bloków startowych, tylko dołki kopane w piasku, żużel a nie tartan i skórzane kolce. Optymalizacja treningów, analiza biomechaniczna to całkiem nowe sprawy. Uważa się, że człowiek wykorzystuje tylko 7 proc. mózgu, więc spore rezerwy drzemią jeszcze w rozwoju układu nerwowego, czasu reakcji, przekazywania bodźców nerwowych do mięśni. Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale to są kolejne setne i dziesiętne części sekundy.

Będzie poniżej dziewięciu sekund?

Nie wiem. Może za następne sto lat.

Psuje Cię trochę świadomość bycia w elitarnym klubie mistrzów olimpijskich?

Gdybym nie zaczął swojej ścieżki sportowej od utraconego srebrnego medalu, to miałbym zupełnie inny stosunek do wszystkich złotych, które zdobyłem potem. Myślę, że w liczbie i kolorze tych medali przeważa poczucie pokory i zadumy nawet. To jakiś wielki kapitał, a jednak nie daje żadnych gwarancji na to, czy życie będzie lepsze i piękniejsze. Nieważne, czy ktoś ma trzy złote medale, czy tylko jeden srebrny. Dobrze jest jednak mieć to doświadczenie. Udział w mistrzostwach świata to nie to samo, co dojrzewanie do stawania się olimpijczykiem, a nawet wielokrotnym olimpijczykiem. To łączy ludzi poziomo, między dyscyplinami sportowymi. Moje medale są fantastycznym wspomnieniem, ale także obciążeniem, bowiem wszyscy wymagają ode mnie czegoś więcej.

W sporcie, który porzuciłeś?

Nie, na każdym innym polu.

Rozmowa odbyła się 4 lipca w Warszawie.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>