„Mama” Sylwii Kubryńskiej – lektura dla każdej kobiety?

Ciągła, nieustająca ocena: siebie, innych matek, powinności i macierzyństwa. Macierzyństwa, które zamiast nieść radość, wiąże się ze społeczną presją, wytykaniem błędów i dążeniem do bycia doskonałą matką. A najgorzej w tym wszystkim mają młode, samotne matki. Nie tylko opuszczone przez „ojca” dziecka, ale również przez społeczeństwo i przez rządzących.

Matki wiecznie zawodzą, a przynajmniej tak się czują, jakby ciągle nie były dość dobre. W swojej nowej powieści „Mama” Sylwia Kubryńska bardzo otwarcie rozprawia się z tym tematem. Wewnętrzny dialog i spostrzeżenia głównej bohaterki są jak podróż po „ciemnej stronie” społeczeństwa. Bo schemat macierzyństwa też się na to społeczeństwo składa. Tymczasem to, co negatywne narasta, ponieważ nie dajemy sobie i innym prawa do odczuwania gniewu, frustracji, zmęczenia, czy innych „negatywności”. Ganimy za to siebie oraz inne kobiety. O szczegółach przesłania książki i o powszechnym braku zrozumienia opowiada autorka w wywiadzie dla Zwierciadło.pl

Gdy wzięłam do ręki Pani ostatnią książkę, byłam przekonana, że przeczytam o kobiecie 30+, która robiąc karierę marzy także o wyidealizowanym macierzyństwie, a potem musi zmierzyć się z realną sytuacją. Ale to zupełnie inna historia. Ta książka powinna stać się, w moim przekonaniu, obowiązkową lekturą wszystkich licealistów (jako przestroga) i nie tylko!

Oj, dobrze by było! Tymczasem, jak zresztą zauważa moja bohaterka: nie ma żadnych szkół, żadnych „uniwersytetów” dla przyszłych mam. Nie ma przygotowań. Są tylko wymagania. Kobieta trafia na porodówkę i zaczyna się najtrudniejszy egzamin bez żadnych taryf ulgowych. I co gorsza, każdy ocenia. Każdy. Pielęgniarka, lekarz, potem ciotki, sąsiadka z dołu, kuzynka, babcia, koleżanka z klasy, wszyscy. I tak się składa, że nikt nie daje oceny pozytywnej.

Pomysł z lekturą jest kuszący, a jednak trzeba wiedzieć, że jeśli coś się staje obowiązkowe, zaczyna być znienawidzone, zwłaszcza przez licealistów. Może więc lepiej, gdyby książka była zakazana? To zawsze ma największą skuteczność. Dzieci sięgają po wszystko co zakazane, w tym seks bez zabezpieczeń. Dlatego jednak dobrze, że moja książka jest dostępna. Cieszę się, że się pojawiła i wzbudza emocje, dyskusję. To ważne, ważniejsze, niż te polityczne bzdury, którymi żyje cały dorosły świat.

Pomimo tytułu i opisów, a także głównego macierzyńskiego wątku, mam cały czas wrażenie, że ta historia jest w dużej mierze o powtarzaniu schematów rodzinnych, m.in. również o tym jak ciężko jest bez pomocy wyjść z biedy, w której się dorasta.

Tym bardziej, gdy ta bieda nie jest tylko biedą materialną, ale wynika z ubożyzny emocjonalnej. Moja bohaterka w pewnym momencie odżegnuje się od takiego uczucia jak miłość, bo przecież sama nigdy jej nie otrzymała. Nie dostała jej od rodziców, a chłopak ją oszukał. Dla ułatwienia sobie życia chce więc odrzucić emocje, chce być super cyborgiem. Zapomina, że to niemożliwe, bo jest przecież człowiekiem. A odcięcie się od miłości tylko ją krzywdzi. Ją i jej dziecko. Wiele razy doświadczyłam takiego podejścia. Kobieta czuje się bezbronna, bo ma emocje. Sama siebie ocenia gorzej ze względu na podatność na uczucia, nienawidzi siebie za to, że czuje głębiej. Tymczasem wszyscy, bez względu na płeć czujemy, tylko jesteśmy strasznie w tym czuciu zagubieni. Jeśli od pokoleń błądzimy po mapie emocji, nie dostajemy prostego przekazu od rodziców, że to co czujemy jest OK, że mamy do tego prawo – zaczynamy tłumić, balansować, oszukiwać samych siebie, gubimy się. I to jest największa bieda, przekazywana w schematach rodzinnych. Bieda w której najtrudniej żyć, głód, który najtrudniej zaspokoić – głód miłości.

Problem młodych, samotnych matek, które nie mają za co utrzymać siebie i dziecka jest wciąż bardzo niewygodny i „zamiatany pod dywan”.

Skoro dziewczyna, która przychodzi do domu „z brzuchem” jest z miejsca okryta hańbą, to co z tym zrobić, jak nie zamieść pod dywan? Ten proces okrywania kobiety hańbą dlatego, że mężczyzna ją zostawia jest bardzo niesprawiedliwy, krzywdzący. Właśnie z tego wywodzi się potem cała ta społeczna choroba, tabu samotnej matki, której nie warto pomagać, bo ma jakiś „nienormalny” model w domu. Tymczasem jej właśnie powinno się pomagać w pierwszej kolejności, bo to nie jest jej wina, że ktoś ją porzucił, to nie jest jej wina, że ktoś jest oszustem, nie płaci alimentów, nie bierze udziału w wychowaniu SWOJEGO dziecka. Przyzwolenie na niepłacenie alimentów, śmieszne zasiłki dla samotnej matki, ominięcie jej w tym całym programie 500 +, to wszystko ma ją dodatkowo ukarać. Tylko za co? Za to, że zaufała, że się zakochała, że pozwoliła komuś na bliskość? A może za to, że państwo nie zrobiło nic, aby ją wyedukować?

Każda matka daje temu państwu kolejnego podatnika, płatnika ZUS itd. Nieważne, czy samotna, czy nie. I należy się jej szacunek oraz pomoc. Niestety, mało kto tak na to patrzy. Matki to grupa najbardziej oceniana w Polsce, czasem wręcz pogardzana. Oczywiście samotne matki są najlepsze do ostrzału, bo nikt ich nie obroni. I mamy to co mamy. Jakiś profesor nazywa je w mediach pogardliwie „wózkowe”, w telewizji jakaś dziennikarka oburza się na to, że matka zmieniła dziecku pieluchę, ochroniarz wyrzuca karmiącą matkę z centrum handlowego. Jednocześnie największymi przywilejami cieszą się mężczyźni w sutannach, którzy z założenia się nie rozmnażają. A ja pytam, ludzie, czyście powariowali? Natura by was wyśmiała. Bo bez księży ludzkość sobie poradzi, a bez matek ten gatunek wyginie. Proste.

Ciekawe też, że główna bohaterka wydaje się lepszą matką właśnie wtedy, gdy jest samotną, walczącą matką. Później, gdy wychodzi za mąż i sytuacja materialna znacznie jej się poprawia, zaczyna na dorastającej „wpadce” odreagowywać wszystkie swoje frustracje. Z czego ta zmiana wynika?

Z ogromnej potrzeby akceptacji i przyjęcia przez nią tej powszechnej opinii, że samotna matka jest gorsza. Felerna, bo z dzieckiem. Ona tak bardzo chce się wpasować w ten schemat wymagań, że zaczyna marzyć o tym, jak by tu ukryć fakt, że ma dziecko. Bo przecież to, że ma dziecko, obniża jej wartość. To jest kolejny paradoks. Jak może obniżyć twoją wartość macierzyństwo? Przecież to człowieka wzbogaca! Ale wtłaczana nam do głów bzdura o hańbie, o tej dziewczynie, która przychodzi do domu „z brzuchem”, robi swoje. No więc ona tak się czuje. I zaczyna odreagowywać swoją frustrację na dziecku. Znów ten sam schemat. Zawsze dostaje się najsłabszemu. Dziecko jest więc potwornie samotne, wychowuje się obok rodziny, którą ona tak pieczołowicie próbuje sklecić według modelu wtłaczanego od pokoleń. Że musi być mąż, że mąż jest niezbędny dla niej, dla jej pozycji, dla jej wartości. Dziecko stara się jak może, żeby się dopasować i z roku na rok pogłębia się jego dramat. Co za tym idzie – pogłębia się również dramat matki. Jest w książce rozdział „Karteczki”, w którym ona widzi siebie na video, gdy jej mały synek próbuje z nią rozmawiać, a ona jest taka surowa, obca, daleka – to był dla mnie jeden z najtrudniejszych rozdziałów do napisania. Zawsze czytam teksty, które napisałam przed oddaniem do druku. Tego nie przeczytałam. Nie dałam rady. Poszło jak poszło. I do tej pory nie mogę tego przeczytać.

Nie ukrywam, że książka mnie przede wszystkim zasmuca. Mało w niej dodatnich emocji. W dodatku, dziwnym zbiegiem okoliczności, czytając ją natrafiałam w tych dniach na wiele zirytowanych matek, które ciągle warczały, wrzeszczały na swoje dzieci, albo szarpały je często bez powodu. No właśnie, i co takim matkom można powiedzieć? Nie czują tego, co by chciały lub „powinny” czuć, podobnie zresztą jak bohaterka książki o nieznanym imieniu. Później już tylko narasta w nich coraz większe poczucie winy i złość. Ot, taka wściekła codzienność.

To jest bardzo trudne, ale możliwe. Zdarzyło mi się to kilka razy w życiu. Pierwszy raz poszłam do sąsiadki, która strasznie krzyczała na swoją córeczkę. Córeczka miała pięć lat, w domu był też mały synek, kilkumiesięczny. Poszłam do niej i powiedziałam, że słyszę, jak się męczy, że to ją przerasta, że mogę pomóc. Popłakała się. A po łzach przyszedł spokój. Być może byłam w jej życiu jedyną osobą, która okazała zrozumienie, nie potępiła jej za gniew, który w niej kipiał. Bo to, co w matkach często siedzi to gniew, którego im nie wolno okazywać. Frustracja, że nie mają prawa do swoich emocji, ani do tego, żeby nie dawać rady. I straszne poczucie winy. Bo skoro nie daję rady, muszę być złą matką. Bardzo złą.

Kiedyś też jechałam SKM-ką, przede mną siedziała matka z córką i mówiła jej, że skoro tak „robi” to nic jej nie da do jedzenia. Nic. Że ją zagłodzi. Dziewczynka nie rozumiała dlaczego, bała się. Z kontekstu zrozumiałam, że matka jest bezsilna wobec córeczki – niejadka. Poszłam do nich, usiadłam, uśmiechnęłam się łagodnie i zapytałam, co dziewczynka lubi jeść. Okazało się, że jest mnóstwo potraw, które chętnie zje, o czym mama po prostu nie wie, bo nie zapytała. Mama była wściekła i bezsilna, bo córka nie chciała jeść tego, co ona przygotowała. A przecież to niekoniecznie musi jej smakować. Wystarczyło pogadać. Ta matka też się popłakała. A potem mi podziękowała. Da się. Tylko trzeba by wyłączyć to, co nam się natychmiast nasuwa: ocenianie. Oburzenie, co to za matka. Pamiętajmy, że każda matka się stara. Tylko po prostu nie umie. Nie wie. Nie skończyła tego „uniwersytetu” dla matek. Bo go nie ma.

Kim jest Julia, dla której dedykowana jest ta książka?

To jest dziewczyna mojego syna. To bardzo silna młoda kobieta, o której myślę w ten sposób: gdy ona się budzi rano, Lucyfer w piekle klnie z bezsilności: „o, k…, wstała!”. Myślę, że po całym tym zmaganiu w macierzyństwie dostałam w nagrodę od losu, a może do pomocy? – tę potężną wiedźmę, przed którą zło ucieka w popłochu. Każdej matce dorosłego syna życzę takiej synowej. A może inaczej. Każdej matce polecam takie podejście. Zaprzyjaźnij się ze swoją synową, ze swoim zięciem. Oni są po to, by pomóc. Moment, gdy dziecko staje się dorosłe jest bardzo trudny. Piszę o nim w książce: kiedy tracisz całkowicie władzę i już nic nie możesz, zupełnie nic. Twoje dziecko odpowiada za siebie zarówno prawnie jak i mentalnie. To ono decyduje, czy warto teraz się kumplować z matką, której przecież już nie potrzebuje. Matka szaleje z niepokoju, ale jej władza wygasła. I tu pojawiają się te dobre duchy, które przychodzą, by wziąć za rękę twoje dziecko i pójść z nim przez życie. Chronić je i kochać. Przecież to jest piękne. I jak odczarowuje ten mit „teściowej”! My z Julią się czasem śmiejemy, udajemy takie klasyczne układy synowa/teściowa. Ja mówię teatralnie: wydaje mi się, że ZNÓW nie starłaś kurzu. Albo: czy krochmalisz mu koszule, moja droga? A potem zastanawiamy się, jak w ogóle można sobie robić taki teatr z życia. Czemu ludzie sobie to robią? Kogo obchodzi jakiś kurz, czy koszule? My idziemy do parku na spacer, gramy w Dixit, robimy wiatraczki, rozmawiamy godzinami, śmiejemy się, płaczemy, jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Przyjaźń to jest wartość. W przeciwieństwie do startego czy niestartego kurzu.

Przedstawia się Panią jako feministkę. Co feminizm dla Pani znaczy? Na czym powinien polegać? Bo nie ulega wątpliwości, że zaczął być w ostatnich latach przedstawiany w takim „krzywym zwierciadle”.

Feminizm to równość. Równe prawa. Niech ktoś mi powie, że to jest złe. Kiedyś rozmawiałam z pewnym księdzem. Zapytał mnie o to samo, czym jest dla mnie feminizm. Gdy usłyszał odpowiedź, powiedział: w takim razie ja też jestem feministą.

Dlaczego przestawia się feminizm w krzywym zwierciadle? Z niezrozumienia. A wystarczy przeczytać definicję w Wikipedii. Mało komu się chce. Co gorsza, nie tylko przeciwnikom feminizmu się nie chce. Tym, co mówią, że są feministkami też się nie chce. Dlatego potem czytam wypowiedź jakiejś topowej „feministki”, że faceci są jak buty, które można zmieniać. Nie zgadzam się z tym. To znaczy, niech ona sobie zmienia partnerów, nie moja sprawa, ale nie zgadzam się z takim uprzedmiotowieniem. To wbrew zasadom idei. Feminizm to równość dla obu płci. Szacunek dla obu płci. Nie tylko dla kobiety. Wszyscy jesteśmy ludźmi, nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy ze względu na płeć. Ostatnio na Kongresie Kobiet w Poznaniu ktoś mnie spytał, czy chciałabym żeby prezydentem (prezydentką?) była kobieta. Zanim odpowiedziałam, zauważyłam pewien rodzaj euforii wywołanej takim pytaniem – marzeniem. Och, jakby wspaniale było w Polsce! Wystarczy, że prezydentem zostanie kobieta! Tymczasem premierem była wtedy kobieta, poprzednia też była kobietą, a na prezydenta startowała swojego czasu Magdalena Ogórek – kobieta jak się patrzy. I co? Czemu nie głosowałyście? Skoro wystarczy, że kobieta będzie rządzić i będzie cudownie? No i właśnie to jest takie poplątanie pojęć. Za bardzo skupiamy się na płci, za mało na człowieczeństwie. Ja chcę, żeby tym krajem rządził ktoś mądry i w ogóle nie mam żadnych wymagań co do płci. To jest mój feminizm.

Z czego Pani zdaniem wynika takie lekceważące podejście do kwestii feminizmu, czyli równouprawnienia? Przecież często to równouprawnienie jest mylnie rozumiane przez same kobiety…

Jak odpowiedziałam: to wynika z niezrozumienia. A naprawdę wystarczy przeczytać definicję w Wikipedii. Jeśli ktoś czegoś nie rozumie, a się za to zabiera, bardzo łatwo o śmieszność. I co za tym idzie: lekceważenie. Żeby tego uniknąć, warto wykonać prostą pracę. Zadać pytanie, poszukać odpowiedzi. Obserwuję w publicznej debacie wiele takich postaw, które określam mianem „racji”. Kiedyś nawet wymyśliłam instytucję „racji”. Każdy, kto wchodzi na przykład do studia telewizyjnego, dostaje na wejściu „rację”. To mogłaby być statuetka plastikowa z imieniem i nazwiskiem. Jan Kowalski ma rację. I już. Nie trzeba niczego udowadniać. Teraz już można zadawać pytania, otwierać się na nową wiedzę, coś z dyskusji wynieść. Ja na razie nie mam racji. Nie zrobiłam sobie. Ja jej nie potrzebuję. Wiem, że jeśli kiedyś przyjdzie dzień, w którym będę miała rację, niczego się już nie dowiem. To będzie smutny dzień.

Sylwia Kubryńska – jedna z najbardziej cenionych polskich współczesnych pisarek. Feministka, felietonistka, matka. W 2015 roku głośną książką „Kobieta (dość) doskonała” zdobyła listy bestsellerów. Jej kolejne powieści: „Furia mać!” (2016), „Biurwa” (2016) i „30 sekund” (2017) były szeroko komentowane. Każda jej książka to wydarzenie literackie.

O książce: To książka szczera do bólu, surowa, „brudna”, ale bardzo prawdziwa. To książka o tym,  jak macierzyństwo zmienia kobietę i jaką abstrakcją  jest  to, o czym mówi się od lat: „Każda kobieta ma instynkt macierzyński, kobiety stworzone są do bycia matką”. Ale nie tylko. To historia poruszająca problem molestowania w pracy, wciskania się w wąskie ramy wygórowanych oczekiwań społecznych. O zaściankowości w Polsce, przemocy wobec dzieci. O toksycznych relacjach w rodzinie, w której kolejne pokolenia wspierają chore układy. To opowieść o postrzeganiu kobiet. O wszechogarniającym „powinnaś”. Odczarowuje stereotypowe myślenie o kobiecie – świeżo upieczonej matce zakochanej w swym dziecku.