fbpx

Maria Sadowska o „Sztuce kochania” i o byciu kobietą

Maria Sadowska o „Sztuce kochania” i o byciu kobietą

Walcząca z mitami, nie tylko na temat kobiet. Bo czy blondynka w krótkiej spódnicy może być inteligentna? Czy można być kobietą ambitną – ale nie harpią i suką? Czy można być dobrą w kilku dziedzinach jednocześnie? Reżyserka, wokalistka i jurorka w jednej osobie Maria Sadowska – dowodzi, że można.
sens_10_maintopicZa miesiąc rusza trzecia edycja akcji „Solidarność Kobiet ma Sens”. W tym roku chcemy walczyć ze stereotypami na temat kobiet. Z jakimi ty musiałaś się mierzyć?

Ja nieustająco z jakimiś walczę. Najbardziej prześladuje mnie jeden: „Nie możesz być ładna i seksowna, a jednocześnie mądra i inteligentna”. Zmagam się z nim w życiu codziennym, ale też zawodowym, na planach filmowych. Kiedyś w pracy przebierałam się za faceta, teraz staram się tego nie robić, chcę być sobą, nie rezygnować ze swojej kobiecości.

Tu dodam, że dzisiaj Marysia ma na sobie kombinezon w kwiaty na ramiączkach, etniczną biżuterię i rozpuszczone włosy…

A jeszcze jestem znana z tego, że lubię krótkie spódniczki. Nieustannie słyszę, że jak się będę zbyt seksownie ubierała na plan, to ekipa nie będzie mnie poważnie traktować. Dla mnie to okropny stereotyp. Dlaczego to ja muszę się zmieniać, przebierać, dopasowywać? Oni nie mogą zmienić swojego myślenia? Mogę być blondynką w krótkiej spódnicy i mieć coś pod sufitem. Przyznam, że wiele rzeczy, o których opowiadam w filmie o Michalinie Wisłockiej, zwłaszcza dotyczących wątku walki o wydanie jej „Sztuki kochania”, spotkało mnie w życiu – tak około 70 proc.

Jest jeszcze jeden stereotyp, już nie płciowy, bardziej społeczny, który mnie dotyka. Że nie możesz być dobra w dwóch czy trzech dziedzinach, bo jesteś niewiarygodna. Zawsze miałam wszechstronne zainteresowania i ciągle słyszałam: „Musisz się zdecydować na jedno, bo do niczego nie dojdziesz”. Ale ja chcę robić różne rzeczy i karmię się tym artystycznie. Kiedy kręciłam film, bardzo się stęskniłam za muzyką. Teraz nagrywam „Voice of Poland”, by złapać dystans do filmu i nakarmić się energią, którą dostaję od tych młodych ludzi. I to u mnie doskonale gra. Tymczasem w oczach wielkich koncernów, które inwestują w kino, to że jestem reżyserką i piosenkarką jednocześnie, czyni mnie mniej szanowaną reżyserką.

Stereotypy dotykają też kobiety, które oficjalnie mówią, że wybrały karierę.

Sama jestem kobietą, która dużo pracuje i dzieli czas pomiędzy rodzinę a tzw. karierę, i mam jakąś tam swoją ambicję w obydwu tych dziedzinach. Wisłocka też była ambitna, głównie zawodowo, chciała być sławna i uznana, i to jej się udało. Tylko zamiast to docenić, próbuje się kłaść nacisk na to, że zawiodła jako matka. Nadal jest taki stereotyp, że kobiecie nie wypada mówić, że ma ambicje zawodowe, że chce zdobyć świat, bo ludzie zaraz myślą: „co za harpia, co za suka”.

Powiedziałaś kiedyś, że chcesz, żeby w twoich filmach kobiety nie były ofiarami. Czy bohaterka „Sztuki kochania” taka właśnie jest?

Zdecydowanie! To film o kobiecie, która nigdy nie chciała być ofiarą, która zawsze szła własną drogą i która zapłaciła za to jakąś cenę. Mam wręcz wrażenie, że wszyscy mężczyźni w jej życiu byli do niej „doklejeni”, a nie odwrotnie, tak jak to jest w tradycyjnym społeczeństwie, gdzie to kobieta dopełnia mężczyznę. Ona przeciwko takiemu obrazowi kobiety buntowała się już w latach 40. Temat jej bliski, czyli seksualność, przez wieki był źródłem takich właśnie podziałów: mężczyzna to strona dominująca, a kobieta ma być uległa. I to przenosiło się na pozostałe sfery życia. Dzisiaj mamy już na szczęście zupełnie inną sytuację, kobiety mogą same się utrzymywać, robić karierę i wychowywać dziecko. Ona wymyśliła sobie to już kilkadziesiąt lat wcześniej – to było totalnie awangardowe jak na tamte czasy i trzeba było mieć niezwykłą siłę charakteru i siłę woli, żeby prowadzić takie życie jak ona.

Jej życie prywatne, domowe – nawet jak na dzisiejsze czasy – było bardzo odważne i niejednoznaczne.

I właśnie ta niejednoznaczność najbardziej pociągała mnie już na etapie pisania scenariusza. W jej życiu nie było czerni i bieli, ale za to cała gama niezwykłych szarości emocjonalnych. Cały paradoks polega na tym, że najsłynniejsza polska „pani od seksu” w pierwszej połowie swojego życia wcale seksu nie lubiła. Była święcie przekonana, że jest on całkiem przyziemną sprawą, należącą wyłącznie do sfery ciała, która nie ma nic wspólnego z duchowością. Ze Stachem, jej mężem, byli całkowicie niedobrani, osobowościowo, ale i seksualnie, on był jej pierwszym kochankiem, na dodatek niezbyt delikatnym, choć posiadającym ogromny temperament. Ich pierwszy raz był dla Michaliny traumatycznym doznaniem, pełnym bólu i wstydu, co było zresztą typowe dla bardzo wielu kobiet żyjących w tamtych czasach, a pewnie zdarza się także i dzisiaj, mimo całej wiedzy, którą mamy. Michalina długo uważała, że możesz być albo duszą, albo ciałem, i wybrała duszę. Po czym spotkała faceta, który pokazał jej, że ta pogardzana przez nią cielesność też może być niesamowita. Swój pierwszy orgazm przeżyła po 35. roku życia i to wywróciło jej świat i życie do góry nogami. Nagle zrozumiała, że wszystko, na czym zbudowała do tej pory swój światopogląd, stoi na glinianych nogach, bo człowiek jest połączeniem ciała i duszy, tego się nie da oddzielić. W filmie pada takie zdanie: „Seks może być przyziemny jak wyrzucanie śmieci, ale może być wzniosły jak modlitwa”.

Co było dla ciebie najbardziej wymagające emocjonalnie podczas pracy nad tym filmem?

Najtrudniejszą dla mnie częścią filmu jest opowieść o relacjach rodzinnych, o trójkącie, w jakim żyła Michalina ze Stachem i najlepszą przyjaciółką, Wandą, ale też o dzieciach, które się w nim urodziły. Wychowywały się w nietypowej rodzinie, co miało swoje plusy, ale też minusy. Michalina uczestniczyła w życiu dzieci w mniejszym wymiarze, w domu była gościem, ale kiedy rozstała się ze Stachem, odstawiła na boczny tor karierę, by zająć się córką. W wymiarze rozterek: dzieci kosztem kariery czy kariera kosztem dzieci – Michalina jest mi wyjątkowo bliska.

Krystyna Bielewicz, jej córka, współpracowała przy filmie?

Oczywiście. Ona była naszym dobrym duchem, podzieliła się z nami swoimi wspomnieniami i uwagami. Zwłaszcza Magda Boczarska, grająca Michalinę, często się z nią spotykała i podpatrywała, bo pani Krystyna ma bardzo dużo ze swojej matki, zarówno w sposobie mówienia, poruszania się czy w specyficznym garbieniu się, ale też w energicznym stosunku do świata. I szczerości, do bólu. Ona powiedziała nam: „Może nie miałam tradycyjnej mamy, ale mogłam z nią pogadać na wszystkie możliwe tematy, tego nie miała żadna z moich koleżanek”. Ich relacja była bardzo barwna, na ten temat można by nakręcić cały film. Nie udało się nam pomieścić wszystkich wątków, ale też nie można robić filmów o wszystkim. „Sztuka kochania” to kino gatunkowe, film biograficzny. Dużym wyzwaniem było dla mnie przedstawienie dojrzewania bohaterki na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Bardzo pomogła mi w tym Magda Boczarska. Ona ma w sobie niesamowity power i waleczność Wisłockiej, chętnie bym jej trochę od niej wzięła. Zrobiła mi wielki prezent pracą, jaką w tę rolę włożyła.

Ja widzę jeszcze jedno wyzwanie: jak zrobić film o seksie w czasach seksem aż kipiących?

On jest nie tylko albo nie tyle o seksie, co o miłości, relacji. Tak właśnie Michalina Wisłocka postrzegała seks. Opowiadamy o różnych odcieniach miłości, także tej trudnej. Wisłocka jest w dużym stopniu postacią tragiczną, bo choć rozumiała, jakie to szczęście mieć związek, w którym mężczyzna jest zarówno zgodnym i wspierającym partnerem, jak i dobranym kochankiem, to sama tego nie doświadczyła. To cena, którą zapłaciła za bycie kobietą wyzwoloną w tamtych czasach, za swoją otwartość myślenia. Po nieudanym małżeństwie miewała kochanków, ale już nigdy nie dopuściła żadnego mężczyzny tak blisko siebie jak Stacha. Choć miała okazje, nigdy już nie wyszła za mąż. Nie chciała być niczyją żoną, nie chciała być nikomu podporządkowana. W tamtych czasach trzeba było podjąć taką decyzję, dziś możemy być w fajnym związku i robić karierę, zachowując swoją niezależność. Wtedy dla mężatki to było nierealne. Można o niej pomyśleć, że zawodowo odniosła sukces, a prywatnie porażkę. Ona tego tak nie widziała, w dużym stopniu poświęciła się dla sprawy.

A tą sprawą było szerzenie wiedzy o seksie, o antykoncepcji i prawie do orgazmu. Lubisz chyba bohaterki, które o coś walczą.

Pewnie, sama jestem fighterką. Ona poświęciła się dla ludzi. Była społecznicą, prawdziwą pozytywistką, jeździła po wioskach i próbowała uświadamiać ludzi w kwestii seksu. Pacjentki ją kochały, bo była prostolinijna i nie uznawała tematów tabu. Jakby tu z nami dzisiaj siedziała, pewnie powiedziałaby: „Jak tam, dziewczynki, ograźmik wczoraj był? A pokażcie cycki. Stoją sutki, to dobrze”. Tak wspomina ją Krystyna Janda, która jako młoda dziewczyna i początkująca aktorka mieszkała w jej sąsiedztwie. Była też niesamowicie odważna i nigdy się nie poddawała. Już sama jej walka o publikację „Sztuki kochania”, która trwała 10 lat, jest na to dowodem. Razem z redaktorką, młodą dziewczyną, która też wierzyła w jej sprawę, zmagały się z biurokracją czasów PRL-u, stworzyły bardzo fajny solidarnościowy babski team. Michalina doświadczyła zjawiska tzw. szklanego sufitu, dominacji mężczyzn w życiu zawodowym, także w branży seksuologicznej. Przede wszystkim jednak miała poczucie, że musi pomóc kobietom i mężczyznom, zwłaszcza młodym, żeby świadomiej, mądrzej i bez obaw wchodzili w życie seksualne. Edukacja była dla niej zawsze na pierwszym miejscu.

W ostatnim wywiadzie powiedziała, że miała pretensje do czytelników nie o to, że powielali jej książki nielegalnie, ale że powielali jedynie strony z pozycjami seksualnymi. A nie tylko o nie w seksie chodzi.

Dla niej seks to była relacja. Powiedziałabym, że jak na dzisiejsze standardy jej „Sztuka kochania” jest genderowo niepoprawna, bo hołduje stereotypowemu podejściu, w którym kobieta jest w seksie wyłącznie uległa. Z drugiej strony miała wiele racji w tym, że proponowała zaczynać seks od budowania atmosfery i więzi pomiędzy kochankami.

Nasz film opowiada o czasach, w których o seksie niewiele się wiedziało i niewiele się mówiło, ale za to wszyscy go uprawiali. Nie było innych rozrywek, ludzie mieli więcej czasu, więc kochali się częściej i dłużej. Dziś kochamy się w pośpiechu, ale też rzadziej. Oni seks poznawali dopiero w praktyce, my mamy mnóstwo wiedzy na ten temat, ale jest to głównie wiedza techniczna, za mało w niej psychologii. Znów sprowadza się go jedynie do ciała, zapomnieliśmy o stronie duchowej, ale też o tym, że seks wymaga czasu, pracy, uczuć. Wisłocka jako pierwsza powiedziała, że seks powinien być radosną zabawą dwojga dorosłych ludzi. My traktujemy go zbyt poważnie. Seks stał się dziś wymogiem. To chore, że Wisłocka wywalczyła nam prawo do orgazmów, a dzisiejsze czasy zamieniły je w obowiązek. Wszechobecna pornografia wymaga od nas, żebyśmy były wyzwolonymi kochankami, niebojącymi się żadnych udziwnień, do tego ze zoperowanymi cyckami i wszędzie wygolone. Dlatego chciałabym, żeby po filmie „Sztuka kochania” ludzie mieli ochotę pójść do domu i się po prostu pokochać. W sposób radosny.

Jak wiele ten film mówi o tobie?

Producent, Piotr Starak, wyznał mi, że zatrudnił mnie, bo jestem strasznie podobna do Wisłockiej, nawet ubieram się jak ona, w hipisowskie kwiaty, kolory. Oczywiście każdy film twórca przepuszcza przez siebie, ale dla mnie jest on nie tyle rozmową z samą sobą, co rozmową z widzem. Tak jak grając muzykę, oddziałujesz bezpośrednio na emocje, ale w sposób abstrakcyjny, tak filmem wchodzisz w konkretną rozmowę na konkretny temat.

I też operujesz muzyką.

Moim marzeniem było, by ilustracją do historii Michaliny Wisłockiej była polska muzyka z lat 60. i 70. Jest mnóstwo przepięknej muzyki z tamtych czasów, której się dzisiaj nie gra. Muzyką w filmie także chcę prowadzić rozmowę. Ale sądzę, że głównie, tak jak Michalina, chcę edukować. Zwłaszcza kobiety. Dodawać im odwagi i zachęcać do kobiecej solidarności. To przewodni temat wszystkich moich filmów, moje oczko w głowie.

Nasze też, dlatego wybrałyśmy ciebie na ambasadorkę pierwszej edycji akcji „Solidarność Kobiet ma Sens”.

Jestem przerażona tym, jak społeczeństwo chce nas przekonać, że przyjaźń kobieca jest czymś niewartościowym albo wręcz nieistniejącym, jak chce udowodnić, że tylko ze sobą rywalizujemy. Ja nie mam nic przeciwko rywalizacji, chodzi o to, żeby była to sportowa rywalizacja, a nie polegająca na kopaniu pod sobą dołków. Mam wrażenie, że nam wmówiono, szczególnie przez ostatnich 200 lat, że nie potrafimy być solidarne, po to, żebyśmy były rozbite i nie walczyły o swoje prawa. Dopóki nie staniemy się jednością, dopóki słowo „feministka” w Polsce będzie miało negatywny wydźwięk, a dziewczyny będą zaprzeczały: „Nie, nie, ja to nie jestem feministką”, dopóty nie będzie równości między nami wszystkimi. Walczmy „o”, czyli o swoje prawa, nie walczymy „z”, czyli z mężczyznami. Wszystkim nam powinno zależeć na znalezieniu harmonii, złapaniu równowagi między tym, co męskie, a tym, co kobiece. Ja nie dążę do tego, żeby kobiety rządziły światem, ale do tego, żeby było jin i jang, czyli po równo. By ten potencjał stał się bardziej zróżnicowany. W Szwecji, gdzie wprowadzono obowiązkowe parytety, na co strasznie wszyscy narzekali, wyszło w badaniach, że firmy, w których zarządach zasiadało po równo kobiet i mężczyzn, miały o wiele wyższe wyniki niż firmy zarządzane przez samych mężczyzn czy same kobiety. Dlatego feminizm jest walką o sprawiedliwość.

Jest nie tylko w interesie kobiet?

Choć wielu to może się wydać śmieszne, feminizm walczy też o prawa mężczyzn. Bo przecież wszyscy jesteśmy różni. Są kobiety, które chcą spełniać się głównie zawodowo, i są mężczyźni, którym przyjemność sprawia wychowywanie dzieci, ogarnianie domu i gotowanie obiadów – im też prawo do wyboru zostało odebrane. Popadliśmy w jakieś szaleństwo. Mężczyźni przez wiele lat byli pozbawieni rodzicielstwa, teraz na szczęście jest coraz więcej ojców, którzy biorą urlopy tacierzyńskie lub zaczynają pracować zdalnie, by zająć się dziećmi, i widzę, jak wielu z nich to uszczęśliwia. Dajmy im tę możliwość. Jak słyszę kobietę, która mówi, że nie zostawi dziecka z facetem, bo on nie umie go przewinąć, to mi ręce opadają. Skończmy tę walkę płci.

A jak ten parytet wygląda u ciebie w domu? Masz po równo: córeczkę i synka. A twój partner, Adrian, kiedy ty, jak dziś, jesteś od rana na nagraniach „Voice of Poland”, opiekuje się dziećmi.

My się w opiece nad dziećmi wymieniamy. Mam niezwykłego partnera, który nie lubi się bić na pierwszym froncie. On ma swoje sprawy, które załatwia w swoim tempie i w swoim czasie, a poza tym bardzo lubi spędzać czas z dziećmi. Podczas ciąży i tuż po urodzeniu dzieci to ja byłam bardziej stacjonarna, pracowałam w domu, ogarniałam mieszkanie, a Adrian zajmował się swoją firmą, teraz kiedy mam film i „Voice of Poland”, on przejął więcej obowiązków związanych z dziećmi. On wie, że jestem fighterką, mówi: „Idź i rób rzeczy, w które wierzysz”. Bez niego nie zrobiłabym połowy z tego, co udaje mi się robić. Adrian nie czuje się w żadnym stopniu przez tę sytuację pokrzywdzony czy wykastrowany, wprost przeciwnie, jest supermęski i superseksowny z dziećmi na rękach. Ale wszystko ma swoją cenę. Na przykład jestem teraz potwornie zmęczona i tęsknię za dziećmi, on z kolei pewnie miałby ochotę mieć więcej swobody i móc wychodzić z domu, kiedy chce. Ale to jest coś, na co obydwoje się godzimy.

Nie sądziłam kiedyś, że to o sobie powiem, ale w związkach jestem jednak długodystansowcem. Jesteśmy razem już 10 lat i jeśli miałabym powiedzieć, czego dzięki temu się nauczyłam, to powiedziałabym, że nie wolno sobie odpuszczać. Czas dla siebie bez dzieci jest bardzo ważny, nie wolno odstawiać partnera na boczny tor.

Uważasz, że kobiety, które mają głos, mają też misję, żeby nie powiedzieć obowiązek, edukowania kobiet?

Absolutnie tak. Moją misją, moim konikiem jest zachęcanie kobiet do działania, bo wiem, że mnóstwo ich siedzi przed telewizorem na kanapie, zmęczonych obowiązkami, i nie mają siły z tej kanapy wstać i coś zrobić, bo nie wierzą, że się uda. Ja im chcę powiedzieć, że jeśli nie wstaną, to nigdy nic im się nie uda.

Mówisz jak coach. Czy psychoterapia, coaching cię pociągają?

Nigdy nie czułam potrzeby, żeby pójść w tym kierunku, bo mam bogate życie duchowe wynikające chociażby z tego, że od lat zajmuję się muzyką. Śpiewając, zrzucasz z siebie cały codzienny szlam. Dla mnie muzyka jest terapią. Ale też pisanie, robienie filmów – nie ma lepszej autoterapii niż bycie w stałym kontakcie ze swoją kreatywnością. Kiedy robisz film, musisz go przepuścić przez siebie. Dlatego ja nie potrzebuję psychoterapeuty, jest nim dla mnie sztuka. Ale jak najbardziej polecam psychoterapię czy coaching wszystkim tym, którzy czują, że w ich życiu brakuje sensu, których ono ciągle boli, którzy siedzą w biurze od 8 do 16 i wypełniają tabelki, a ich codzienność jest stechnokratyzowana, pozbawiona duchowości. Ale wierzę też, że w tym celu mogą pójść do kina, filharmonii czy na wystawę. Filmami też chciałabym terapeutyzować. Mam nadzieję, że na „Sztuce kochania” porządnie się spłaczecie.

Ale i pośmiejemy trochę?

Co do tego nie mam wątpliwości.

Maria Sadowska scenarzystka, reżyserka, piosenkarka łącząca jazz z funkiem i elektroniką. Wydała 9 solowych albumów, ostatni to „Jazz na ulicach”. Jurorka w programie „Voice of Poland”. Reżyserka wielokrotnie nagradzanego „Dnia kobiet”. Jej drugi pełnometrażowy film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” będzie miał premierę w styczniu 2017 r. Ma córeczkę Lilianę i synka Iwona.

Wywiad z numeru 10/2016