fbpx

David Bowie-portret idola

Cesarz mistyfikacji i manipulowania wizerunkiem, to jego należy pociągnąć do odpowiedzialności za Lady Gagę. Zresztą Gaga to tylko miniaturowy dowód jego zasług. David Bowie wymyślił muzykę rozrywkową.
David Bowie stworzył gwiazdę – archetyp idola, mitologię sławy. Jednocześnie do perfekcji doprowadził sztukę kontrolowanej kreacji tego, co publiczne, i radykalnego kamuflażu tego, co prywatne. Może dlatego – o paradoksie popkultury! – tak nie przystaje do współczesnego show-biznesu, w którym prawdziwe gwiazdy zostały wyparte przez sezonowych celebrytów. I gdy kilka miesięcy temu przy okazji 65. urodzin muzyka zagraniczne media podejmowały wyzwanie podsumowania jego dorobku, nikt nie miał wątpliwości, że to idealny, w zasadzie konieczny moment, by udać się na zasłużoną emeryturę. Tym bardziej warto przypomnieć, ile mu zawdzięczamy.

Lata 60.: Bowie nie czuje bluesa

David Robert Jones, syn bileterki w jednym z londyńskich kin i decydenta od awansów w dużej organizacji charytatywnej dbającej o byt i edukację angielskich sierot, oblał egzamin kończący szkołę podstawową, poszedł więc do liceum artystycznego, ale z mundurkami oraz surowym systemem kar i nagród. W podstawówce jego głos uznano za „poprawny”, więc śpiewał w szkolnym chórze; w szkole średniej studiował sztukę, muzykę i design (w tym typografię), a po lekcjach słuchał modern jazzu. To wtedy odkrył pierwszych muzycznych idoli i niemal stracił wzrok, gdy podczas bójki z kolegą o dziewczynę oberwał w oko dłonią uzbrojoną w pierścionek. Czteromiesięczna rekonwalescencja i dożywotnie konsekwencje urazu nie przekreśliły jednak przyjaźni i przeciwnicy w bójce spotkali się nawet w jednym zespole. Mało tego: ten sam George Underwood, który obił mu twarz, zaprojektował okładki pierwszych płyt Bowie’ego.

Tym, co okazało się mniej trwałe od szkolnych przyjaźni, był zapał muzyka do edukacji jako takiej. Bowie rzucił szkołę, oświadczywszy rodzicom, że zamierza zostać gwiazdą pop. I to był początek rządów wiecznie niezaspokojonego perfekcjonisty. Rozsądna matka załatwiła mu pracę na stanowisku pomocnika znajomego elektryka. Pierwszy zespół bowie – jeszcze wtedy wciąż funkcjonujący pod prawdziwym nazwiskiem, jako davvy lub davie jones – założył, mając 15 lat. Chyba tylko po to, żeby go rozwiązać, gdy się okazało, że koledzy z grupy mają skromne apetyty i nie podzielają gigantycznych ambicji lidera. Dołączył do innego składu, z którym wydał singiel – nagranie jednak przeszło bez echa, a Bowie’ego męczył bluesowy repertuar zespołu, więc znów zmienił drużynę. I tak kilka razy, jednak wciąż bez zamierzonego sukcesu. Świat nie bardzo chciał też słuchać pierwszej płyty, którą nagrał już pod obecnym szyldem. I świat za chwilę miał tego bardzo pożałować.

Lata 70.: teatr mój widzę ogromny

W najintensywniejszą dekadę w swojej karierze wchodził bogatszy o wiedzę dla wtajemniczonych. Kilka lat wcześniej Bowie poznał Lindsey Kemp, tancerkę. W duecie podkręcali zainteresowanie Bowie’ego tym, co dziwne, ekscentryczne i niecodzienne, choć Kemp wielokrotnie powtarzała, że barwniejsze od awangardowego teatru, którego go uczyła, było codzienne życie Bowie’ego: – Żył emocjami, był dla mnie wspaniałą inspiracją. Jego życie z dnia na dzień było bardziej teatralne niż wszystko, co wcześniej widziałam. Tak sobie zawsze wyobrażałam bohemę.

Zmieniał style, stroje, adresy. Od oszczędnego, akustycznego folku, przez mięsisty rock and roll, po błyszczący, gęsty glam pop. Od wyzywających sukienek po kosmiczne kombinezony Ziggy’ego Stardusta. I z Londynu do Berlina.Eksperymentował z wizerunkiem, coraz bardziej skłaniając się ku nieokreślonej androginii. Gdy wymyślał Ziggy’ego Stardusta, kosmitę i bohatera jednego z najważniejszych albumów w swoim dorobku, igrał ze stereotypowym wyobrażeniem o gwiazdach i mechanizmach popularności. Ziggy był rockmanem z Marsa, który zrobił zawrotną karierę na Ziemi. Przyleciał, wzleciał i upadł. To wciąż najbardziej konceptualna kreacja w cv Bowie’ego, inspirująca kolejne pokolenia muzyków, chociażby wspomnianą wcześniej Lady Gagę, która na debiutanckiej płycie próbowała ironicznie dystansować się od popmitów.

Drugą połowę lat 70. Bowie spędził w berlinie, gdzie mieszkał, balował i nagrywał z Iggym Popem. To był tyleż twórczy, ile autodestrukcyjny okres w jego życiu, bo wszystkie przekleństwa bycia gwiazdą uderzyły w niego ze zdwojoną siłą. Wyrywane z kontekstu wypowiedzi krążyły po mediach jako przejawy skandalicznych poglądów. Wyznania rzucane bezrefleksyjnie w chwilach alkoholowo-narkotykowego amoku sprawiały, że jeszcze długo musiał się tłumaczyć z deklarowanej fascynacji estetyką nazistowską (przyznał, że nie był wtedy sobą, i można mu wierzyć, ponieważ przy życiu utrzymywała go wówczas dieta złożona z mleka, papryki i kokainy). Inna sprawa, że to właśnie w berlinie stworzył swoje flagowe dekadenckie hymny z kultowym „heroes” na czele.

Lata 80.: być gwiazdą, ludzi fantazją, wyzwalać zazdrość

Uznawana powszechnie za najbardziej kiczowatą w dziejach człowieka dekada była dla Bowie’ego niekończącym się pasmem triumfów, a jego pozycję na szczycie ugruntował wydany w 1983 r. Album „Let’s dance”. Tytułowe nagranie z płyty zdobyło pierwsze miejsca na listach przebojów zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i Stanach Zjednoczonych, a całe wydawnictwo osiągnęło nakłady równe statusowi platynowej płyty. Bowie uruchomił taśmową produkcję tanecznych hitów, stając się największą gwiazdą swoich czasów. Miał już na koncie wspólną piosenkę z zespołem Queen, zaśpiewał w duecie z Tiną Turner, wystąpił na Live Aid – gigantycznym, stadionowym koncercie wspierającym cele charytatywne. Zagrał w dwóch filmach: „Absolutnych debiutantach” Juliena Temple’a (zapomnijmy) i „Labiryncie” Jima Hensona (pamiętajmy). I na chwilę zawiesił karierę solową, by poznać reguły zespołowej demokracji w ramach projektu Tin Machine, tyle że po raz kolejny wyszedł z niego autorytarny lider. Co gorsza, płyta Tin Machine nie poradziła sobie w notowaniach bestsellerów, więc Bowie z podkulonym ogonem wrócił do tego, co potrafił najlepiej. Do bycia Davidem Bowie’m.

Lata 90.: wielki elektronik

Powiedzieć o Bowie’m, że jest mistrzem metamorfozy, to nie powiedzieć nic. W latach 90. Interesowało go to, co nowoczesne, dlatego tak dużo na płytach z tamtego okresu muzyki elektronicznej w różnych odmianach – od zimnego, industrialnego brzmienia po duszne, klubowe rytmy. Nowoczesne było też jego podejście do muzyki jako biznesu. Bowie postanowił sprawdzić, czy da się obracać piosenką. Poszedł ze swoją muzyką na giełdę, prawa do utworów zamienił na akcje i sprzedał je grupie finansistów za 55 mln dolarów. Konserwatywni fani podeszli do pomysłu z rezerwą, uznając posunięcie za przejaw zbyt dużego wyrachowania. Otwarte głowy znów musiały przyklasnąć inicjatywie, bo okazało się, że Bowie zmienia nie tylko muzykę, ale i rynek. Sprzedając prawa do swojego katalogu, wyprzedził w końcu problem piractwa w internecie – dość powiedzieć, że dziś, gdy muzykę konsumuje się bezprawnie, prawo do czegoś nie jest już taką wartością i prawdopodobnie bowie nie zainkasowałby za swoje piosenki aż tak imponującej kwoty.

Nowe tysiąclecie: człowiek z przeszłości, muzyka przyszłości?

Ostatnią studyjną płytę wydał dziewięć lat temu. Zagrał po niej jedną dużą trasę. I wycofał się, bo pogarszający się stan zdrowia nie pozwalał koncertować już tak często. Stąd ograniczenie do sporadycznych, najczęściej gościnnych występów na żywo i w studiu (na przykład u Scarlett Johansson, na fonograficznym debiucie śpiewającej aktorki). Swoje 65. urodziny świętował bez pompy, z dala od mediów, fanów, reflektorów, całego tego cyrku. Faktycznie, to prawda, że Bowie nie przystaje do dzisiejszego modelu gwiazdy, sławy i muzyki popularnej. Ale prawdziwe jest również to, że choć on sam powoli staje się symbolem przeszłości, a jego muzyka straciła swój futurystyczny sznyt i nie brzmi już tak świeżo i rewolucyjnie jak w momencie tworzenia, to z czasem zyskała coś znacznie cenniejszego. Nieśmiertelność.

Artykuł ukazał się w Magazynie C&C 5(10) 2012.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze