fbpx

Reportaże „Życie to za mało”, Po prostu żegnaj

Reportaże „Życie to za mało", Po prostu żegnaj

Dwadzieścia cztery poruszające historie o stracie: życia, miłości, dzieci, zdrowia, przyjaźni, domu, godności, wolności, dobrego imienia, rodziny, wiary. Nowość Wydawnictwa Zwierciadło „Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei” już w sprzedaży.
W Ośrodku Interwencji Kryzysowej w Opolu wszyscy pamiętają tamtą matkę: ładna, ciemnowłosa, zadbana. Uczepiony jej ręki siedmiolatek przestępował z nogi na nogę. Obok stała przestraszona dziewięcioletnia dziewczynka.

– Chciałabym zostawić u was swoje dzieci, bo wyjeżdżam do pracy za granicę – oznajmiła kobieta psychologom.

Konsternacja. Bo jak wytłumaczyć matce, że dzieci nie powinno się zostawiać z takiego powodu?

– Nie można nagle, proszę pani, przestać być matką, bo się chce wyjechać do pracy – odezwał się w końcu zszokowany psycholog.

Ale kobieta nie dawała się przekonać. Mówiła, że nie ma za co utrzymać dzieci i wyjazd ich finansowo uratuje. Psycholog rozmawiał z nią ponad dwie godziny. Tłumaczył, że sąd uzna to za porzucenie i odbierze jej prawa rodzicielskie.

– Jak wrócę, to na pewno je odzyskam! – matka na to. W tym czasie chłopczyk nie puszczał jej ręki.

– Mamusiu, błagam cię, nie zostawiaj nas. Ja będę ci we wszystkim pomagał, nie będziesz już musiała pracować, tylko proszę cię, nie wyjeżdżaj – płakał.

– Wyszła na chwilę do toalety i zniknęła – wspomina Barbara Juszczak z opolskiego ośrodka. – Dzieci wpadły w rozpacz. Jeszcze przez dwa tygodnie nasz pracownik odwiedzał je w domu dziecka. Potem zaczęły uczyć się życia bez matki. Historia z Opola to druga twarz polskiej emigracji. O masowym exodusie Polaków zwykło się mówić tylko w kategoriach ekonomicznych: od 1990 roku z kraju wyjechały prawie dwa miliony ludzi, dla których praca w Irlandii, Wielkiej Brytanii czy Niemczech to szansa na zdobycie zawodowych doświadczeń, dyplomów zachodnich uczelni, a przede wszystkim pieniędzy. Ale emigracja to także zjawisko o wymiarze społecznym. Rozbite rodziny, małżeństwa funkcjonujące latami na odległość, samotność dzieci podrzucanych na czas wyjazdu do domów dziecka, dziadków, sąsiadów…

Bo emigrujący Polak rzadko wyjeżdża ze swoją rodziną.

– Brytyjczycy zauważyli, że osiemdziesiąt procent Polaków dociera na Wyspy samotnie – mówi doktor Paweł Kaczmarczyk z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego.

Dlatego socjolodzy coraz głośniej mówią o tym, że za emigrację – oprócz niewątpliwych zysków – przyjdzie nam też zapłacić wysoką cenę. I nie tylko w postaci mniejszego PKB czy braku rąk do pracy.

– Obawiam się, że będziemy musieli zmierzyć się z kompletnym upadkiem rodziny, a najbardziej dotknie to właśnie dzieci – mówi profesor Romuald Jończy, ekonomista i demograf z Uniwersytetu Opolskiego.

Beata Rostocka, zastępca dyrektora mops-u we Wrocławiu, ciemną stronę emigracji zobaczyła na własne oczy, gdy kilka tygodni temu przyszła do niej trzydziestoletnia pielęgniarka jednego z tutejszych szpitali. Przyprowadziła ze sobą dwoje dzieci: roczne i trzyletnie. „Chciałabym zostawić je w domu dziecka, bo nie mam z kim – powiedziała. – Dostałam ofertę pracy w Anglii, muszę wyjechać na kilka miesięcy”. – Wyjaśniłam jej, że to niemożliwe, przecież dla dziecka to trauma, poczuje się odrzucone przez mamę – opowiada zdenerwowana dyrektorka.

Ale kobieta była agresywna. Zarzucała urzędniczce, że uniemożliwia jej zarobienie pieniędzy na dzieci. W końcu dyrektorka ustąpiła: „Dobrze, ale jutro zgłaszam do sądu, że pani zostawiła dwoje dzieci i wyjechała do Anglii. I jestem pewna, że sąd zawiesi pani wykonywanie władzy rodzicielskiej. I może nie będzie miała pani po kogo wracać”. Wtedy kobieta wyszła i trzasnęła drzwiami.

– W żadnym domu dziecka się nie pojawiła – zamyśla się Rostocka.

– Sądzę jednak, że to dopiero początek. Takich rodziców będzie więcej. Jest już przecież Asia…

Asia ma dwa lata i nieporadnie drepce w piaskownicy domu dziecka przy ulicy Parkowej we Wrocławiu. Jej mama przyszła tu na dzień przed wyjazdem do Anglii i powiedziała, że nie ma jej z kim zostawić.

– Miała się nią zaopiekować jakaś jej koleżanka, jednak w końcu nie chciała – opowiada dyrektor Jolanta Dutkiewicz, pokazując drobniutką dziewczynkę w kapelusiku na głowie. Matka miała już wcześniej wykupiony lot. – Co mieliśmy zrobić? – pyta Dutkiewicz. Od tamtej pory minął miesiąc, a kobieta ani razu nie zadzwoniła, żeby zapytać o dziecko. Dziewczynka została tu tak, jak stała: w lichej sukience, bez żadnej zabawki.

Jeszcze łatwiej zostawia się starsze dzieci. U dziadków, ciotek, wujków, jakichś przyjaciół. Można też zostawić je same, z groźbą, by pod żadnym pozorem nie wygadały się w szkole.

Patrycja Czarnomska w tym roku pisała maturę. Od dwóch lat zajmuje się swoim o trzy lata młodszym bratem Michałem. Matka wyjechała do pracy do Niemiec, bo w Polsce zarabiała sprzątaniem pięćdziesiąt złotych dziennie. Nie była w stanie utrzymać dzieci. W zaniedbanym mieszkaniu na dziesiątym piętrze jednego z wrocławskich blokowisk siedemnastolatka prała, gotowała, prasowała, robiła zakupy, pilnowała rachunków za mieszkanie, odrabiała z bratem lekcje. I chodziła do szkoły.

– Mamy kilkoro takich dzieci, które albo są zupełnie bez opieki, albo dogląda ich bliska rodzina. W wielu szkołach jest dziś podobny problem – mówi Marzanna Nowacka-Duda, dyrektorka Zespołu Szkół Integracyjnych we Wrocławiu, do którego uczęszcza Patrycja. – Żadne z rodziców nie zgłosiło nam wyjazdu za granicę. Kłopoty dzieci zauważyliśmy jednak dopiero wtedy, gdy zaczęły się u nich problemy z frekwencją.

– Nie dawałam rady – Patrycja przyznaje, że opuszczała lekcje. – Ojciec nam w ogóle nie pomagał, nawet rozwód rodziców właściwie załatwiałam sama. Mama prosiła mnie, żebym to ja za nią wypełniła papiery do sądu, bo nie może wziąć urlopu i przyjechać osobiście.

Psycholodzy mówią, że te dzieci są nad wyraz dorosłe i poważne. Nie chcą pomocy dorosłych.

– Niestety, nie idzie to w parze z ich dojrzałością psychiczną. Dzieciaki, zamiast rozwiązywać problemy, starają się je po prostu wygodnie omijać – przyznaje pedagog Iwona Migdał.

Dlatego kiedy Patrycja nie miała czasu przygotować się do klasówki, nie szła do szkoły. Starała się godnie zastąpić matkę. Czasami gotowała po nocach, żeby nie złamać zasad stworzonych przez mamę: obiad musi być. A może po prostu chciała zapewnić bratu choć odrobinę normalności.

– Odkąd mama wyjechała, z Michałem jest coraz więcej kłopotów – zauważa Patrycja. – Alkohol, późne powroty do domu, niechęć do nauki. Myślę, że on bardzo za nią tęskni, a przy tym poczuł, że wolno mu więcej.

Fragment pochodzi z książki „Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 312. Reportaż „Po prostu żegnaj” ukazał się w Newsweek Polska, nr 28/2006, 10.07.2006. Książka do kupienia w naszej księgarni.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze