W telewizji i streamingu nie ma tematów tabu. HBO jako pierwsza telewizja kablowa przełamała wszelkie kulturowe „zmowy milczenia” pod koniec lat 90., a obecnie obserwujemy tę samą odwagę twórczą wśród gigantów streamingu. Czy warto produkować seriale o śmierci? W końcu ten temat przeraża każdego z nas, ale i każdego fascynuje.
Gdy w 2001 roku premierę miał tytuł „Sześć stóp pod ziemią”, mało kto przypuszczał, że będzie to jedna z flagowych produkcji HBO, po latach uznawana za rzecz kultową. Tuż obok „Rodziny Soprano” i „The Wire”, produkcja Alana Balla uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł współczesnej telewizji. A że porusza temat odchodzenia i śmierci, jest przy tym jeszcze bardziej unikatowa.
„Sześć stóp pod ziemią” zadebiutowało 25 lat temu i od początku zaskakiwało swoją odwagą w mówieniu o odchodzeniu z tego świata. Każdy odcinek (poza finałowym) zaczyna się od sceny czyjejś śmierci. Czasem to wypadek drogowy, innym razem choroba, a jeszcze innym nieostrożność (jak na przykład zgon od włączonej suszarki do włosów, która wpadła do wanny; wszyscy wiemy jak to się skończyło!), gapiostwo, albo po prostu starość. Nigdy nie był to pretekst, żeby szokować, a jedynie szczera opowieść, o tym, jak kończy się nasze życie. I że zawsze jest jakiś koniec.
Czytaj także: Seriale na podstawie powieści Harlana Cobena. 8 propozycji do obejrzenia po seansie „O krok za daleko”
Wszystko dzieje się w Los Angeles. Rodzina Fisherów prowadzi mały zakład pogrzebowy, a gdy w pierwszym odcinku umiera mąż Ruth (Frances Conroy), bohaterka zostaje sama z dorosłymi dziećmi, które przejmują stery w rodzinnym biznesie. Oswojenie się z martwym ciałem poprzez pracę w zakładzie pogrzebowym? Wszyscy członkowie rodziny mają to zagwarantowane. To też dobry punkt wyjścia do opowiadania o życiu bohaterów, a tego Fisherowie są bardzo spragnieni. Bohaterowie są łapczywi na życie, chcą doświadczać, przeżywać, ekscytować się, czuć że to jest to. Mimo sennej i momentami surrealistycznej atmosfery serialu, wiemy że mają wielki apetyt na nowe doświadczenia, związki i relacje z ludźmi. Wychowywani pod kloszem, wyrywają się do ucieczki, mimo że ciągle jak bumerang wracają do domu rodzinnego.
W „Sześć stóp pod ziemią” wspaniałe i zapadające w pamięć role zagrali Michael C. Hall, Peter Krause i Lauren Ambrose. Aktorzy wcielili się w rodzeństwo i każda z postaci wnosi do rodziny coś innego. Między młodymi Fisherami dużo jest emocji, konfliktów, sprzecznych interesów. Ale i dużo zrozumienia, akceptacji, pragnienia czerpania garściami z „tu i teraz”. Nie można też pominąć finału, który dla wielu widzów okazał się wstrząsający, a na pewno zapadający w pamięć. Alan Ball doskonale opowiedział o ulotności życia. Wiedział, w którym momencie postawić kropkę nad „i”.
Ruth, czyli matka i wdowa, jest równie ważną postacią, co jej dzieci. W bohaterce wspominającej swoją młodość jest wiele żalu i rozgoryczenia za niewykorzystanymi szansami. Stara się więc po śmierci męża podążać za tymi pragnieniami, których nie zrealizowała w młodości. Temat ciała i seksualności zderza się w serialu notorycznie ze śmiercią. Eros i Tanatos to motywy przewodnie całej historii. Bohaterowie często zatracają się w swoich romansach, uciekając przed bolesnymi wspomnieniami, albo niejasną przyszłością. Czasem najbardziej przeraża ich teraźniejszość. Dlatego angażują się w nowe relacje, a my razem z nimi. Fascynujące jest obserwowanie, jak bohaterowie zmieniają się na przestrzeni czasu. Jak bardzo spragnieni są życia.
Po sukcesie „Sześciu stóp pod ziemią” długo czekaliśmy na kolejny, szczery serial mierzący się z tematem odchodzenia, straty i żałoby. Dopiero w 2019 produkcja Netfliksa zatytułowana „After Life” z udziałem Ricky’ego Gervaisa na nowo podjęła ten trudny temat. Gervais wciela się w postać wdowca Tony’ego Johnsona, niepogodzonego ze śmiercią żony. Bohater na co dzień pracuje w lokalnej gazecie. W małym brytyjskim miasteczku życie płynie bardzo leniwie, niewiele się dzieje, każdy wypełnia swoje rutyny. W takich okolicznościach, gdy bohaterowi wali się cały świat, widać jak bardzo nie pasuje do uporządkowanej rzeczywistości wokół.
Tony próbuje targnąć się na swoje życie, a gdy to się nie udaje, ciągle ogląda filmy wideo, które nagrywał razem z żoną, ucieka we wspomnienia. Jedynie obowiązek wobec psa, będącego łącznikiem z przeszłym życiem, daje mu jakiekolwiek poczucie obowiązku. Musi wstać i go nakarmić. W serialu obserwujemy proces żałoby u bohatera, jego niepogodzenie z nową rzeczywistością i brak szans na chwilową choćby ulgę.
Czytaj także: Marta Niedźwiecka: „Poczucie humoru uwalnia ego od własnego ciężaru”
Śmierć żony odbiera mu chęć życia i mimo że gdzieś tli się iskierka nadziei, że przyszłość może być jeszcze łaskawa, to dominuje myśl, że jednak prędzej, czy później wszyscy umrzemy. Brzmi to obcesowo? Być może, ale taki właśnie jest Ricky Gervais. Nawet opowiadając o żałobie bohatera, potrafi żartować ze stanu zawieszenia, w którym się znalazł.
Tragikomiczna opowieść o tym, że życie bywa męczące i niezręczne trafia do nas bardziej niż wzniosłe słowa poetów. Widzimy, że – nie mając wyjścia – Tony po prostu dzień za dniem podejmuje różne czynności, niezależnie od tego, co o nich myśli. Karmi więc psa, wychodzi do pracy, odwiedza chorego ojca w domu opieki i chodzi na cmentarz. Tam poznaje kobietę odwiedzającą grób kogoś bliskiego. Ich rozmowy są dla Tony’ego namiastką normalności. Skoro ona to przeżyła, może i jemu się uda? Nie ma wielkich nadziei, ale nie ma też wyboru. Musi trwać, nawet jeśli to bolesne i nieznośne. Serial zostawia nas bez żadnej złotej myśli i pocieszenia, że kiedyś będzie lepiej. Będzie jakoś. Po prostu.
Serialem, który w ubiegłym roku zachwycił widzów Disney+ była „Kwestia seksu i śmierci” z Michelle Williams w roli głównej. Produkcja inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, opowiada losy Molly, kobiety która dowiaduje się, że jest w czwartym stadium raka. Wie, że nie zostało jej zbyt wiele czasu. Postanawia rozstać się z mężem i paradoksalnie, odzyskać kontrolę nad życiem. Rzuca się w wir seksualnych przygód, na które nigdy nie miała czasu, albo sposobności. Chce eksplorować swoją cielesność póki ma jeszcze taką możliwość. Bohaterka czuje, że konwenanse nie mają teraz znaczenia. W końcu chce żyć prawdziwie, robić to na co ma ochotę. Wspiera ją w tym przyjaciółka Nikki (Jenny Slate).
„Kwestia seksu i śmierci” to serial o odchodzeniu, ale i przyjaźni, tej do grobowej deski. Nikki decyduje się poświęcić swoje życie prywatne i zawodowe, żeby być z Molly do samego końca. A to nie oznacza tylko trzymania jej za rękę i wspominania tych dobrych chwil. Dla bohaterek to walka o leczenie paliatywne, pogoń za dokumentacją szpitalną, godnymi warunkami mieszkania i opieki dla Molly. Kiedy przez chwilę sądzimy, że to będzie ta piękna opowieść o dziewczyńskiej sile i niezłomności, zaraz twórcy sprowadzają nas na ziemię.
Czytaj także: 7 wciągających filmów z wątkami psychologicznymi. Zostają w głowie na długo po napisach końcowych
Nie, to nie jest serial o szczęśliwych zakończeniach. To opowieść o tym, że śmierć przychodzi i nie mamy innego wyjścia, jak to zaakceptować. W przypadku Molly jest to proces, który bohaterce uświadamia lekarz, jej słabnące siły, przeprowadzka do hospicjum. Jednym z najtrudniejszych, ale i najpiękniejszych momentów w „Kwestii seksu i śmierci” jest gdy pracownica hospicjum opowiada o tym, czym jest śmierć. Jest to piękna w swojej prostocie opowieść o tym, co dzieje się z naszym ciałem i umysłem, gdy powoli kolejne funkcje się wyłączają. Poza tym, że chwyta za gardło zwięzłość i rzeczowość tej relacji, jest w niej też duża dawka uspokojenia, w końcu bowiem zaczynamy rozumieć ten proces, już nie musimy się bać tego co dzieje się z naszymi bliskimi, ale i w końcu z nami. Śmierć to fizjologia i gdy ją oswoimy, sprawy w końcu wydają się prostsze.
Serial zainspirowany losami Molly Kochan i jej przyjaciółki Nikki Boyer jest piękny w swojej prostocie i dosłowności. Czasem nas zaskakuje i boli, bo nie chcemy się godzić z tym, że po diagnozie zegar tyka i nadchodzą te trudne momenty, wcześniej przysłonięte przez entuzjazm, że oto teraz zrobię wszystko na co wcześniej zabrakło mi odwagi. „Kwestia seksu i śmierci” jest bolesna, gdyż dotyka nas bardzo osobiście, uczy człowieczeństwa i pokory. Lato to dobra pora na seans z produkcją Disney+, ponieważ teraz łatwiej nam uwierzyć, że jesień i zima zbyt szybko nie nadejdą. Póki co nie przyjmujemy tego do wiadomości, bo nie musimy.
Zarówno „Sześć stóp pod ziemią”, jak i „After Life”, a także „Kwestia seksu i śmierci” w bardzo indywidualny sposób opowiadają o nieuchronności. Seriale nie są ckliwe, ani pretensjonalne. Wszystkie trzy opowieści są uczciwe wobec widzów, nie chcą ich oszukiwać, dlatego tak boli rozstawanie się z bohaterami, bo to uciążliwe przypomnienie, że takich rozstań nie da się uniknąć i nikt nam nie napisze żadnego usprawiedliwienia, aby się od nich wykręcić.