Mnie to nie śmieszy. A ciebie? Z psycholożką Martą Niedźwiecką tym razem rozmawiamy o poczuciu humoru. Kiedy ratuje, a kiedy rani? I dlaczego jest uważane za jeden z najbardziej dojrzałych mechanizmów obronnych?
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/ 2026.
Joanna Olekszyk: Do czego zwykle przydaje się ludziom poczucie humoru? I może jeszcze: do czego zwykle przydaje się tobie?
Marta Niedźwiecka: Punktem wspólnym z pewnością będzie tu lepsze przetrwanie, ale masz rację, poczucie humoru to niezwykle ludzkie zjawisko. Pozwolę sobie nawet zażartować, że zacznę na poważnie martwić się chatem GPT dopiero wtedy, gdy będzie udawał, że ma poczucie humoru. Żaden inny ssak – nawet jeśli ma emocje, rozwinięte życie społeczne i jest zainteresowany pięknem czy budowaniem wspólnot – nie wykształcił jednak poczucia humoru. Bo ono jest oparte na myśleniu abstrakcyjnym.
Muszę tu wtrącić, że naukowcy mówią o czymś na kształt poczucia humoru u prymarnych, ale też psów i kotów czy papug i kruków. Ma się ono przejawiać na przykład tym, że lubią płatać sobie figle. Z kolei szympansy potrafią się śmiać, gdy ktoś niechcący się przewraca.
Nie wiem, czy nazwałabym to poczuciem humoru, raczej czymś w rodzaju zwierzęcego schadenfreude, czyli czerpania radości z tego, że komuś coś złego się przydarzyło. W dodatku jest to bardzo konkretne i sytuacyjne. Nie możesz na przykład opowiedzieć szympansowi wspaniałego polskiego dowcipu, który przecudownie odgrywają Krzysztof Kowalewski i Marian Opania w pociągu – mam na myśli dowcip, gdzie pada słynne „Liwko, Liwko, skocz po piwko” – bo w nim realne znaczenie słów nie odpowiada temu, co nas naprawdę śmieszy.
Poczucie humoru to genialna cecha, z punktu widzenia psychologii uważana za bardzo dojrzały mechanizm obronny przed bardzo trudnymi doświadczeniami. Dzięki niemu jesteśmy w stanie trochę się od nich zdystansować i spojrzeć na życie z bardziej żartobliwej, komicznej strony, żeby ochronić własną psychikę przed grozą lub dramatem. Oczywiście z poczuciem humoru można też przegiąć, uciec w heheszki czy śmieszkowanie w sytuacjach, które wymagają powagi. I jak tak sobie patrzę na ludzi w Polsce, to widzę dwie sprzeczne tendencje w podejściu do poczucia humoru. Generacje 40- i 50-latków są nadmiernie sieriozne, poczucie humoru jest tam dawkowane homeopatycznie i raczej trzeba się do niego odwoływać, niż go spodziewać, natomiast młode generacje, szczególnie zetki i alfy, są dokładnie po drugiej stronie – obśmiewają, wkładają w cudzysłów i „przeżartowują” wszystko, jakby w ten sposób uciekały od rzeczywistości i zawartych w niej wyzwań. W wielkim skrócie: jedni mają humoru za mało, a drudzy z nim przedobrzają. Jak widać, tym narzędziem trzeba się posługiwać rozsądnie.
Czytaj także: Jak poczucie humoru może ci pomóc w życiu?
To czym poczucie humoru jest dla ciebie?
Z jednej strony służy mi do odgradzania się od świata i chronienia na przykład przed głupotą czy nieżyczliwością ludzi, ale jest też soczewką, którą nakładałam na rzeczywistość, żeby ją – nawet czasem celowo – obejrzeć w zdeformowanej postaci. Relatywnie wcześnie wsiąkłam w surrealistyczne pisanie Borisa Viana czy Rolanda Topora, przeczytałam też „Paragraf 22” Hellera. Odkryłam, że takie pisanie bardzo pasuje do mojego sposobu myślenia o świecie, do mojej wrażliwości. Pewnie czasem używam tego nadmiarowo, ale bardzo lubię ironię i sarkazm, rozumiejąc jednocześnie, że ich ostrza są obustronne
Dostałam kiedyś komentarz na Spotify dotyczący jednego z odcinków mojego podcastu. W założeniu miał chyba sprawić mi przykrość, ale stał się wielkim prezentem. Brzmiał mniej więcej tak: „Niby wszystko mądrze, ale ciężko się słucha tego sarkazmu. Ta pani zachowuje się, jakby nie lubiła ludzi”. Pomyślałam wtedy, że to bardzo trafne spuentowanie tego, jaka rzeczywiście jestem. Prawdą jest bowiem, że ludzi w masie nie trawię, a sarkazmem posługuję się właśnie po to, by obronić się przed tym, co te masy przynoszą. Podsumowując, ten dość cierpki komentarz wzięłam ostatecznie za dobrą monetę, co pokazuje, że poczucie humoru pozwala obrabiać różne rzeczy, które potencjalnie są trudne w odbiorze, w taki sposób, że znajdujesz w nich jakąś srebrną podszewkę, drugie dno. Nie mówiąc już o tym, że jest tarczą przed internetowym pojazdem, którego w naszych czasach jest wyjątkowo dużo.
Mówisz, że poczucie humoru pozwala się zdystansować od rzeczywistości, co jest prawdą, ale prawdą jest również, że bardzo zbliża. Do tych, do których chcemy się zbliżyć.
Swoich ludzi poznajesz po ich poczuciu humoru. Ci, którzy mają je dość specyficzne, to ludzie, którzy są w stanie zrozumieć, że w niektórych bardzo poważnych sytuacjach ciężki, gruby żart jest najlepszą metodą na rozładowanie atmosfery.
Mamy niesamowity kawałek kultury, który wynikł z ludzkiego poczucia humoru, czyli memy. Dzięki nim możemy się odnajdywać nawzajem w przestrzeni społecznej i mówić sobie: „Tak, to jest mój człowiek, ktoś z mojego plemienia, bo on to rozumie, bo to samo go śmieszy”. Ja na przykład często testuję nowych znajomych, puszczając im film „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”, który uważam za jeden z najśmieszniejszych filmów w historii galaktyki.
Ja mam słabość do „Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości”, bo gry językowe na bazie angielskiego w wykonaniu tłumacza Bartosza Wierzbięty są tam moim zdaniem jeszcze lepsze.
Powiedzmy sobie szczerze, Polska powinna Bartoszowi Wierzbięcie oprócz Orderu Orła Białego wręczyć też Order Uśmiechu, który kiedyś wręczaliśmy osobom przynoszącym dzieciom radość. Jego tłumaczenia serii o Asteriksie i Obeliksie, ale też serii „Madagaskar” czy wszystkich części „Shreka” są niejednokrotnie lepsze niż oryginał. Jego nieprawdopodobne wyczucie języka, ale i poczucie humoru wycisnęły z polszczyzny pokłady genialnych tekstów, którymi się przerzucamy od lat. „Mort, opamiętaj się, nie będziesz mi przebywał koło stopy”, mówione ustami króla Juliana z „Madagaskaru” – czy może być coś genialniejszego?!
W ten sposób robimy sobie testy na poczucie humoru, ale też na inteligencję, bo aby mieć pierwsze, trzeba mieć i drugie. Poczucie humoru zależy, niestety, od wielu rzeczy, częściowo od kapitału kulturowego – nie da się go wychować na ugorze. Wymaga lekkości, dystansu, ale też zdolności tworzenia mapy umysłu innych ludzi i niedosłownego traktowania rzeczywistości. W zasadzie to metajęzyk, samymi żartami moglibyśmy obsłużyć bardzo poważną i bardzo głęboką konwersację. W poczuciu humoru ważna jest zdolność utrzymania niedomknięcia poznawczego, znoszenia ambiwalencji, nieoczywistości – dlatego to jest bardzo aktywizujące umysłowo. Żart wytłumaczony przestaje być śmieszny, trzeba go po prostu skumać. Poczucie humoru i kreatywność korzystają z tych samych zasobów.
Czytaj także: Dlaczego warto pielęgnować uśmiech i dystans, nawet gdy w życiu bywa trudno? Rozmowa z Ewą Stelmasiak
Długo nam się wydawało, że to są cechy wrodzone, tymczasem zarówno poczucia humoru, jaki i kreatywności możemy się nauczyć. I to jest pocieszające!
Co więcej, nie dość, że ludzie mogą rozwijać poczucie humoru jako kompetencję, to jeszcze nasza podatność na żarty zależy w dużej mierze od nas samych, od naszego nastroju i formy psychicznej. Jak jest nam smutno i bardzo źle, to dowcip może wypaść niezręcznie. Podobnie jak jesteśmy w silnym stresie – żart opowiedziany w długiej kolejce na poczcie prędzej nas rozjuszy.
Paradoksalnie poczucie humoru uwalnia ego od własnego ciężaru, pozwala pomyśleć: „Może nie jestem jednak najważniejszy na świecie, podobnie jak moje problemy”. Nie dość, że możemy to rozwijać przez całe nasze życie, na przykład czytając błyskotliwe książki, oglądając zabawne filmy czy dowcipkując ze znajomymi, to jeszcze w ramach codzienności możemy częściej wrzucać na luz w sytuacjach napinkowych. Kiedy się nie śmiejemy, sztywniejemy – w myśleniu, zachowaniu, a nawet w sposobie poruszania się.
Kiedy ostatnio patrzyłam na zdjęcia z mojego wczesnego dzieciństwa, to przyznam, że wyglądałam na nich raczej na poważną dziewczynkę. Ale pamiętam też, że się w kierunku „niepoważności” edukowałam. Pasjami kupowałam sobie książki z dowcipami i dość wcześnie zaczęłam oglądać „Latający Cyrk Monty Pythona”, który – wyznaję – nie od początku mnie śmieszył.
Brytyjskie poczucie humoru to jest wyzwanie nawet dla bardzo pogodnego człowieka. To wyższy poziom wtajemniczenia. Ja z kolei chowałam się na humorze żydowskim. W trzeciej klasie podstawówki dostałam pod choinkę trzy tomy szmoncesów „Przy szabasowych świecach” – dziś są tak zaczytane, że kartki z nich wypadają. To była moja pierwsza kuźnia naprawdę abstrakcyjnego humoru dla dorosłych, czyli takiego, który konfrontuje z grozą życia. Myślę, że w lwiej części wykuła moje obecne, bardzo czarne poczucie humoru. Ale pamiętam jeszcze jedną lekturę szkolną – tomik wierszy z czasów wojny i okupacji, bardzo nietypowy tomik, nie żaden Krzysztof Kamil Baczyński, tylko uliczne rymowanki, piosenki i kuplety, które mi uświadomiły, co można oswajać poczuciem humoru i jakie to jest cudowne narzędzie! Pamiętam na przykład taki fragment: „Po Berlinie sobie tuptam, patrzę, trup tu, patrzę, trup tam. Trupki całe, części trupka, rączka, pupka, część kadłubka”. Autor: Jan Zaborowski, 1943 rok. Ale Monty Python też uplasował się wysoko na mojej liście, jak wreszcie załapałam, o co w nim chodzi. To było, jakby ktoś rozdarł zasłonę rzeczywistości i pokazał mi zupełnie inny świat.
Ja zawsze lubiłam dowcip na granicy – dobrego smaku, może nawet kultury. Lubiłam sprawdzać, czasem sama na sobie, kiedy coś mnie jeszcze śmieszy, a kiedy uważam, że to już przegięcie. A czy ty też – jak ja – zgodziłabyś się z komikiem Rickym Gervaisem, że można się śmiać absolutnie ze wszystkiego?
Można i należy. Choć z samym Rickym mam dość trudną relację: czasami uważam, że jest bucem, a czasami, że geniuszem. Dopuszczam też myśl, że on to robi specjalnie. Natomiast zdecydowanie bliski jest mu czarny, abstrakcyjny humor, co czyni nas w jakiś sposób zaprzyjaźnionymi [śmiech].
Myślę, że Ricky reprezentuje też humor odważny, wręcz bezczelny. Niewiele osób ma dziś śmiałość stanąć przed najsławniejszymi i najbogatszymi ludźmi na świecie i wytknąć im ich słabości, jak robił to wielokrotnie w przeszłości, prowadząc Złote Globy. I za to go szanuję najbardziej. Jak sam potem wyjaśnił, prowadził te Złote Globy nie dla tych 200 najsławniejszych i najbogatszych w sali, tylko dla milionów przed telewizorami, którzy są zwykłymi osobami i chcą też czasem pośmiać się z lepszych od siebie, spuścić z nadętej atmosfery takich imprez trochę powietrza.
Tak jak kiedyś robiło się podczas karnawału.
Karnawał to był taki świat na opak, w którym wywracało się wszystkie zasady – moralne i klasowe. Świat dalej działał w niezmienionej formie, ale przynajmniej mogliśmy na chwilę uwolnić napięcie biorące się choćby z poczucia niesprawiedliwości społecznej.
Moim zdaniem Ricky Gervais jest jednym z niewielu nowoczesnych błaznów, w najlepszym tego słowa znaczeniu, bo on niby drwi, a jednak mówi totalnie poważnie. A co najważniejsze, nie trzyma sztamy z Bradem Pittem czy George’em Clooneyem, tylko właśnie z nami, maluczkimi.
Jednocześnie Brad Pitt czy George Clooney powinni się zaśmiać z jego żartu, by pokazać, że mają do siebie dystans.
Dlatego właśnie każdy szanujący się król musiał mieć swojego błazna. Już samo nieposiadanie go oznaczało, że nie masz poczucia humoru. Stańczyk, piękna postać historyczna i kulturowa, był z jednej strony wielkim patriotą, a z drugiej właśnie takim tricksterem, żartownisiem.
Uważasz, że humor nam się dziś trochę stępił?
Tak. Po pierwsze, ponaruszało nam się trochę tabu i dużo więcej dziś można, a po drugie rozrywka wzięła na siebie dużo z takiego rozładowania, które powinno być – w moim odczuciu – robione w nieco inny sposób, na wyższym poziomie. Już tłumaczę. Kabarety z czasów stanu wojennego w Polsce albo z czasów PRL-u, kiedy Polska była nazywana najzabawniejszym barakiem w obozie, to były genialne teksty i ludzie zaangażowani społecznie i politycznie: od Starszych Panów, poprzez „Przekrój” aż po Smolenia i Kabaret Olgi Lipińskiej. Wszyscy byliśmy wtedy przyzwyczajeni, że niesprawiedliwość i terror obsługuje się właśnie pewnym rodzajem poczucia humoru. Jak w tej linijce: „Idę sobie, patrzę, a leją zasłużonych”. Bogdan Smoleń mówił to, akcentując słowa tak, że cenzor nie mógł się przyczepić, bo wydawało się, że jest mowa o alei zasłużonych, tymczasem tak naprawdę chodziło o niesprawiedliwość wobec kombatantów. Potem system się zmienił, wszystko ruszyło do przodu, o wiele więcej można było powiedzieć, a żarty zrobiły się bardziej trywialne. Nie wiem, jak tobie, ale mnie z obecną polską sceną kabaretową jest bardzo ciężko. Nie odnajduję tam rzeczy, które są dla mnie śmieszne. To bardziej ramota i relikt niż tętniący puls kultury.
Jest nam za dobrze, żebyśmy byli zabawni?
Trudne warunki zaostrzają poczucie humoru, ale to nie znaczy, że w dobrych nie można tworzyć wyrafinowanych form intelektualnych, tyle że pojawia się wtedy możliwość ich nietworzenia, i ludzie z niej korzystają.
Jednocześnie żałoba po śmierci Joanny Kołaczkowskiej pokazuje, że prosty dowcip może dawać tyle samo satysfakcji, co ten wyrafinowany. Może chodzi o wybranie obiektu, z którego się śmiejesz. Zamiast szydzić czy rechotać z innych, można śmiać się z siebie, z nas, z naszych językowych nawyków czy postaw. Tak jak robiła to Joanna.
Moim zdaniem ona znalazła złoty środek pomiędzy zwykłością żartu a wyrafinowaniem. To wcale nie było takie proste, jak się wydawało. Ona brała zwykłe rzeczy czy tematy, ale tak je ze sobą zestawiała, że człowiek nagle dostrzegał jakiś zgrzyt, absurd, śmieszność. To było ogromnie uwalniające. Jest w nas ciągle miejsce na ten bardziej wyrafinowany humor.
Cieszy mnie, że filmem 25-lecia Polacy ogłosili „Dzień świra” Marka Koterskiego. Film śmieszny, a jednocześnie smutny.
Może dlatego, że tematem „Dnia świra” jest polskość.
Niezmiernie raduję się też, że rekordy popularności biją takie seriale jak „1670” czy „The Office PL”. Przy obydwu pracował Jakub Rużyłło, któremu ja z kolei stawiałabym dziś pomnik.
„Hop, hop, hop”, „Jesteś swój chłop, to znaczy mój chłop” czy „Człowiek dorobi się czegoś ciężką pracą swoich chłopów” – bon moty Jana Pawła Adamczewskiego, autorstwa Rużyłły, już chyba na stałe weszły do naszego słownika.
No i moja ostatnia radość: odżywa komedia improwizowana. Uwielbiam warszawskie Klub Komediowy i Klancyk.
Ja nawet byłam zaproszona przez Klancyk do wzięcia udziału w ich spektaklu improwizowanym jako gość. Z jakiegoś powodu doceniają moje sucharowe poczucie humoru, a mówię „sucharowe” na podstawie reakcji publiczności, która w momentach, w których żartowałam, pozostawała niewzruszona, a zarykiwała się, kiedy byłam absolutnie poważna. Te spektakle są niesamowicie błyskotliwe, a jednocześnie niesamowicie przystępne.
Co istotne, aby się dobrze bawić na takim spektaklu improwizowanym, musisz wprowadzić się w dobry nastrój, „rozbawić się”. Dlatego też prowadzący robią publiczności i sobie przed spektaklem rozgrzewkę.
Byłam świadkiem takiej rozgrzewki w wykonaniu członków zespołu, i to dopiero jest kosmos. Bo ta rozgrzewka jest neurobiologiczna. Polega na bardzo szybkim reagowaniu na hasła rzucane przez drugą stronę, połączonym z określoną sekwencją ruchów, które trzeba wykonać. To jest ogromnie trudne, ale dzięki temu synchronizują się ze sobą i rozgrzewają własne neurony.
Dlatego potem masz wrażenie, że oni grają według scenariusza, tymczasem to ich mózgi odbierają na tych samych falach.
I to się udziela też widzom. Ja po takim spektaklu zupełnie inaczej patrzę na rzeczywistość, inne rzeczy w niej odkrywam.
Bo wyrafinowane poczucie humoru zabiera cię do takiej intensywnej, mentalnej zabawy, podczas której po prostu inaczej pracują ci zwoje mózgowe. Coś się otwiera w głowie. To mniej wyrafinowane operuje na niskich rejestrach, w których się mówi: „Przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba”. Nasze poczucie humoru zmienia się, także w związku ze zmianami kulturowymi i zmianą naszej wrażliwości. Obecnie naśmiewanie się z osób z niepełnosprawnościami jest w złym guście, podczas gdy kiedyś wiele żartów miało w sobie element, który wygrywał wyższość jednej grupy nad drugą albo dominację. Bywały upokarzające, naznaczające dla jakichś grup społecznych, zawierały w sobie sporo pogardy. Teraz rozumiemy, że żart może ranić.
No właśnie, czy żart może zaboleć? I kto wtedy jest temu „winien”?
Z jednej strony za przekaz odpowiada nadawca, ale z drugiej…
Jeśli Brad Pitt weźmie do siebie żart Ricky’ego Gervaisa albo blondynka w pełni zidentyfikuje się z seksistowskim dowcipem o blondynce, to w pewien sposób oboje zgadzają się być zabrani do świata, w którym te podziały istnieją. To jest właśnie najdelikatniejsze w żarcie, że tu nie można narysować jednej linii.
Wolałabym zaśmiać się z George’a Clooneya, zadrwić z jego uprzywilejowania, niż śmiać się z osoby jeżdżącej na wózku.
A z siebie?
Z siebie – zawsze. Chodzi mi o to, że osoba na wózku nie ma przywileju i drwienie z niej jest okrucieństwem. Natomiast jeśli ktoś ma bardzo dużo przywilejów, czyli jest w o wiele lepszej sytuacji, to żart na temat tej osoby nie pogłębia jej krzywdy, bo tam krzywdy nie ma. Nasza wrażliwość w ramach poczucia humoru mogłaby iść w taką stronę, że warto się śmiać ze wszystkiego, zwłaszcza z rzeczy bardzo poważnych, natomiast można w tym uwzględnić, że niektóre żarty dla osób, które są w wyjątkowo trudnej sytuacji, mogą być raniące i trudne do zniesienia. Tu nie chodzi o cenzurę, tylko o to, by zdobyć się na bardziej wyrafinowany dowcip.
Myślę, że dziś po prostu z takiego żartu się nie śmiejesz. Kiedyś nie wiadomo było, czy można się nie śmiać. Mnie dziś nie bawi wiele rzeczy, które kiedyś wywoływały uśmiech, bo pewne rzeczy sobie uświadomiłam. Jednocześnie upieram się, że można się śmiać ze wszystkiego i wszystkich, byle w dobrej intencji.
Dlatego też odbiorcom żartów polecałabym nienadmierne identyfikowanie się z ich treścią. Ja się śmieję z żartów o głupich psychologach, pod warunkiem że są dobre. Żart bywa dziś orężem, tak jak mówisz, także w niedobrej sprawie. Bywa, że uczestniczę w dyskusji, w której ktoś mnie celowo obraża, a potem mówi: „Wiadomo, że się nie śmiejesz, bo jesteś feministką, a feministki nie mają poczucia humoru”. No przepraszam bardzo.
Skąd bierze się ten mit, że dziewczyny są mniej zabawne od chłopaków? Chodzi o to, że musimy być seksowne, a nie śmieszne?
Poczucie humoru nie przystoi patriarchalnej kobiecie dlatego, że ono jest narzędziem władzy i kontroli. A kobieta w tym systemie nie ma pozycji, która by jej pozwalała na robienie sobie heheszków z pana i władcy. Pamiętaj, zgodnie ze słowami przypisywanymi Margaret Atwood, mężczyźni najbardziej boją się tego, że zostaną wyśmiani przez kobiety, a kobiety – że mężczyźni je zabiją.
Istotne jest tu także, że chłopcy są od małego wychowywani do współzawodnictwa, więc są uczeni pewnej prostolinijności i gruboskórności w kontaktach społecznych, co ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że jak się na siebie wkurzą, to dadzą sobie po razie i temat się kończy. Ja nie pytam, czy to dobrze czy źle, tylko mówię, jak to wygląda. Dziewczynki są ćwiczone do dużo bardziej zniuansowanych relacji międzyludzkich, nieuprzywilejowanie odbiera im możliwość konfrontacji wprost, w związku z tym duża część agresji przesuwa się w stronę interakcji werbalnych lub niewerbalnych. Chłopiec chętniej rzuci przekleństwem, dziewczynka sięgnie po złośliwość. Na dodatek wszyscy jesteśmy uczeni raczej poważniejszego traktowania siebie samych w komunikacji, w Polsce poczucie humoru nie jest wysoko stawiane pośród cnót indywidualnych.
Zawsze jak czytałam rankingi cech pożądanych u partnera, poczucie humoru plasowało się bardzo wysoko. Choć rzeczywiście dotyczyło to głównie partnerów, nie partnerek.
To uznanie dla poczucia humoru jest jednak bardzo wybiórcze, dotyczące określonych kręgów i poza nimi słabo reprezentowane.
Poczucie humoru daje większą kontrolę. Myślisz, że powinnyśmy zawalczyć o większe równouprawnienie w tym zakresie?
Myślę, że o indywidualną emancypację w ramach poczucia humoru walczyć zawsze warto, natomiast my wszyscy powinniśmy zawalczyć o więcej Ricky’ów Gervaisów, Stańczyków, błaznów, tricksterów w naszym społeczeństwie. Ludzi, którzy w mądry sposób drwią z okrucieństwa, niesprawiedliwości, przywilejów i buty możnych tego świata. Dziś mamy zdecydowanie więcej tchórzy i pochlebców.