Ta historia inspiruje filmowców od dekad. „Na wschód od Edenu” – rozgrywająca się na początku XX w. monumentalna saga rodzinna; jedna z najważniejszych amerykańskich powieści – doczekała się nowej interpretacji, tym razem w formie serialu Netflixa, który na pierwszym planie umieszcza Cathy Ames, najbardziej złożoną i niejednoznaczną (anty)bohaterkę literackiego pierwowzoru, a także pozwala widzom obcować z nieco bardziej przystępną wersją prozy Johna Steinbecka oraz jego prawdy o ludziach i świecie. Adaptacji podjęła się natomiast Zoe Kazan, wnuczka reżysera ekranizacji z 1955 r. Czyżby Amerykanie właśnie dostali swoją „Lalkę”, która podzieli ich naród na pół?
Spór Polaków dotyczący filmowej i serialowej adaptacji „Lalki” wciąż trwa. Tymczasem kilka dni temu na Netflixie pojawiła się kolejna ekranizacja klasycznej powieści, tym razem amerykańskiej, która po cichu zdetronizowała polską produkcję inspirowaną prozą Bolesława Prusa ze szczytu listy najchętniej oglądanych seriali platformy. „Na wschód od Edenu” autorstwa noblisty Johna Steinbecka przedstawia dramatyczną historię wielopokoleniowej, targanej tragicznymi wydarzeniami rodziny Trasków. W tle mamy miłość, braterską rywalizację, dziedziczenie konfliktów oraz odwieczną walkę dobra ze złem.
Czytaj także: Prus, Austen, Hoover i Dickens na ekranie. Tej jesieni pisarze przejmują kina i streaming
(Fot. materiały prasowe)
Powieść z 1952 r. porusza też temat nierówności, samotności, winy, odpowiedzialności i poszukiwania własnej tożsamości. Opowiada o pokoleniowym buncie, zderzeniu tradycji z postępem i rozpadzie rodzinnych wartości. Autor zawarł w niej także rozważania o Bogu, ludzkiej naturze i grzechu (historia oparta jest na biblijnej przypowieści o Kainie i Ablu). Duże znaczenie ma tu zatem motyw „timszel” (hebr. „możesz panować [nad grzechem]”), czyli przekonanie, że człowiek ma wybór i nie musi być niewolnikiem własnego dziedzictwa.
(Fot. materiały prasowe)
Nic więc dziwnego, że skoncentrowana wokół niezliczonych konfliktów filozoficzno-moralnych powieść była przenoszona na ekran już kilkukrotnie, w tym m.in. przez Elię Kazana, który w swojej wersji z 1955 r. skupił się przede wszystkim na wątku Cala (James Dean), niezrozumianego i niekochanego syna. Teraz z dziełem Steinbecka zmierzyła się wnuczka reżysera, scenarzystka Zoe Kazan, kierując szczególną uwagę na postać matki Cala, okrutnej i wyrachowanej Cathy Ames, od której zaczyna się tym razem cała historia.
(Fot. materiały prasowe)
Potem cofamy się o 25 lat, aby przyjrzeć się losom Adama i Charlesa. Bracia dorastają pod opieką ojca, którego skrajnie różne traktowanie synów kształtuje ich charaktery. Dobroduszny Adam jest oczkiem w głowie patriarchy, który nie poświęca takiej samej uwagi Charlesowi. Brak akceptacji popycha więc chłopaka w objęcia zazdrości, której celem staje się jego brat. Ich skomplikowana relacja staje się jeszcze trudniejsza, gdy w ich życiu pojawia się Cathy, która przekraczając próg domu Trasków, przynosi jego lokatorom zagładę. Czy jednak twórczyni godnie przechwyciła narrację i uniosła ciężar oryginału?
Czytaj także: Byłam na „Lalce” i zapewniam: kto nie pójdzie, pożałuje. Wokulski i Izabela rozpaczliwie szukają, ale nie siebie
(Fot. materiały prasowe)
Kazan dostarcza zatem dość wiernej adaptacji, która oddaje ducha pierwowzoru i ukryte w nim emocje, zachowuje symbolikę i nie pomija biblijnych kontekstów oraz tematu generacyjnej traumy, która napędza cykl przemocy. Widzimy więc, jak bracia rywalizują o uwagę ojca i walczą o braterską relację. Z drugiej strony twórczyni po swojemu przesuwa akcenty i rzuca zupełnie nowe światło na opus magnum Steinbecka poprzez znaczne rozbudowanie historii i jeszcze mocniejsze skupienie się na definicji człowieczeństwa.
(Fot. materiały prasowe)
Decyzja, aby skupić się na antybohaterce, która spaja wydarzenia w tragiczny sposób, okazała się niezwykle trafiona. „Wierzę, że na tym świecie wśród ludzi rodzą się potwory” – tak Steinbeck przedstawia Cathy, bezwzględną psychopatkę, która kieruje się wyłącznie egoizmem. Serial próbuje jednak ją zrozumieć i odnaleźć w niej człowieka. W tym celu Kazan przygląda się bliżej jej przeszłości oraz motywacjom, pokazując, że postać ta nie jest diabłem ani czystym złem, a produktem swoich czasów, w których patriarchalny porządek dawał kobietom niewielką sprawczość, a wywalczenie sobie wolności i wyślizgnięcie się ze zniewolenia było możliwe jedynie przy użyciu naprawdę radykalnych metod i środków.
(Fot. materiały prasowe)
Nie oznacza to jednak, że twórczyni czyni z Cathy wzór do naśladowania czy usprawiedliwia jej czyny. Nie – po prostu kieruje się empatią, nie szufladkuje jej i pozwala widzom samodzielnie ocenić, czy faktycznie mają do czynienia ze złem wcielonym. Kładzie przy tym nacisk na znaczenie wolnej woli i pozwala wybrzmieć temu, że Cathy nie urodziła się zła. To życie poddało ją próbie, a w wyniku przeżytych traum została zmuszona do wyrobienia sobie pewnych mechanizmów obronnych. Czy rany odniesione za młodu usprawiedliwiają jej grzechy? Nie, ale czynią jej psychoportret bardziej złożonym.
(Fot. materiały prasowe)
Tu warto wspomnieć o wybitnych kreacjach aktorskich, szczególnie Florence Pugh, która doskonale uchwyciła nie tylko niuanse swojej postaci, ale też jej nieoczywistą naturę. To wielki występ, a aktorka kradnie całe show i jest tu absolutnie hipnotyzująca: bezczelna, niewdzięczna i manipulująca. Świetnie wypadli również Christopher Abbot jako Adam, który porusza pełnym rozpaczy, rozczarowania i rezygnacji spojrzeniem, Mike Faist jako Charles, który co prawda rzadko pojawia się na ekranie, ale jego kreacja udręczonego mężczyzny łaknącego miłości ojca naprawdę robi wrażenie, oraz Hoon Lee, który gra wyrozumiałego i opiekuńczego służącego, cichego obserwatora wydarzeń, będącego dla bohaterów etycznym drogowskazem oraz uosobieniem spokoju i emocjonalnej mądrości, a dla widza postacią metaforyczną, która pojawia się w tle, ale ma duże znaczenie dla fabuły.
Czytaj także: Florence Pugh szczerze o swojej przełomowej roli: „Skrzywdziłam sama siebie”
(Fot. materiały prasowe)
Ta z kolei ma w sobie dużo dobrego: świetnie rozpisane na siedem odcinków intrygi, momenty zmuszające do zadumy, długie sceny rozmów, wspaniale poprowadzone konflikty i zwroty akcji. Nie ma luk w narracji ani płytkiego podejścia do przedstawianych wątków i problemów. Pod względem realizacyjnym również ciężko doszukiwać się jakikolwiek wad. Fenomenalne zdjęcia, wspaniała scenografia, zjawiskowe kostiumy, oddająca ducha epoki muzyka i bliskie perfekcji aktorstwo sprawiają bowiem, że każdy odcinek to prawdziwa uczta. Serial najlepiej radzi sobie jednak z tematem dualizmu ludzkiej natury, pokazując, że nikt nie rodzi się dobry lub zły i każdy, niezależnie od tego, jaką ścieżką kroczy, popełnia błędy i jest niedoskonały, a każdy czyn niesie ze sobą konsekwencje. Finał, w którym mocno wybrzmiewa przesłanie o miłości i przebaczeniu, daje jednak nadzieję na nowy początek.
(Fot. materiały prasowe)
Współczesna interpretacja arcydzieła zawiera więc najważniejsze wątki powieści, w tym płynący z niej morał oraz paralele losów rodziny Trasków z historią o Kainie i Ablu. Można więc powiedzieć, że starcie z pierwowzorem zakończyło się dla Kazan zwycięstwem. Twórczyni stanęła na wysokości zadania, pogodziła wierność oryginałowi ze zmianami, które wychodzą całości na dobre, a Netflix dostarczył godnej adaptacji – mrocznej i cudownie wciągającej. Nie jest to oczywiście Steinbeck 1:1, ale serial w żadnym stopniu nie niszczy jego ideałów. To po prostu starannie rozpisana i dobrze poprowadzona wielka historia, którą chce się oglądać, oraz zadziwiająco udane połączenie dobrej mainstreamowej rozrywki dla masowej publiczności z kulturą wysoką, które zadowoli zarówno widzów spragnionych klasycznych historii, jak i fanów naprawdę jakościowej realizacji.
„Na wschód od Edenu” obejrzeć można na Netflixie.