fbpx

Sztuka Iwana Wyrypajewa otworzyła sezon w Teatrze Powszechnym

Sztuka Iwana Wyrypajewa otworzyła sezon w Teatrze Powszechnym
fot. materiały prasowe http://www.powszechny.art.pl

8 września Teatr Powszechny rozpoczął kolejny sezon działalności 100. spektaklem „Dzień Walentego” Iwana Wyrypajewa w reżyserii Iwony Kempy.

materiały prasowe

Takie spektakle jak „Dzień Walentego” w reżyserii Iwony Kempy widzowie oglądają z przyjemnością, i to po wiele razy. Nie dziwi więc, że choć Teatr Powszechny wystawił go już po raz 100., na otwarciu nowego sezonu nie było problemów z frekwencją publiczności.

60-letnia, elegancka Walentyna (w tej roli Elżbieta Kępińska) i nieco młodsza od niej Katia (Joanna Żółkowska), alkoholiczka, mieszkają razem w domu, w którym bieda aż piszczy, a każdy kolejny dzień przypomina poprzedni. Wszystko wskazuje na to, że nie mogą liczyć na nikogo oprócz siebie nawzajem. O przypadających właśnie na ten dzień, „Dzień Walentego” urodzinach Wali pamięta tylko ona sama oraz nieznośna Katia, która jak co roku przychodzi uczcić ten dzień tortem i wódką. Z każdym kolejnym łykiem kobiety coraz swobodniej dają publiczności do zrozumienia, że prawdziwą okazją do ich spotkania nie są wcale urodziny Wali, ale rocznica śmierci Walentego, mężczyzny, do którego miłość połączyła je na zawsze w coś na kształt rodziny. Katia miała to „szczęście”, że mogła być jego żoną, Wala zaś to, że była jego kochanką. Siłą pamięci Katia ściąga pod dach ducha Walentego, każe mu się w sobie jeszcze raz zakochać i odtworzyć kolejne węzłowe punkty ich znajomości. Choć tego nie chce, wspominając, Wala musi wpuścić do głowy także Katię Sprzed Lat (Paulina Holtz), przez którą – a może dzięki której? – wydarzenia ich prostego życia zawikłały się w gordyjski węzeł. Tej przedziwnej nocy wspomnienia będą mieszać się z teraźniejszością, zaznaczona na początku wyraźnie rozdzielność planów czasowych z czasem zamaże się – duch Walentego (Sławomir Pacek) nie zdąży ukryć się w szafie przed nadejściem Katii, a Katia sprzed lat nie ucieknie przed sobą samą jako dojrzałą kobietą.

Podstawą sukcesu „Dnia Walentego” jest – jak to zwykle w Powszechnym – znakomity tekst. Rosyjski dramaturg Iwan Wyrypajew czerpie garściami z klasyki literatury, wykorzystując powszechnie rozpoznawalne symbole jak strzelba, która musi wystrzelić w ostatnim akcie, olej zwiastujący apokalipsę czy niebieski balonik symbolizujący upływ życia. Z drugiej strony zaś – jest świadomy siły żywego słowa, stosuje wiele komizmu językowego, utarczek słownych między postaciami, dialogi są żywe, a bohaterowie często „potykają się” o język, który nagle staje się dla nich nieprzezroczysty (Walentyna: „Mówię teraz słowami z poprzedniego wieku”; „A co Ty tak do mnie mówisz cytatami z filmów”). „Dzień Walentego” – sztuka o dwóch starych kobietach połączonych na dobre i złe miłością do tego samego mężczyzny – była grana wielokrotnie w całej Polsce, od Białegostoku po Gorzów. Opowiada bowiem historię, która – choć jest bez wątpienia współczesna i osadzona w konkretnych, dość bliskich Polakom realiach (obskurne, ciasne mieszkanie w Moskwie, XXI wiek) – traktuje o tematach prostych, uniwersalnych i nieco wstydliwych dla dzisiejszego teatru, takich jak zdrada i przebaczenie. A opowiada w specyficznie rozrywkowy sposób. Tekst Wyrypajewa jak zwykle oscyluje wokół cienkiej granicy komedii i dramatu. Po kilku gromkich wybuchach śmiechu widz zaczyna podejrzewać, że pod każdym wątkiem komediowym może kryć się prawdziwy dramat. Ta zabawa w kotka i myszkę jest dla publiczności bardzo wciągająca.

Ale nie byłoby sukcesu spektaklu, gdyby nie umiejętność reżysera do wyczytania tragikomizmu z tekstu i poprowadzenia aktorów do oddania go na scenie. Realizacje tego tekstu w innych teatrach nie są w połowie tak komediowe jak interpretacja Iwony Kempy. Reżyserka umie zbudować napięcie i bez pośpiechu, stopniowo wyprowadza widza z komfortowego poczucia, że rozpoznał sytuację i wie, czego może się spodziewać po wyraziście przecież zarysowanych postaciach. Na koniec oczywiście wszystko zostanie wywrócone na nice i okaże się inne, niż początkowo – z ciepłej cioteczki wyjdzie morderczyni, z wulgarnej alkoholiczki – zraniona romantyczka, a z nieżyciowego intelektualisty, który jest obiektem westchnień ich obu, zostanie tylko pozbawiony siły charakteru ciamajda.

Najważniejsza przemiana odbywa się jednak na innym poziomie. Uwaga widza zostaje stopniowo odwrócona od zagadek przeszłości i przekierowana na rozwikłanie zagadki mniej widocznej, bo najbliższej chronologicznie. Zagadki o wiele głębszej niż pytanie kto kogo zdradził i kto komu co winien – jak to możliwe, że dwie kobiety, zakochane od czterdziestu lat w tym samym mężczyźnie i od czterdziestu lat zazdrosne o siebie nawzajem, dożywają starości w symbiozie?

Liczne nawiązania scenograficzne do obrazów Chagalla idą w parze z odczytaniem tekstu jako uniwersalnej, momentami cierpkiej, ale w gruncie rzeczy słodkiej opowieści o zdolności ludzi do poświęceń i adaptacji do niesprzyjających okoliczności. Walentyna Elżbiety Kępińskiej to nie kobieta przepełniona goryczą, przeciwnie – od pierwszej sceny sprawiająca wrażenie spełnionej i pogodzonej z losem. Dlatego sceny jej zrywu emocjonalnego i buntu przeciwko Katii, które w innych realizacjach są pełne patetycznego dramatyzmu, tutaj stają się jakby odrealnione, nieprawdziwe. Może Walentyna przeprowadza ten rozrachunek tylko w swojej głowie?

„Dzień Walentego” jest historią, która mogłaby zostać zrealizowana na kilka różnych sposobów, w zależności od dojrzałości emocjonalnej tego, kto ją opowiada. Nie trudno wyobrazić sobie, co zrobiłby z nią ktoś nieco młodszy, w życiu stawiający wszystko na jedną kartę czy lubujący się w tanich dramatach. Zdaje się, że cały zespół Teatru Powszechnego zaangażowany przy pracy nad tym spektaklem spojrzał na tę tragiczną w gruncie rzeczy historię z dystansem i humorem, jak zwykły patrzeć na błędy młodości 60-letnie Walentyny, które każdy z nas miał zapewne szczęście w życiu spotkać.