1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jerozolima - Stare Miasto

Jerozolima - Stare Miasto

W mieście o tak bogatej historii jerozolimska Starówka jawi się jako perła w koronie.  W obrębie wspaniałych murów kryje się żywe muzeum, pełne budowli sakralnych,  ludzi pogrążonych w żarliwej modlitwie, miejsc uświęconych wielowiekową tradycją.

Jerozolimskie Stare Miasto ma zaledwie kilometr kwadratowy, ale jego znaczenie promieniuje na wiele zakątków świata, a żydzi, chrześcijanie i muzułmanie modlą się z jednakowym zaangażowaniem. Za trzy najważniejsze obiekty w obrębie Starego Miasta można uznać Ścianę Płaczu, Bazylikę Grobu Świętego i Wzgórze Świątynne. W pozornie chaotycznym skupisku domów da się zauważyć podział na cztery części: Dzielnicę Chrześcijańską, Ormiańską, Żydowską i Muzułmańską. Tworzą one mozaikę stylów architektonicznych ze wszystkich zakątków świata i z różnych stuleci. Na brukowanych alejkach i bazarach kłębią się świątobliwi mężowie, pielgrzymi, turyści i sprzedawcy uliczni, a ich stroje i zwyczaje przydają kolorytu temu eklektycznemu miniaturowemu miasteczku.

Dzielnica chrześcijańska

Charakterystycznym elementem Dzielnicy Chrześcijańskiej, zajmującej północno-zachodnią część Starego Miasta, są kościoły i tętniące życiem bazary. Mieszkają tu przede wszystkim przedstawiciele różnych odłamów religii, która ma najwięcej wyznawców na świecie. W centrum wznosi się Bazylika Grobu Świętego, jedno z najświętszych miejsc chrześcijan. Wyznacza ona koniec Via Dolorosa, czyli drogi, którą Jezus niósł krzyż na Golgotę. Do Dzielnicy Chrześcijańskiej można się dostać Bramą Nową lub Bramą Jafską – ta ostatnia jest najpopularniejszym wejściem na teren Starego Miasta(…)

Bazylika Grobu Świętego Zgodnie z tradycją, ten otoczony wielką czcią kościół wznosi się na miejscu  ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania Jezusa, przez co uważany jest za jedno z najświętszych miejsc chrześcijaństwa. Z zewnątrz wygląda na mocno zaniedbany, a z powodu sporów między przedstawicielami odłamów religijnych roszczących sobie prawo  do świątyni od wielu lat otaczają go rusztowania, ponieważ nie udaje się skończyć remontu. Obecnie świątynia jest podzielona między Kościoły:  grecki, prawosławny, ormiański i katolicki, a ich różne style architektoniczne i bogata liturgia wspaniale harmonizują  z historyczną budowlą.

Kalwaria (Golgota;  hebr. ‘miejsce czaszki’; arab. Al-Jumjumah)

To skaliste wzgórze w Jerozolimie, zgodnie z tradycją uznawane  za miejsce męki Jezusa. Na Golgotę prowadzą wąskie schody (na prawo od wejścia). Ta część kościoła , charakteryzująca się największym  bogactwem zdobień, dzieli się na trzy części. Znajduje się tam, na lewo od ołtarza, kaplica Przybicia do Krzyża (…), figura Matki Bożej (…) oznaczająca miejsce, w którym ciało Jezusa zostało zdjęte z krzyża i przekazane Marii oraz Skała Golgoty (…), czyli fragmenty odłupane ze wzgórza podczas budowy pierwszego kościoła na tym miejscu; są dziś zabezpieczone szkłem, można je oglądać, a nawet dotknąć przez otwór w płycie pod ołtarzem. Kościół św. Jana Chrzciciela

Zwieńczony srebrzystą kopułą, kościół św. Jana Chrzciciela jest jedną z najstarszych świątyń chrześcijańskich w Jerozolimie. Obecna budowla została wzniesiona na miejscu kaplicy z V w., w której przechowywano relikwie św. Jana Chrzciciela (…) Warto spojrzeć  na gmach kościoła sprzed fontanny na środku placu Muristan (…) Poza skromną fasadą, z dwiema dzwonnicami, kształt świątyni nie uległ zmianie od tysiąca lat i stanowi  ona nieodłączną  część chrześcijańskiej historii Jerozolimy. We wnętrzu na szczególną uwagę zasługuje ikonostas, utrzymany w tonacji zieleni i złota. Wejście do kościoła znajduje się przy Christian Quarter Road, biegnącej wzdłuż zachodniej pierzei placu Muristan. Tabliczki informacyjne są tylko po grecku, ale mały znaczek z postacią św. Jana na niebieskim tle wystarcza by odnaleźć drogę (…)

Bazary (arab. souk)

W przeciwieństwie do targowisk w Dzielnicy Muzułmańskiej, które stanowią integralną część codziennego życia jej mieszkańców, bazary w Dzielnicy Chrześcijańskiej przyciągają przede wszystkim turystów,  których tłumy codziennie przekraczają Bramę Jafską. Sklepy przy wąskich, brukowanych alejkach oferują malowniczy miszmasz artykułów religijnych: obok różańców leżą jarmułki, a dalej współczesne T-shirty. Kramy z wyrobami rzemieślniczymi, biżuterią, ceramiką i przyprawami rywalizują o uwagę klientów, przeciskających się przez tłum w wąskich uliczkach. Mimo wyraźnie komercyjnego charakteru, bazary w Jerozolimie są fascynującym miejscem. Ceny są tu jednak bardzo wysokie, dlatego chcąc kupić jakąś autentyczną pamiątkę, wyrób rękodzielniczy, a nie masową podróbkę, lepiej się wybrać do ormiańskich warsztatów przy El-Nabi Dawoud, niedaleko Bramy Syjońskiej.

Dzielnica Żydowska

Rejon ten należy do najspokojniejszych na Starym Mieście. Stoją tu najstarsze synagogi w Jerozolimie,  ceglane ściany pokrywają kwitnące bugenwille, a ciche brukowane uliczki wypełnia atmosfera zadumy nad świętymi tekstami (…) W centrum (…) rozciąga się cichy plac Hurwa otoczony licznymi kawiarniami i piekarenkami ze słodkościami i stolikami pod gołym niebem. Na wschodnim krańcu dzielnicy, przy rozległym placu, znajduje się Ściana Płaczu – obecnie najświętsze miejsce dla wyznawców judaizmu.

Ściana Płaczu

To jedyna pozostałość po Drugiej Świątyni (…) zburzonej przez Tytusa w 70 roku (…) Obecnie Ściana Płaczu pozostaje sercem judaizmu, żydzi modlą się tu i wkładają między starożytne kamienie karteczki z intencjami. Jest to zarazem jedno z najwrażliwszych politycznie miejsc na świecie.

 
Na plac przed Ścianą Płaczu prowadzą trzy wejścia: jedno od Shlomo Goren, drugie od podstawy schodów wiodących ze Spalonego Domu i platformy widowiskowej, a trzecie z ulicy HaKotel odchodzącej od ulicy Bab El-Silsila. Należy pamiętać o skromnym stroju – odkryte ramiona i spódnice powyżej kolan są wykluczone. Przy punktach wejściowych można dostać szal i papierową jarmułkę dla mężczyzn. Pod Ścianę Płaczu mogą podchodzić przedstawiciele wszystkich wyznań pod warunkiem przestrzegania zasad religijnych. Podczas szabatu na terenie placu nie wolno robić zdjęć, rozmawiać przez komórkę ani palić papierosów.

Plac i tunele

Wizyta na Western Pall Plaza robi wrażenie,  zwłaszcza w czasie uroczystości religijnych lub modlitw szabatowych. W części wydzielonej dla mężczyzn, w budynku służącym jako synagoga znajduje się Łuk Wilsona. W przeszłości był on fragmentem wielkiego mostu łączącego górną część miasta ze Świątynią. Na lewo od części dla mężczyzn zaczynają się tunele pod Ścianą Płaczu (…), które wykopano, aby odsłonić ukryte pod ziemią fragmenty pierwszej świątyni. Wycieczka z przewodnikiem (…) po podziemiach, ciągnących się aż do Via Dolorosa, to fascynująca  możliwość zobaczenia warstw historycznych muru. Najpierw idzie się wąskim przejściem do Muru Heroda, który jest pozostałością pięknego gmachu publicznego. Za Wielką Salą znajduje się Najwyższy Kamień, głaz o wadze 570 ton, będący fragmentem fundamentów świątyni. Brama Warrena (…) wiedzie do niewielkiej niszy, w miejscu zwanym „święte świętych”(…) Stąd dochodzi się tunelami do Muru Heroda, który w okresie istnienia świątyni był zatłoczoną ulicą handlową, mija się kamieniołom i akwedukt, po czym wychodzi na powierzchnię przy Via Dolorosa, w Dzielnicy Muzułmańskiej.

Wycieczkę po tunelach warto uzupełnić zwiedzeniem Centrum Pokoleń (Generation Center) (…) Ekspozycje przybliżają ostatnie 3500 lat historii narodu żydowskiego: poprzez muzykę, rzeźbę, archeologię, szkło, efekty świetlne i obrazy holograficzne.

Dzielnica Muzułmańska

Podczas gdy głównymi atrakcjami dzielnic zamieszkanych przez żydów, Ormian i chrześcijan są zabytki, muzea i skarby sztuki sakralnej, Dzielnica Muzułmańska przyciąga turystów atmosferą. W porównaniu z innymi rejonami Starego Miasta panuje tu straszny gwar. Do Dzielnicy Muzułmańskiej, rozciągającej się w północno-wschodniej części miasta, prowadzą dwie bramy: Damaceńska i Heroda. Koniecznie trzeba zajrzeć na bazary. Te zatłoczone i gwarne ośrodki arabskiego handlu, przepełnione egzotycznymi zapachami, wspaniale kontrastują z cichymi uliczkami dzielnicy. Ale nie oznacza to, że nie ma tu historycznych perełek. Wystarczy wspomnieć o Wzgórzu Świątynnym, z majestatyczną Kopułą na Skale stanowiącą serce Starego Miasta. Gdy nad okolicą rozlega się głos muzeina, obwieszczającego początek piątkowej modlitwy, wąskie uliczki dzielnicy wypełniają się tłumem wiernych zmierzających w kierunku meczetu na Wzgórzu Świątynnym, a jednocześnie spod najdalej na  wschód wysuniętej bramy rusza procesja Drogi Krzyżowej, jednego z najważniejszych nabożeństw chrześcijańskich.

Dominującą budowlą na Wzgórzu Świątynnym jest niewątpliwie majestatyczna Kopuła na Skale, ale za najważniejszą uchodzi meczet Al-Aksa, zbudowany w miejscu, o którym w Koranie napisane jest al-aksa (najdalsze) (…), obecnie jest to centrum religijne jerozolimskich muzułmanów. W świątyni o powierzchni 144 tys. m2 może się jednocześnie modlić  4000 wiernych. W południowo-wschodnim narożniku placu, przed meczetem, znajdują się skromne pozostałości tzw. Stajni Salomona, które – wbrew nazwie – nie pochodzą z czasów słynącego z mądrości króla, ale faktycznie trzymano tu konie za rządów krzyżowców. Na północ od meczetu znajduje się okrągła fontanna Al-Kas, datowana na początek XIV w., wykorzystywana przez muzułmanów do rytualnego obmycia się przed modlitwami. Dokładnie naprzeciw wznosi się meczet Kopuła na Skale, ośmiokątna budowla zwieńczona słynną złoconą czaszą(…) Meczet, zbudowany w latach 688-691, uchodzi za najstarszą muzułmańską świątynię na świecie. Znajduje się w nim także najstarszy mihrab (nisza w ścianie modlitw, wskazująca wiernym kierunek Mekki). Zarówno elewacje, jak i wnętrze budowli są bogato zdobione. Przy czym mozaiki, malowane drewno, marmur, barwne płytki, dywany i rzeźbione kamienie pochodzą z różnych okresów. Utrzymana w błękitno-złotej tonacji fasada jest pozostałością z czasów Sulejmana Wspaniałego. Muzułmańska pielgrzymka do Jerozolimy nosi nazwę takdis i stanowi ostatni etap głównej pielgrzymki (hadż).

Bazary

Targowiska w Dzielnicy Muzułmańskiej są jedną z atrakcji Starego Miasta. Stanowią niezbity dowód rozwoju tutejszej społeczności arabskiej. Od Bramy Damascejskiej, zawsze zatłoczonej, odchodzą na południe dwie rozgałęziające się ulice targowe Souk El-Wad i Souk Khan El-Zeit. Ale na szczególną uwagę zasługuje trzecia, Souk El-Quattanin (Targ Bawełniany), na południowym krańcu El-Wad, gdzie znajduje się najstarszy bazar, ze skromnymi straganami, przykrytymi dachem podtrzymywanym przez kamienne łuki. Wszędzie panuje gorączkowa atmosfera, a kolorowe sklepy, kawiarnie i kramy z jedzeniem wciskają się w każdą wolną przestrzeń. W porównaniu z ofertą bazarów w Dzielnicy Chrześcijańskiej (…) tutaj dominują towary codziennego użytku, jak przyprawy, wyroby skórzane, ubrania w stylu arabskim, dywany, mięso, pieczywo i świece.

Na wszystkich bazarach można się targować i zdecydowanie warto, jeśli nie chce się przepłacać. Kwota do zapłaty to na ogół mniej więcej trzy czwarte ceny wyjściowej (najlepiej na początek zaproponować połowę ceny, po czym powoli ustępować). Targowanie się to świetna rozrywka, dostarczająca sporo radości obu stronom. Jeśli któryś ze sprzedawców zaproponuje mocną kawę po arabsku lub herbatę miętową, warto przyjąć propozycję – to doskonały sposób na poznanie ludzi oraz lepszą transakcję.

Informacja przygotowana wg przewodnika Bradt "Izrael".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: nasi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu – przekonuje terapeuta Zbigniew Miłuński.

Długo szukałam kogoś, kto mi opowie o przodkach. Najwyraźniej nie jest to łatwy temat: przodkowie jako zasób, do którego możemy sięgać.
Niby oczywistość, ale jednak nie w naszym kręgu kulturowym. Na szczęście jest się od kogo uczyć. W książce „Dawna mądrość na nowe czasy” von Lüpkego pewien sangoma, czyli południowoafrykański uzdrowiciel, mówi, że jeśli komuś nie wiedzie się w życiu, napotyka nieoczekiwane przeszkody – np. choć unika konfliktów, wciąż w nie wpada, nie może znaleźć pracy, marzy o założeniu rodziny, a nie może znaleźć partnera itp. – to sygnał, że została zerwana więź z przodkami. Mówi, że trzeba odzyskać brakujące ogniwo w łańcuchu pokoleń. Wtedy życie wróci na proste tory.

Jak pan to rozumie?
Wiele osób nie przyznaje się do swoich przodków i odcina od korzeni. Oczywiście, można mieć poważne powody ku temu, chcieć żyć zupełnie inaczej. Rodzinne relacje bywają trudne.

Możemy też nie chcieć mieć wiele wspólnego z przodkami, których nie znaliśmy osobiście, ale nie pochwalamy tego, jak żyli, wstydzimy się za nich.
Rozmowę z sangomą przeprowadza Niemiec, który mówi: „My w Europie nie chcemy mieć kontaktu z naszymi przodkami, bo oni robili złe rzeczy”. I na to ów sangoma odpowiada: „To błąd. Nie ma na świecie człowieka, który by czegoś złego nie zrobił. To nie powód, żeby się odcinać od przodków. Oni są częścią nas”.

Ja uciekłam od rodziny, żeby osadzić się w tym, co jest dla mnie ważne. Teraz próbuję te relacje nawiązać na nowo. I uświadomiłam sobie, jak mało wiem o swoich rodzicach, nie mówiąc już o dalszych przodkach...
To powszechne zjawisko. Nie wiemy, kim byli nasi przodkowie, nie interesujemy się ich życiem. Nie poznaliśmy ich osobiście, nie pytamy o nich rodziców, a niekiedy nawet nie znamy ich imion.

Kiedyś nie chciałam się za siebie oglądać, bo widziałam tam samych ludzi pokiereszowanych przez wojnę. Szczególnie w męskiej linii – żołnierzy albo uciekinierów. I myślałam: „Nie chcę walczyć! Na nic mi taka spuścizna”.
Po co mi te karabiny i granaty...

Nie mają mi nic do przekazania. Tak myślałam do momentu, kiedy podczas jednego warsztatu stanęłam w miejscu przodków. Był to rodzaj ustawienia. Pojawił się ruch: dziarskie maszerowanie. Kiedy weszłam w to głębiej, poczułam, jaka to fajna energia. Ile tam jest siły, wytrwałości, umiejętności dążenia do celu.
Ale też pewnie niezłomność, waleczność, wytrwałość, stawanie w obronie tego, co ważne, gotowość do konfrontacji. Takie cechy w życiu bardzo się przydają.

A mnie ich brak – tak myślałam. I nagle zrozumiałam dlaczego: odcinając się od moich przodków, odcinam się od kawałka siebie samej, od swoich zasobów, zamykam je w pudełku z napisem „wojna”. Dotarło do mnie, że fakty z czyjegoś życia to jedno, a to, kim oni są, to drugie. Mogą mi się nie podobać rzeczy, które robili, ale ich cechy, talenty mogą być dla mnie wspierające. To ważny, psychologiczny aspekt relacji z przodkami,
ale nie jedyny. Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby się nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA ich rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo. Percy Ndithembile Konqobe, nasz sangoma, ujmuje to tak: przodkowie potrzebują nas, aby przyznać się do tego, co zrobili, by mogli stać się pozytywną siłą dla swoich potomków.

To znaczy, że my mamy szansę uświadomić sobie to, co oni zrobili, przebaczyć im i zmienić ten wzór?
Sposób mówienia i myślenia w kategoriach oni – my zakłada, że jesteśmy od nich oddzieleni. A my jesteśmy nimi, oni nas współtworzą. Na przykład czy chcę, czy nie, w odruchu zdarza mi się wybuchnąć. Tak jak moim przodkom, którzy się wściekali, robili rzeczy bardzo gwałtowne, a skutki tego były katastrofalne. Wiem, bo poznałem historię rodziny. Jednak nie słucham tych historii, jakby dotyczyły wyłącznie kogoś innego. Mnie to też dotyczy. Mam w sobie tę spuściznę, wraz z doświadczeniami katastrofalnych skutków. Mogę się od tego dziedzictwa odciąć, ale ono i tak będzie we mnie obecne, tyle że poza moją świadomością. Albo mogę świadomie uznać, że to moje dziedzictwo, i z nim pracować, znaleźć większą równowagę. Na przykład wielu młodych Niemców – co budzi mój wielki szacunek – pracuje nad swoim dziedzictwem, nie odcina się, mówiąc: „To nie ja to zrobiłem, więc nie biorę za to, co się stało, odpowiedzialności”. Podejmują wysiłek, żeby przyjąć trudną spuściznę i ją przekształcić. To trudne zadanie, ale właśnie w ten sposób ci przodkowie w nich mogą przyznać się do tego, co zrobili, stać się pozytywną siłą. Działać poprzez swoich młodych następców tak, żeby zło, które wyrządzili, już się nie powtórzyło.

Indianie mówią, że mamy w sobie siedem pokoleń i to, co robimy, ma wpływ na kolejnych siedem. Wygląda na to, że tyle potrzeba, żeby traumę typu wojna domknąć i naprawdę przekształcić.
Całkowicie się z tym zgadzam. Uświadamianie sobie i przekształcanie przeszłości to proces. Każde pokolenie ma szansę posunąć temat nieco dalej, aż do całkowitego uzdrowienia.

Na przykład ja mam małą cierpliwość do dzieci. Mój syn – dużo większą. Widzę tu pewien postęp. Świadome podejmowanie tematów rodowych przynosi wymierne rezultaty.

Kiedy mówię o przodkach, mam na myśli nie tylko ludzi, ale też dziedzictwo w szerszym znaczeniu.
Czyli nasze korzenie? Często się od nich odcinamy. Wstydzimy się swojego pochodzenia. Na przykład są ludzie, którzy przenoszą się ze wsi do miasta i zmieniają w „supermiastowych”, odnoszą się do wsi z pogardą. Ich życie staje się przez to nieprawdziwe, niepełne. Zaprzeczają swojej tożsamości. Jakiś czas temu jeden z moich znajomych żalił mi się, że utknął w martwym punkcie i przestał się rozwijać jako psychoterapeuta. Powiedział mi, że nic mu nie idzie, że zwątpił w możliwość skończenia studiów. „Nie jestem już młody, powiedział, mieszkam w małym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, tylko starcy siedzą na ławkach i patrzą w dal”. Zamiast go przekonywać, że jest inaczej, powiedziałem mu: „To prawda. Jesteś z małego miasteczka i już nie jesteś młody”. Zachęciłem go, żeby poczuł się naprawdę stary i z tej perspektywy popatrzył na siebie i swoje studia. Strasznie go to walnęło. Uświadomił sobie, że przez lata studiował psychologię, żeby uciec z tego miasteczka, czyli od siebie, stać się kimś innym. Zrozumiał, że pracuje odtwórczo, wyłącznie zgodnie z procedurą. Procedury są ważne i trzeba je znać, ale to nie one pracują, tylko żywi ludzie. Jeśli ktoś nie wnosi do tego, co robi, swoich unikatowych zasobów, niewiele dokona. Zaprzeczanie dziedzictwu jest udawaniem kogoś innego, pozbawieniem siebie swoich darów, doświadczeń.

Dużo się mówi o tym, że jesteśmy wyjątkowi. A to właśnie takie pozornie nieatrakcyjne rzeczy jak pochodzenie z małego miasteczka nas wyróżniają i stanowią o naszej niepowtarzalności.
Jesteśmy jak liście na drzewie – mówi sangoma. Życiodajne soki nie płyną, jeśli nie ma łączności między nami a pniem i korzeniami. To piękna metafora. Nawet w naszej kulturze mówi się o drzewie genealogicznym. Gdy się odcinam od tego drzewa i udaję, że jestem pojedynczym liściem w pustej przestrzeni, to z czego mam czerpać siłę? Nie mam kontaktu z ziemią i brak mi oparcia. Czuję się samotny.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że mnie przodkowie kojarzą się z grobami. Moja babcia mieszkała w małej miejscowości, tam był kościół i obok cmentarz. Po niedzielnej mszy zawsze szło się na te groby.
Rozmawiałem kiedyś z pewnym Indianinem, który w swoim plemieniu pełnił funkcję uzdrowiciela. Był pierwszy raz w Polsce. Zapytałem, co go tutaj najbardziej uderza. Odpowiedział, że kult przodków. Otworzyłem szeroko oczy: jaki kult przodków? Przecież jesteśmy katolickim krajem, cywilizowanym. Ale od tej chwili zacząłem się temu przyglądać i stwierdziłem, że on ma rację. W dzień Wszystkich Świętych cała Polska chodzi na groby. W Wigilię z każdego cmentarza w Polsce bije światło, na Wielkanoc też. Nigdzie indziej w Europie tak nie ma. Jednak takie nieświadome przywiązanie do przeszłości ma też negatywne strony. Na przykład trzymanie się przeszłej traumy. Czcimy ją, zamiast leczyć. Próby uzdrowienia naszego życia uznajemy za zdradę. Ten mechanizm jest w Polsce tak silny, bo przez długi czas nasze przetrwanie zależało od lojalnego trzymania się tradycji, kultywowania polskości. Świat się zmienił i nasza sytuacja też, ale wciąż trwamy w tym wzorcu, choć nam szkodzi, zamiast pomagać.

Odkryłam, że jestem też nieświadomie lojalna wobec przodkiń i ich cierpienia. Np. idzie mi dobrze i jestem zadowolona z siebie, więc robię nieświadomie coś, by się unieszczęśliwić, i w ten sposób pozostawać z nimi w solidarności. Bo one nie były szczęśliwe.
Podobnie jest z mężczyznami. Na przykład piją, bo ojciec pił. Wszyscy dziedziczymy po przodkach skłonności do określonych zachowań. Myślę, że warto znaleźć zdrowszy sposób pielęgnowania ciągłości pokoleń. Sangoma mówi jeszcze jedno: „Nie wolno oszukiwać dzieci na temat ich pochodzenia, ukrywać tego, co robili przodkowie. To i tak jest obecne. Żeby móc coś zrobić ze swoim dziedzictwem, musimy je znać. Mamy prawo do tej wiedzy. Tajemnice i kłamstwa rodzinne obciążają i niszczą”.

Mam znajomego, który dowiedział się, że jest dzieckiem ze zdrady małżeńskiej. Ale matka nie chce mu powiedzieć, kim jest jego ojciec.
Niedobrze. To pozbawia go podstawowej informacji na temat jego tożsamości. Ma dostęp do połowy siebie. Jak wygląda takie drzewo – z odciętą połową? Nie rośnie zdrowo. Nie wykorzystuje swojego potencjału. Duża część mojej pracy z ludźmi dotyczy właśnie tej trudności. Po to, żeby żyć w pełni, człowiek musi wiedzieć, kim jest, i jakoś z tym dojść do ładu. Wtedy może swobodnie tworzyć swoje życie i nie unikać odpowiedzialności za to, co robi, kim jest. To szczególnie istotne w wypadku mężczyzn. Mamy olbrzymie dziedzictwo przemocy, której biali heteroseksualni mężczyźni dopuścili się wobec kobiet, dzieci, innych mężczyzn, świata, siebie samych. Trudno się z tym spotkać, ogarnąć to jakoś, przyjąć, przekształcić, ale uważam, że to jest po prostu konieczne.

Z podobnymi tematami pracujemy w kręgach kobiecych. Tyle że my mamy do przyjęcia spuściznę ofiar, ale też manipulatorek, biernych agresorek.
Świetny przykład tego, w jaki sposób jesteśmy miejscem, w którym nasi przodkowie mogą stać się pozytywną siłą. Na warsztatach dla mężczyzn zapraszałem do ćwiczenia: prosiłem uczestników, żeby wyobrazili sobie, jakiego dziadka chcieliby mieć. A kiedy już to zrobili, mówiłem: „Teraz już wiecie, ku czemu możecie dążyć”. Na tym polega nasza odpowiedzialność. Dzieci przejmą od nas taki świat, jaki dla nich stworzymy. Żyjemy i będziemy żyć w ich ciałach tak samo, jak nasi przodkowie żyją w naszych. Więc co zostawimy po sobie?

Zbigniew Miłuński: filozof i dyplomowany terapeuta psychologii procesu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu.

  1. Styl Życia

Tam, gdzie pieprz rośnie - o podróży szlakiem króla przypraw opowiada Anna Janowska

Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl.

Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl. Co skłoniło ją do podróży szlakiem pieprzu i napisania o nim książki "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"? Anna Janowska opowiada nam o wyprawie przez Keralę, Oman i Zanzibar.

Artykuł archiwalny, książka "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar" została wydana w 2016 roku.

Wybrałaś się w podróż, której motywem przewodnim, a wręcz kompasem był pieprz. W swojej książce odkrywasz jego historię, kulturę z nim związaną. Jak zaczęła się twoja fascynacja tą drobną rośliną, którą większość z nas traktuje jedynie jako pospolitą przyprawę?
Zaintrygowało mnie, że pieprz, coś dziś tak codziennego i mało istotnego, kiedyś był niezwykle cenny i ważny. Sprawiał, że ludzie wsiadali na statki, przepływali oceany, walczyli z piratami, ruszali w nieznane, przemierzali pustynie. Był niesamowicie interesującym wyzwaniem. Europa długo nie wiedziała, gdzie i jak on rośnie. Marco Polo pisał, że pochodzi z wysp, których jest dokładnie 7444. Starożytni wierzyli, że rośnie na drzewach strzeżonych przez jadowite węże. A jedyny sposób, by go zebrać, to podpalić ten las i wygonić gady. Długi czas monopol na handel tą przyprawą mieli kupcy arabscy, a także ci z republiki Genui i Wenecji. Neron tak uwielbiał pieprz, że jako przysmak jadał posypaną nim pajdę chleba z... miodem. Cała masa fenomenalnych historii powstała tylko dlatego, że Europa rozsmakowała się w pieprzu. Lubię wydarzenia i rzeczy z pozoru mało ważne, ale po bliższym przyjrzeniu kryjące w sobie wiele ciekawostek. Dlatego ruszyłam śladem pieprzu, przez Keralę w Indiach, Oman i Zanzibar.

Od czego zaczęłaś zgłębianie jego tajemnic?
Od plantacji pieprzu. Już sam proces uprawy jest niezwykle ciekawy. Pieprz jest pnączem. Dobrym towarzyszem plantacji kawy i herbaty. Gdy pojechałam do Kerali, okazało się, że panuje tam kryzys pieprzowy. Uprawy z nieznanych przyczyn umierały. Trafiłam w sam środek dramatu. Ludzie, którzy trudnili się uprawą pieprzu od pokoleń, nagle musieli zmagać się z jego zanikaniem. Pieprz usycha, bo monsun przynosi coraz mniej opadów. A to efekt zbyt wielu upraw, wycięcia dżungli i ocieplenia klimatu, więc można powiedzieć, że sam człowiek do tego doprowadził.

Czyli już na początku temat okazał się bardziej złożony, niż można by przypuszczać. Jak to jest brać udział w wędrówce, która ma swój temat przewodni? Bardziej cię to ograniczało, czy wręcz przeciwnie – wciąż otwierało na nowe?
W takiej podróży historie same pączkują, a szlaki się rozgałęziają. Łapiąc jakiś wątek, nie wiesz, do czego cię doprowadzi. Na przykład temat zdrowotnych właściwości pieprzu i innych przypraw, ich zastosowania w medycynie ajurwedyjskiej – tradycyjnej, hinduskiej wiedzy opartej na ziołach i roślinach, doprowadził mnie do szpitala ajurwedycznego w Kerali. Inny wątek zawiódł mnie do Omanu – na początku wcale nie planowałam tam jechać. Ale im więcej dowiadywałam się o tym kraju, tym bardziej byłam przekonana, że jeśli tam nie pojadę, to ta opowieść i podróż będzie niepełna. To nie była moja pierwsza wyprawa, ale przyznam, zaczęło mnie już trochę nudzić podróżowanie bez celu. Kiedy interesujesz się wszystkim, to tak naprawdę nie poznajesz nic. Wracasz z głową pełną wszystkiego i niczego jednocześnie. Odkryłam, że dużo bardziej fascynujące są wyprawy po coś. Bo wtedy możesz się skupić na tej rzeczy. Paradoksalnie to ułatwia wyjazd, bo go porządkuje. Nie miotam się bez sensu, dużo więcej poznaję i głębiej przeżywam.

Cel pozwala lepiej sfokusować się na tym, co najważniejsze?
Właśnie. Podążasz drogą, w której odkrywasz, że temat ma drugie i trzecie dno. Na przykład dzięki temu podejściu trafiłam w mieście Sur na samym krańcu Omanu, na czubku Półwyspu Arabskiego, do ostatniego zakładu szkutniczego. Przekazywany z ojca na syna działał tu od pokoleń. Ich statki pływały do Chin, Ameryki, przez ocean. Dziś robią dwie łodzie dhow w ciągu roku dla bogatych szejków. Tradycyjnymi metodami. W Indiach też buduje się dhow. Drewniane, z trójkątnym żaglem wykorzystującym monsunowe wiatry. Tradycyjną metodą, bez gwoździ – elementy łączy się tylko kołkami. Szkutnicy pracują bez planów, szkiców, projektów. Ci ludzie mają ten fach we krwi. Konstruktor, którego poznałam w Kerali, nigdy żadnej łodzi nie narysował. Wszystko miał w głowie. Gdy tam byłam, czułam, że może właśnie obserwuję ostatnich przedstawicieli zawodu, który odchodzi do lamusa.

Jakie jeszcze perełki odkryłaś po drodze?
Na każdym kroku fascynował mnie zamrożony świat przeszłości. Oman był dla mnie wielką niespodzianką. Trochę obawiałam się tam jechać sama, a niepotrzebnie. Spotkała mnie niesamowita gościnność i serdeczność. W najlepszym wydaniu. Ujmująco ciepli i przyjaźni ludzie. Podążając starożytnym szlakiem w Omanie, ciągle czułam zapach rodem z katolickiego kościoła. W kraju muzułmańskim? Dziwne. Okazało się, że to tam rosną... kadzidłowce, których żywica wydziela woń znaną nam z kościołów w Polsce. Oman od dawien dawna handlował kadzidłem. Same kadzidłowce też są niezwykle interesujące. Poskręcane, rachityczne, rosną tam, gdzie już nic nie ma – na pustyni. Cierpią. Krzyczą. I płaczą żywicą.

W życiu Omańczyków kadziło jest obecne cały czas – zawsze gdzieś się tli. Gdy do domu przychodzą goście, gospodarze wrzucają na palące się drewno kilka grudek żywicy. Dymem z kadzidła perfumują sobie ubrania, na jego bazie komponują też niezwykłe pachnidła. Żują żywicę z kadzidłowca, gdy boli ich gardło, stosują też jako remedium na stawy i żołądek. Z każdym nowym wątkiem pojawiał się cały ocean zależności i powiązań.

Skąd to zamiłowanie do grzebania w historii?
Właściwie nigdy nie przepadałam za historią – wydawała mi się śmiertelnie nudna i na dodatek podbijana trudnymi do zapamiętania datami. Ale swojej książki nie mogłam stworzyć bez niej. Musiałam zdobyć wiedzę, przefiltrować ją i tak odkryłam w sobie... pasję historyczną. Można znaleźć sposób na ciekawe opowiedzenie przeszłości, na przykład przez jej uczłowieczanie. O Vasco da Gamie pisałam nie jako o wielkim odkrywcy, ale jako o człowieku ze wszystkimi jego słabostkami. Zdarzało mu się być okrutnikiem, ignorantem, ale i tak go polubiłam. Cieszyły mnie ciekawostki historyczne, do których udało mi się dotrzeć.

Zaciekawiło mnie, że podczas pobytu w Indiach przeszłaś terapię ajurwedyczną. Jak wspominasz to doświadczenie?
Do szpitala ajurwedycznego Kalari Kovilakom, a de facto ekskluzywnego hotelu, trafiłam na tydzień. Cały swój świat trzeba zostawić za drzwiami. I to dosłownie. Nie możesz nawet nosić swoich ubrań. Dostajesz białe szaty. Pozbawiają cię też twojej codziennej rutyny – i tworzą nową, na którą składają się medytacja, joga, zabiegi ajurwedyczne, a wieczorami wykłady albo pokazy tańca czy tradycyjnej muzyki. Zostajesz wyrwana ze swoich kolein i oddajesz zdrowie i swoje problemy w ręce lekarzy, którzy przeprowadzają panczakarmę, rytuał oczyszczania. To najwyraźniej działa, bo niektórzy wracają tam regularnie. Ja też po ajurwedycznej terapii czułam się świetnie. Dobrze rozumiem chęć powrotu do tego miejsca. Gdy zdarza mi się, że padam ze zmęczenia i piętrzą mi się problemy, to tęsknię za tym, jak się czułam po tygodniu pobytu w tym szpitalu.

Spotkałam tam wielu Europejczyków, którzy szukali uspokojenia po problemach z alkoholem, terapii onkologicznej czy poważnych operacjach. A niektórzy chcieli po prostu schudnąć albo znaleźć czas dla siebie. Przeróżni ludzie, których przywiodło na południe Indii nie tyle poszukiwanie taniej duchowości, co próba zadbania o siebie. Oraz znalezienia tego, czego nie ma w medycynie europejskiej, a jest w ajurwedzie – holistycznego spojrzenia na człowieka. Dusza, ciało, głowa, mózg i emocje – to wszystko jest w niej jednością. Nawet gdy boli cię kolano, to ajurweda i tak zaczyna od głowy.

Czy podróż śladami pieprzu spowodowała w tobie jakieś zmiany, pozostawiła trwały ślad?
Podróż zawsze na nas wpływa. Gdy jesteś w drodze, więcej się dzieje. Jeden dzień jest niepodobny do drugiego, nie ma rutyny, a czas w magiczny sposób się rozciąga. Niekiedy, wracając do domu po miesięcznej wyprawie, mam wrażenie, że trwała ona rok. Każda podróż to też eksperyment na własnym organizmie. Bo jesteś nagle sam. Musisz zmagać się ze sobą i ze swoimi problemami. Radzić sobie w nowych sytuacjach.

Ja sobie nie wyobrażam życia bez wędrówki po świecie. Dzięki niej wiele się dowiedziałam nie tylko o innych, ale przede wszystkim o sobie samej. Nie miałabym tej wiedzy, gdybym została w domu. Może to zabrzmieć banalnie, ale w moim odczuciu każda wyprawa zdejmuje z oczu jakieś klapki i poszerza horyzonty. Otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. Ci, którzy nie podróżują, bardzo dużo tracą. Tak wiele, że moim zdaniem zajęcia z globtroterki powinny być obowiązkowe w szkole podstawowej.

  1. Kultura

Christo i Jeanne-Claude w Paryżu - piękny epilog

Christo i Jeanne-Claude (1997) (Fot. BE&W)
Christo i Jeanne-Claude (1997) (Fot. BE&W)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Warto zobaczyć ich paryską wystawę. A wkrótce po niej ostatni projekt autorstwa Christo i Jeanne-Claude, najsławniejszego duetu artystycznego przełomu XX i XXI wieku.

Łuk Triumfalny w Paryżu zostanie opakowany. Spowije go 25 tys. mkw. srebrzystobłękitnej tkaniny, a sam akt pakowania odbędzie się w niedzielę 18 września 2021 r. Po 16 dniach łuk na nowo ukaże się oczom świata. Nie zobaczy już tego ani Christo, ani Jeanne-Claude. Ona odeszła 11 lat temu, Christo zmarł w maju tego roku. W oczekiwaniu na epilog jedynego w swoim rodzaju zjawiska, którym była ich twórczość, świeżo otwarte po pandemii Centrum Pompidou pokazuje wystawę poświęconą ich paryskim projektom i spędzonym w tym mieście latom.

Pierwszy wspólny monumentalny projekt duetu – mur z beczek po oleju na Rue Visconti (1962). (Fot. materiały prasowe) Pierwszy wspólny monumentalny projekt duetu – mur z beczek po oleju na Rue Visconti (1962). (Fot. materiały prasowe)

Legendy

Opakowywali rzeczy, miejsca, wybrzeża. Wyspy, mosty i budowle. Można śmiało powiedzieć, że tworzyli największe dzieła sztuki współczesnej. Format ich realizacji liczyło się nierzadko w kilometrach. Nie bez znaczenia jest też fakt, że ostatni akord ich historii wybrzmi właśnie w Paryżu.

Christo i Jeanne-Claude byli parą nomadów, w stolicy Francji żyli zaledwie kilka lat i porzucili ją dla Nowego Jorku. A jednak to miasto odgrywa w ich biografii szczególną rolę. To w Paryżu zaczęli opakowywać, choć z początku nie miejsca czy budowle, lecz meble i przedmioty codziennego użytku. I to w Paryżu się poznali, by związać się na całe życie. Przyszli na świat tego samego dnia, 13 czerwca 1935 r. Christo Wladimirow Jawaszew na północy Bułgarii. Później nie było mu po drodze ani z socrealizmem, ani ze stalinowskim reżimem, który panował w jego ojczyźnie, i w 1956 r. udało mu się nielegalnie dostać do Wiednia. Jeanne-Claude urodziła się w Maroku, wychowywała w Szwajcarii, w Tunisie studiowała filozofię. Do Paryża przybyła w 1957 r. Wkrótce potem poznała błąkającego się po Europie Christo.

Wczesne „opakowane prace” z okresu paryskiego.  W tle widać młodego Christo (1963). Wczesne „opakowane prace” z okresu paryskiego.  W tle widać młodego Christo (1963).

Stworzyli idealny duet, w którym on odpowiedzialny był za wizualne koncepcje realizacji, a ona zajmowała się ich logistyką. Żadne z ich najważniejszych dzieł nie istnieje dziś fizycznie; opakowanie Łuku Triumfalnego będzie spektakularnym zdarzeniem, ale szybko przejdzie do legendy. Istotą twórczości pary artystów był proces kreowania takich legend – zdobywanie pozwoleń, gromadzenie funduszy, opracowywanie rozwiązań technicznych, często również negocjacje polityczne.

„Opakowany konik” (1963). (Fot. materiały prasowe) „Opakowany konik” (1963). (Fot. materiały prasowe)

Nic więcej?

Kluczową pracą na wystawie w Pompidou jest dokumentacja opakowania Pont Neuf. Artyści (którzy mieli już wtedy na koncie m.in. „zapakowane wybrzeże” w zatoce Little Bay koło Sydney) zawinęli ikoniczny paryski most i jego 44 latarnie w złotawą połyskliwą tkaninę w 1985 r. Projekt w ciągu dwóch tygodni istnienia instalacji przyciągnął 3 mln turystów i wprowadził twórczość duetu do świadomości masowego odbiorcy.

„Opakowany” Pont Neuf (1975–85). (Fot. materiały prasowe) „Opakowany” Pont Neuf (1975–85). (Fot. materiały prasowe)

Dlaczego pakowali budynki, wyspy i realizowali inne zakrojone na tytaniczną skalę instalacje? „Ponieważ jest to piękne” – odpowiadali z rozbrajającą prostotą. Nie dopisywali swoim pracom symbolicznych znaczeń. „Opakowany” Pont Neuf to most zapakowany w tkaninę, nic więcej. Nigdy nie przyjmowali zamówień od rządów, władz miejskich czy korporacji, nie korzystali z grantów, darowizn ani wsparcia sponsorów. Monumentalne dzieła powstały z ich funduszy, uzyskiwanych ze sprzedaży kolekcjonerom rysunków, projektów i kolaży związanych z danym przedsięwzięciem.

Geniusz Christo i Jeanne-Claude polegał też na tym, że choć nie nadawali pracom symbolicznych znaczeń, to prace chłonęły znaczenia niczym gąbki. Tak było z Reichstagiem, który opakowywali w 1996 r. W Berlinie, gdzie dopiero co upadł mur dzielący miasto w czasie zimnej wojny. Podobnie będzie z Łukiem Triumfalnym, którego budowę zlecił Napoleon dla upamiętnienia bohaterów rewolucji i wojen, jakie po niej nastąpiły. Plac Zgody rozciągający się u stóp łuku całkiem niedawno był głównym polem bitew, które policja toczyła z uczestnikami protestów ruchu „żółtych kamizelek”. Opakowane przez artystów miejsca nie znikają, przeciwnie, stają się bardziej widoczne. Moment odpakowania przypomina akt odrodzenia. To proste, ale właśnie dlatego takie piękne.

Wystawa „Christo et Jeanne-Claude. Paris!” w Centrum Pompidou w Paryżu potrwa do 19 października.

Rubryka powstaje we współpracy z Jankilevitsch Collection.

  1. Zwierciadło poleca

Halina Żelaska: Umierać łatwo, trudniej żyć

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Tak sobie chwilkę rozmawialiśmy i Baczyński w pewnym momencie mówi: Jak tak dalej pójdzie, to powstania nie skończymy i w cholerę rozwalą nam całe miasto. Zdawał sobie sprawę z bezsensu nierównej walki – mówi uczestniczka powstania, Halina Żelaska (lat 97).

Mało kto wspomina, że pierwszą zbiórkę ogłoszono 27 lipca, ale powstanie odwołano, więc wracaliśmy ze swoich punktów przeszczęśliwi. Mój chłopak, a potem mąż, miał zbiórkę u Żywiciela na Żoliborzu, ja w Ratuszu, ponieważ należałam do tamtejszej konspiracji. De nomine byłam pracownikiem Ratusza, a de facto – tłumaczką w Pałacu Blanka. Konspiracją Ratusza dyrygował intendent Roman Dawidowski, podlegaliśmy szefostwu AK. 

Pewnego dnia przyszedł do mnie do pracy Dawidowski z jakąś listą w ręku i mówi: Musisz załatwić do jutra, żeby wszyscy z tej listy, którzy po ostatniej łapance siedzą w obozie przejściowym na Skaryszewskiej, zostali zwolnieni. Pytam: Ale jak mam to zrobić? On: Nie obchodzi mnie jak, to rozkaz. Chodziłam lekko nieprzytomna, zastanawiałam się, jak to załatwić. Wiedziałam, że muszę to zrobić tego dnia, żeby mój szef, niemiecki burmistrz Warszawy, Leist, nazajutrz rano załatwił zwolnienie w SS na Szucha, bo przecież nie on zwalniał ludzi, tylko SS na Szucha. Leist miał wspaniałą sekretarkę, pochodziła z Monachium, on z Murnau, czyli oboje byli Bawarczykami i katolikami. Przyszłam do niej i mówię, że mam problem, bo muszę poprosić szefa, żeby coś mi załatwił, a nie wiem, jak mam to zrobić. A ona mówi tak: Po prostu wejdź i powiedz mu zwyczajnie, że masz problem. Otworzyła drzwi i wepchnęła mnie do jego gabinetu. Stanęłam przed nim i po chwili mówię: W ostatnich łapankach ucierpiało bardzo dużo ludzi z Ratusza. Jeżeli nie zwolnimy ich ze Skaryszewskiej, to pojadą  do Niemiec, a nam zabraknie świetnych fachowców. Miałam na sobie niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem, zrobiłam wielkie oczy, wyglądałam jak dziecko. Pokazałam mu tę listę, on ją przeczytał i mówi: Jeżeli chcesz, żeby to było jutro załatwione, to ta lista musi być zmieniona. Mam wrażenie, że nie ty ją pisałaś, bo ty jesteś inteligentniejsza. Chodziło mu o to, że było na niej równo 40 nazwisk, co mogło budzić podejrzenia. Poradził, żeby umieścić na niej 36, 37 i przynieść ją jeszcze tego dnia, żeby mógł nazajutrz wszystko załatwić. Oczywiście, że wiedział, jaki był rzeczywisty powód mojej prośby. To był inteligentny, życzliwy człowiek, jako jedyny Niemiec wysokiej rangi chodził po Warszawie bez obstawy, tylko na niego nie było żadnego zamachu. Potem były jeszcze trzy takie listy.

Miałam do czynienia ze złymi Niemcami i bardzo dobrymi, takimi, jak Leist, czy Jungmayerowa (szefowa kantyny w Pałacu Blanka), która pomagała Polakom, także aktorom w Teatrze Polskim. 

Na studiach medycznych przeszłam szkolenie, jak robić zastrzyki, ale w powstaniu robiłam absolutnie wszystko: nosiłam rannych do szpitala, drukowałam odezwy do mieszkańców Warszawy. Dostałam też zadanie opiekowania się panią Stefanią (nie chodziła), ikoną prezydenta Starzyńskiego, świetną sekretarką. 

W nocy z 3 na 4 sierpnia drukowałam odezwę do ludności Warszawy, setki egzemplarzy. Byłam tak bardzo zmęczona, że ledwo stałam na nogach. Nagle usłyszałam jakieś kroki. Pomyślałam, że to Dawidowski, a tu wchodzi trzech młodych mężczyzn, między innymi Baczyński, o którym słyszałam od Dawidowskiego, że on i jego dwaj koledzy nie dostali się na swój punkt na Wolę, bo za późno zawiadomiono ich o zbiórce, no i teraz szukają zajęcia. Moim zdaniem Baczyński absolutnie nie nadawał się na żołnierza, był wrażliwy i wątły. Nigdy w życiu nie powinien walczyć. Przypuszczam że był wielkim patriotą. Tak, jak mój chłopak, który po latach mówił, że gdyby nie wychowanie w duchu patriotycznym, to bez broni do powstania by nie poszedł. Mój chłopak dwukrotnie był na Dworcu Gdańskim. Gdy szedł po raz drugi, jego szef, major Rzeszotarski powiedział: Janusz, chroń  ludzi, przecież Niemcy są w bunkrach, mają karabiny maszynowe, a wy na całkowicie odkrytym terenie nie macie żadnych szans. Major sprzeciwił się wysyłaniu swoich żołnierzy na pewną śmierć, więc dowództwo AK z Żoliborza zdjęło go z funkcji dowódcy, co było tym straszniejsze, że pierwszego dnia powstania Niemcy rozstrzelali jego żonę i dwoje dzieci, a major mimo wszystko dowodził dalej…

No więc kiedy Baczyński i dwóch jego kolegów weszli do pokoju, w którym drukowałam, na rotaprincie, takiej starej, bardzo głośnej maszynie, któryś z nich powiedział: No to nareszcie ustaliliśmy, skąd ten hałas pochodzi. Zauważyłam głośno, że Baczyński ma odznakę Agrykoli. A on mnie pyta, skąd wiem, że to Agrykola. Odpowiedziałam, że mój chłopak ma taką samą. Kiedy poznał jego pseudonim, ucieszył się: O, to mój nauczyciel, on mnie minerki uczył. (Rozminowania, robienia małych min, bo powstańcy idąc do walki nie mieli ani pistoletu ani karabinu, nic, dopiero potem, jak Anglicy zrzucili całe skrzynie broni, to powstańcy z Żoliborza zostali po zęby uzbrojeni, ale było już za późno). 

Tak sobie chwilkę rozmawialiśmy i Baczyński w pewnym momencie mówi: Jak tak dalej pójdzie, to powstania nie skończymy i w cholerę rozwalą nam całe miasto. Zdawał sobie sprawę z bezsensu nierównej walki. Zapytałam, jak dostać się na Mazowiecką, bo nie wiem, co z matką, boję się o nią. Baczyński na to: Też chciałbym wiedzieć, jak się tam dostać. Ale to raczej niemożliwe, bo cały plac wokół pałacu Brühlla obstawiony jest niemieckim wojskiem, z drugiej strony jest Pasta (jeszcze nie została zdobyta). Kiedy zaczęłam mówić, że albo nasze dowództwo nie ma rozeznania jak dużo jest niemieckiego wojska albo nie chce mieć, Baczyński uciął rozmowę: Nie mówmy na ten temat, to sprawa dowództwa. Byłam bardzo zmęczona, marzyłam, żeby chociaż godzinkę się przespać, więc poprosiłam całą trójkę: Pomóżcie, to prosta robota, ja bym na podłodze się przespała, dosłownie 15 minut, to by mi wystarczyło. Na co oni, że z przyjemnością. No więc ja natychmiast skuliłam się i zasnęłam jak kamień. Nie wiem jak długo spałam. Obudzili mnie, kiedy prawie wszystko wydrukowali.  

Następnego dnia, 4 sierpnia, rozmawiam z kucharzem Koperskim, który z resztek żywności w magazynach gotował zupę dla powstańców i narzekał, że oddałam klucze do Ratusza, gdzie było więcej jedzenia, bo można by wyżywić więcej ludzi. I w pewnym momencie widzę przechodzących korytarzem tych samych trzech mężczyzn, w tym Baczyńskiego. Koperski krzyknął do nich: Panowie, tylko uwaga na okno, bo snajper zabił już tutaj dwie osoby. Dosłownie za chwilę widzę ich siedzących na parapecie, nie wiem, czy okno było otwarte, czy sami otworzyli. Ledwo ich zobaczyłam, a już słyszę krzyk, widzę, jak Baczyński pada. Stało się tak, jak mówił Koperski - snajper strzelił z dachu z naprzeciwka. Pobiegłam. Baczyński leżał na czerwonym dywanie, po lewej stronie głowy miał dziurę, nawet krew specjalnie nie leciała. Miał na sobie szaro - brązową marynarkę, zielone z sukna spodnie i buty z cholewami. Natychmiast przybiegł lekarz, siostry, ale nic nie dało się zrobić.

Nosiłyśmy z koleżankami rannych do szpitala. Byłyśmy tak głodne, że za którymś razem zaproponowałam, żebyśmy wpadły coś zjeść do państwa Koperskich na Senatorską. Pani Koperska nalała do słoika zupę dla pani Stefanii, zakręcała wieczko i w tym momencie, pamiętam to bardzo dokładnie, usłyszałam „alles raus”. Byliśmy wtedy w piwnicy. Niektórzy nie chcieli wyjść, ale tłumaczyłam, że trzeba wyjść, bo na pewno wrzucą tu granat. Kazano ustawić się nam pod ścianą, rzędem, z rękami do góry. Niemcy stali za nami, repetowali broń. Byłam przekonana, że za chwilę nas rozstrzelają. Rzucili w dom zapalające pociski, więc cały budynek natychmiast ogarnęły płomienie. Musieliśmy odsuwać się od ściany, bo żar płomieni był tak mocny, że nie dało się wytrzymać…

Muszę pani powiedzieć, że na filmie „Powstanie Warszawskie” jest jeden taki moment, kiedy Niemcy podpalają budynek i słychać ten sam przerażający krzyk ludzi, którzy zostali wewnątrz. To był potworny ryk, przypominający ryk rannego zwierzęcia. Kiedy usłyszałam ten ryk w filmie, zamarłam…Jak usłyszałam te straszne głosy, to tak jakbym obudziła się znowu w powstaniu, to było coś wstrząsającego... 

Kiedy stałam tak z rękami do góry, pod płonącym domem, bardzo się bałam. Tak bardzo, że dostałem drgawek całego ciała. Po chwili, nagle, uspokoiłam się. Popatrzyłam w górę, a niebo było tego dnia takie cudownie niebieskie, bez jednej chmurki. Pomyślałam: Boże, szkoda, że takiego nieba już nigdy nie zobaczę. I w tym momencie przeleciał mi przez głowę film, to jest coś, czego się nie da zapomnieć, właśnie tego filmu. Klatka po klatce. Skończył się na ostatnim koncercie w Teatrze Polskim. Zobaczyłam jeszcze raz wszystko to, co pięknego przeżyłam. Chwile, gdy miałam może trzy latka, kiedy wujek brał mnie do ogrodu, częstował chlebem maczanym w oleju lnianym. Całe życie szukam takiego oleju. Miał tak cudowny zapach, że ślinka ciekła. Następna klatka: Siedzę na kołysce, w której leży mój mały braciszek, kołyszę się i lecę na dół… 

Potem kazano nam odwrócić się i uformować czwórki, tłumaczyłam z niemieckiego, co należy robić. Ludzie przepychali się, bo chcieli stać obok swoich, ale robili to błyskawicznie. Niemcy, idąc po kolei od pierwszej czwórki, wyciągali mężczyzn i ustawiali po lewej stronie. Pana Koperskiego również. Potem dowiedziałam się, że wywieziono ich do Niemiec. Kobiety i dzieci, kolumnami, pędzono Wolską. Szłyśmy razem z panią Koperską i jej dwójką dzieci pod płonącymi domami, z których spadały palące się kawałki, tu i tam buchały płomienie, więc zakładałam fartuch na głowę. Niektóre domy były już całkowicie spalone. 

Już na końcu Wolskiej zapytałam panią Koperską: Czy pamięta pani, żeby była tu fabryka zabawek? Ona zdziwiona pyta: O co ci chodzi? Mówię: No niech pani popatrzy, ile tu spalonych zabawek, całe stosy. Popatrzyła na mnie jak na wariatkę: Dziecko, przecież to są spaleni ludzie. Po raz pierwszy widziałam spalonych ludzi. Widać było na przykład, że to mężczyzna, bo ubrany w garnitur, koloru już nie da się określić, wszystko szare, ale faktura materiału widoczna. Pozostał malutki człowieczek…Dalej widzę zwęglone ciało, a obok wystaje cała ręka, niespalona. Przestałam patrzeć, bo zrobiło mi się słabo, niedobrze. Wiele rzeczy strasznych widziałam, ale ten widok to było coś nieprawdopodobnego. Szaniec usypany ze spalonych ciał, które wyglądały jak zwęglone zabawki. 

Pędzono nas do Pruszkowa. To była masa ludzka, która ciągnęła się kilometrami. Zrobiono na chwilę przystanek w kościele na Woli, gdzie opatrzyłam sobie ranę na kolanie, napiliśmy się po łyku wody i kiedy padła komenda „idziemy”, musieliśmy się poderwać i maszerować dalej. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że podjeżdżają duże ciężarowe samochody, z których spuszczano klapę i po niej wpędzano ludzi. Wiadomo było, że ich wywożą, tylko nie wiadomo było dokąd. My szłyśmy pod koniec kolumny. Z lewej strony rosło wysokie żyto, a troszkę dalej znajdowała się prostopadła ulica, przy której okoliczne kobiety, z założonymi rękami, przyglądały się temu potokowi ludzi, było ich może dwadzieścia kilka. Niemcy w ogóle na nie nie reagowali. Miałam na sobie tylko fartuch sanitarny i majtki. Panowała wtedy okropna wszawica, ubraniowa, pierwszy raz w życiu widziałam coś tak obrzydliwego. Myślałam, że wszy giną w wodzie, ale gdzie tam. Dlatego jeszcze jak nosiłyśmy rannych, zdjęłam ubranie i włożyłam fartuch sanitarny. A tak na marginesie - na  filmach pokazują, że czterech ludzi niesie jednego rannego. A myśmy we dwie nosiły. Raz snajper strzelił prosto w człowieka na noszach, przestrzelił mu kręgosłup, on zmarł, a myśmy leżały koło niego i udawały zabite.

W tej kolumnie pilnowali nas żołnierze, tacy z blachami, z Wermachtu, ale byli również Ukraińcy, którzy zaciągali się do niemieckiego wojska. I w pewnym momencie doskoczył do mnie Ukrainiec i zabrał mi zegarek. To była jedyna rzecz, jaką miałam. Kiedy zbliżył się do nas żołnierz „z blachą”, mówię do niego po niemiecku: Proszę pana, miałam zegarek, ale zabrał mi go Ukrainiec, czy mógłby pan mu odebrać? I pokazałam, który Ukrainiec to zrobił. Niemiec przyprowadził go i kazał oddać mi zegarek, natychmiast. Ten łypnął na mnie okiem i oddał. Podziękowałam Niemcowi i szybko wtopiłyśmy się w tłum. Pani  Koperska strasznie panikowała: Pani Halusiu, po co pani to zrobiła, on nas zabije, my nie dojdziemy. Na co ja miałam radę: Trzymamy się cały czas tego Niemca, nigdzie się nie oddalamy. I w  pewnym  momencie zobaczyłam te kobiety, to zboże, ten samochód z opuszczoną klapą. Podeszłam do owego Niemca i mówię: mam do pana jeszcze jedną prośbę, wielką. Chcemy się załatwić, niech pan pozwoli zrobić nam to nie na oczach całego tłumu, tylko odejść dalej z dziećmi. Popatrzył na mnie i mówi: proszę iść. On doskonale wiedział, że chcemy uciec. Kiedy doszłyśmy do ulicy, na której stały owe kobiety, jedna z nich powiedziała: Proszę iść spokojnie za nami, wolno, nie oglądać się. A pani Koperska od nowa w płacz. W końcu jedna z kobiet krzyknęła: niechże się pani uspokoi, bo dobrze zrobiła ta panienka, czyli ja. No i ona wreszcie zamilkła. 

Zorientowałam się, że jesteśmy we Włochach. Kobieta, która kazała nam iść za nią przyprowadziła nas do swojego mieszkania. Ja zostałam w pokoju z kuchnią wynajmowanym przez ową panią (Perełkę) i jej siostrę (Zosię), a pani Koperska z dziećmi u gospodarzy, bo oni mieli duże mieszkanie. Mąż Perełki był w powstaniu i ona chciała do niego się dostać. Postanowiłyśmy, że pójdziemy obie, a pani Koperska zamieszka wtedy z jej siostrą. I ledwośmy się zainstalowały, coś  zjadły (one normalnie gotowały), a tu jakaś kawalkada wozów wjeżdża na plac. Kto? Ukraińcy. Zamarłyśmy. To, co oni wyprawiali na tym placu, to się w głowie nie mieści. W dzień jechali na akcje, a po południu wracali na kwaterunek, czyli na plac przed naszymi oknami. Pomyślałam: Z deszczu pod rynnę. Zjeżdżali z całymi walizami pokradzionych rzeczy.

Jeszcze chcę pani powiedzieć, że zanim zobaczyłam ten szaniec spalonych ludzkich ciał, to widziałam na trasie pełno porzuconych waliz. Widocznie ludzie przygotowali się na to, że opuszczą domy i pakowali co najcenniejsze, ale potem nie mieli siły tego nieść, więc rzucali cały ten bagaż. Mało tego - na wierzchu leżały pieniądze i nikt się nie schylał, wszyscy szli obojętnie, jedni płacząc, utykając, inni w milczeniu.

Ukraińcy otwierali te – jak oni to mówili – czemadany, przebierali się, na przykład w piękne damskie nocne koszule, szlafroki, peniuary. Jak dorwali kurę, to rozpalali ognisko, przebijali jeszcze żywą i nad ogniem, w tych piórach, piekli. Zachowywali się jak dzicz. A my z okien to wszystko widzieliśmy. Wychodziliśmy na dwór wtedy, kiedy oni wyjeżdżali na akcję do Warszawy. Któregoś wieczoru przyszedł do nas ukraiński oficer Wermachtu z informacją, że jeśli w nocy któryś z jego podwładnych by nas napadł, trzeba głośno krzyczeć, to wtedy on na pewno ucieknie, bo wszyscy żołnierze wiedzą, że za coś takiego grozi rozstrzelanie. 

Zosia błagała, żebyśmy nie odchodziły do powstania, bo ona boi się zostać sama. Miałyśmy mimo wszystko pójść, ja już nawet wybrałam się do kościoła po coś cieplejszego do ubrania, bo zaczynało być zimno. W noc poprzedzającą nasze wyjście, napadli  na nas Ukraińcy. Zosię zgwałcili, jeden zaczął dobierać się do Perełki, a na mnie mówi: eta rebionok, czyli dziecko. Na co inny: kak rebionok! I dawaj dobierać się do mnie. A ja wtedy niewiele myśląc otworzyłam okno i zaczęłam strasznie krzyczeć, nie wiem, jak można tyle krzyku z siebie wydobyć. I napastnicy wybiegli. Następnego dnia przyszedł oficer z prośbą, żebyśmy przyszły wieczorem na plac i rozpoznały gwałcicieli, wtedy on ich rozstrzela.  

Stwierdziłyśmy, że tego nie zrobimy. Bałyśmy się, że koledzy rozstrzelanych się zemszczą. Wieczorem oficer znów do nas przyszedł i pyta, dlaczego myśmy nie przyszły. Wytłumaczyłam, że zgwałcona Zosia jest w  szoku, że nie może zostać sama, że musi być otoczona opieką lekarską. Od tej pory zaczął przychodzić do nas na herbatę. Jak zorientowałam się, że on zaczyna mnie adorować, to powiedziałam do Perełki: Chcę, czy nie, ale muszę stąd uciekać. Postanowiłam pojechać pociągiem do mojego rodzinnego domu w Przedborzu. Ale w Gorzkowicach wygarnęli nas Niemcy do kopania rowów. Nie pracowałam długo, ponieważ otworzyła mi się rana po operacji wyrostka, której poddałam się przed powstaniem, żeby uniknąć wyjazdu do Niemiec, więc mnie zwolniono. 

W Przedborzu dostałam list od mojego serdecznego przyjaciela, z którego dowiedziałam się o śmierci mamy. Uparła się, żeby nie wyjeżdżać z Warszawy. Gotowała dla powstańców, opiekowała się małą dziewczynka, która straciła w powstaniu rodziców. Zginęły razem trzymając się za ręce. Od wybuchu „krowy”, która rąbnęła w Filharmonię, gdy wracały z kościoła. Przyjaciel pochował obie na skwerku przy Sienkiewicza.. Nie odnalazłam jej ciała…

Słyszę często, jak jakaś starsza pani mówi: myśmy szli do powstania trzymając się za ręce i wołając: „wolna Warszawa, wolna Polska”. A ja się zastanawiam, gdzie to mogło być, bo nic takiego nie widziałam. Albo inna pani twierdzi, że gdyby dowództwo zrezygnowało z Powstania, to ono i tak by wybuchło, bo młodzi ludzie byli tak napaleni na walkę. Myślę sobie wtedy, że ta pani nigdy w żadnej konspiracji nie działała, bo gdyby działała, to by wiedziała, że w konspiracji istniało coś takiego, jak rozkaz. Nie można było samemu decydować o czymkolwiek, to było w ogóle nie do pomyślenia.

Uważam, że decyzja dowództwa o wybuchu powstania była ogromnym błędem, bo oznaczała pewną śmierć 20 tysięcy młodzieży. Nie wolno powtarzać, że patriotyzm polega na byciu gotowym na śmierć dla Polski. A dlaczego nie na byciu gotowym na życie dla Polski?
Dopiero okrągły stół postawił na życie dla Polski. Dla mnie to było najważniejsze wydarzenie w naszej powojennej historii, bo nareszcie Polacy zaczęli myśleć o tym, jak żyć dla kraju, a nie jak za kraj umierać. Bo umrzeć łatwo, ale żyć - bardzo trudno. 

Według mnie nasi dowódcy byli kompletnie pozbawieni racjonalnego myślenia. Nie można odmówić im patriotyzmu, bo nie uwierzę, że ot, tak sobie, wysłali ludzi na śmierć. To na pewno byli patrioci, ale bez sensu, bez myślenia, co dalej. Przecież wiedzieliśmy z nasłuchów, nasze dowództwo tym bardziej wiedziało, co robią Churchill, Roosevelt, mieliśmy do nich szalone pretensje, szczególnie do Roosevelta, który był zakochany w Stalinie. Dlaczego generał Andres tak mocno sprzeciwiał się powstaniu? Bo uważał, że nie wystarczy mieć do walki ludzi, trzeba także mieć broń. Co z tego, że mój mąż robił ręcznie te maleńkie filipinki, przecież nimi nie dało się rozwalić czołgów. 

Pierwszego dnia powstania Dawidowski opowiedział mi o planach ataku na wartowników Pałacu Blanka. Zaproponowałam, żeby akcja odbyła się w porze obiadu, kiedy wszyscy Niemcy będą w jednym miejscu: Założymy białe fartuchy, żeby nie wzięli nas za Niemców, rozłożę obrusy na schodach, żeby nasi wiedzieli, gdzie mają iść. Część przejdzie parterem i wyskoczy na wartownię, Niemcy będą zaskoczeni. Plan się powiódł, ani jeden nasz chłopak nie zginął. Ale dowództwo wpadło jeszcze na pomysł, żeby od podwórka spuścić żołnierzy na linach. Proszę pani…To było coś strasznego…Przecież na dachach stali niemieccy snajperzy z ostrą bronią. Strzelali do naszych jak do kaczek, a ci tylko bach…bach na beton, wszyscy zginęli. Łapaliśmy się w tej piwnicy za głowy, płakaliśmy jak bobry. Dlatego mam prawo uważać, że nie tylko nie mieliśmy broni, ale również myślących rozsądnie dowódców.

Tak straszny żal pozostaje po tym zniszczonym cudownym mieście, 200 tysiącach ludzi, którzy zginęli za nic, bez powodu, tylko dlatego, że mieszkali w Warszawie. Jestem absolutnie przekonana, że to, jaką tragedią było powstanie, wiedzą tylko ci, którzy je przeżyli. Bo opowiedzieć się tego nie da…

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Halina Żelaska ma dziś 97 lat.

  1. Zwierciadło poleca

Fenomen 63 dni. Powstanie Warszawskie

Szczyt heroizmu i bohaterstwa czy tragedia i wierzchołek głupoty? Dowód na bezprzykładne umiłowanie wolności czy błąd i zbrodnia na własnym narodzie? Dyskusja o tym, czym było Powstanie Warszawskie, zaczęła się już w jego trakcie. A jej napięcie właśnie sięga zenitu.

31 sierpnia, dokładnie w połowie trwania Powstania Warszawskiego, było już wiadomo, że polskiemu dowództwu nie uda się połączyć walczącej Starówki ze Śródmieściem. Atak na Niemców, mimo że skoordynowany z obu stron, nie powiódł się. Część oddziałów, te najbardziej elitarne, bo składające się z ubranych w niemieckie panterki żołnierzy Kedywu czy Zośki, postanowiła zatem przebijać się inaczej. Nie jak pozostałe formacje kanałami, ale górą, przez Ogród Saski. W praktyce oznaczało to przejście przez pozycje niemieckie z karabinami przewieszonymi przez ramię. Fortel ten uznawany jest dziś za najsprytniejszą akcję powstania. Za logistyczny majstersztyk i dowód na brawurową odwagę żołnierzy AK. Uczestnikiem tej akcji był Stanisław Likiernik pseudonim „Staszek”.

Gdy razem z Emilem Maratem (współautorem wywiadu rzeki z tym żołnierzem Kedywu pt. „Made in Poland”) mówimy mu, że akcja uchodzi za legendarną, że mówi się o niej jak o dowodzie na genialną umiejętność improwizacji w warunkach bojowych, wzrusza tylko ramionami. – Genialna? Była beznadziejna, ale tylko to mogliśmy zrobić – mówi poruszony.

Dziś – przyznali to i inni powstańcy – wiadomo, że aby akcja się udała, trzeba było uciszyć jednego z żołnierzy Kedywu. Na słynnym zdjęciu, zrobionym 2 sierpnia 1944 r., reprodukowanym w wielu opracowaniach Powstania Warszawskiego, stoi on w pierwszym szeregu z chojracko przewieszonym karabinem. Cztery tygodnie później został ciężko ranny i głośno wył z bólu. Nie dałby rady iść. Koledzy musieli go dobić. Zrobili to. – To też waszym zdaniem jest „genialne”? – pyta pan Stanisław.

Utracona szansa Stalina

Powstanie Warszawskie to fenomen. Zgodni co do tego są zwolennicy jego wybuchu, jak i zdeklarowani przeciwnicy. Gdy streszczamy panu Stanisławowi dyskusję publicystyczną, jaka toczy się na ten temat w Polsce i na emigracji od lat, wzrusza ramionami. To mitologizowanie warszawskiego zrywu, rocznicowe celebry, a zwłaszcza zapatrzenie młodych ludzi w powstańcze biografie wywołuje w nim lekką irytację. A już z równowagi wyprowadza go coraz bardziej prężny ruch rekonstruktorów historycznych. Co roku w rocznicę walk hobbyści ci odgrywają sceny ataków i odwrotów na stołecznych ulicach.

– Kiedyś miałem prelekcję dla młodych ludzi w szkole i połowa z nich była poprzebierana w panterki. Organizator nawet mnie zapytał: „Czy to panu nie przeszkadza?”. „Przeszkadza – odpowiedziałem – ale niech tam. Niech sobie noszą”. Primo: to nie jest ten sam kolor, to nie wygląda tak jak tamte panterki. Secundo: kochani, jaki to przebieranie ma sens? Jak mam się przebrać, to wolę od razu za Napoleona, a nie za jakiegoś pętaka z Kedywu takiego jak ja.

Ten „pętak z Kedywu” ma na koncie kilkanaście akcji w podziemiu. Brał udział w likwidacji postrachu Warszawy Karla Schmalza „Panienki”. Władysław Bartoszewski uznał tę akcję za najlepiej przeprowadzoną przez AK w stolicy. W powstaniu przeszedł cały szlak bojowy z Kedywem, a potem Zośką, był wiele razy ranny. W trakcie wspomnianego przechodzenia przez Ogród Saski szedł, krzywiąc się z bólu, bo miał przestrzelone pośladki. – Siadałem „półgębkiem” – kpi z tej rany. Zgadza się jednak, że powstanie to fenomen. Z wielu powodów, przede wszystkim historycznych. W dziejach całej drugiej wojny światowej żadna podziemna armia żadnego z okupowanych krajów nie wpłynęła tak totalnie na rozwój wypadków. Przyznał to nawet marszałek Wasyl Czujkow. Po upadku ZSRR napisał: „Gdyby nie Powstanie Warszawskie, wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej, nie w maju 1945 r., ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca 1. Front Białoruski w sierpniu 1944 […]. Mogliśmy dojść dalej na zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu”. Te wypowiedziane dopiero w latach 90. słowa potwierdzali również emerytowani dowódcy powstania. Idąc tym tokiem rozumowania, można powiedzieć, że Europa zawdzięcza „szalonym” Polakom to, że Armia Czerwona nie zajęła całych Niemiec i nie przesunęła żelaznej kurtyny bardziej na Zachód. W słowach Czujkowa pobrzmiewa żal za startą z powierzchni ziemi Warszawą i żal czerwonoarmisty. „Mogliśmy mieć więcej!” – mówił marszałek, żałując że Stalin skupił się na upokorzeniu Polski, a nie na podboju Europy.

Golgota i Reduta Ordona

Czy powstanie to jednak fenomen militarny? Pan Stanisław ma co do tego wiele wątpliwości, twierdzi, że tak naprawdę strzelać w powstaniu potrafiło kilkuset profesjonalistów, reszta to były – jego zdaniem – dzieciaki. Tymczasem wśród historyków panuje przekonanie, że pod nosem okupanta do walki przygotowało się prawie 37 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy. Wprawdzie tylko co 25. był uzbrojony w broń ręczną, zaś amunicji starczyło im na dwa, trzy dni, ale po wybuchu walk przyłączyli się do nich cywile. Czyli o tym, że czysto wojskowa akcja stała się insurekcją narodową, zdecydowali bezbronni warszawiacy. „Dopiero kiedy ludność cywilna stanęła do walki, zaczęto tę walkę nazywać Powstaniem Warszawskim” – wspominał w 1973 r. faktyczny dowódca powstania gen. Tadeusz Pełczyński w słynnym wywiadzie z francuskim dziennikarzem Jeanem-François Steinerem. „To leży w psychice polskiej, że o wyzwolenie, o niepodległość naród chce sam walczyć” – mówił. A zatem fenomenem było to, że pół miliona ludzi stanęło do otwartej walki na bardzo małym terenie, zdobywając broń w zasadzie na wrogu.

„Tymi, którzy wystawiają najwyższą ocenę powstaniu, uważając, że była to akcja na najwyższym poziomie, są Niemcy” – mówił były powstaniec Władysław Bartoszewski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2002 r.: „[…] książki niemieckich sztabowców to pieśń ku czci Polaków. Dla nich powstanie to był niepojęty fenomen. 63 dni! Stłumiła je dopiero specjalnie sprowadzona do Warszawy po ośmiu tygodniach elitarna 19. Dywizja Pancerna Wehrmachtu, bo tysiące policjantów, esesmanów, oddziały międzynarodowe nie były w stanie powstania stłumić. Palono dom po domu, wyrzynano mieszkańców, a powstanie trwało”. Ten ostatni tragiczny czynnik również buduje niezwykłość tego zrywu. Ogółem w ciągu 63 dni zginęło ok. 180 tys. ludzi. Niektóre kraje zaangażowane w wojnę nie straciły tylu obywateli w ciągu sześciu lat.

Właśnie ta gigantyczna skala ofiar, ten ogrom zniszczenia: zburzone miasto, zniszczone muzea, kolekcje, wypalone do cna bezcenne księgozbiory, zrównane z ziemią – budowane przez pokolenia – warszawskie domy i pałace budzą chyba największe emocje. To dziś też największa trudność w zrozumieniu fenomenu powstania. Tadeusz Sobolewski zwrócił uwagę na poczucie uczestniczenia w święcie nawet przez uwięzionych w piwnicach cywili. Bo powstanie miało aurę karnawału. Ludzie byli – przynajmniej na początku – w narkotycznej euforii. Czuli się jak główni bohaterowie polskiej historii. „Frajda przeżycia” – jak pisał Białoszewski – to bycie razem, na kupie, w centrum „dziania się” dało warszawiakom pewność, że uczestniczą w najważniejszym momencie dziejowym. To poczucie działa zresztą do dziś. Warszawa w tym kontekście to i Golgota, i Termopile, i święty szaniec, i jedna wielka reduta Ordona w walce ze wszystkimi. I mimo że powstanie zakończyło się klęską – jest drugim, tym razem szalonym i obłędnym, cudem nad Wisłą. Dlaczego? Z tego można się dziś śmiać i wiele osób śmieje się gorzkim śmiechem coraz głośniej, ale powstanie w głębi serc milionów Polaków uratowało coś dla pokoleń najcenniejszego. Lapidarnie ujęła to w powstańczych wspomnieniach Barbara Wyrzykowska, rocznik 1925. Na pytanie, co zyskało jej pokolenie na powstaniu, odpowiedziała: „Honor to rzecz bezcenna”.

Konserwy i koniak

Jeden z najodważniejszych powstańców Jan Więckowski pseudonim „Drogosław”, szef kompanii w batalionie „Zośka”, wyznał w jednym z wywiadów: „[…]w tym skondensowanym idealizmie, jakim było powstanie, wszystko, co materialne, zostało odłożone na bok. Byliśmy odurzeni idealizmem”. I być może właśnie to „odurzenie idealizmem” to klucz do zrozumienia, czym było powstanie dla samych jego uczestników. W bardzo wielu wspomnieniach przebija świadomość, że dni walki były latami świetlnymi w rozwoju emocjonalnym młodziutkich żołnierzy AK. To była inicjacja i przyspieszony kurs dojrzałości. Młodzi ludzie nagle wyszli spod kurateli rodziców i musieli decydować o życiu i śmierci, o losie swoim i tysięcy cywili, o losie miasta w końcu i – w ich poczuciu – o losie „świętej polskiej sprawy”. Jak się to przekładało na emocje? Skutkiem była między innymi eksplozja uczuć.

Halina Degórska „Iga”, łączniczka pułku „Broda 53”, w rozmowie z historykiem Januszem Zawodnym wyznała: „Kiedy byłam ranna, to mojemu dowódcy zebrało się na miłość. Odmówiłam mu – on później zginął, a ja miałam wyrzuty sumienia! Inny chłopiec też zaczął mówić do mnie namiętnie, że mnie chce. Ja byłam ranna. Jakoś nie mogłam tych spraw pogodzić. Mężczyznom było łatwiej emocjonalnie […]”.

Potwierdza to Jerzy Janczewski „Glinka”: „Pod presją walki wybuchła intensywność uczuć. Istniało pewne rozluźnienie norm. Znałem 18-letnią sanitariuszkę, która uważała mnie za bohatera. Alkoholu nie piliśmy, ale jak w nocy znaleźliśmy puste mieszkanie, to się kochaliśmy, oddając się sobie bez opamiętania”. Każdy zresztą pamięta swoje powstanie inaczej. Intensywność uczuć? Tak. Abstynencja? Skąd! Kazimierz Tuleja „Góral”, lekarz z batalionu „Chrobry II”, wspomina moment, gdy na Starówce żołnierze znaleźli skład butelek z alkoholem. Dowódca kazał je potłuc i wylać do rynsztoka. „Kilku chłopców położyło się na ulicy i piło rozlany płyn”. Zresztą o rozluźnieniu norm związanych z piciem wspomina wielu powstańców, pisze o tym historyk Janusz Marszalec w książce o porządku publicznym w powstaniu. Dowództwo widziało problem, alkoholu było sporo, więc okazji do picia i upijania się nie brakowało. Powstaniec i pisarz Jan Kurdwanowski przyznawał zresztą, że większe spożycie nie wynikało tylko z chęci i wolnej woli. W powstaniu po prostu panował głód. Może nie na początku, ale im bliżej kapitulacji, tym większe były kłopoty ze zdobyciem czegokolwiek do jedzenia i picia. „Z kulinarnego punktu widzenia podzieliłbym powstanie na następujące okresy – pisał. – Okres wolski – grochówka i papierosy, okres wczesnostaromiejski – konserwy i koniak [...]”.

Powstańcze wspomnienia to również obraz pękania obyczajowych barier. Bliskość związana z ciągłym przebywaniem obok siebie, ramię w ramię, przy jednoczesnym stałym zagrożeniu śmiercią i kalectwem powodowała przyspieszone emocjonalne dojrzewanie.

Irena Turkowska „Danka”, sanitariuszka, zwróciła na przykład uwagę, że do powstania szła przede wszystkim patriotyczna młodzież z dobrych domów. „Jeden z chłopców prał na kwaterze swoją osobistą bieliznę. Weszłam do pokoju w towarzystwie pchor. »Słonia« – chłopak był tak zażenowany, że przepraszał mnie, całując w rękę – i w zakłopotaniu pocałował w rękę także »Słonia«!”.

Łączniczka Jadwiga Gac wspominała, że oprócz opatrywania rannych brała także udział w wyprawach zaopatrzeniowych po jęczmień z browarów Haberbusch i Schiele na Grzybowskiej. „Nie miałam spodni i martwiłam się w czasie tych przepraw nie o to, że mogę być zabita, ale o to, czy przy przeskakiwaniu przez mur chłopcy nie zobaczą moich majtek”. Po kilku tygodniach frontowego życia razem młodzi zmieniali się nie do poznania. Dobrze to ilustruje wspomnienie łączniczki Bohdany Marii Domańskiej pseudonim „Czarna”. Ewakuując się ze swoim oddziałem z Żoliborza, zdecydowała się wejść do kanałów w samej bieliźnie. Po dramatycznych próbach ominięcia niemieckich pozycji, gdy dowódca zdecydował jednak, że oddział wyjdzie w okolicach Dworca Gdańskiego wprost pod lufy karabinów, ta uprosiła go, że wyjdzie pierwsza. „Dlaczego? – wspominała. – Bo kobieta. To będzie zupełnie co innego, jak pierwsza wyjdzie kobieta”. I wyszła ku zdumieniu Niemców w samym biustonoszu i majtkach!

W powstaniu według oficjalnych statystyk zawarto 256 małżeństw. Dziś trudno to sprawdzić, ale zapewne większość z nich została zawarta spontanicznie. Maria Huber i Kazimierz Piechotka, legendarna skądinąd para, pobrali się 30 sierpnia w kościele Dzieciątka Jezus przy ul. Moniuszki po wyjściu Kazimierza z kanałów. Pani Maria wspominała to bez cienia ironii: „Pojawił się na Bartoszewicza w mundurze esesmańskim, znaczy w panterce. Powiedział : »Słuchaj, to jest jedyny moment, żebyśmy się pobrali, bo ja mam wreszcie całe spodnie«”.

Pretekst, by wykończyć

Jest taka znana anegdota dotycząca spotkania wspomnianego już generała Pełczyńskiego ze znanym pisarzem Stefanem Kisielewskim. Do ich zabawnej rozmowy doszło w 1957 r. w Londynie. „Spotkaliśmy się, a że on był z »dwójki« – oficer wywiadu – to zaczął mnie wywiadowczo traktować” – relacjonował potem Kisiel.
Pełczyński pyta: Czy pan służył w wojsku? Mówię: Służyłem. Pełczyński: A w którym pułku? Mówię: W takim a takim. Pełczyński: A kto to jest Jerzy Turowicz? Mówię: Redaktor »Tygodnika Powszechnego«. Pełczyński: Czy on służył w wojsku? Mówię: O ile wiem, to nie. Pełczyński: A dlaczego nie? Mówię: Nie wiem, dlaczego nie służył. Pełczyński: A Stanisław Stomma służył w wojsku? W końcu mnie to zdenerwowało i mówię: Panie generale, teraz ja chcę panu zadać pytanie. Pełczyński: Proszę bardzo. Więc ja mówię: Fortepian. Smoking. Biblioteka po ojcu. Pełczyński: Co? Mówię: Przepadły mi w Powstaniu Warszawskim 1944 roku i chcę wiedzieć dlaczego. Tadeusz Pełczyński wściekł się, wyzywał mnie od demagogów. Rozstaliśmy się niedobrze. Był to porządny człowiek, ale ewidentnie Warszawę zburzył.
Powyższa rozmowa nie tyle pokazuje kłopot z dogadaniem się wojskowego z cywilem, ile głównie obrazuje trudności interpretacyjne powstania. Widać to również dziś. Powstanie to jeden z niewielu polskich tematów, które rozpalają emocje między przedstawicielami tego samego pokolenia, ale również między pokoleniami.

To, co dla jednych stanowiło szczyt patriotyzmu, dla drugich było odmętami głupoty. To również fenomen chyba na skalę światową. Mało jest w dziejach ostatniej wojny tak zażartych sporów o sensowność inicjowania walk w mieście i trwania w oporze za cenę życia setek tysięcy ludzi. Dyskusja o sensowność wojny w Warszawie zaczęła się… zanim wybuchły walki.

Stanisław Likiernik wspomina, że w przeddzień wybuchu powstania usiadł na dachu kamienicy ze swoim przyjacielem Romanem Bratnym. Rozmawiali o powodzeniu akcji. Bratny wyśmiał entuzjazm „Staszka”: „Ruscy nawołują do walki z Niemcami – miał mu powiedzieć – a kiedy już zaczniemy, zatrzymają się i pozwolą Niemcom nas wykończyć”. Miał rację, jak się okazało. I dlatego pan Stanisław jest dziś wielkim przeciwnikiem powstania. Ale na przeciwległej szali jego krytycznego zdania umieścić można tak samo uprawniony, choć inny sąd.

Matka Antoniego Szczęsnego Godlewskiego, legendarnego Antka Rozpylacza, tak wiele lat po wojnie wspominała pogrzeb syna: „Koledzy nieśli go na ramionach, szłam obok, ludzie płakali, a ja nie potrafiłam. Nie płakałam, bo ja w sercu czułam dumę… Tak, byłam dumna z mojego syna”. Obok dumy z powstania istnieje również świadomość fatalnej klęski i wyboru samobójstwa jako opcji politycznej.

Sowieckie świństwo

Co ciekawe, świadomość fatalnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, mieli również dowódcy powstania, uczestnicy słynnych narad na najwyższym szczeblu AK tuż przed ogłoszeniem godziny W w lipcu 1944 r. „Niemcy nas zmiażdżą” – uczciwie przyznał wtedy gen. Pełczyński pytany, co się stanie, jeśli Sowieci wstrzymają swoje natarcie na Warszawę na początku sierpnia. Znając przebieg tych rozmów, a także ich ostateczne konsekwencje, gen. Władysław Anders w znanej rozmowie z Januszem Zawodnym eksplodował: „Jestem na kolanach przed powstaniem, ale to było nieszczęście”. Gdzie indziej dodał nawet, że dowódcy powstania za swoją lekkomyślność powinni trafić pod sąd. Z kolei Adam Ciołkosz, członek Rady Narodowej w Londynie, uważał, że decyzja o wybuchu powstania była „naturalna i poprawna”. „Kosztowało strasznie dużo, setki tysięcy poległych, zrównanie z ziemią całej Warszawy, ale to było konieczne” – powiedział Zawodnemu. Podobnie premier Stanisław Mikołajczyk. Choć w wielu wywiadach odżegnywał się od odpowiedzialności za rozpoczęcie walk, przyznał, że „powstanie było nie do uniknięcia”. Chyba najdobitniej wytłumaczył to we wspomnianej rozmowie gen. Pełczyński. Po klęsce powstania przyznał, że ono osiągnęło swój cel. Ten cel to było światło, które trzeba było zapalić przy wejściu do czarnego tunelu, jakim była komunistyczna okupacja. „Dramatem Polski jest, że Polacy muszą umierać, żeby Polska mogła żyć” – mówił i w zasadzie zgadzał się z nim cały polski emigracyjny Londyn.

Zgadzał się, ponieważ generał zrzucił odpowiedzialność za zniszczenie Warszawy jako centrum polskości na Sowietów. „Stalin był policjantem, a nie politykiem, i miał zamiar zniszczyć AK” – powiedział Steinerowi. I dodał, że powstanie musiało wybuchnąć, bo „[…]gdyby Rosjanie zajęli Warszawę i nas wytaszczyli do Irkucka, i głosili, że byliśmy tchórzami, bo nie zaczęliśmy walki – to byłaby dla nas i dla Armii Krajowej klęska sięgająca w historię […]. Sowieci nigdy się nie wyplączą aż do momentu, kiedy padną na kolana i powiedzą: zrobiliśmy Warszawie świństwo”.

A jednak nie wszyscy dziś zgadzają się z dowódcą powstania. Już wcześniej polemizowali z nim publicysta Stanisław Cat-Mackiewicz i historyk Władysław Pobóg-Malinowski. Ich argumenty powtarzane są dziś jak mantra przez przeciwników zrywu. A tych, za sprawą książki „Obłęd ’44” Piotra Zychowicza, jakby przybywa. Ich guru, nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz, krytycznie oceniał w zasadzie każdy aspekt powstania. Przede wszystkim oskarżał dowódców. „[…] kto tak naprawdę dowodził powstaniem. Bór-Komorowski modlił się. Okulicki, jak twierdzą świadkowie, głównie pił, a w polu teoretycznie dowodził Chruściel, który nie miał mocy wykonawczej. Ale Chruściel nie chciał się poddać, chciał do końca walczyć. I przez ten bałagan zginęło ponad sto tysięcy ludzi” – mówił w rozmowie z Rafałem Jabłońskim dla „Rzeczpospolitej”.

Jego zdaniem polityczna głupota, fałszywe ambicje i rachuby, a także mały format dowódców sprawiły, że powstanie należy oceniać jako zbrodnię na własnym narodzie. Zbrodnię przy jednoczesnym osobistym tchórzostwie. „Znana jest historia jednego z dowódców oddziałów, któremu „Monter”, Antoni Chruściel, zarzucił tchórzostwo. Gdy potem przyniesiono go z rozpłatanym brzuchem, spytał: „Kto tu jest tchórzem, panie pułkowniku?”. I to jest pytanie, które trzeba by zadać Chruścielowi, Pełczyńskiemu i Okulickiemu. Nie zginął żaden ze sztabowych oficerów w myśl koncepcji, że walką dowodzi się z tyłów”.

Wieczorkiewicz wytoczył na koniec działo najcięższego kalibru. Powstanie było klęską, wszyscy uczestnicy mieli po niej gigantycznego moralnego kaca i dlatego „sztuką stało się przekucie klęski w legendę. Bo jeśli jest klęska, to jedyną korzyścią, jaką można z niej mieć, staje się legenda”. A obok legendy używane bardzo często jako argument za sensownością powstania – moralne zwycięstwo.

Dziś na młodym pokoleniu takie argumenty nie robią wrażenia. Jest tak jak na spotkaniu w jednym z  warszawskich liceów. Gdy prelegent cytował słynne słowa Stalina, które ten skierował 3 sierpnia 1944 r. do premiera Stanisława Mikołajczyka: „Cóż to jest ta wasza Armia Krajowa? Co to za armia bez artylerii, bez czołgów, bez lotnictwa? Nawet broni ręcznej nie ma dosyć […]” – uczniowie spontanicznie odpowiedzieli i Stalinowi, i prelegentowi, śpiewając hymn Parasola: „[…] choć na »tygrysy« mają visy, bo warszawiaki fajne chłopaki są, tarara!”.

Błogosławię, bo nas zamordujesz

Ten zdumiewający kult powstania dostrzega również dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Jan Ołdakowski: „Myśmy ten spór o polską pamięć wygrali. Z opowieści o Armii Krajowej i powstaniu wyrosła samoświadomość kolejnego pokolenia, które teraz nie może się od historii oderwać” – powiedział w jednym z wywiadów. Wtórował mu Dariusz Gawin, jego zastępca. On z kolei zwrócił uwagę, że komunistyczne kłamstwa o powstaniu oraz zatajanie prawdy o Katyniu były kłamstwami założycielskimi Polski Ludowej, czymś w rodzaju kamieni węgielnych nowego systemu. Ten fałsz był nie do zniesienia. Umiłowanie wolności u Polaków jest tak samo duże jak umiłowanie prawdy.

Dziś PRL to myślowy skansen. Młode pokolenie powstańców co najmniej szanuje. Władysław Bartoszewski z kolei uważa, że powstanie było punktem odniesienia dla wszystkich powojennych pokoleń. Jego zdaniem „syndrom powstania powstrzymał społeczeństwo od skrajnych form działania w latach zrywów 1956, 1970 i 1980 roku”. Dzięki hekatombie 63 dni Polacy nie byli już tak hojni w rozlewaniu krwi w walce o wolność. Z tego chyba najbardziej cieszy się Stanisław Likiernik.

– Co wy ciągle z tym fenomenem? – wypala w końcu. – Fenomenalne to były jedynie konkretne momenty. I opowiada. Tak samo jak opowiadał Romanowi Bratnemu 60 lat temu. Wtedy jego wspomnienia złożyły się na przeżycia głównego bohatera powieści „Kolumbowie. Rocznik 20”. Pan Stanisław jest prototypem tej postaci, zresztą razem z nieżyjącym już Krzysztofem Sobieszczańskim, który nosił pseudonim „Kolumb”. Czy zatem to, co dziś twierdzi pan Stanisław, jest głosem legendarnego pokolenia Kolumbów?

– To są tylko moje słowa tak jak rana w moim tyłku! – mówi.

2 września 1944 r. Starówka była już opanowana przez nieprzyjaciela. Niemcy kazali wyjść wszystkim pacjentom szpitala Pod Krzywą Latarnią, którzy mogli to zrobić o własnych siłach. Z piwnic wyszło 20 osób, resztę Niemcy podpalili. A potem chcieli rozstrzelać tych, którzy byli już na powierzchni. Gdy niemiecki oficer wyciągnął broń, leżący na noszach ranny żołnierz Kedywu Olgierd Cemerski „Remec” pobłogosławił go znakiem krzyża. Niemca zamurowało. Stanął jak wryty i krzyknął: „Co pan robi!?”.

Stanisław Likiernik opowiada to, co jemu z kolei opowiedział kolega z oddziału: – Remec powiedział: „Jestem księdzem. Wiem, że nas rozstrzelacie, ale was błogosławię i przebaczam z góry...”. Ten genialny podstęp uratował całą grupę. Nawet hitlerowski oficer był pod wrażeniem odwagi i miłosierdzia polskiego kapłana. Ewakuowano ich po tej scenie do szpitala na Woli. I wiecie, co tu jest mądre i głupie, śmieszne i tragiczne? Że Remec ani nie był księdzem, ani nawet nie był wierzący.

Artykuł ukazał się w „Zwierciadle” we wrześniu 2014 roku. Stanisław Bolesław Likiernik (ps. „Staszek”, „Stach”), podpułkownik Wojska Polskiego, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, politolog, zmarł 17 kwietnia 2018 w Wersalu.