1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wypalona zawodowo

Wypalona zawodowo

Warto zdać sobie sprawę z tego, że sukces zawodowy ma nam ułatwić osiągnięcie celów osobistych, a nie być wartością nadrzędną i sensem życia. Inaczej wykluczamy szansę na równowagę i prawdziwe szczęście

Był zwykły wieczór, pralka prała, z radia leciała muzyka, mała walizka czekała już spakowana w przedpokoju. 34-letnia kobieta siedziała w kuchni i przygotowywała się do prezentacji. Nazajutrz wybierała się do Anglii na bardzo ważne spotkanie firmowe. Nagle poczuła się słabo, straciła przytomność, spadła z krzesła. Nie żyła. Lekarze nie umieli ustalić przyczyn jej zgonu. Miało to miejsce w 1999 roku w Szwecji. Umarła niespodziewanie i pozornie bez żadnej medycznej przyczyny. Nie na zawał czy wylew, po prostu… z przepracowania. Był to jeden z pierwszych zanotowanych wypadków śmierci z powodu wypalenia zawodowego.

Wywiad lekarski dowiódł, że była pracoholiczką i perfekcjonistką. Kobieta żyła w ciągłym napięciu, silnym stresie, była chronicznie zmęczona, a do tego dochodziło uczucie przygnębienia i smutku. Pracowała w dziale informatycznym wielkiej firmy. Była samotna, bo nie miała czasu na założenie rodziny, a praca stała się jedynym sensem jej życia. Pracowała bardzo intensywnie, zostawała po godzinach w biurze, zarywała noce. Trzy lata przed śmiercią cierpiała na stany depresyjne oraz korzystała z pomocy psychiatry. Dostała kilkutygodniowe zwolnienie z pracy ze względu na wyczerpanie psychiczne i chroniczne zmęczenie. Jednak gdy jej firma połączyła się z korporacją angielską, pojawiły się nowe wyzwania zawodowe, jak nauka języka oraz konieczność odbycia kilku szkoleń. Kobieta stresowała się nową sytuacją i za wszelką ceną chciała wypaść jak najlepiej. Owego wieczoru szykowała się na prezentację po angielsku. Bała się, że sobie nie poradzi. Rzeczywiście, nie poradziła sobie…

Sytuacji zaczęli przyglądać się również psycholodzy. Po licznych badaniach okazało się, że w Szwecji na początku 2000 roku najliczniejszą grupę wypalonych zawodowo osób stanowiły młode kobiety biznesu. Zwykle bardzo ambitne, doskonale wykształcone, przebojowe, perfekcyjne i wiecznie zapracowane. Wysokie wymagania wobec samych siebie doprowadzały je do silnego i przewlekłego stresu, który kończył się wyczerpaniem fizycznym i psychicznym.

 

Jak pokazują badania, u kobiet wysoki poziom stresu utrzymuje się znacznie dłużej niż u mężczyzn. U mężczyzn obniża się on po ustaniu czynnika wywołującego stres, kobiety często zasypiają i budzą się w stresie

 
 

Autor cytatu :

W Polsce zjawisko wypalenia zawodowego dotyczy szczególnie ambitnych kobiet biznesu pomiędzy 30. a 40. rokiem życia na stanowiskach menedżerskich oraz kobiet szefów i właścicielek firm. Prawie co trzeci szef w Polsce jest kobietą, a co piąta kobieta na wysokim stanowisku ma kłopoty ze snem, problemy żołądkowe, odczuwa napięcie, silne bóle głowy, podenerwowanie oraz nie czerpie radości z pracy. Czy to objawy kobiecego wypalenia? Niestety tak.

We władzy stresu

Współczesne kobiety wyszły z tradycyjnych ról i odważnie wkroczyły na drogę kariery zawodowej. Pojawił się pośpiech, walka o awans, większa odpowiedzialność zawodowa, rywalizacja z mężczyznami. Jednocześnie kobiety łączą obowiązki zawodowe z rodzinnymi, ciąży na nich podwójna odpowiedzialność: za pracowników i rodzinę. Pogodzenie pracy z domem nie jest łatwym zadaniem. Z dnia na dzień kobietom przybyło ról. Coraz więcej ról to coraz więcej wymagań, a im więcej zadań do wykonania, tym łatwiej o porażkę i silny stres. A to właśnie stres jest główną przyczyną wypalenia zawodowego u kobiet. Rodzi się z braku równowagi między naszymi obowiązkami a możliwościami. Pojawiają się pierwsze objawy wypalenia, jak: nerwowość, zmienność nastroju, zaburzenia pracy układu pokarmowego, zespół jelita drażliwego, problemy neurologiczne oraz stany depresyjne i silne nerwice.

Badania szwedzkiej psycholog Marianne Frankenhaeuser pokazują, że u kobiet wysoki poziom stresu utrzymuje się znacznie dłużej niż u mężczyzn. Choć u obu płci w trudnej sytuacji poziom hormonu stresu – kortyzolu – wzrasta do podobnego poziomu, to u mężczyzn obniża się on po ustaniu czynnika wywołującego stres. U kobiet natomiast utrzymuje się aż do zaśnięcia, często kobiety zasypiają i budzą się w stresie.

Wspinaczka bez końca

Młode kobiety, od razu po studiach, zaczynają zaplanowaną drogę do kariery: zostanę dyrektorem, założę własną firmę, będę dużo zarabiać, osiągnę sukces w swojej branży, będę sławna itd. W planowaniu kariery nie ma niczego złego, złe mogą być jednak formy realizacji tego planu. Dlaczego?

Sukces i kariera to bardzo pociągające i ekscytujące przeżycia, łatwo się od nich uzależnić. Wiele kobiet, które osiągnęły sukces, już nie umie bez niego żyć. Muszą robić kolejne interesy, więcej pracować, awansować, bo jeśli się zatrzymają, to „znikną” – tak przyznała 30-letnia właścicielka firmy na jednym z moich warsztatów. Nie pracując, czują pustkę i brak sensu życia. Wiele z nich boi się spokoju w zaciszu domowym lub wśród przyjaciół, bo to oznacza brak wzrostu adrenaliny, ciągłej, stymulującej do działania walki. Jeśli adrenalina nie rośnie, czują się gorsze, słabsze i mniej wartościowe. Pracują więc coraz więcej i analizują, czego nie zrobiły i co mogły zrobić lepiej.

Kobiety sukcesu za wszelką cenę chcą być bez zarzutu we wszystkim, co robią. Perfekcjonizm pozwala im czuć się lepszymi, dowartościowują własne JA. I w związku z tym biorą na swoje barki kolejne zadania. Nie odmawiają zostawania po godzinach, a wolne weekendy poświęcają na pracę. Mają silne poczucie, że wszystko w firmie zależne jest od ich pracy, że są niezastąpione, nie potrafią delegować obowiązków i wszystko robią same.

Perfekcjonista nie toleruje żadnych porażek. Wszystko, do czego się zabiera, musi być wykonane doskonale. Taka wewnętrzna presja doprowadza do wyczerpania psychicznego i emocjonalnego.

Emocjonalne załamanie

Badania amerykańskiej psycholog Christine Maslach pokazują, że to surowe, przedmiotowe traktowanie innych, brak wrażliwości i empatii, ograniczanie się tylko do formalnych kontaktów międzyludzkich oraz unikanie relacji wymagających zaangażowania emocjonalnego doprowadza kobiety do skrajnego wypalenia. Maslach uważa, że bezduszne traktowanie współpracowników i klientów jest sprzeczne z naturą kobiety i właśnie na tym tle dochodzi u niej do emocjonalnego załamania w pracy. Objawia się to zniechęceniem, rosnącym wewnętrznym napięciem psychofizycznym, drażliwością i złością na samą siebie.

 

Z drugiej strony u wielu kobiet uleganie presji „miękkiego stylu zarządzania” też może stać się przyczyną wypalenia zawodowego. Miękki styl zarządzania, tzw. kobiecy, czyli nastawiony na innych ludzi, jest akceptowany i pożądany w naszej kulturze. Jednak z jednej strony pracownicy i przełożeni domagają się od kobiet szefów łagodności, opiekuńczości, wrażliwości, a z drugiej zdecydowanych posunięć, kategorycznych decyzji, przedsiębiorczości i żelaznej konsekwencji. Jak to pogodzić? Część kobiet nie potrafi sobie poradzić z tymi sprzecznymi komunikatami. Jak pokazują badania psychologów, kobiety mają tendencje do ciągłego zastanawiania się nad tym, jak je odbiera otoczenie. Chcą sprostać jego oczekiwaniom, a działając wbrew nim, odczuwają dyskomfort psychiczny i lęk, co z kolei prowadzi je do szybszego wypalenia niż mężczyzn.

Walka z poczuciem winy

Część kobiet poświęcających się karierze żyje z ogromnym poczuciem winy, że zaniedbuje dzieci, męża, dom itd. Takie samooskarżanie się ma swój początek w stereotypowych przekonaniach na temat odgrywanych ról płciowych. Otóż jeżeli mężczyzna osiąga sukcesy zawodowe, społeczeństwo łatwo go rozgrzesza z bycia gorszym ojcem czy mężem. Jeśli jednak tak postępuje kobieta, często spotyka się z komentarzami: „Co z niej za matka, pracuje po godzinach, zamiast zajmować się dzieckiem”, „Pewnie ma problemy rodzinne i dlatego siedzi do późna w pracy”, itd.

Słuchając takich uwag, kobieta czuje się winna i gorsza. To powoduje, że w ciągu dnia intensywnie pracuje zawodowo, a wieczory spędza z rodziną, nie dbając o własny wypoczynek. W ten sposób doprowadza się do silnego wyczerpania fizycznego i często poważnych problemów zdrowotnych. Z drugiej strony kłopoty rodzinne albo rozpadający się związek sprawiają, że kobieta nie potrafi czuć się szczęśliwa i spełniona, choćby nawet osiągnęła szczyt kariery w zawodzie.    

Objawy wypalenia

Sprawdź, czy obserwujesz u siebie poniższe objawy. Pamiętaj, że doraźne leczenie dolegliwości zdrowotnych nie rozwiąże problemu. Podobnie jak zmiana pracy, albowiem – jeśli już raz wpadłaś w sieć pracoholizmu – w nowej pracy po kilku miesiącach wypalenie znowu cię dopadnie. Leczenie nie jest ani proste, ani szybkie, bo nie istnieje żadna cud-tabletka, która zmieni od zaraz twój stosunek do pracy, życia, rodziny i samej siebie. To wymaga wysiłku, pracy nad sobą i bardzo często profesjonalnej pomocy terapeuty.

Wyczerpanie fizyczne:

  • brak energii
  • chroniczne zmęczenie
  • osłabienie
  • napięcie i kurcze w obrębie mięśni szyi i ramion
  • bóle pieców
  • zmiana zwyczajów żywieniowych
  • zmiana wagi ciała
  • zwiększona podatność na przeziębienia i infekcje wirusowe
  • zaburzenia snu
  • koszmary senne
  • zwiększone przyjmowanie leków lub alkoholu

Wyczerpanie emocjonalne:

  • uczucie przygnębienia
  • uczucie bezradności
  • poczucie beznadziei i braku perspektyw
  • niepohamowany płacz
  • dysfunkcje mechanizmów kontroli emocji – wybuchy złości lub smutku
  • uczucie rozczarowania
  • poczucie pustki emocjonalnej
  • pobudliwość
  • uczucie osamotnienia
  • uczucie zniechęcenia

Wyczerpanie psychiczne:

  • negatywne nastawienie do siebie
  • negatywne nastawienie do pracy
  • negatywne nastawienie do życia, przesyt
  • cyniczna i agresywna postawa wobec otoczenia
  • utrata szacunku do siebie
  • poczucie własnej nieudolności
  • poczucie niższej wartości
  • zanik motywacji do pracy
  • problemy z podejmowaniem decyzji
  • zerwanie kontaktów z przyjaciółmi

Autorka jest psychologiem biznesu, trenerem wyższej kadry menedżerskiej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

 Agata Komosa-Styczeń,
Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, \"Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie\", wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Styl Życia

Utkane przyjemnością

 Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)
Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)
Oczywiście efekt jest istotny – ładna makatka, podstawka pod kubek – ale ważniejsze okazują się sama czynność, czas na nią poświęcony i zdobyta nowa umiejętność. Maria Boczar, która organizuje dziewczyńskie warsztaty tkackie, tłumaczy, dlaczego coraz więcej osób zwraca się ku rękodziełu.

Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans… Już od kilku lat trwa moda na „wytwory naszych rąk”. Począwszy od pieczenia chleba, przez rzemiosło, samodzielne odnawianie starych mebli, aż po wszelkiego rodzaju rękodzieło. To nurt, który wciąż powraca. Światowa pandemia na pewno przyczyniła się do jego rozwoju, zaczęliśmy szukać czegoś, co pozwoli oderwać myśli od tego, co nie jest łatwe i przyjemne. Na wiele spraw utraciliśmy teraz wpływ, a takie formy tworzenia, jak tkanie czy robienie na drutach, dają nam poczucie kontroli, bo możemy decydować o przebiegu każdego etapu powstawania dzieła.

Nagle się okazało, że mamy czas na takie przyjemności... I to mamy go całkiem dużo! Ale tak naprawdę to często tkwimy w błędnym przekonaniu, że aby nauczyć się jakiejś nowej umiejętności lub wrócić do przyjemności starej, potrzebujemy mnóstwa czasu. A tymczasem wystarczy kilka chwil w ciągu dnia, żeby stało się naszym minirytuałem. Oczywiście nie od razu staniemy się profesjonalistami, do tego potrzeba czasu i praktyki, ale robótki ręczne możemy przecież sobie dawkować. Nie musimy zrobić całego szalika czy czapki od razu, wystarczy przerobić kilka rządków. Można do tego w każdej chwili powrócić i po jakimś czasie spojrzeć świeżym okiem, z innej perspektywy.

Ale kiedy odkładam robótkę, to często już jej nie kończę... Na szczęście z robótkami jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina, a nawet gdyby, to w dzisiejszych czasach możemy sobie przypomnieć za pomocą tutoriali w Internecie. Kończenie to zresztą ważny temat, bo niektórzy mają tendencję do odkładania na później wielu rzeczy. Jeśli zależy nam na ukończeniu pracy, to najlepiej właśnie stworzyć z tego mały rytuał, naprawdę wystarczy kilka minut dziennie.

'Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) \"Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym\" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

Skoro prace ręczne są coraz popularniejsze, to czy zajmują się nimi też mężczyźni? Niedawno Wojciech Eichelberger zachęcał ich do robienia na drutach na łamach „Zwierciadła”, bo ma to uczyć uważności, dokładności oraz skupienia. Oczywiście! Moje warsztaty akurat skierowane są tylko do kobiet, bo zależało mi na odwołaniu się do dawnych, tradycyjnych zwyczajów, jak chociażby darcie pierza. Brakowało mi kobiecej wspólnoty, którą dziś ładnie nazywamy siostrzeństwem. Jestem jednak przeciwna przypisywaniu określonych umiejętności konkretnej płci, podziałowi na typowo damskie i typowo męskie czynności. Tkanie, robienie na drutach, wszelkie tworzenie wiążę bardziej z emocjonalnością i wrażliwością niż płcią. Coraz częściej spotykam mężczyzn, którzy się tym zajmują i publicznie chwalą. Czynności, które angażują i absorbują jednocześnie ręce i głowę, są niezwykle uziemiające. Osadzają nas w tu i teraz, skupiają naszą uwagę na kolejnych krokach.

Czyli tkanie jest mindfulness? Niektórzy porównują je do medytacji. Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Nazywam je teraz jogą dłoni. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia obecnymi i uważnymi, nie możemy się rozpraszać, bo zaraz coś nam nie wyjdzie. Kiedy już wejdziemy w rytm powtarzalnych ruchów, to jest to bardzo bliskie powtarzaniu mantry. W ten sposób się relaksujemy, wyciszamy – zupełnie jak w medytacji właśnie.

Maria Boczar: 'Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe'. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar: \"Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe\". (Fot. Agnieszka Sopel)

Gdy siadamy na macie do jogi, to na początku mamy mętlik w głowie, ale po chwili oddech się wyrównuje, ciało i myśli uspokajają. Z tkaniem jest bardzo podobnie. Wiele dziewczyn, które trafiają na warsztaty, zaczyna potem przed snem zamiast czytania praktykować tkanie. Daje im to wyciszenie po całym dniu.

Nie każdemu jednak od razu to wychodzi. Kiedy ja się uczyłam, zauważyłam, że im bardziej się spinałam i niecierpliwiłam, tym gorzej mi szło – krzywy ścieg, gubienie oczka. Jak poradzić sobie z momentami frustracji? Najlepiej wtedy odłożyć na chwilę pracę i wrócić do niej za jakiś czas. Warto też się zastanowić nad tym, dlaczego fakt, że popełniamy jakiś błąd, że coś nie od razu nam wychodzi, aż tak nas denerwuje... Dlaczego nie pracujemy dalej? Dlaczego aż tak nas to blokuje? Czemu nie możemy czerpać radości z samego procesu tworzenia?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko, co robimy, ma mieć jakiś wymierny efekt. Oczywiście celem tkania jest stworzenie jakiegoś dzieła: powstaje, dajmy na to, podstawka pod kubek, ale ważna jest też przyjemność z samego tworzenia. Kiedy jesteśmy dziećmi, zaspokajanie potrzeby kreacji jest dla nas naturalne, w dorosłym życiu często wydaje nam się to śmieszne lub niepoważne. Czasem dziewczyny, które zapisują się na warsztaty i opowiadają o tym bliskim, słyszą: „Ale po co ci to? Do czego ci się to przyda?” Uczę je, by cieszyły się tym, że w ogóle mogą coś takiego robić, że umieją tkać, nawet jeśli nie od razu bezbłędnie…

Robótki ręczne dają szansę naprawienia błędów. Zawsze można spruć i zacząć od nowa. Nie marnuje się włóczki, jedynie czas. Choć może właśnie się go nie marnuje…? W moim odczuciu to jest niezwykle cenny czas i zupełnie niezmarnowany. Kiedy pracujemy nad jakimkolwiek projektem, to na etapie jego powstawania popełnia się zawsze mnóstwo błędów – i to jest normalne. Te błędy są cenną informacją, którą wykorzystujemy przy kolejnych pracach – wtedy już wiemy, jak ich uniknąć. W tkaniu, w zależności od tego, z jakiego splotu korzystamy – błąd będzie bardziej lub mniej widoczny, a wręcz może być niezauważalny, no i zawsze możemy go poprawić... Ale może wcale nie musimy? Tu pojawia się kwestia bycia nadmiernie perfekcyjnym. A tkanie uczy też, że czasem właśnie trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie w takiej postaci, jak sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Uczymy się godzić z tym, że czasem coś będzie niedoskonałe. Zostawiamy za sobą potrzebę bycia idealnym.

Ta chęć doskonałego wykonania może nas też blokować przed nauką nowych rzeczy… Właśnie! Tu znów się odwołam do przykładu dzieci – one zwykle nie boją się próbować, nie zastanawiają się, co będzie, jak się nie uda.

Co jest najlepsze w tkaniu? Co ci to daje fizycznie i psychicznie? Co daje to twoim kursantkom? Dla mnie jest alternatywą dla wchodzenia na matę. To jest idealne narzędzie do docenienia danej chwili, ale też oderwania się od problemów i trosk. Kiedy tkam, mój oddech się uspokaja, ja się uspokajam. Zaspokaja to także moją potrzebę tworzenia i daje mi wspomniane już poczucie sprawczości.

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel) Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel)

Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy. Te warsztaty łączą pokolenia kobiet – córki kupują je w prezencie matkom, przyjaciółki – sobie nawzajem w prezencie; są też okazją do zmierzenia się z nową aktywnością. Niestety, szkoła często zabija w nas chęć tworzenia. Na warsztatach pojawiają się na przykład osoby, którym kiedyś powiedziano, że mają dwie lewe ręce. I to już w nich zostało. Przychodzą towarzysko i zaznaczają, że na pewno nic nie zrobią. Później jednak tworzą genialne makatki i wysyłają mi wiadomości z pytaniami, gdzie kupić wełnę, bo już mają pomysły na kolejne prace. Wspaniale jest obserwować tę ich przemianę.

Takie doświadczenie uczy nas też poszanowania i docenienia wartości „hand made”. Rozumiemy, dlaczego za ręcznie robiony wełniany sweter trzeba zapłacić kilkaset złotych, bo już wiemy, ile kosztuje surowiec, ile czasu i energii należy poświęcić na jego zrobienie. Oczywiście! Nawet stworzenie małej makatki czy zakładki do książki wymaga naszego zaangażowania, czasu i pracy.

'Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) \"Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy\" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

  1. Seks

Ochota na seks - co wpływa na nasze libido?

Sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. (fot. iStock)
Sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. (fot. iStock)
Apetyt na seks – choć ze wszech miar wskazany – nie jest wartością stałą. Ma na niego wpływ wiele czynników, jak zdrowie, odpowiednia ilość snu czy poczucie atrakcyjności. Ale gdy słabnie z miesiąca na miesiąc – trzeba podjąć szybką akcję reanimacyjną.

Marzenie wielu par: zachować temperaturę w sypialni równą tej z pierwszych miesięcy po poznaniu. Czy jest do spełnienia? W pewnym sensie tak. – Nie jesteśmy wprawdzie w stanie utrzymać niezmiennego poziomu pożądania, zresztą, gdyby to się udało, przebywanie na niekończącym się erotycznym haju byłoby nie do wytrzymania, ale jest możliwe i wskazane, by dbać o związek pod kątem podtrzymywania namiętności – mówi seksuolog prof. Zbigniew Izdebski, autor badań „Seksualność Polaków 2011”. – Trzeba troszczyć się, by poziom pożądania nie spadał za nisko.

Seks służy nie tylko miłosnej relacji, ale też zdrowiu. Zdaniem prof. Izdebskiego sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. I są sposoby na to, by utrzymać jego poziom w normie.

Kwestia atrakcyjności i… snu

– Libido to biologiczna siła, która pcha ludzi do szukania dróg zaspokajania napięcia seksualnego, osiągnięcia satysfakcji seksualnej, doznania przyjemności i bliskości z drugą osobą – mówi Małgorzata Zaryczna, psycholog, seksuolog i terapeutka. – Popęd seksualny jest jednym z motorów ludzkiej aktywności i życiowej energii.

Jest to bardzo pierwotna i jednocześnie jedna z bardziej skomplikowanych funkcji życiowych, bo składają się na nią dwa komponenty: czysto biologiczny, pozostający poza naszą kontrolą, i psychiczny, zależny od stanu uczuć. Kobiece libido ma tendencję do falowania w rytm cyklu miesięcznego, męskie – jest często wyższe i ma związek z męskim hormonem płciowym, testosteronem, który jest jednym ze „sterowników” libido.

Jak twierdzi ginekolog, prof. Krzysztof Tomasz Niemiec, popęd płciowy jest też efektem uwarunkowań społecznych oraz stylu życia. – Zadbać o niego to zadbać o zdrowie, ale też o swoją seksualność i jakość życia w związku i na co dzień – mówi.

Ciekawe, że biologiczna energia, jaką jest libido, zależy m.in. od tak społecznej funkcji, jaką jest wykształcenie! Badania prof. Izdebskiego potwierdzają ten fenomen: problem niskiego libido częściej dotyczy kobiet z wykształceniem podstawowym i zawodowym niż tych z wyższym. Dlaczego? Bo kobiety bardziej świadome są zazwyczaj także bardziej otwarte na siebie i swoją seksualność. Libido jest zresztą wypadkową wielu zjawisk: dotychczasowych doświadczeń seksualnych, poczucia kompetencji w sferze seksu (i nie tylko), klimatu wokół seksu w domu rodzinnym, a także sposobu myślenia o erotyce. W przypadku kobiet libido w ogromnym stopniu zależy od tego, jak w ogóle postrzegają same siebie.

Cindy Meston, seksuolożka z bostońskiego uniwersytetu, przepytała kilkaset kobiet i stwierdziła, że te, które były mniej zadowolone ze swego wyglądu, gorzej oceniały swoje życie seksualne. I to niezależnie od spraw uważanych za kluczowe: atrakcyjności czy umiejętności kochanka oraz długości gry wstępnej!

Prof. Niemiec dodaje, że libido jest fizjologicznie mniejsze podczas ciąży, po porodzie oraz po menopauzie. Spada także, kiedy kobieta jest zwyczajnie zmęczona. Zgadza się z tym Małgorzata Zaryczna: – To zwykła biologia – kiedy lecimy z nóg, jedynym naszym pragnieniem jest sen, a nie seks, choćby nie wiadomo jak wspaniały. I radzi: – Wiele chronicznie przemęczonych osób może odkryć, że osiem godzin snu kilka nocy z rzędu zdziała cuda w kwestii pożądania.

Sposoby na spadek zainteresowania seksem

Co zrobić, gdy nagle bardziej atrakcyjny niż tête à tête w sypialni wydaje się wypoczynek na kanapie przed TV czy sycący posiłek w kuchni?

– Ponieważ zaburzenia libido są z reguły uwarunkowane wieloczynnikowo, niemożliwe jest wynalezienie jednego preparatu, który rozprawi się z problemem – uważa prof. Niemiec. – Najlepsze efekty przynosi stosowanie terapii interdyscyplinarnych, łączących farmakologię z medycyną naturalną, zażywaniem suplementów diety, terapią par czy terapią zaburzeń emocjonalnych. Zapytany o afrodyzjaki, odpowiada: – Wiele z tych środków ma za zadanie nie tyle wywrzeć określony efekt chemiczny, co skupić uwagę ludzi na sferze seksualnej, skierować na nią wiązkę świadomości. Często ich działanie polega na efekcie placebo: niby nic się nie dzieje, ale nasze myśli jednak krążą wokół seksu.

I dodaje: – Farmakologia lepiej sobie radzi z mężczyznami. Nie ma niestety odpowiednika viagry dla kobiet. Są jednak substancje, które – przyjmowane regularnie przez dłuższy czas – mogą wspomóc libido. Jedną z nich jest wyciąg z buzdyganka ziemnego. Ta znana już w medycynie ludowej roślina, zażywana regularnie, ma zdolność łagodnego podnoszenia poziomu testosteronu we krwi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. A testosteron pobudza pożądanie seksualne.

– Nasze libido ma sprawnie funkcjonować? Musimy być przede wszystkim zdrowi – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Jeśli cokolwiek szwankuje w organizmie, to libido ucierpi. Jego spadek towarzyszy wielu chorobom: zaburzeniom hormonalnym, nadciśnieniu, cukrzycy, miażdżycy. Zabójczy wpływ na libido mają wszelkie problemy z tarczycą, zwłaszcza niedoczynność. Dlatego, jeśli obserwujemy spadek zainteresowania seksem, powinniśmy odwiedzić lekarza (ginekologa, endokrynologa itp.), bo może zamiast szukać problemów w relacji i obwiniać się – trzeba po prostu zadbać o nadwątlone zdrowie.

Są jeszcze bodźce wewnętrzne. Te, które możemy sami wyprodukować. A dokładnie chodzi tu o fantazje erotyczne. Kobieca wyobraźnia jest pod tym względem niesłychanie bogata i produktywna, najczęściej o wiele bardziej rozbudowana od męskiej. I dobrze, bo nasze libido karmi się tymi wewnętrznymi obrazami, marzeniami i pragnieniami. Nimi oraz ich realizacją.

– Wyobrażamy sobie wiele rzeczy, ale jest ogromna rozbieżność pomiędzy myśleniem o jakiejś formie seksu, a jej wypróbowaniem – mówi Małgorzata Zaryczna. – Boimy się porozmawiać z partnerem, zasugerować, co sprawiłoby nam największą przyjemność, odkrywać siebie nawzajem. A przecież, jeśli nie będziemy robić w łóżku tego, co nas kręci, samo libido nie wystarczy...

Popęd seksualny według Polaków

Choć to brzmi jak doniesienia z czasów feudalnych, według badań prof. Izdebskiego, zamieszczonych w raporcie „Seksualność Polaków 2011”, aż 30 proc. Polek wciąż uważa, że zaspokojenie partnera to obowiązek kobiety – bez względu na to, czy same mają apetyt na seks, czy nie. Kolejne 34 proc. nie wie, czy nazwać seks obowiązkiem, czy nie.

6 proc. kobiet uważa, że ich libido jest za niskie, a 7 proc. – że jest za niskie w porównaniu z potrzebami partnera. Skargi słychać w każdej grupie wiekowej: małe, bardzo małe lub praktycznie nieistniejące potrzeby seksualne zgłasza 43 proc. kobiet po pięćdziesiątce, 18 proc. respondentek między 40. a 49. rokiem życia i aż 13 proc. tych, które nie dobiły jeszcze trzydziestki.

Z czasem, niestety, jest jeszcze gorzej: po pięćdziesiątce aż 43 proc. badanych uważa, że seks jest kompletnie nieistotną częścią ich życia, a 46 proc. kobiet po 41. roku życia stwierdza, że znacznie zmalało ich zainteresowanie erotyką.

Aż 87 proc. kobiet dotkniętych problemem obniżonego libido nie szuka i nie szukało nigdy pomocy. – Spory odsetek Polaków obu płci deklaruje, że są ze swojego życia seksualnego zadowoleni – mówi prof. Zbigniew Izdebski. – Jednak wypływa to z faktu, że nie mają względem niego żadnych oczekiwań. Podchodzą do niskiego libido z rezygnacją: „OK, jest to dolegliwość, ale skoro nie da się jej zniwelować, trzeba z nią żyć”. Pytani o zadowolenie, wypierają problem, odpowiadają: „tak, tak, jesteśmy zadowoleni”, żeby nie musieć się temu przyglądać.

Kobiety o małych lub bardzo małych potrzebach seksualnych czerpią mniejsze zadowolenie z życia seksualnego (deklaruje je tylko 32 proc., podczas gdy dla reszty odsetek ten wynosi 64 proc.). I nie tylko dlatego, że rzadziej mają orgazmy. Częściej wskazują na poczucie osamotnienia w związku (24 proc.) czy brak potwierdzenia swojej atrakcyjności w oczach partnera i własnych.

Kobiety o niskim libido rzadziej się przytulają i są przytulane, zaznają w związkach mniej czułości. Kiedy partner próbuje je objąć czy pocałować, one odtrącają go w obawie, że przyzwalając na czułość, zachęcają jednocześnie do gry wstępnej, która prowadzi do zbliżenia. W ten sposób bliskość fizyczna zanika także poza sypialnią, a kontakt staje się mniej ciepły i serdeczny. I choć związek nie musi się rozpaść, to daje mniej szczęścia.

Artykuł archiwalny. Prof. Krzysztof Tomasz Niemiec zmarł pod koniec 2012 r. (przyp. red.)

  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

  1. Psychologia

Dziecięce lęki często przenosimy na grunt zawodowy

Jeśli czujesz, że praca obarczona jest wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. (fot. iStock)
Jeśli czujesz, że praca obarczona jest wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. (fot. iStock)
Praca odtwarza mnóstwo podświadomych mechanizmów psychicznych. To pole, gdzie rozgrywają się nasze dziecięce lęki. Kiedy jakiś służbowy lęk nas zalewa, dobrze jest go dokładnie zbadać. Bo czasem strach jest „zamiast”, maskuje nasze dawne uczucia – twierdzi Tomasz Tuszewski, psycholog i psychoterapeuta.

Praca odtwarza mnóstwo podświadomych mechanizmów psychicznych. To pole, gdzie rozgrywają się nasze dziecięce lęki. Kiedy jakiś służbowy lęk nas zalewa, dobrze jest go dokładnie zbadać. Bo czasem strach jest „zamiast”, maskuje nasze dawne uczucia – twierdzi Tomasz Tuszewski, psycholog i psychoterapeuta

Ludzi można podzielić na dwie grupy: wewnątrz i zewnątrz sterownych. Pierwsi, źródeł sukcesów i niepowodzeń upatrują w sobie, drudzy poza sobą. A jeśli zewnętrznym czynnikom przypisują decydującą moc, czują, że nic od nich nie zależy, nad niczym nie panują – są bardziej lękowi. Gdy ktoś zdaje sobie sprawę, jak wiele zależy od niego, ma większe bazowe poczucie bezpieczeństwa, wie, że nawet jak będzie się źle działo, poradzi sobie. Stąd ci zewnątrz sterowni są bierni i boją się nowego, wewnątrz sterowni są aktywni i biorą byka za rogi.

Pewne czynniki zmniejszają lęk, np. świadomość, że mam fach, który jest poszukiwany; ogólne zaufanie do życia dyktujące, że nawet gdy ma się gorszy okres, to przy odrobinie wysiłku można poprawić swój los. – Ale gdy ktoś mówi, że zupełnie się nie boi straty pracy, przyglądam mu się uważniej – mówi psycholog Tomasz Tuszewski. To są ludzie, którzy boją się zależności, długiego zaangażowania. Takie osoby często zmieniają pracę z lęku, że ominie je coś lepszego. – W życiu prywatnym wybierają z reguły seryjną monogamię, a nie małżeństwo na całe życie – mówi psycholog. – To typowe dla osób, które w dzieciństwie doświadczyły nadmiernej zależności od rodziców, która naruszała ich bezpieczeństwo czy hamowała możliwość rozwoju.

Strach przed rywalizacją

– Zdarza się, że ktoś zupełnie sobie nie uświadamia własnej rywalizacyjnej postawy, albo czasem ją sobie uświadamia, ale nie akceptuje. W efekcie większość swoich impulsów projektuje na innych. Wtedy własna postawa wraca jako przekonanie, że w tej firmie jest ogólny wyścig szczurów. Budzi się lęk, że wszyscy chcą nas wygryźć – mówi psycholog.

Dlaczego wypieramy rywalizację i obarczamy taką intencją innych? Być może w dzieciństwie rodzice w ogóle nie uznawali rywalizowania. Prezentowali postawy typu „kiedy ludzie się kochają, nigdy nie jest im ciasno”, „nie pchaj się przed brata”. Taki model wychowania uczy dziecko, że trzeba wszystko oddać, nie pragnąć za dużo, nie starać się wyprzedzić innych.

Uświadomienie sobie, że rywalizujemy, choć nie mieści się to w naszym systemie wartości, generuje w nas lęk bycia zdemaskowanym. Skoro innym pokazujemy, że nam na awansie nie zależy, a jednocześnie chcemy mieć więcej, zdystansować innych – zaczynamy się bać kary. Bo co innego mogłoby nas spotkać, gdy zdemaskowana zostanie nasza np. chciwość?

I zaczynamy rozgrywać to na zewnątrz: to inni mają problem z rywalizacją, nie my. Korzenie zjawiska znów sięgają dzieciństwa: prawdopodobnie rodzice „krzywili” się, gdy chcieliśmy za dużo. Czuli się zagrożeni przez nasze osiągnięcia. Oczywiście, każdy rodzic powie, że chce, by jego dzieci odnosiły same sukcesy. To na świadomym poziomie. Na podświadomym czasem kryje się lęk, że dzieci go prześcigną. Kiedy to się zdarza, dziecko czuje się winne. W dorosłym życiu fakt, że przerasta zespół, wywołuje u niego poczucie winy, a impuls, by mieć coś więcej niż inni – wstyd.

Na szczyt? Za nic!

Co widzisz, kiedy patrzysz na szefa? Władzę, sukces, kompetencje? To dobrze. Bo niektórzy widzą głównie samotność. Badania nad wpływem stresu na zdrowie wykazały, że największy jego poziom to zmora menadżerów. Dlaczego? Bo brak im wsparcia społecznego. Nikt ich nie poklepie po plecach i nie powie „stary, jutro będzie lepiej”. Nie mogą się nikomu poskarżyć. Z tego powodu wiele osób się boi awansować.

– Ludzie boją się wykluczenia z grupy – tłumaczy Tuszewski. – Lęk budzi nie tylko konkretny awans, ale jakikolwiek większy sukces: boją się, że spotka ich zawiść kolegów. Sukces może izolować i każdy impuls, by chcieć czegoś więcej, powoduje lęk. To może prowadzić do postawy bierności.

Strach przed sukcesem paraliżuje jeszcze z innych powodów: możemy się obawiać, że jeśli już odniesiemy jeden sukces, trzeba będzie go powtarzać. To zmusza do ciągłej walki o pozycję – a przecież nikt nie może być najlepszy cały czas.

– To zależy od temperamentu: niektórych „kręcą” wysokie wymagania, fakt, że są wyraźniejsi, że inni myślą, iż stać ich na więcej – uważa psycholog. – Ale to niewielki odsetek. Sukcesu boją się osoby wysoko reaktywne. Silnie reagują na bodźce i raczej starają się je sobie ograniczać. Mogą marzyć o osiągnięciach, ale jednocześnie cenią sobie święty spokój i boją się wychylić, by tego spokoju nie stracić.

Taka osoba nie przyzna się do sukcesu, nawet jeśli go odniesie. Gdy na zebraniu koledzy zechcą oklaskać autora, powie „to nie ja, to zespół”. I więcej nie wychyli się z żadnym projektem. Może też tak zaprezentować swój pomysł, że nie zostanie przyjęty. Przecież próbowała, ale nie wyszło. To środowisko jest takie niedobre i nie ceni jej pomysłów… A święty spokój? Nic mu nie zagraża…

Jedni przystają, drudzy odstają

Pod jednym względem wszystkie grupy są do siebie podobne: ten, kto myśli inaczej, jest odrzucany. Pewien stopień konformizmu jest pożądany. Nie chodzimy w końcu do pracy, by odgrywać monodram ze sobą w roli głównej. Ale bywa, że boimy się „wychylić”, potakujemy...

Dostosowujemy się. Niektórzy za bardzo.

– Gdy dziecko wraca ze szkoły i zastaje pokłóconych rodziców i powietrze gęste od pretensji, a rodzice nie potrafią go od tego oddzielić, bierze na siebie poprawienie atmosfery. Odkłada swoje problemy i potrzeby, stara się pocieszyć, stanąć po czyjejś stronie. Jako dorosły czuje, że harmonia i bezpieczeństwo całego zespołu zależą od jego dostosowania się. Musi więc zrezygnować z tego, czego sam chce.

 
Czasem jednak chcemy odstawać. Czujemy się inni niż reszta i chcemy to zaznaczyć. – Pielęgnowanie w sobie przekonania o tym, że bardzo różnimy się od grupy, tworzenie nieadekwatnych obrazów, podkreślanie rozbieżności też może wypływać z lęku – podkreśla psycholog. – To może być strach przed tym, że jeśli spróbuję wejść do grupy, odrzucą mnie – więc dystansuję się z góry. Wchodzenie do grupy generuje sporo lęku, bo nigdy nie wiemy, co stanie się dalej… Przyjęcie przez grupę oznacza, że trzeba zaakceptować reguły, jakie w niej panują.

– Są zespoły ludzi, w których zaprzecza się pewnym emocjom. To tworzy niezwykle napiętą atmosferę. W niektórych środowiskach nacisk na dbanie o pozory jest szczególnie silny – mówi Tuszewski. – Kiedyś pracowałem z nauczycielami. W szkole narastała fala agresji wśród uczniów i wielu pedagogów źle sobie z tym radziło, nie tylko dlatego, że uczniowie byli trudni. W tej grupie nie można było powiedzieć „nie radzę sobie”, głośno przyznać się do słabości.

– Gdy nie można z nikim pogadać ani się przyznać do lęku, nie wiemy, jak z tego wybrnąć. Narasta presja, która się może skończyć nerwicą, zobojętnieniem na drugiego człowieka. Dobrze jest znaleźć w pracy kogoś, z kim można pogadać. Jest wtedy szansa, że zaczniemy odczarowywać niezdrowe zaprzeczenia, bo koledzy mogą przyznać, że też się czegoś boją – radzi Tuszewski.

Życie wśród wilków

Pod służbowym graniem może kryć się też wiele cech i uczuć, których w sobie nie akceptujemy. Przykład? Agresja. Są ludzie, którzy nawet na torturach nie przyznają, że odczuwają złość lub chęć, by komuś zrobić coś złego. Wtedy projektują: przypisują innym swoje emocje. To inni są agresywni, to środowisko jest wrogie – ale przecież nie ja. – Ktoś zwrócił nam uwagę, a nam się wydaje, że źle nas potraktował, że żyjemy wśród wilków – uważa Tuszewski.

Kiedy dopuścimy do siebie myśl, że agresywne impulsy są ludzkie, zaczynamy oswajać tę część naszej natury. Terapeutyzujące jest samo uświadamianie sobie, że różne zachowania nas złoszczą, że nie tylko padamy ofiarami czyjejś agresji, ale też czasem irytują nas inni. To zmniejsza lęk, sprawia, że nie jest tak obezwładniający.

Strach przed agresją często się łączy z lękiem przed krytyką. Jest on charakterystyczny dla osób nie tolerujących poczucia winy. I znów musimy się cofnąć do dzieciństwa. – W rodzinie nie było miejsca na błędy – mówi Tuszewski. – Kiedy błędy są dopuszczalne, dziecko to czuje, nawet jeżeli czasem jest karane. Jeśli błędy tolerowane nie są, nie można sobie pozwolić na żadne potknięcia – także w dorosłym życiu.

Poczucie winy jest całkowicie wypierane, ponieważ budzi nieznośny lęk. Tak silny, że w umyśle takiego człowieka nie ma miejsca na przyznanie się do jakiegokolwiek błędu. Rozgrywamy swoje problemy na zewnątrz, widząc siebie zawsze jako ofiarę sytuacji. Kiedy popełnimy błąd, uznajemy, że to wina kogoś lub czegoś. Im bardziej nam nie wychodzi, tym bardziej ustawiamy się w roli ofiary. – Takiej osoby nie można skrytykować nawet w koleżeńskich warunkach, bo zaraz poczuje się atakowana – tłumaczy Tuszewski. – Ponieważ zupełnie nie jest w stanie uznać, że coś zostało zawalone przez nią, nie przyjmie krytyki, powie najwyżej „znowu wszystko na mnie”.

Chętnie bym wam pokazał, ale…

Każdy, kto pisząc CV kiedyś nieco w nim przesadził, wie, jak nieprzyjemny jest lęk przed zdemaskowaniem. A że podoba się nam szacunek otoczenia, podtrzymujemy fałszywy wizerunek.

– Częściej tylko wyobrażamy sobie, że inni widzą nas jako lepszych – uważa Tuszewski. – Ale otoczenie wcale nie „kupuje” naszej wersji. Zauważa nasze ograniczenia, ale mimo to przyjmuje, akceptuje.

Są jednak osoby naprawdę kompetentne, które nie cenią same siebie i tylko czekają, aż ktoś je rozszyfruje. Skąd ten lęk? Może w dzieciństwie rodzice wciąż nas porównywali z rodzeństwem, które – oczywiście – zawsze wypadało lepiej? Może nigdy nie byli z nas zadowoleni i nigdy nie pochwalili, nawet, jeśli odnosiliśmy sukcesy? Może w dorosłym życiu widzimy, że osiągnęliśmy więcej niż rodzice i czujemy się z tego powodu winni, bo zgarnęliśmy dla siebie więcej niż ta najważniejsza osoba? Możliwy jest każdy z tych wariantów – i każdy z nich prowadzi do obniżonego poczucia wartości.

Na zakończenie: niezależnie od tego, z jakim problemem borykasz się w pracy i jakie prześladują cię lęki – nie pozwól sobie wmówić, że to „tylko praca”, że powinniśmy mieć w życiu ważniejsze rzeczy. Jeśli czujesz, że ci w niej nie idzie albo jest ona obarczona wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. Masz prawo traktować ten problem poważnie.

Tomasz Tuszewski: psycholog, psychoterapeuta. Ukończył m.in. Studium Psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji i Studium Psychoterapii Analitycznej. Prowadzi praktykę psychologiczną od 1995 roku, aktualnie zajmuje się długoterminową psychoterapią indywidualną i grupową. Prowadzi również zajęcia w Studium Psychoterapii.