1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Załóż dobre uszy

Załóż dobre uszy

Słowa, słowa, słowa… takie same, a każdy słyszy je inaczej, podświadomie wychwytując wybrany sens. Irytujesz się, obwiniasz, atakujesz? O czym to świadczy?

„Jesteście źle zorganizowane”– powiedziała szefowa do czterech pracownic, kiedy z braku czasu odmówiły pracy za nieobecną koleżankę.

Natalia zirytowała się i odburknęła ironicznie: „Odezwała się ta świetnie zorganizowana!”.

Iwona pomyślała: „Nic mi się nie udaje, chociaż się staram…” i zaczęła się tłumaczyć: „Przepraszam, bardzo bym chciała pomóc, ale nie dam rady”.

Anna powiedziała: „Przykro mi, kiedy tak o nas mówisz, może lepiej poszukać rozwiązań, zamiast się oskarżać. Pomyślmy, jak zaradzić sytuacji, OK?”.

Zosia zapytała: „Denerwujesz się, bo chciałabyś innej organizacji pracy naszego działu? Czy pomyśleć nad takim projektem?”.

Wypowiedź szefowej była tak naprawdę informacją, że w tym momencie jest bezradna i nie potrafi jasno wyrazić swoich potrzeb. Ale każda z dziewczyn odczytała ją inaczej. Można powiedzieć, że każda założyła inne uszy do słuchania. Jakie zakładasz ty?

Jesteś taka i owaka!

Natalia odebrała słowa przełożonej jako krytykę. Zabolały ją i w odruchu samoobrony zaatakowała. Poniosły ją emocje. Rozwiązanie sytuacji widzi w dążeniu do zmieniania rozmówczyni. Reagujesz podobnie? To reakcja z pozycji zależności. Natalii bardzo zależy na opinii otoczenia, komunikat odbiera osobiście. Przy takim odbiorze trudno zachować spokój. Łatwo uaktywnia się tendencja do agresywnej obrony własnych granic – zaczynamy używać sformułowań, które w odpowiedzi też ranią. W ten sposób wyruszamy na słowną wojnę. Złość, strach, rozczarowanie – to żniwo tak prowadzonych rozmów. Rozwiązania brak.

Do niczego się nie nadaję!

Iwona potraktowała słowa przełożonej także jako krytykę, ale rozwiązanie widzi w zmienianiu siebie. Ma tendencję do odbierania oceniających słów jak ataku na siebie, a jej strategią obronną jest wycofywanie się z kontaktu, co stawia ją w roli ofiary. To też reakcja z pozycji zależnej. Jeśli nie jest ci obca, to znaczy, że mierzysz swoją wartość oczami otoczenia. Tendencja do takiego sposobu reagowania na podobne komunikaty może prowadzić z czasem do depresji.

Poszukajmy rozwiązań

Anna jest świadoma, czego chce (poszukiwania rozwiązania), a czego nie (wzajemnego oskarżania) i jasno to komunikuje. Działa z pozycji niezależności, potrafi zadbać o zaspokojenie potrzeb w dorosły sposób. Nie zależy jej na wojnie, nie potrzebuje wzorca zachowań agresywnych ani ratowania się ucieczką.

Taka postawa jest bardzo przydatna w pracy. Minusem jej jest jednak to, że nadmierne skupienie się na własnym punkcie widzenia może prowadzić do impasu: nie będzie możliwe rozwiązanie sporu satysfakcjonującego obie strony. Zaletą natomiast jest fakt, że reagując w ten sposób, nie doprowadzamy do psychicznego „wykrwawienia się na śmierć” ani siebie, ani drugiej osoby.

Bez osądzania

Zosia spróbowała rozpoznać potrzebę szefowej i przedstawić ją w formie umożliwiającej poszukiwanie rozwiązania konfliktu. Reprezentuje postawę niezależności, typ „słuchania empatycznego”. Jej uszy wychwytują głos zarówno własnych uczuć i potrzeb, jak i drugiej osoby – bez lęku i osądzania.

Zosia stawia inne pytania: „Co w tej sytuacji można zrobić? Co powiedzieć? Jaką obrać strategię, żeby przeprowadzone zmiany były dla wszystkich satysfakcjonujące? To kierunek poszukiwań, który może przybliżać do rozwiązania.

Empatia wymaga dojrzałości

Kiedy reagujemy z pozycji zależności i zanadto zależymy emocjonalnie od innych, nie jesteśmy panami swojego losu, co prowadzi do napięć i chaosu uczuciowego. Nasze reakcje przypominają odgrywanie znanych ról – jak z dobrze znanego filmu. Niezależność to stan, w którym zewnętrzne bodźce nie destabilizują zbyt łatwo naszych zachowań. Kiedy jesteśmy świadomi własnych potrzeb, emocje traktujemy jako źródło informacji, czy dana sytuacja dobrze nam służy, czy nie. To staje się podstawą do dokonywania świadomych wyborów. Podstawą empatii jest świadome pozostawanie w kontakcie z uczuciami i potrzebami własnymi, ale także rozmówcy. Świadomy słuchacz może wystąpić w roli „tłumacza” i pomóc drugiej osobie w wyrażeniu tego, czego tak naprawdę oczekuje, pragnie, jakiej zmiany się domaga się, kiedy dziecinnie oskarża, ocenia i stawia żądania, unikając odpowiedzialności. Czyli zamiast bawić się ze swoją szefową w piaskownicy, pomóż jej wyrazić potrzeby. Po co dążyć do stanu: wygrana/przegrana, kiedy dostępne są rozwiązania wygrana/wygrana?         

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak mądrze krytykować? Informacja zwrotna zamiast krytyki

- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
Czy krytyka w pracy jest w ogóle potrzebna? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Czy krytyka w pracy może być budująca? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Zazwyczaj mamy problem z tym, jak komuś powiedzieć, że zrobił coś źle albo zachował się nie tak. Nie mniejszy kłopot mamy z przyjmowaniem krytyki – często utożsamiamy ją z oceną siebie, a nie naszej pracy czy konkretnego zachowania. Szefowie używają zwrotu „konstruktywna krytyka”…
W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie, nawet kiedy mówimy, że jest konstruktywna. Często obawiamy się informacji zwrotnej, ale jest ona jednak niezbędna: po pierwsze do dobrej współpracy ze sobą – tak z szefem, jak i współpracownikami – po drugie do rozwoju. Aby się jej nie obawiać, musimy się nauczyć ją dawać i przyjmować. A przede wszystkim nie wiązać całego procesu z silnymi emocjami.

Dlaczego tak często czujemy się dotknięci?
Posłużmy się metaforą ze świata techniki – jeśli jakiś system pracuje, to musi pobierać informacje z zewnątrz, jak mu idzie. Jeśli chcemy ustawić temperaturę w pokoju do danej wysokości, urządzenie będzie pobierać informacje z otoczenia, czy jest ona w danym momencie powyżej czy poniżej pożądanego poziomu, i dostosuje do tego swoją pracę. Analogicznie – informacje zwrotne potrzebne są nam, byśmy osiągali pożądany rezultat. Brzmi to dość prosto, jednak w praktyce obie strony angażują w tę komunikację zbyt wiele emocji – w końcu nie jesteśmy termostatami, tylko ludźmi!

Czego zatem potrzebujemy?
Zacznijmy od strony, która daje informację zwrotną – załóżmy, że w twoim zespole jest osoba, która często się spóźnia lub przynosi prezentacje z błędami, zaburzając pracę innych. Nie można tego tak zostawić, choć kusi, by nie psuć atmosfery w pracy zwracaniem uwagi. Unikanie tematu jednak źle wpłynie na efektywność i współpracę ludzi w zespole. Dlatego po pierwsze, musisz zbadać swoją intencję: Co mną kieruje? Co chcę powiedzieć? Po to, by nie „upuścić” negatywnej pary, nie karać nikogo. Jeśli czujesz, że towarzyszą ci silne emocje, odłóż tę rozmowę. Po drugie, gdy coś nie działa, mów o tym od razu. Jeśli ktoś nie otrzymuje przez długi czas żadnej informacji zwrotnej, to może uważać, że wszystko jest w porządku. Zwracając uwagę, dajesz mu szansę na zmianę, inaczej nie możesz mieć pretensji, że nic się nie zmienia. I jeszcze jedno – nie oczekuj od razu rewolucji. Zmiana może nie nastąpić szybko, co więcej, może nawet nie nastąpić wcale. Przyjęcie komunikatu nie jest równoznaczne ze zmianą zachowania.

Dlaczego?
Często powtarzam: przyjmuj każdą informację zwrotną tak, jakbyś dostawała prezent. Co z nim zrobisz – czy odstawisz na półkę, czy włożysz do szuflady, czy zaczniesz go używać – zależy już od ciebie. Dlaczego informacja zwrotna to prezent? Bo dowiadujesz się, jak cię widzą inni. To jedno ze źródeł wiedzy o samej sobie. Pamiętam, że kiedyś wypełniałam kwestionariusz, w którym miałam ocenić swoje zachowanie. Potem ten sam kwestionariusz wypełniała dla mnie grupa. Okazało się, że nasze oceny nie do końca się pokrywają. Do dziś uważam, że było to dla mnie cenne źródło informacji. Nie wszystkie informacje wzięłam pod uwagę, ale wiele z nich umożliwiło mi zmianę zachowania i polepszenia relacji z innymi. Poza tym ciekawie było spojrzeć na siebie z perspektywy innych. To wzbogaca.

Niezwykle istotna jest jednak forma podania informacji zwrotnej i intencja, z jaką to robisz. Jeśli przekażesz ją nieprawidłowo, zbyt emocjonalnie, uwalniając swój gniew, irytację lub agresję, to ktoś, kto ją otrzyma, nie tylko nie zmieni zachowania, ale nawet tej informacji nie przyjmie. Potraktuje ją zbyt osobiście (jako krytykę osoby, nie zachowania) i odrzuci na starcie.

Będzie słuchał, ale nie usłyszy?
Nie usłyszy, odrzuci, wyprze, a do tego wzbudzi złe emocje i nastawi się do ciebie negatywnie. Ralph Waldo Emerson mawiał: „To, jak do mnie mówisz, woła do mnie tak głośno, że nie słyszę, co do mnie mówisz”.

Ale w Polsce wciąż, choć pewnie to już się zmienia, wielu szefów wyłącznie krytykuje, pomijając zupełnie fakt, że pracownik robi coś dobrze, bo to oczywiste albo jest w zakresie jego obowiązków.
Niestety, zbyt często informacja zwrotna przekazywana jest nieprawidłowo lub też szef preferuje „zarządzanie przez telepatię”, tak jakby zakładał, że pracownik ma się domyślić, że robi coś nieprawidłowo. Nie przekazuje żadnej informacji zwrotnej, a potem karze pracownika, np. złą oceną pracy. To fatalny model, mam nadzieję, że coraz szersza edukacja menedżerska wyeliminuje go zupełnie. W wielu firmach pojawia się inna kultura organizacyjna – to moja obserwacja z ostatnich 10 lat pracy z menedżerami i zespołami pracowników. Coraz powszechniej uważa się, że informacja zwrotna udzielana na bieżąco jest konieczna, żeby iść do przodu i nie tworzyć dodatkowych problemów.

Dlaczego dopiero się tego uczymy? Co powoduje, że nie tylko nie umiemy przyjmować informacji zwrotnych, ale także ich dawać?
Proces wychowania? Często tak zachowują się w swoich relacjach rodzice. To znaczy nie informują się wzajemnie na bieżąco o tym, co ich boli i co im nie odpowiada w zachowaniu drugiej osoby (np. „To mi przeszkadza”, „Nie lubię kiedy…”, „Jest mi z tym źle, niekomfortowo, proszę, byś to zmienił…”), a potem pretensje gromadzą się i skutkują wybuchem uogólniającego: „Bo ty nigdy…, bo ty zawsze…, z tobą to się nie da wytrzymać”. Dziecko, które jest świadkiem takich sytuacji, potem może podobnie zachowywać się w swoim domu i w pracy. Tyle tylko, że informacja zwrotna nie może być podana tak, że zniszczy czyjąś samoocenę i wiarę w siebie. Kiedy słyszysz, że jesteś całkowicie do bani, to nie możesz niczego zmienić, co innego, gdy złe jest konkretne zachowanie, bo można je korygować, ku obopólnemu zadowoleniu.

To, o czym musimy jeszcze pamiętać przy informacjach zwrotnych – to miejsce i czas. Nie można ich przekazywać w biegu, przy okazji, na korytarzu czy w windzie. Nawet dobra informacja może być źle odebrana, jeśli zostanie podana w taki sposób.

O ile dla wielu z nas do przyjęcia jest, że szef może zwrócić uwagę pracownikowi, to w drugą stronę wydaje się to już niemożliwe. A przecież trzeba umieć powiedzieć przełożonemu, że przekracza granice, łamie zasady współpracy…
Informacja zwrotna ma działać w obie strony, jeśli współpraca ma się układać. Ale znowu wchodzi tu nasza kultura i założenie, że owszem, na szefa można narzekać we własnym gronie i znosić różne trudności, ale nikt nie decyduje się, żeby pójść i dać mu informację zwrotną, stworzyć szansę, by to zmienił. Zdarza mi się, że rozmawiam z grupą pracowników, którzy identyfikują jakiś problem związany ze stylem zarządzania, komunikowania czy oceniania przez szefa. Na moje pytanie: „Czy rozmawialiście z nim na ten temat?”, odpowiadają, że nawet nie przyszło im to do głowy. Często nam się tylko wydaje, że szef nie przyjmie informacji zwrotnej albo że zareaguje źle, negatywnie, wrogo. Nieprawda – jeśli tylko będzie opierała się na faktach i zostanie podana nie w tonie pretensji, to nawet jeżeli to trudna dla szefa sytuacja, a jego pierwsza reakcja będzie nerwowa – weźmie pod uwagę to, co mu powiemy. Co więcej, doceni fakt, że pracownicy przychodzą do niego, mówiąc otwarcie, z czym mają problem, a nie rozmawiają jedynie między sobą lub skarżą się na jego styl zarządzania do jego własnego przełożonego.

Jak w takim razie powiedzieć szefowi, że wiecznie nas krytykuje i zupełnie nie wiemy, co robimy dobrze, skoro wszystko robimy źle?
Warto wejść na wyższy poziom zaawansowania w dawaniu informacji zwrotnej, czyli dostosować ją do charakteru osoby, której ją dajemy. Szefami zostają zwykle ludzie nastawieni zadaniowo. Często mniej sprawni w budowaniu relacji i komunikacji. Podejmują decyzje, kierując się logiką, a mniej inteligencją emocjonalną. A informacja zwrotna jest związana i z umiejętnościami komunikacyjnymi, i z relacjami, w związku z tym dawana szefowi powinna być po pierwsze, krótka (nie może obfitować we wstępy i sięgać historią „do paleolitu”), i po drugie, dotyczyć jednego zachowania lub jednej grupy zachowań (nie może to być niekończąca się lista spraw i zachowań). Ma dotyczyć konkretnej sytuacji, która jest dla nas trudna (np. „Kiedy oceniasz naszą pracę, nie podając kryteriów tej oceny, to…”) i pokazywać konsekwencje tego zachowania, logikę przyczynowo-skutkową („…to gubimy się, próbując odgadnąć twoje oczekiwania”). Ostatnim elementem tak podanej informacji zwrotnej jest powiedzenie, czego byśmy chcieli, jakie są nasze oczekiwania (np. „chcielibyśmy, aby te kryteria były nam znane od początku, żebyśmy mieli szansę sami siebie poddać ocenie według tych kryteriów”). Podsumowując, w takiej informacji zwrotnej muszą zaistnieć trzy elementy – konkretne zachowanie, konsekwencje i oczekiwane, bardziej konstruktywne zachowanie.

Czy to uproszczenie, że z osobistym braniem do siebie informacji zwrotnych kłopot mają głównie kobiety? Czy rzeczywiście od płci zależy, jak do tych informacji podejdziemy?
Większe różnice wynikają z typu osobowości niż z płci. Typy mocno relacyjne, empatyczne, dla których relacje i ich temperatura, a także atmosfera w pracy są często ważniejsze niż sam efekt pracy, informację zwrotną potrafią przyjąć bardzo osobiście. W takich wypadkach lepiej sprawdzi się inny model podawania informacji zwrotnej, niż ten, który właśnie omawiałyśmy. Określa się go mianem „kanapki” lub „hamburgera”. Najpierw dajemy to, co pozytywne („Bardzo mi się podoba sposób, w jaki pracujesz z ludźmi nad tym projektem”, „Bardzo cenię sobie naszą współpracę ze względu na…”), następnie komunikujemy to, co jest do zmiany czy korekty („…to, o co prosiłabym cię, żebyś zmienił, to…”) i zamykamy kanapkę znowu czymś pozytywnym, ale autentycznym, nieudawanym (np. „Bardzo ci dziękuję za tę pracę. Jeżeli będziesz miał z tym jakikolwiek kłopot, to moje drzwi są zawsze otwarte, przyjdź, pomogę ci”). Zakończenie jest też elementem relacyjnym, motywacyjnym. To trudniejsze dla niektórych osób oraz trwa nieco dłużej. I działa tylko w wypadku ludzi nastawionych relacyjnie – jeśli taką „kanapkę” będziemy chcieli zaserwować zadaniowcom, usłyszymy zapewne: „Dobrze, już dobrze, skończ te wstępy i powiedz, o co chodzi”. Czyli: schowaj bułkę i daj mi mięsko (śmiech). Natomiast podanie osobom zorientowanym bardziej relacyjnie informacji w sposób zwięzły, krótki i niemal wojskowy skutkuje tym, że będą się niepokoić o to, co stało się z relacją – „OK, rozumiem tę logikę, ale co to za forma?! Coś się stało? Czy nie jestem już tu akceptowany?”.

Dlaczego tak istotne jest przekazywanie pozytywnych informacji zwrotnych?
Niektóre osoby nie czują potrzeby, by szef je chwalił, ponieważ same mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że są w czymś dobre. Inni mogą jak najbardziej chcieć pozytywnej informacji zwrotnej. Nie pracujemy jedynie dla pieniędzy, ale dla poczucia satysfakcji, uznania, bycia potrzebnym. Naszym „paliwem” do pracy jest wewnętrzna motywacja, która może być podtrzymana przez pozytywną informację zwrotną. Kiedy czujemy się docenieni, jesteśmy gotowi do dodatkowego wysiłku. Dlatego apeluję do szefów, przyłapujcie ludzi także na robieniu rzeczy dobrze!

Dr Joanna Heidtman pycholog i socjolog, trener biznesu i coach. 

  1. Psychologia

Jakim zwierzęciem jesteś w swojej pracy?

Którym ze zwierząt jest twój szef? A którym ty sam? (fot. iStock)
Którym ze zwierząt jest twój szef? A którym ty sam? (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Słoń, żółw, lis, ryba, gepard. Na tyle typów – w skrócie – można podzielić strategie, jakie obieramy w pracy. Którym z tych zwierząt jest twój szef? A którym koledzy? Gdy poznasz potrzeby i cele tych osób – nauczysz się z nimi negocjować. Podwyżkę, dzień wolny, ale też... kto dziś robi kawę. No i ustalisz, jaki zwierz drzemie w tobie.

Siła z brzucha

Lojalny, empatyczny, konsekwentny. „Jako negocjator słoń doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej siły i większość spraw załatwia dokładnie z takiej perspektywy. Jest to szczególnie niebezpieczne, kiedy słoń znajduje się w sytuacji zagrożenia, bo wtedy najchętniej demonstruje siłę” – pisze trener bizensu Grzegorz Załuski w książce „Negocjacyjne zoo. Strategie i techniki negocjacji w pigułce”. Siła determinuje decyzje słonia: daje mu niezwykle mocną pozycję w rozmowach, ale i wymaga długoterminowego myślenia (słoń musi zabezpieczyć sobie łatwy dostęp do jedzenia i picia – a potrzebuje ich dużo…). Stąd bierze się ważna z perspektywy jego negocjacyjnych partnerów potrzeba zagwarantowania mu łatwej dostępności do tego, co mu się obiecuje. Jak w tytule kryminału Agaty Christie – słonie mają dobrą pamięć, więc połowa sukcesu w negocjacjach z człowiekiem w typie tego zwierzęcia to dobre wspomnienia, do których można się odwoływać. Gorzej, jeśli takich wspomnień brak, ale i wtedy można przekonać słonia do swojego pomysłu, bo to zwierzęta skłonne do pokojowych rozwiązań. Poza tym warto pamiętać, że słonie są stadne i żyją w hierarchii, więc dla nich nie ma nic dziwnego w tym, że zmienia się ostateczną decyzję pod wpływem grupy lub opinii przełożonego.

Zatem w negocjacjach ze słoniem:

  • unikaj rozmów z pozycji siły;
  • zanim przystąpisz do prezentowania swoich koncepcji, daj się słoniowi wygadać – on chce mieć poczucie, że rozumiesz jego potrzeby;
  • zacznij od kwestii ogólnych, mów jasno, nie przedłużaj wyjaśnień – podstawowe zagadnienia przedstawiaj w punktach;
  • pisemnie potwierdzaj ustalenia, akcentując korzyści, które słoń wynosi ze współpracy z tobą.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • śmieszne pieniądze” – słonie nie są skłonne do dużych jednorazowych wydatków (także energetycznych) – lepiej pokazać im, jak niewiele wysiłku czy pieniędzy kosztuje ich decyzja tygodniowo czy dziennie;
  • salami” – zgodnie z zasadą „zjeść słonia po kawałku”, ze słoniem łatwiej negocjować drobne modyfikacje niż radykalne zmiany;
  • zdechła ryba”
    – prosząc o coś, co jest wyjątkowo niekorzystne dla słonia, a dla nas nie ma większego znaczenia i wycofując się potem dyplomatycznie z tej prośby – tworzymy klimat do „zadośćuczynienia”, czyli możemy uzyskać to, na czym nam faktycznie zależy.
(fot. iStock) (fot. iStock)

Slow life

Rozsądny, poukładany, przewidujący. „Niektóre prawdziwe żółwie potrafią pozostać pod wodą na jednym oddechu nawet do pięciu godzin, tak więc negocjatorzy tego typu są cierpliwi” – czytamy w książce „Negocjacyjne zoo”. Stąd bierze się ich powolność w podejmowaniu decyzji, dla wielu wprost nie do zniesienia. Jednak warto pamiętać, że w naturze te gady żyją nawet ponad 200 lat, mają więc czas dobrze przemyśleć i sprawdzić każdą decyzję. Później niechętnie je zmieniają. Lubują się w procedurach i sprawdzonych rozwiązaniach, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. W negocjacjach z żółwiami dobrze jest więc przedstawiać każdą propozycję jako niewielką modyfikację, mocno akcentując jej podobieństwa do poprzedniego stanu.

Jako negocjatorzy żółwie są dość lękliwe, co łatwo może skończyć się zamknięciem w skorupie, skąd nie jest łatwo ich wyciągnąć. Co może wywołać taki lęk? Przede wszystkim presja czasu. Zalękniony żółw będzie uciekał w bezpieczną stronę, co może stawiać pod znakiem zapytania dalsze rozmowy. Grzegorz Załuski radzi, by żółwiowi w tej drodze towarzyszyć i zyskać zaufanie – wtedy zatrzyma się i wysłucha, co mamy mu do zaoferowania.

Zatem w negocjacjach z żółwiem:

  • uzbrój się w cierpliwość;
  • bądź konkretny i w argumentacji wykorzystuj znane żółwiowi dane i wyliczenia;
  • ogranicz liczbę uczestników rozmów;
  • uważaj na to, co mówisz, bo żółw bierze wszystko dosłownie.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • skubanie” – po uzyskaniu jakiegoś ustępstwa, proś od razu o kolejne, wyraźnie mniejsze;
  • optyk z Brooklynu”
    – ujawniaj sukcesywnie dodatkowe warunki twojej propozycji, czujnie obserwując, kiedy żółw może poczuć się zaniepokojony.
(fot. iStock) (fot. iStock)

Tu i teraz

Szybki, sprytny i emocjonalny. Nie dla niego dalekowzroczne strategie, długie podchody, wieloletnie alianse. „Lis jest mało lojalny i błyskawicznie, nawet po bliskiej zażyłości, zaczyna szukać nowych znajomości (partnerek)” – oto kolejny cytat z „Negocjacyjnego zoo”. Lojalność i empatia także nie są najmocniejszą stroną tego negocjatora z rudą kitą, więc bez problemu wycofa się z rozmów, jeśli wyczuje lepszy interes gdzie indziej. Pod warunkiem że to pewny interes, bo lis nie jest lekkomyślny! Żeby to ocenić, zada wiele pytań, także pozornie niedotyczących przedmiotu negocjacji, i jako dobry aktor sprytnie dopasuje się do rozmówcy. Jeśli ma pewność, że współpraca będzie korzystna, szybko podejmie decyzję i schowa swoją naturę drapieżnika pod maską brata łaty. W rozmowach asekuruje się sformułowaniami „w sumie”, „jakby”, „prawdopodobnie”, swoją ofertę okrasza określeniami typu: „maksymalny profesjonalizm i wyjątkowa jakość”. Poza tym hojnie szafuje obietnicami. Mottem lisa jest „tu i teraz”– więc największą stratą jest dla niego odebranie przywileju, który już uważał za swój.

Zatem w negocjacjach z lisem:

  • dowiedz się o nim jak najwięcej i przygotuj do szybkiego działania;
  • pamiętaj o planie B – to ważne przy każdych negocjacjach, ale w przypadku rozmów z lisem daje dodatkową pewność siebie i może uchronić przed podatnością na jego techniki;
  • bądź czujny, bo lis jest tak skupiony na własnym interesie, że może się zdemaskować i przy pewnym doświadczeniu drugiej strony łatwo dać się „podprowadzić”;
  • rozmawiaj emocjonalnie, lecz trzymaj się twardych faktów.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • dobry policjant”
    – znana i wydawałoby się zgrana metoda włączenia do rozmów surowego kolegi, w porównaniu z którym okażesz się „równym gościem”, w kontakcie z lisem nieodmiennie się sprawdza.
(fot. iStock) (fot. iStock)

W ławicy

Towarzyska, zwinna, egocentryczna. „Ryby zwykle świetnie współpracują ze swoim gatunkiem, wiedzą, że wspólnie osiągają znacznie większe korzyści, niż działając samotnie” – twierdzi Grzegorz Załuski. W praktyce przekłada się to na konieczność działania w grupie, połączoną z umiejętnością dopasowywania się do otoczenia, aż do poziomu zmiany barw, jeśli to potrzebne. Stąd bierze się irytacja po pozbawieniu ryby swobody działania. Naturalny dla nich stan to panta rhei. Skoro wszystko płynie, to dla ryb równie płynne są zasady i fakty. W środowisku przyrody elastyczność i szybkość działania oznacza „być albo nie być” – dopracowały je do mistrzostwa i tego samego oczekują od wszystkich uczestników negocjacji. Doświadczenie wskazuje, że pośpiech rzadko jest niezbędny, więc przy rozmowach z rybą dobrze zostawić sobie trochę czasu do namysłu, by nie działać pod presją. Ryby są świadome tego, że samodzielnie radzą sobie gorzej, muszą więc czuć, że to, co im proponujesz, naprawdę im się opłaci.

Zatem w negocjacjach z rybą:

  • dobrze przemyśl cele i zapisz je precyzyjnie, bo możesz się zagubić w oceanie jej argumentacji;
  • pozwól rybie mówić, ona lubi czuć się ekspertem;
  • szczegółowo zapisuj ustalenia, bo ryba wyegzekwuje wszystko, a wszelkie niejasności będzie chciała wykorzystać na swoją korzyść;
  • stawiaj na współpracę i wspólne poszukiwanie rozwiązań.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • dokładne wyliczenia” – ryba lubi sprawdzać, a precyzyjne i jasne kalkulacje uspokajają ją.
  • utracone korzyści” – metodę potencjalnej utraty przywilejów dobrze przedstawić w taki sposób, by pobudzić wyobraźnię ryby – zaspokajasz wtedy jej potrzebę nowości
  • śmieszne pieniądze”
    – ta metoda wykorzystuje niechęć ryby do dużej utraty energii.
(fot. iStock) (fot. iStock)

Sprinter

Energiczny i samodzielny gepard jest najszybszym zwierzęciem na lądzie, jednak po serii kilkusetmetrowych sprintów musi odpocząć. Podobnie szybki jest negocjator spod tego znaku. Z tym wiąże się jego umiejętność udzielania błyskotliwych odpowiedzi i ripost. Drugą stroną medalu jest pewna impulsywność, więc i ryzyko mówienia szybciej niż pomyśli. Dla wzmocnienia swojej pozycji gepard szczerzy kły i deklaruje gotowość do długotrwałych negocjacji, lecz wie, że musi oszczędzać energię, więc potrafi bez zwłoki docenić dobrą propozycję. Przywołana już błyskotliwość nieraz przychodzi mu z pomocą, gdy ktoś wykaże mu błędy w rozumowaniu – umie wtedy obrócić wszystko w żart. Jego siłę osłabia drobiazgowość i wnikliwość rozmówcy, bo licząc na swoją zdolność do improwizacji – często przygotowuje się dość powierzchownie.

Zatem w negocjacjach z gepardem:

  • unikaj straszenia, bo geparda łatwo sprowokować i zaatakuje, nawet kosztem własnych długoterminowych korzyści;
  • oddzielaj fakty od deklaracji – kieruj się nimi przy podejmowaniu decyzji;
  • eksponuj krótkoterminowe korzyści;
  • zadbaj, żeby gepard się nie nudził;
  • pozwól mu poczuć sukces, jaki odnosi dzięki współpracy z tobą.
Jakie taktyki się sprawdzą?
  • precyzyjne wyliczenia” – zwłaszcza na początku rozmów, w ten sposób pokazujesz, że panujesz nad sytuacją i on nie musi myśleć o nielubianych szczegółach;
  • ciężkie ustępstwo” – najmniejsze ustępstwo z twojej strony pokazuj jako wielki gest;
  • zdechła ryba”
    – proponowaną już w przypadku słonia metodę warto tutaj zmodyfikować i prosić geparda o coś, czego wyjątkowo nie lubi, czyli np. przygotowanie tabelek.
(fot. iStock) (fot. iStock)

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.

  1. Styl Życia

Jak rozbudzić w sobie energię do działania? 13 kroków

Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. (Fot. iStock)
Pełni radości ludzie, żywe kolory - to wystarczający program energetyzujący. Nie ma na to lepszej pory niż późna wiosna!

Nic mi się nie chce! Za oknem piękna pogoda, a ja myślę tylko, by poleżeć w łóżku. Energia śpi? Obudź ją! Czasem wystarczy kilka prostych metod. Zacznij działać, uruchom wewnętrzną siłę! Oto szczęśliwa trzynastka sposobów na pobudkę.

1. Znajdź swój rytm! Zapisz się na zajęcia taneczne. Salsa, afro dance, rock and roll – zatańcz jak lubisz. Jeśli masz wątpliwości, co wybrać, idź na lekcję próbną. I wyciągnij ze sobą kogoś znajomego. Energetyzująca muzyka jest bardzo skuteczna!

2. Spacerując, staraj się co jakiś czas zmieniać rytm kroków – idź szybciej, potem wolniej i znów szybciej. Rozglądaj się uważnie. Dostrzegaj szczegóły, zatrzymuj wzrok na kolorach. Szukaj rzeczy śmiesznych lub zaskakujących.

3. Uprawiaj sport. Wybierz coś dla siebie: jogging, aerobic, pływanie, jogę…, każda z tych form ma swoje zalety i – jak każdy sport – pobudza wydzielanie endorfin, czyli tzw. hormonów szczęścia.

4. Zaplanuj przyjemne i aktywne popołudnie. Nie przed telewizorem czy komputerem. Twój kierunek to zieleń, majowa eksplozja. Przyroda doda ci sił. Wyjedź za miasto, idź do parku, wybierz się na spacer, na rowery z przyjaciółmi. Zwłaszcza teraz, późną wiosną, kiedy wszystko jest tak intensywne – zaczerpnij do woli energii od drzew i kwiatów, ich mocy i soczystych barw.

5. Podobnie jak w przypadku innych marzeń i potrzeb – wizualizuj swoją energię. Napisz wyraźnie: „Mam mnóstwo energii” i powieś sobie taki transparent nad biurkiem w pracy lub domu. Chodzi o to, żeby to zdanie towarzyszyło ci każdego dnia. Powtarzaj je w myślach, aż zaczniesz w nie wierzyć. Wtedy stanie się tak jak chcesz!

6. Otaczaj się ludźmi pełnymi energii, unikaj maruderów. Masz do tego prawo. Możesz nawet poprosić, żeby kolega w pracy nie narzekał w twojej obecności i nie marudził. To zatruwa i odbiera energię otoczeniu.

7. Nie żyj tęsknotą za weekendem! Potrzebujesz radości z każdej chwili, a nie męczarni od poniedziałku do piątku. Pomyśl, że każdy dzień niesie swoją własną porcję energii.

8. Nie daj sobie wmówić, że jesteś na coś za stary albo za młody, że pewnych rzeczy nie wypada. Jeśli masz nagłą chęć na lody albo taniec na placu zabaw, skakankę, zabójczą czerwoną apaszkę, głośny śmiech... Czemu nie? Rób to, co uważasz za dobre dla ciebie, czyli wszystko, co ładuje cię pozytywną energią!

9. Nie dziw się, że na nic nie masz siły, jeśli śpisz 5 godzin na dobę, a od rana pijesz litrami kawę, byle tylko się obudzić. Na śnie nie da się zaoszczędzić. Każdy dorosły człowiek potrzebuje przespać w nocy minimum 7–8 godzin. Zadbaj o tę podstawową potrzebę. Wyrzuć z sypialni laptop, telewizor, a kładąc się na odpoczynek, wyłącz telefon.

10. Przed tobą trudne lub nużące zadanie? Usiądź na chwilę, zamknij oczy i przywołaj wszystkie pozytywne emocje, które pojawią się, gdy będzie już zrobione. Ulga? Radość? Zaskoczenie, że nie było takie trudne? I zabierz się do pracy! Teraz pójdzie ci szybciej i łatwiej.

11. Na koniec każdego dnia zaplanuj sobie małą przyjemność: przeczytanie fragmentu książki, wieczorny spacer, obejrzenie zdjęć. Spraw, by ten wieczór był nazajutrz miłym wspomnieniem.

12. Weź telefon i zadzwoń do kogoś, kogo kochasz i powiedz mu o tym. Nie oczekuj odwdzięczenia się tym samym, po prostu ciesz się, że spotkałeś go na swojej drodze. Przywołaj wspólne, szczęśliwe chwile.

13. Jeśli mieszkasz z partnerem, umówcie się, że każdego dnia po pracy zafundujecie sobie niestresującą, przyjemną rozmowę, a raz w tygodniu wybierzecie się tam, gdzie panuje luźna atmosfera.

Julia Nowicka - trenerka umiejętności psychologicznych.

  1. Styl Życia

Ekologiczna higiena osobista. Jak o siebie dbać i wybierać artykuły higieniczne, aby nie szkodzić planecie?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
W 2018 roku w Europie wyprodukowano 61,8 mln ton tworzyw sztucznych, na świecie - 359 mln ton. Tworzywa sztuczne w ostatnich kilkudziesięciu latach zdominowały nasze codzienne życie. Ze względu na swoją wszechstronność, trwałość, niską cenę i odporność znajdują niezliczoną ilość zastosowań, od opakowań, artykułów higieny osobistej i przedmiotów codziennego użytku, przez rolnictwo i budownictwo, po naukę, sprzęty medyczne i elektroniczne.

Tworzywa sztuczne. Czy można zminimalizować ich szkodliwość?

Tworzywa sztuczne ze względu na swoje unikalne cechy są w stanie zaspokoić mnóstwo potrzeb i wymagań człowieka, czynią życie łatwiejszym i bezpieczniejszym. Z tego względu nie sposób wyeliminować je z codziennego życia. Należy jednak zwrócić uwagę na pełne wykorzystanie potencjału tworzyw sztucznych oraz ich odpowiednie zagospodarowanie po zakończeniu użytkowania, jednocześnie pamiętając, że większość z nich jest obecnie produkowana, bazując na nieodnawialnych surowcach kopalnych – ropie naftowej i gazie ziemnym.

Tworzywa sztuczne mają ogromny potencjał. Choć w wielu przypadkach zastosowany materiał może być użyty ponownie, a żywotność wytworzonych z plastiku produktów to często dziesięciolecia, to wiele przedmiotów stworzonych z tworzyw sztucznych jest wykorzystywana jednokrotnie, często przez bardzo krótki czas. Według prognoz produkcja tworzyw sztucznych wciąż będzie rosnąć, dlatego konieczne jest zamknięcie obiegu plastiku, czego kluczem jest odejście od składowania tworzyw i skupienie się na recyklingu – ponownym wykorzystaniu zasobów. W Polsce większość, bo ponad 42% z zebranych w 2018 roku 1,9 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych została poddana składowaniu, a jedynie 27,4% - recyklingowi.

Nie sposób nie wspomnieć tu o problemie śmieci trafiających na łono natury. Środowisko naturalne jest niedopuszczalnym miejscem dla tworzyw sztucznych, a co niepokojące okazuje się, że właśnie tam dostaje się część plastiku wytworzonego przez człowieka. Szacuje się, że do oceanów co roku trafia od 5 do nawet 13 milionów ton tworzyw sztucznych. Plastik trafia nawet do najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi. Plastikowe torebki odnaleziono nawet na dnie Rowu Mariańskiego – czyli prawie 11 km pod powierzchnią wody.

Tworzywa sztuczne a recyklingTworzywa sztuczne a recykling

Coraz bardziej rośnie potrzeba lepszego zagospodarowania odpadów z tworzyw sztucznych. Stopniowo wdrażane są odgórne regulacje, przedsiębiorstwa wprowadzają bardziej ekologiczne rozwiązania i produkty, a ekologiczny styl życia jest nie tylko modny, ale staje się powoli koniecznością. Każdego dnia możemy podejmować nawet drobne wybory, które będą korzystniejsze dla natury, zmniejszą ilość plastiku trafiającego do środowiska i ograniczą ilość produkowanych śmieci, w tym poprawią stopień ponownego wykorzystania odpadów z tworzyw sztucznych, zamykając ich obieg. Segregacja odpadów, wielorazowe torby na zakupy czy rezygnacja z jednorazowych opakowań foliowych do ważenia warzyw i owoców to podstawowe kroki, które wielu z nas wprowadziło już do swojego życia. Warto przyjrzeć się także artykułom higieny osobistej. Jak dbać o środowisko, jednocześnie dbając o higienę? Chcąc podejmować bardziej ekologiczne wybory w tym zakresie, warto przyjrzeć się sposobowi pakowania produktów do higieny osobistej oraz temu, z jakich materiałów je stworzono.

Jak dbać o ziemię wybierając artykuły higieny osobistej?

Głównym segmentem zastosowania tworzyw sztucznych w Europie są opakowania. W 2019 roku na ten cel zużyto niemal 40% wyprodukowanego plastiku. Chcąc więc dokonywać bardziej ekologicznych wyborów podczas zakupu artykułów higieny osobistej, warto zwrócić uwagę, w co są zapakowane. Zamiast produktów opakowanych w plastik, bardziej ekologicznym wyborem będzie biodegradowalne, papierowe pudełko. Jeszcze lepiej, jeśli użyty do produkcji takiego opakowania papier pochodzi z recyklingu. Przykładem ekologicznego rozwiązania w tej kwestii są szampony w kostce. Zamiast opakowanego w plastikową butelkę płynu, kostka szamponu znajduje się w papierowym kartoniku lub metalowej puszce. Niektórzy producenci zastępują plastikowo-kartonowe opakowania artykułów higienicznych takimi, wykonanymi w pełni z papieru. Plastikowe opakowanie szczoteczki do zębów Jordan Green Clean zastąpiono kartonikiem, wykonanym ze zrecyklingowanych włókien papierowych. W krótkim czasie pozwoliło to na zaoszczędzenie ponad 30 ton dziewiczego plastiku. Co ciekawe – również nić dentystyczna Jordan Green Clean jest zapakowana w tekturowe opakowanie wytworzone w pełni ze zrecyklingowanego papieru i służące jednocześnie jako pojemnik na nić. Ze względu na specyfikę produktu, opakowanie pasty do zębów nie może być papierowe, jednak i w tej kwestii możliwe są bardziej ekologiczne rozwiązania. W przypadku past do zębów Jordan Green Clean plastikowa tubka, zamiast z dziewiczego tworzywa sztucznego, wyprodukowana jest niemal w połowie z plastiku z recyklingu. Aby zaoszczędzić zasoby, pasty do zębów Jordan Green Clean nie są dodatkowo pakowane w kartonik, a umieszczony na tubce opis zachęca do rozcięcia opakowania i zużycia produktu do samego końca.

Jak dbać o Ziemię?Jak dbać o Ziemię?

Ekologiczna higiena osobista

Poza opakowaniem artykułów do higieny osobistej warto zwrócić uwagę na materiały, z jakich je wykonano. Papierowe lub drewniane trzonki patyczków do uszu, ekologiczne podpaski, wykonane z organicznej bawełny i biodegradowalnego ochronnego tworzywa, czy kompostowalne mokre chusteczki to przykłady artykułów do higieny osobistej, przy których tworzeniu wzięto pod uwagę wpływ na środowisko. Również wśród artykułów do higieny jamy ustnej można znaleźć ekologiczne rozwiązania. Szpulka, na którą nawinięto nić dentystyczną Jordan Green Clean w całości wykonana jest ze zrecyklingowanego, przetworzonego plastiku. Z kolei rączka szczoteczki do zębów Jordan Green Clean oraz flosser – uchwyt do nici dentystycznej tej marki wykonane są z przetworzonego plastiku z pojemników na żywność, m.in. z kubeczków po jogurtach. To rozwiązanie pozwoliło do lutego 2021 roku na zastąpienie ponad 80 ton dziewiczego plastiku tworzywem pochodzącym z recyklingu. W sumie aż 90% szczoteczki Jordan Green Clean wraz z opakowaniem jest wykonane z materiałów pochodzących z recyklingu. Dzięki temu zminimalizowano zużycie zasobów i w znacznym stopniu zamknięto ich obieg. Pozostałe 10% produktu to ekologiczne włosie, które do tej pory zastąpiło ponad 6 ton nylonowych nici, produkowanych z nieodnawialnych zasobów kopalnianych. W szczoteczkach Jordan Green Clean połączono trwałość i dbałość o zrównoważony rozwój z nowoczesnym i minimalistycznym skandynawskim designem. Szczoteczka dostępna jest w czterech różnych kolorach oraz w trzech wersjach twardości włosia.

Bibliografia

Jambeck, Jenna R., et al. "Plastic waste inputs from land into the ocean." Science 347.6223 (2015): 768-771.

„Jak odejść od jednorazowego plastiku? Poradnik, jak implementować dyrektywę w sprawie jednorazowych produktów z tworzyw sztucznych”, Rethink Plastic Alliance i Break Free From Plastic, 2019 https://www.greenpeace.org/static/planet4-poland-stateless/2020/02/b90b92b4-jak_odejsc_od_plastiku.pdf

Raport „Tworzywa – Fakty 2020. Analiza produkcji, zapotrzebowania oraz odzysku tworzyw sztucznych w Europie”, PlasticsEurope (Stowarzyszenie Producentów Tworzyw Sztucznych w Europie) https://www.plasticseurope.org/pl/resources/publications/4433-tworzywa-fakty-2020

„Plastic proliferates at the bottom of world's deepest ocean trench”, Sarah Gibbens

https://www.nationalgeographic.com/science/article/plastic-bag-mariana-trench-pollution-science-spd