1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Marcowy numer „Zwierciadła” w promocyjnej cenie!

Marcowy numer „Zwierciadła” w promocyjnej cenie!

Specjalna promocja na numer marcowy w wersji pdf: 2,90 PLN zamiast 9,99 PLN!

Bohaterką marcowej okładki jest Omeną Mensah – aktorka, prezenterka.

Polecane tematy wydania:

TEMAT MIESIĄCA: Być kobietą, być mężczyzną.

Mamy już za sobą model związku: macho i gospodyni domowa. Teraz królują: niezależna kobieta i miękki mężczyzna, ale nieuchronnie nadciąga nowe: związek kobiecej kobiety i męskiego mężczyzny.

SPOTKANIA: Anna i Marcin Mellerowie. Wyswatała ich literatura Gdy zobaczyli się po raz pierwszy , on pomyślał, że spotkał zarozumiała małolatę, ona, że niezłego buca.

WOKÓŁ NAS: Single po polsku. Singiel to dzisiaj nie tylko imprezujący dwudziestoparolatek. Życie w pojedynkę zdarza się nam coraz częściej w różnym wieku. Jak się okazuje nie rezygnujemy wtedy z seksu ani dążenia do satysfakcjonującego życia.

PSYCHOLOGIA? SPRAWDZAM! Co może mózg.

Pobierz numer w promocyjnej cenie!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czuła ogrodniczka i jej ogród na Kaszubach

Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Agnieszka Hubeny -Żukowska, projektantka ogrodów, dziennikarka, absolwentka Hadlow College w Wielkiej Brytanii, Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, SGGW w Warszawie i ASP w Gdańsku, gdzie wykłada projektowanie ogrodów na kierunku Architektura Przestrzeni Kulturowych. (Fot.archiwum prywatne)
Dobrze jest mieć swój osobisty mały raj, dający radość i swobodę nie tylko nam, ale i roślinom. Jak stworzyć takie miejsce na własnej działce, a przy okazji zanadto się nie napracować – radzi Agnieszka Hubeny-Żukowska, projektantka ogrodów z długim stażem i międzynarodowymi nagrodami na koncie, a przede wszystkim czuła ogrodniczka, rozmawiająca z roślinami i trzmielami, kochająca nawet „wstrętne chwasty”.

Jej motto to ogród funkcjonalny, będący wytchnieniem, a nie miejscem pracy. Jeśli rośliny będą się w nim dobrze czuły, my z pewnością też. Agnieszka wie, co mówi, gdyż wraz z mężem Rafałem tchnęła życie w prawie trzysta ogrodowych przestrzeni w kraju i za granicą. Wcześniej wiele lat spędzili w ogrodach na Wyspach i uczyli się od najlepszych, m. in. guru angielskich ogrodników Johna Brookesa, mistrza naturalistycznych nasadzeń Pieta Oudolfa czy u ogrodnika samego Winstona Churchila. Teraz prowadzą własną Pracownię Sztuki Ogrodowej, tworząc ogrody będące mieszanką miłości do roślin, angielskiej precyzji, nowojorskiej nowoczesności i tak modnej ostatnio swobody łąk kwietnych. Przede wszystkim jednak pielęgnują swój osobisty raj na działce w Blizinach na Kaszubach, gdzie przenieśli się z Gdańska.

Czy wszędzie można stworzyć swój własny mały raj?
Oczywiście! Wystarczy spojrzeć na mój ogród, położony w kaszubskim trójkącie bermudzkim (śmiech). Zdarza się, że w ciągu roku różnica temperatur wynosi tu 72ºC: w zimie - 36º, latem + 36º. Stałym mieszkańcem, oprócz nas, psów i kotów, jest porywisty wiatr. Smagane nim rośliny mają „grubą skórę”. Do tego trudna kaszubska ziemia… A zresztą ogród na nowojorskim Bronksie też zakładałam w ekstremalnych warunkach, w dniu zamachu na wieże World Trade Center. Konieczna była ewakuacja, ale ogród pozostał i do dzisiaj jest w dobrej kondycji.

O ewakuacji z Blizin jednak nie myślisz? Mieszkasz tu już od 10 lat.
Przecież z raju się nie ucieka! Mój ogród jest dowodem na to, że krainę marzeń można stworzyć wszędzie. I pocieszeniem dla milionów właścicieli działek, przekopujących grządki i Internet w poszukiwaniu recept na zielony sukces, toczących nierówną walkę z mrozem i perzem, który rozrasta się szybciej niż irys, czy jeżówka. Ogród to obraz 10D, działający na wszystkie zmysły, pełen barw, kształtów, zapachów, dźwięków… Nie można zaplanować go w sekundę, rządzą nim bowiem pory roku, kaprysy aury, trendy.

No właśnie, porozmawiajmy o zielonych trendach. Jakie obowiązują w tym roku?
O tym, co jest modne, wyrokują słynni kreatorzy ogrodów (np. Chris Beardshaw, Cleve West, Juliet Sargeant), zjeżdżający rokrocznie na wystawę ogrodniczą Chelsea Flower Show w Londynie. Prezentowane tam pokazowe ogrody są podziwiane przez miliony i… rodzinę królewską. Ten rok upływa pod hasłem ekologii, swobody i wygody. Równo przystrzyżony trawnik otoczony iglakami jest passé. Zastąpiła go malownicza łąka kwietna.
Hitem są swobodne kształty, malownicze kępy roślin, potargane trawy i falujące łąki, kontrastujące z mocnymi sylwetkami drzew i krzewów. Ogrody są naturalne i często… jadalne, kuszą sałatą, pietruszką, rzodkiewką. Nawet Michelle Obama zamieniła część trawnika przy Białym Domu w warzywnik. Zasługi w propagowaniu upraw ekologicznych ma też książę Karol.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Ponoć ogrodowy świat oszalał na punkcie równowagi biologicznej. O co tu chodzi?
Chodzi o stworzenie tzw. zrównoważonego ogrodu, który sam o siebie zadba. Jest pełen różnorodnych roślin dobranych tak, żeby dobrze się czuły i by cały czas coś kwitło. Sadzimy je gęsto, piętrowo – wówczas ograniczą wzrost chwastów i ochronią grunt przed wysychaniem. Taki ogród tętni życiem, gdyż jest pełen roślin miododajnych, nie zgrabionych jesienią liści, nie ściętych przed zimą suchych pędów bylin, w których zimują owady i drobne ssaki.
Tymczasem nasze sterylne ogrody z regularnie koszonym trawnikiem nie są dobrym miejscem do życia dla pożytecznych żyjątek. A jak one znikną, pojawią się szkodniki, wraz z nimi chemiczne preparaty. Nie róbmy więc jesiennych porządków – poczekajmy wiosny! I pamiętajmy, że aksamitki posadzone obok róży odstraszą mszyce, a ozdobne czosnki – nornice.
W ogrodzie, w którym ustali się równowaga biologiczna, zużywamy mniej chemii, wody i… sił. Pracę w zasadzie można ograniczyć do wiosennego usuwania suchych pędów i cięcia krzewów. Warto mieć w ogrodzie taki eko-balans.

Ogrody są pełne jeżówek, floksów, paproci i bylin, ale także naturalnie rozsiewających się kwiatów sezonowych.
Modny ogród to mozaika roślin o różnych kształtach i barwach. Teraz na przykład mieni się kwiatami roślin cebulowych – tulipany, hiacynty, czosnki dają magiczny efekt wiosną. Wystarczy wyjrzeć przez okno, sadzę ich w ogrodzie tysiące! Wszystko to swobodnie się rozrasta, wzajemnie przenika, kwitnie, pachnie. Modne są też kwiaty sezonowe, często pięknie się rozsiewające: łubiny, niezapominajki, malwy... . Niesłusznie kojarzymy je jedynie z „babcinymi ogródkami”.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Łany bylin kołyszą się i szumią niczym morze. Nie przez przypadek trend zainicjowany przez słynnego projektanta Pieta Oudolfa nazywa się holenderską falą.
Koncepcja ta niczym fala zalewa ogrodowy świat – od dwóch dekad święci triumfy w Europie (zwłaszcza w Anglii, Holandii, Niemczech) i w USA. Do nas praktycznie jeszcze nie dotarła, co najwyżej musnęła prywatne ogrody projektantów i zieleń miejską. Jej znakiem firmowym są bylinowe łąki kwietne, aranżowane wokół drzew i krzewów wynurzających się z morza roślin. Ogrody takie mają wyglądać naturalnie, ale nie kopiują natury – są dokładnie zaplanowane, a rośliny tworzą piękne obrazy. Projektujemy je tak, by żyły własnym życiem, były przyjazne dla wszystkich stworzeń i wymagały jak najmniejszej ingerencji z naszej strony. Dopuszczalne jest lekkie zachwaszczenie, akceptowane są samosiejki.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Z czego według Ciebie wynika popularność bylin? Może w tych niepewnych czasach mamy dosyć jednorazowości, a wraz z nią kwiatów sezonowych?
To również efekt mody na łąki kwietne, które w angielskim wydaniu – w przeciwieństwie do tych pojawiających się już w Polsce – składają się z bylin. Sadząc je trzeba pamiętać, że pożyją dłużej niż "kolor roku", którym właśnie okrzyknięto barwę… szarą. Wbrew pozorom to ona, wraz z odcieniami brązów, dominuje na bylinowych łąkach – wszystkie jej odcienie znajdziemy w liściach i pędach roślin. Barwne kwiaty są tylko dodatkiem. Na topie jest też biel, a wraz z nią białe ogrody.

W tej dziedzinie wyprzedziłaś modę i już dwa lata temu założyłaś w Blizinach biały ogród?
On w zasadzie nie jest biały, w naturze trudno o śnieżną biel. Mieni się odcieniami bieli, różu, limonki i światłocieniami na płatkach złocieni, szałwii, bratków, na srebrzystych lub pstrych liściach funkii, firletek czy brunner. Białe ogrody wcale nie są nowością. Pierwszy powstał w latach 30. XX w. przy zamku Sissinghurst w Wielkiej Brytanii. Biel ma wiele zalet: rozjaśnia cieniste zakątki, w upały daje wrażenie chłodu. Optycznie powiększa, a wieczorami odbija światło księżyca. Białe kwiaty świecą wtedy jak latarenki. Ale wcale nie jest moją ulubioną barwą, lubię wszystkie kolory. Tuż obok zakładam właśnie ogród czerwony, a łąka bylinowa nieopodal aż kipi kolorami. Unikam jednak sztucznych, ostrych barw, może dlatego nie uprawiam dalii. Nie lubię też udziwnionych odmian – wolę na przykład tradycyjne pojedyncze jeżówki od tych pełnych, pierzastych, które nie dają owadom tyle pyłku.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Dobrze wiedzieć, co w światowej trawie piszczy. Może jednak lepiej przyjrzeć się życiu za płotem?
I zaprosić do ogrodu lokalne rośliny, często traktowane jak chwasty, np. osty, kępę pokrzyw, dziką marchew, w której wychowują się gąsienice pazia królowej i innych pięknych motyli. Te rośliny często same się do nas wpraszają. Do mnie na przykład przywędrowały śliczne firletki o drobnych fioletowych kwiatkach, rosnące dalej na naturalnej łące. Wędrują po ogrodzie, kwitną tu i tam i jest ich coraz więcej, co bardzo mnie cieszy. Zmienia się pojęcie chwastu, za które do niedawna uważane były nawet lilaki, kaliny, jaśminowce czy klony jesionolistne. Dzisiaj powróciły do łask, nie są już wycinane jak niepotrzebne „śmieciuchy”.

Jakie drzewa i krzewy królują na ogrodowych wybiegach?
Graby, klony, cisy i bukszpany, przycinane w geometryczne kształty oraz drzewa o ładnej korze, na przykład brzoza pożyteczna ‘Doorenbos’, z śnieżno białym pniem. Ukochane przez Polaków tuje na światowych wybiegach nie występują (śmiech). Chociaż nie mam nic przeciwko tym krzewom. To piękne rośliny, ale nieumiejętnie przez nas stosowane. Nie sadźmy ich w karnych szeregach. I nie wierzmy w to, że są niepotrzebne, czy nawet trujące. Gniazdują w nich ptaki, zimują owady, mogą tworzyć piękną strukturę ogrodu.

Polski ogrodnik często sam tworzy swój ogród. Takim Zosiom Samosiom udzielasz porad na antenie Radio Gdańsk. Czy zdradzisz, jak założyć ogród bez pomocy projektanta?
Najpierw trzeba przyjrzeć się działce i ocenić, co i gdzie będziemy robić: tu boisko, tam plaża, tu garden party, tam poranna kawa. Oceńmy warunki świetlne, włączmy do kompozycji drzewa. Nie można ich wycinać! A jeśli drzew na działce nie ma, to je posadźmy, będą nam dawać cień i schronienie ptakom. Nie tłumaczmy, że działka jest dla nich za mała. Jest tyle odmian małych drzew lub dużych krzewów. Preferuję te o naturalnych pokrojach np. jabłonie rajskie, jarzębiny, derenie jadalne, świdośliwy.
Tam, gdzie to konieczne, połóżmy nawierzchnie, najlepiej przepuszczające wodę, by deszczówka mogła wsiąkać z ziemię. Trawnik też się przydaje, zwłaszcza w okolicy domu. Ograniczmy go jednak do minimum i nadajmy mu w miarę prosty kształt – łatwiej będzie manewrować kosiarką. Pamiętajmy też o elementach małej architektury: murkach, schodach, ekranach, u nas niesłusznie traktowanych po macoszemu. I posadźmy rośliny. Początkującym ogrodnikom radzę wybrać te łatwe w uprawie, np. jeżówki, rozchodniki, funkie, liliowce, floksy, a z krzewów m.in. tawuły, hortensje bukietowe, forsycje. Eksperymentujmy – rośliny czasami pięknie rosną tam, gdzie – zgodnie z informacjami producentów – nie powinny. U mnie na przykład kochające słońce jeżówki ślicznie kwitną w półcieniu, pod brzozami. Domowe i ogrodowe wnętrza powinny się przenikać. Stosujmy w nich więc podobne materiały, barwy i faktury. Jeśli posadzkę w domowym salonie wykończyliśmy deskami, połóżmy podobne na tarasie, najlepiej ułożone w tym samym kierunku. Ustawmy meble i donice stylem nawiązujące do domowych sprzętów. Dodajmy miękkie poduchy, pled, latarenki, kilka bibelotów… I gotowe!

Łatwo powiedzieć, wykonać trudniej. Zwłaszcza, gdy ogród jest zacieniony, o złych proporcjach czy w rozmiarze przysłowiowej chustki do nosa?
Cień łatwo oszukać sadząc rośliny o jasnych, srebrzystych czy pstrych liściach, np. brunery, funkie, miodunki i stosując odbijające światło materiały, np. polerowaną stal, szkło, pleksi. Rośliny o jasnych liściach i kwiatach dają wrażenie lekkości i optycznie powiększają przestrzeń. Jeśli ogród jest długi i wąski poprawimy jego proporcje, prowadząc ścieżkę zygzakiem (prosta, niknąca w oddali optycznie go wydłuża), montując lustra na dłuższych bokach – pozornie poszerzą przestrzeń. W miniogrodach sprawdzą się przejrzyste i ażurowe elementy, na przykład ścianki i meble, nie przytłaczające przestrzeni. Można też zainstalować lustra, w których będą się odbijać fragmenty aranżacji, dając złudzenie większego ogrodu.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

A detale? One też są ważne…
Są jak przysłowiowa wisienka na torcie. W wolnych chwilach sama je tworzę z Rafałem, właściwie wszystkie elementy małej architektury i rzeźby w ogrodzie to nasze dzieło. Ukończyłam kurs wikliniarski i ceramiczny, ozdabiam więc ogród własnym rękodziełem - wiklinowymi kulami, ozdobami z gliny. Mąż pomaga w cięższych pracach i montażu ozdób w ogrodzie. W zeszłym roku skończyliśmy ceramicznego anioła ze skrzydłami ze stali kortenowskiej. Nazywamy go duszą białego ogrodu. Właśnie został zakwalifikowany do LICC 2020 (Londyńskiego Międzynarodowego Konkursu Twórczego) w kategorii Sztuka.

Słyszałam, że rozmawiasz z roślinami. O czym można z nimi pogawędzić?
Trochę ze mnie nawiedzona ogrodniczka (śmiech). Często rozmawiam z roślinami, chwalę je, że są takie piękne i dzielne. To element zielonej terapii – wszystkim polecam! Dyskutuję też z owadami. Zdarza mi się na przykład przenosić trzmiela na kwiat z pyłkiem. Wtedy proszę go, żeby mnie nie dziabnął – to działa!

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Od czasu do czasu warto też pogawędzić z sąsiadem?
Dlatego pozostawmy w ogrodzeniu czy w żywopłocie prześwit lub małe okienko – do pogawędek z sąsiadem, z widokiem na okolicę. Pamiętajmy też, że żywopłot to nie mur obronny, może być kolorowy i kwitnący. Jest wiele liściastych krzewów nadających się na żywopłoty: graby, ligustry, forsycje, pęcherznice.

Twój zrównoważony ogród radzi sobie sam. Czasami jednak musisz wkroczyć z sekatorem czy szpadlem?
Oczywiście, i niektóre prace bardzo lubię. Chyba najbardziej przycinanie – zwłaszcza formowanie „chmurek” z ligustru. Zawsze mam w kieszeni lub w torebce osobisty, własnoręcznie naostrzony sekator. Najbardziej nie lubię pielenia. Na szczęście rzadko to robię – usuwam tylko skrzypy i perz, dla nich jestem bezwzględna! Odchwaszczanie kłóci się z moim światopoglądem, nie uznaję pojęcia chwastu. Wystarczy spojrzeć na dziką marchew – kiedy zakwita na biało, jest piękna! Nigdy nie wyrzucam samosiejek, przesadzam je albo daję w prezencie.

fot. Agnieszka Hubeny -Żukowskafot. Agnieszka Hubeny -Żukowska

Pięknie to brzmi, pora więc trochę ponarzekać. Zakładając i pielęgnując ogrody popełniamy wiele grzechów...
W naszych ogrodach wciąż króluje schemat – trawnik pośrodku, rabaty na obrzeżach. Marnuje się tyle miejsca! Na trawniku sadzimy pojedyncze rośliny, które nie czują się najlepiej w trawie i utrudniają koszenie. Kochamy iglaki, bo nie śmiecą. Dzięki nim ogród jest ładny zimą, ale poza tym tchnie nudą. Boimy się innych roślin, bo stale się zmieniają, zanikają i przekwitają. Trudniej więc tworzyć z nich kompozycje. Nie rozumiem też mody na różaneczniki, które lubią zaciszne miejsca w półcieniu. Na nowych osiedlach pozbawionych drzew często czują się po prostu źle.
Polacy panicznie boją się chwastów! Żeby nie rosły, często powierzchnie kwietników wykładają włókniną lub czarną matą. A przecież wystarczy sadzić rośliny gęściej – nie tylko utrudnią wzrost chwastom i je zamaskują, ale będą też lepiej wyglądać. Mata jest również barierą dla dżdżownic i tlenu, bez którego giną w glebie wszystkie organizmy. W takiej ziemi nic potem nie wyrośnie.
Wysypujemy, zwłaszcza małe ogrody, kamieniami i żwirem. Powstaje kamienna pustynia. Posadzone na niej pojedyncze rośliny męczą się w upały pod warstwą rozgrzanych kamieni, na których dodatkowo osiada pył. A to koszmar dla alergików. W takim ogrodzie nie znajdzie pokarmu ani kryjówki żaden ptak czy owad.
Zamęczamy rośliny nadopiekuńczością, stale je dokarmiamy, podlewamy. I hodujemy wychuchane „dzieciaczki”, nie radzące sobie w ogrodowym życiu. One muszą się hartować, walczyć o pokarm, wodę, światło. Wtedy są silniejsze, niższe, bardziej zwarte i odporne.

Jednym słowem chuchamy i dmuchamy na nasz mały raj, a potem narzekamy na brak czasu i ból kręgosłupa?
No właśnie. Czas zmienić podejście do ogrodu. Powinien być on źródłem radości i miejscem do relaksu, a nie ciężkiej pracy. Nie obciążajmy się niepotrzebnymi czynnościami! Ja tak robię i każde wyjście do ogrodu jest dla mnie przyjemnością.

  1. Styl Życia

Plecionkarstwo: rzemiosło na odpuszczenie –  rozmowa z Łucją Cieślar

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak materiały prasowe Serfenty)
„Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany temat” – mówi Łucja Cieślar, która razem z Pauliną Adamską i Anną Krężelok współtworzy Stowarzyszenie Serfenta. Od ponad trzynastu lat dziewczyny badają i poznają społeczność polskich plecionkarzy, opowiadają o pięknym, zakorzenionym w wiejskim krajobrazie rzemiośle.  Wspólnie z mistrzyniami plecionkarstwa uczą, jak wyplatać kuferki z rogożyny czy wiklinowe kosze.

Trzynaście lat temu Stowarzyszanie Serfenta ruszyło w Polskę w poszukiwaniu…no właśnie kogo i co zamierzaliście odnaleźć na zaplanowanym wzdłuż Wisły szlaku. Co was zaskoczyło w tej podróży i czy jest coś, czego odnaleźć już się po prostu nie da?
Tak, trzynaście lat temu Serfenta wyruszyła w podróż, która w pewien sposób trwa do dziś. Rozum i serce, w których to wszystko się zaczęło, należą do Pauliny Adamskiej. Paulina to etnolożka, która z paczką przyjaciół i nauczycielem Zdzisławem Kwaskiem z Uniwersytetu Ludowego Rzemiosła Artystycznego ruszyła na szlak pełen przygód, jadąc wzdłuż rzeki Wisły - materiały plecionkarskie lubią wodę. Chcieli znaleźć tradycyjnych plecionkarzy i plecionkarki, którzy rzemiosło w rodzinach mają od pokoleń i mają swoje rodzinne albo regionalne sposoby na wyplatanie. To się doskonale udało – z częścią z tych osób, współpracujemy do dziś. Przede wszystkim odnaleźli wtedy niesamowitych ludzi, a w dalszej kolejności niesamowite kosze i materiały, z których wyplata się w Polsce.

(Fot. materiały prasowe Serfenty)(Fot. materiały prasowe Serfenty)

Zwieńczeniem podróży, która była kluczowa dla całej waszej edukacyjnej działalności, jest wydana w tym roku, w nowej szacie graficznej książka „Kosze. Opowieści o podróży plecionkarskim szlakiem Wisły”. Co znajdziemy w tej publikacji i dlaczego zdecydowałyście się na wydanie przekładu w języku japońskim?
Opisaliśmy to wszystko w książce - jest ona trochę podróżnicza, trochę detektywistyczna, a trochę etnograficzna. Aby dać mały posmak tego, o czym to jest – proszę sobie wyobrazić taką sytuację, jedziesz samochodem i widzisz gdzieś koszyk przy domu więc zatrzymujesz samochód lub zatrzymujesz się gdzieś po prostu i pytasz ludzi – nie wyplata tu ktoś koszyków? Albo bardziej swojsko i przyjaźnie – nie plecie tu ktoś? Robota prawdziwie detektywistyczna! Wzruszamy się, kiedy wspominamy te początki. Kiedyś naprawdę nie myślałyśmy, że nasze działania, warsztaty, kosze i opowieści zawędrują tak daleko, jak ma to miejsce dziś, trzynaście lat później.

Już od kilku lat współpracujemy z Japonią i sprzedajemy kosze z Polski do Tokio – jesteśmy z tego ogromnie dumne. W Serfencie pracujemy w trójkę i to, że dzięki naszej codziennej prace kosze mistrzów przeszły drogę z małych miejscowości i wsi, aż do Japonii – to jest nasza ogromna duma i radość. Dlaczego akurat do Japonii? To kraj, który docenia rzemiosło i rzemieślników, a także naturalne materiały i precyzję wykonania. Taki właśnie mamy plecionkarski skarb w Polsce! To tak naprawdę kilka lat naszej pracy, które swój mocny punkt miały w grudniu zeszłego roku – razem z naszym partnerami w Tokio przygotowywałyśmy festiwal „Kosze z Polski w Tokio” – i tutaj kryje się sekret tłumaczenia podsumowania naszej książki na Japoński. To była ogromna przygoda i wyzwanie! Osobiście Japonia bardzo nas fascynuje i pociąga. Byłyśmy już w Japonii, prowadziłyśmy tam także warsztaty polskiego rzemiosła i planujemy więcej podróży – niestety pandemia bardzo to ogranicza, na przykład w tej chwili Japonia jest całkowicie zamknięta dla podróżujących. Opowiem jeszcze ciekawostkę – w Japonii jest taki narodowy program „żywy skarb kultury”, w którym opieką obejmuje się samych rzemieślników i wspiera ich pracę. Chciałabym, żebyśmy w Polce też taki mieli, to jest piękne, możemy się od siebie dużo nauczyć.

Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)Zespół Serfenty: Anna Krężelok, Paulina Adamska, Łucja Cieślar. (Fot. Kateryna Ziulkovska/materiały prasowe Serfenty)

Na stronie serfenta.pl zamieściłyście trzypunktowy manifest, który wytycza trzy najważniejsze obszary działalności stowarzyszenia. Chciałabym, żebyśmy pokrótce przeszły przez każdy z tych punktów, ponieważ zawierają się w nich najważniejsze elementy waszej misji. Punkt pierwszy to ochrona dziedzictwa narodowego. Czy możesz opowiedzieć o Lucimi oraz koszu „kabłącoku”?
Kosz kabłącok to naprawdę wyjątkowy kosz. Choć tak właściwie każdy z koszy u nas ma w sobie coś unikatowego, czasem jest to materiał – jak np. torba z rogożyny, czasem splot. Kosz kabłącok wyplatany ze świeżej wikliny, to kosz specjalny ze względu na swoją konstrukcję – kiedy dobrze się przyjrzeć, stoją za nim całe pokolenia myśli technicznej jego twórców. Ludzie od zawsze chcą sobie usprawnić pracę, dlatego ten kosz przeznaczony tradycyjnie na zbiory, ma płaską tylną ścianę – można go wygodnie oprzeć na biodrze, nawet jeśli jest ciężki. Ma wygodny „kabłąk” czyli rączkę, za którą można do chwycić albo powiesić na ścianie (dziś ludzie chętnie używają go na kwiaty doniczkowe). Ma nóżki, które izolują go od podłoża, ma pękaty „brzuch” i budowane nieregularnie dno. Umiejętność wyplatania tego kosza wpisaliśmy na listę niematerialnego dziedzictwa kultury – to unikatowa umiejętność, a kosz prezentujemy teraz na całym świecie – od Skandynawii po Japonię. Co ważne – zrobiliśmy to razem ze społecznością wsi Lucimia, w której się kabłącoki wyplata. Zaangażowałyśmy we wpis lokalne władze, społeczność plecionkarzy w różnych pokoleniach – i udało się! Wielka w tym była pomoc naszej przyjaciółki i plecionkarki, Todzi Sowińskiej. Była wspaniałą osobą, którą również poznaliśmy podczas naszych badań 13 lat temu i przez wszystkie te lata ogromnie się przyjaźniłyśmy. Zorganizowałyśmy w Lucimi warsztaty wyplatania kosza kabłącoka dla różnych grup – nawet dla grupy plecionkarek z Norwegii! To była egzotyczna przygoda dla wszystkich. Wielu z naszych mistrzów i mistrzyń to wspaniałe osoby z niezwykłymi umiejętnościami, ale też z ogromnym sercem dla wszystkich, którzy się interesują ich pracą. Wspomnę też dwie plecionkarki, mistrzynie wyplatania z rogożyny – Helenę i Stefanię, z którymi spotkanie to zawsze ogromna przyjemność i co tu kryć – zabawa, bo energii mają one więcej od nas, dużo młodszych kobiet! Chciałabym też być taka aktywna jak będę miała 80 lat.

Drugi punkt to pomaganie plecionkarzom w sprzedaży ich wyrobów. Jesteście łączniczkami między plecionkarkami i plecionkarzami a resztą świata. Nie tylko odkrywacie artystów, którzy kultywują to rzemiosło, ale co równie istotne, wprowadzacie do sprzedaży wytwarzane przez nich własnoręcznie produkty. Kiedy rozmawiałam z Magdą Bojarowską, etnografką, która razem z tatą i bratem prowadzi w Warszawie Dom Sztuki Ludowej, usłyszałam że sami twórcy bardzo często zbyt nisko wyceniają swoje wyroby, ponieważ nie traktują ich w kategoriach sztuki. Z kolei klienci, przyzwyczajeni do niskich cen w sieciówkach, nie rozumieją dlaczego, „taki sam” kuferek z rogożyny czy słomiany kosz rozrostowy do pieczenia chleba, kosztuje u was kilkakrotnie więcej. Jak przekonywać, zarówno rzemieślników, jak i odbiorców, że plecionkarstwo nie może być tanie.
To jest bardzo ważna część naszej pracy, widzimy dużą potrzebę rozmawiania o tym – z klientami ale też z plecionkarzami i plecionkarkami, którzy z nami współpracują. Jest tu kilka istotnych punktów, o których czuję, że muszę powiedzieć. Każdy kosz jaki widzimy – obojętnie czy w sieciowym sklepie, na targu czy w fancy butiku – został wypleciony ręcznie przez konkretną osobę. Być może jest to rzemieślnik w Azji, który wyplata z trawy morskiej albo liści palmy - nie ma maszyny, która wyplata – za koszem, torbą, kapeluszem zawsze stoi człowiek. Wartość pracy ludzkich rąk to niedoceniany i wciąż nie dyskutowany głośno temat, choć pojawiają się takie akcje jak np. „wartość szycia”.

Często ktoś mnie pyta – a ile godzin wyplata się taki kosz? Wtedy czuję przestrzeń do rozmowy i zaczynam od początku – od ręcznego ścinania materiału, na przykład sierpem/kosą ścina się słomę, a żeby ściąć rogożynę czyli pałkę wodną, trzeba wejść do stawu i spędzić tam całe godziny. To jest tak zwana „niezapłacona praca”, bo klienci od lat przyzwyczaili się, że koszyk można kupić nawet w dyskontach, za np. 20 zł. Skutkiem tego rzemieślnicy obniżają też swoje ceny, żeby w ogóle być konkurencyjni na rynku – a tak być nie może. Dużo mówimy o trwaniu rzemiosła i przekazywaniu go następnym pokoleniom – kto będzie chciał kontynuować pracę, gdzie za godziny zbierania, czyszczenia materiału i wyplatania dostanie 20-30 zł? To jest po prostu niemożliwe. Rozmawiamy też o tym z rzemieślnikami i same też dbamy o to, żeby ceny były dla nich zadowalające. Oczywiście balansujemy pomiędzy możliwościami klienta a faktyczną wartością pracy, szukamy złotych środków. Jeszcze jeden ważny aspekt jest taki, że z ogromnym smutkiem i przykrością mówię – to jest rzemiosło, które odchodzi, większość rzemieślników, z którymi współpracujemy to seniorki i seniorzy. Teraz jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, że wiklinowych koszy jest bardzo dużo, ale za 10 lat ta sytuacja bardzo się zmieni. Już teraz mamy w swoich zbiorach kosze, które są ostatnimi istniejącymi egzemplarzami – i uważamy, że również dlatego plecionkarstwo powinno być towarem ekskluzywnym. Obserwujemy ten proces też w innych krajach, często dopiero utrata czegoś uświadamia nam, jak to jest ważne. My chcemy to uprzedzić, być o krok wcześniej, mówić o tym już teraz. Na koniec wszystkich zapraszam na warsztaty – kiedy samemu wyplecie się kosz albo choć tacę z rogożyny – w ciągu kilku godzin - docenia się te produkty i patrzy na każdy kosz zupełnie inaczej! To bardzo rozwijające doświadczenie!

Punkt trzeci to dzielenie się wiedzą i umiejętnościami. Staracie się edukować klientów dzięki merytorycznym postom na Instagramie oraz przejrzystym opisom każdego produktu w waszym sklepie, dzięki którym można się dowiedzieć, w jaki sposób każda rzecz trafiła do waszej oferty, jak i przez kogo została zrobiona. Czy możecie opowiedzieć nieco więcej o warsztatach, które organizujecie oraz innych formach dzielenia się z innymi waszą wiedzą i doświadczeniem z zakresu plecionkarstwa?
Z przyjemnością, bo każde warsztaty to dla nas wielka przyjemność dzielenia się zgromadzoną wiedzą i pasją. Przez tych 13 lat zorganizowałyśmy już ich mnóstwo – kiedyś próbowałam to policzyć, ale nie udało mi się (śmiech). Dzielenie się wiedzą o plecionkarstwie polskim i światowym to nasza misja i też nasza codzienna praca – warsztaty, wykłady, prelekcje online, webinary, pokazy i wszystkie inne możliwe formy przekazu wiedzy. Warsztaty prowadzimy dla grup ale też indywidualne – można z nami nauczyć się wyplatać z bardzo nieoczywistych materiałów – z ręcznie ścinanej słomy, z unikatowej rogożyny (czyli pałki wodnej) ale też z bardziej popularnej wikliny. Czasami mamy też warsztaty wyjątkowe – np. wyplatanie z korzenia świerka. Przez lata same szkoliłyśmy swoje umiejętności i teraz już prowadzimy warsztaty kompleksowo. Co to znaczy? Po pierwsze - mamy gotowe do wyplatania materiały, takie jak pałka wodna, słoma czy wiklina, których pozyskanie wcale nie jest proste. Ścinka pałki wodnej czyli tzw. „rogożynowe żniwa” to ogromne przedsięwzięcie i pierwszy raz zrealizowałyśmy ją w 2019 roku! To daje nam dostęp do materiału ścinanego ręcznie, dobrej jakości – uczestnicy nie muszą szukać go w stawie, jest już przez nas przygotowany. Warto też wspomnieć, że słomę żytnią do wyplatania wcale nie tak łatwo zdobyć, trzeba ją też ściąć ręcznie i przygotować, ale też i rolników uprawiających żyto jest coraz mniej. Poddałyśmy też procesowi projektowania narzędzia naszych mistrzów – zwykle przygotowywali je sobie sami, swoimi siłami – i mamy specjalne igły do wyplatania ze słomy i z rogożyny, drewniane formy. Dlatego teraz już możemy zapraszać na warsztaty, gdzie wszystko mamy dostępne, materiały, narzędzia, opowieści, kosze, naukę techniki i przyjemną atmosferę. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą odpocząć przy wyplatania i spróbować tego rzemiosła do Cieszyna, gdzie mamy piękną salę warsztatową. Ale też działamy w całej Polsce (i nie tylko), mamy grupę instruktorów i instruktorek i dojeżdżamy do każdego miejsca, które zamówi warsztaty dla grupy. Czasem prowadzimy warsztaty grupowe mistrzowskie z mistrzynią lub mistrzem, wtedy stajemy się dodatkowo łącznikiem i przekaźnikiem – mistrzowie są świetnymi plecionkarzami, ale nie wszyscy są też nauczycielami. Pilnujemy wtedy każdego etapu pracy, pomagamy jako prawa i lewa ręka, czasem też tłumaczymy dla osób z innych krajów, którzy przyjeżdżają do naszych mistrzów. Jak to wszystko opowiadam po kolei to uświadamiam sobie po raz kolejny jaka to była długa i złożona droga do takich warsztatów, jakie teraz możemy proponować, cieszymy się więc za każdym razem, kiedy ktoś chce tę wiedzę zdobyć!

Choć na samym początku plecionkarstwo pełniło ściśle utylitarną funkcję, a z wikliny konstruowano sieci samołowne, więcierze do łowienia ryb, ule, łubianki oraz oczywiście kosze, to plecionkarze dbali także o ich walory estetyczne, szczególnie w wyplatanych ze słomy obrzędowych niedźwiedziach czy „dziadach śmiguśnych”. W latach 60. XX w. Władysław Wołkowski, projektował niezwykłe i wielokrotnie nagradzane za granicą, meble z wikliny, a w Polsce popularne były słomiane maty wieszane nad łóżkiem. W waszym sklepie również pojawiają się bardziej osadzone we współczesnym wzornictwie projekty, jak chociażby słomokulka. Czy myślicie o tym, żeby rozszerzyć waszą ofertę właśnie o takie produkty? Bardziej dekoracyjne, a mniej praktyczne.
Uwielbiamy Wołkowskiego i zawsze polecamy jego muzeum w Olkuszu! Tak, myślimy o tym dużo, zwłaszcza podczas warsztatów, które prowadzimy dla Akademii Sztuk Pięknych – współpracowałyśmy już m.in. z Wydziałem Form Przemysłowych w Krakowie, a teraz mamy współpracę z ASP w Katowicach. Kiedy widzimy pomysły studentów i studentek bardzo mamy chęć na nowoczesne produkty – widzimy też w takich nowych drogach trwanie rzemiosła. Po współpracy z dr. hab. Anną Szwają, z którą razem przygotowałyśmy cykl warsztatów dla studentów w Krakowie, prezentowałyśmy efekty na wystawie „Sploty na fali” oraz na innych wystawach – można było je zobaczyć na festiwalach designu jak Łódź Design Festiwal czy Gdynia Design Days. Widzimy podczas takich wydarzeń jak plecionkarstwo wzbudza zainteresowanie, jak jest potrzebne i widzimy w tym również jego przyszłość, współpracujemy też z grupą Nów. Nowe Rzemiosło.

Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)Warsztaty wyplatania z rogożyny Serfenta Cieszyn (Fot. Bartek Tabak/materiały prasowe Serfenty)

Z jednej strony szukamy zupełnie nowych dróg dla tradycyjnych form – na przykład wspomniana słomokulka to kosz przeprojektowany przez nas. Z tradycyjnego kształtu zmieniłyśmy go w wygodną osłonkę dla domowych roślin zielonych – słoma w zestawieniu z nimi pięknie wygląda. Ostatnio zaczęłyśmy też współpracę z firmą Wave Wood dla której projektujemy i zmieniamy tradycyjny produkt - rogożynowe klasyczne kapelusze przeprojektowuję w nowoczesne i modne daszki do plażowania i surfowania. To jest bardzo ciekawa droga dla rzemiosła, chcemy nią iść. Zwracamy też uwagę na produkty ponadczasowe – np. najbardziej klasyczna torba shopper z rogożyny wygląda absolutnie nowocześnie i stylowo we współczesnych, modnych aranżacjach, pomimo że jest koszem tradycyjnym. Takie „mixy” też lubimy!

W książce Doroty Borodaj „Ręcznie zrobione” znalazłam takie zdanie, które powiedziałaś. „Plecionkarstwo jest bardzo sensualne. Każdy materiał ma swój charakterystyczny zapach i specyficzną fakturę. Nawet jeśli dobrze go już poznasz, to potrafi zaskoczyć, jakby czuł, czy jesteś zrelaksowana, czy siadasz do pracy napięta i zaczynasz się siłować”. Czego, oprócz samego rzemiosła, nauczyło cię plecionkarstwo?
Ciekawe pytanie! Uważam, że wyplatanie pobudza wszystkie zmysły. Faktury, dźwięki, zapachy, dotykanie przez wiele godzin naturalnego materiału – to wszystko ma wpływ na osobę wyplatającą. Plecionkarstwo nauczyło mnie, że głowa może odpocząć, kiedy ręce pracują – w tych szybkich i napiętych czasach, a także w czasie pandemii i wzmożonego kontaktu online, to jest naprawdę bardzo potrzebne, odprężające i dające spokój. Kiedy prowadzę warsztaty wsysa mnie w inną czasoprzestrzeń i nie zauważam, kiedy mijają godziny. Przypominam często uczestniczkom i uczestnikom, żeby coś pili, bo jak się wkręcą, to zapominają pic i jeść! Po pierwszych chwilach, kiedy ma się wrażenie „nie umiem” nagle pyk! i ręce łapią rytm. To jest wspaniały i przyjemny moment. Co ciekawe prowadzenie warsztatów i obserwacje uczestniczek i uczestników dały mi taką refleksję – wyplatanie jest też trochę terapią. Może to zabrzmi śmiesznie, ale przychodzimy na warsztaty z różnymi oczekiwaniami – względem siebie. Chcemy, żeby wyszło od razu idealnie, tak jak mistrzyni, która wyplata od 40 lat. No i wtedy się spinamy, mocujemy z materiałem – a to nie jest rzemiosło siłowe. To jest rzemiosło na… odpuszczenie i wyczucie. Trzeba sobie odpuścić perfekcyjność i pozwolić sobie na błędy i eksperymenty, a na koniec siebie pochwalić – zrobiłaś, zrobiłeś swój pierwszy w życiu kosz! Świetnie Ci poszło, jest najpiękniejszy! Tego mnie nauczyło plecionkarstwo – nic na siłę. Zapraszam na warsztaty, chciałabym się tym doświadczeniem podzielić z jak największą grupą ludzi i pokazać im, jak przez pracę rąk docieramy do spokoju serca.

  1. Styl Życia

Medytacja pisana

Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Zofia Wichłacz, aktorka, laureatka Złotych Lwów na festiwalu filmowym w Gdyni. Można ją oglądać w serialu „Pisarze. Serial na krótko” (Canal+). Skończyła zdjęcia do drugiego sezonu „Rojsta” oraz do serialu „Warszawianka” (HBO). (Fot. Aleksandra Loska-Pawlęga; archiwum domowe)
Notes i długopis to narzędzie do porannego ćwiczenia, które oczyszcza, przynosi spokój i pobudza kreatywność. Zofia Wichłacz praktykuje je od roku i twierdzi, że działa.

Staram się zawsze – zarówno gdy jestem w domu, jak i gdy podróżuję – mieć przy sobie, a właściwie przy łóżku, notatnik i długopis. To taki niezbędnik, potrzebny do wykonania ćwiczenia, które nazywa się „poranne strony”. Zaczerpnęłam je z książki Julii Cameron „Droga artysty”, nawiasem mówiąc, byłej żony Martina Scorsesego. Tytuł jest nieco zwodniczy, nie należy się nim sugerować, bo książka jest adresowana nie tylko do artystów, ale do każdego, kto chce obudzić w sobie kreatywność.

„Poranne strony” to jedno z pierwszych ćwiczeń, jakie proponuje autorka. Polega ono na tym, żeby tuż po przebudzeniu, zanim wstanie się z łóżka, sięgnąć po notatnik i długopis i spisać myśli, jakie przychodzą nam do głowy. To może być opis snu, widoku za oknem, swoich lęków, obaw, stanu, przeżyć, pomysłów. Mamy za zadanie zapisać trzy kartki, bez zastanowienia, przemyślenia, bez cyzelowania myśli, kontroli, oceniania. Piszemy to, co nam w duszy gra, co dyktuje długopis. To ma być trochę taka medytacja pisana, oczyszczenie umysłu. Autorka uważa, że wyrzucenie z siebie strumienia myśli zaraz po przebudzeniu czyści nas z wewnętrznego krytyka, który w ciągu dnia nas się czepia i ocenia. Dlaczego rano? Bo jeszcze nie sięgnęliśmy po telefon, jeszcze nie zainfekowaliśmy się złymi informacjami. Rano lepiej puszcza się kontrolę, podłącza się do prawdziwego „ja”. No i dobrze jest robić to właśnie wtedy, żeby mieć lepszy dzień.
Zapisanie trzech kartek zajmuje od 15 minut do pół godziny. Robię to mniej więcej od roku. Bardzo zależy mi na regularności, choć wiadomo, że nie zawsze się udaje. Ale staram się wracać do tej praktyki i od niej zaczynać każdy dzień. Widzę, że procentuje. Daje spokój, uwalnia głowę, a poza tym… dyscyplinuje.

Właściwie nie przywiązuję wagi do notesu, może być w linię, kratkę, z czystymi kartkami. Najważniejsze jest pisanie. Piszę szybko i tak niewyraźnie, że potem trudno mi przeczytać samą siebie. Nie robię więc tego. Także dlatego, że autorka przestrzega, żeby – zwłaszcza na początku przygody z ćwiczeniem – nie wracać do swoich zapisków, nie analizować. Po zapisaniu notesu pozbywam się go, tak jak wielu rzeczy. Nie jestem typem zbieraczki, lubię porządkować przestrzeń, więc notesów też nie zbieram. Tym bardziej że nie ma w nim żadnych literackich rozprawek, a jest tylko potok słów. Do przemyślanego pisania mam zupełnie inny notes. 

  1. Styl Życia

Kolory lata w dodatkach do domu

Fot. https://unsplash.com/
Fot. https://unsplash.com/
Mocne barwy i wyraziste wzory królują nie tylko w letniej modzie. Także wystrój wnętrz, zmienia się w lecie, przyciągając uwagę soczystymi kolorami i roślinnymi motywami, które wprowadzają beztroski charakter wakacji.

Kolorowe dodatki do domu – co jest modne tego lata?

Poszewki na poduszki w kolorze koralowym, czy intensywnej żółci, to coś, co na pewno ożywi nasze wnętrze latem i sprawi, że już od progu będziemy w dobrym humorze. A jeśli do tego na poszewce pojawi się kolorowa papuga – wakacyjny nastrój murowany.

Myślisz, że nic nie jest w stanie ożywić twojego szarego salonu? Nie wypróbowałeś żółtych poduszek z Pepco z motywem kwiatów, które zestawione ze stolikiem kawowym w tym samym kolorze mogą zupełnie odmienić twoje wnętrze i wnieść do niego prawdziwy powiew lata. Nie masz ochoty kupować nowego stolika? Nie szkodzi. Zawsze możesz położyć na stół żółtą matę, która go rozjaśni. Do tego dokup pokrowce na krzesła i zobacz, jak twój salon rozkwita, a wraz z nim wzrasta poziom twojego dobrego humoru. Kolor żółty podniesie nie tylko twój nastrój, ale i poziom dobrej energii. Jest on bowiem tą barwą, która ożywia i aktywizuje do działania. Jeśli czujesz, że po pracy najchętniej leżałbyś tylko na kanapie, postaw na słoneczny kolor w dodatkach (w nadmiarze, np. położony na wszystkich ścianach – mógłby cię przytłoczyć). Jasna, ale niezbyt intensywna żółć pozytywnie będzie działać na twój system nerwowy, wzmocni go a ciebie pobudzi do działania.

Z czym jeszcze kojarzy się nam lato? Z morzem, a więc kolorem niebieskim. W mieszkaniu doskonale komponuje się on z białą barwą. Gdy zaaranżujemy nasze wnętrze w biało-niebieskich kolorach możemy uzyskać albo marynistyczny efekt lub też nawiązać do greckich wysepek, chociażby Santorini, której białe domki na tle niebieskiego Morza Egejskiego znane są z pocztówek i zdjęć w folderach na całym świecie. Kochasz Grecję? Spróbuj więc za pomocą sprytnych trików przenieść ją do domu. Śródziemnomorskie klimaty to powiewne jasne tkaniny, moskitiery, połączone z prostymi, wyrazistymi w kolorze meblami barwy białej lub niebieskiej. Do tego idealnie pasuje niebieski dywanik pod kanapą lub lekka, półprzezroczysta zastawa w kolorze błękitu. Jeśli planujesz letnie przyjęcie, tego typu zestaw naczyń, z barwionego szkła, przyda ci się nie tylko, jeśli urządzasz domówkę. Równie pięknie będzie prezentował się on na ogrodowym party, na jasnym stole, do którego przysunięte zostaną np. wiklinowe krzesła.

Fot. https://unsplash.com/Fot. https://unsplash.com/

Kiedy żar leje się z nieba, dobrze ukryć się w zacienionym salonie i uciąć sobie małą drzemkę. A jeśli drzemka ta odbywa się w prawdziwej dżungli – relaks zapewniony. Aby stworzyć sobie tego typu dżunglę, zwykle potrzeba dużej liczby roślin. Nie każdy ma jednak czas i umiejętności, by przez cały rok doglądać zieleni w doniczkach. Rozwiązaniem są tu sztuczne roślinki, które do złudzenia przypominają prawdziwe, a przy tym nie wymagają podlewania. Poza tym tropikalną roślinność można stworzyć sobie jeszcze w inny sposób – za pomocą dodatków w postaci tekstyliów z nadrukowanymi liśćmi palm oraz egzotycznymi ptakami. Motywy roślinne wciąż nie wychodzą z mody, dlatego w sklepach nie brakuje poduszek z tropikalną roślinnością ani też ozdobnych pudełek, na których widnieją papugi. Nie brak też dekoracyjnych figurek w kształcie egzotycznych zwierząt typu nosorożec, czy też innych ozdób nawiązujących do atmosfery gorącej Afryki.

>> W najnowszej kolekcji Pepco żar tropików bez problemu znajdziesz wszystkie niezbędne dodatki do domu.

Akcesoria do domu i na balkon – czyli jak urządzić letnią imprezę w najlepszym stylu

Fot. https://unsplash.com/Fot. https://unsplash.com/

Marzy ci się mini-party na balkonie, ale nie wiesz, jak zaaranżować przestrzeń, żeby wszyscy czuli się komfortowo, a beztroski nastrój udzielił się już od wejścia? Wypróbuj sprawdzone patenty na wprowadzenie dużej liczby poduch, na których przyjemnie będzie się oprzeć w wiklinowym fotelu lub na składanym krześle. Do tego zapewnij gościom prawdziwą ucztę dla oczu w postaci kolorowych akcesoriów, które będą tak soczyste w barwie jak owoce królujące na stołach letnią porą. W tym celu wybierz obrus z ceraty z motywem tropików lub jednolity obrus, który obciążysz, dla lepszego efektu i zabezpieczenia przed sfrunięciem – kolorowymi obciążnikami w postaci różowych flamingów czy też żółtych cytryn. Do tego dobierz kolorowe naczynia – różnobarwne szklanki do soku oraz duży, szklany słój na wodę (lub inny napój) z motywem tropikalnej dżungli (dostępny w najnowszej kolekcji Pepco).

Nie zapominaj o detalach takich jak barwne otwieracze do butelek, czy mieszadełka do drinków w najróżniejszych odcieniach. Co jeszcze nada twojej imprezie bardziej wakacyjnego tonu? Oczywiście lody w cukierkowych opakowaniach albo w formie kolorowej tuby lub też przezroczystych pojemniczków z patyczkami w kształcie różowego flaminga lub niebieskiego misia (wszystko dostępne w najnowszej kolekcji Pepco). Metalowy koszyk na owoce też powinien działać na wyobraźnię. Dlatego nie kupuj go w jakimś mdłym kolorze, lecz pójdź w róż lub inny odcień, który podkreśli zabawowy charakter całego przyjęcia.

>> Najciekawsze propozycje znajdziesz na stronie Pepco

Dekoracja do domu na lato? Kwiaty w wazonie

Nic tak nie ozdobi wnętrza twojego mieszkania w lecie jak kwiaty. Świeżo ścięte, ustawione w wazonie są najlepszą dekoracją domu. Dzięki nim wprowadzisz do domu powiew świeżości i zadbasz o przyjemną atmosferę. Kiedy ty i domownicy potrzebować będziecie energii i zapragniecie odrobiny słońca w mieszkaniu, wstaw do wazonu żółte mieczyki, a kiedy najdzie cię na odrobinę romantyzmu, wybierz czerwone róże. Jeśli ścinasz kwiaty z własnego ogródka, pamiętaj, że najlepiej robić to wczesnym rankiem. Przed włożeniem należy jednak łodygi przyciąć pod kątem i najlepiej pod strumieniem bieżącej wody. Dlaczego? Bo to zapobiegnie przedostawaniu się do rośliny pęcherzyków powietrza i opóźni proces więdnięcia. Jaka woda będzie najkorzystniejsza do wazonu? Letnia, czyli w temperaturze 30 stopni. Jeśli chcesz przedłużyć żywotność kwiatów, wstaw do wazonu specjalne substancje pokarmowe oraz substancje dezynfekujące, które nabędziesz w kwiaciarni.

Fot. https://unsplash.com/Fot. https://unsplash.com/

A co zrobić kiedy nie masz talentu do hodowania kwiatów, a bardzo chcesz ozdobić nimi pokój? Możesz zdecydować się na sztuczne kwiaty, które do złudzenia będą przypominać te prawdziwe. W Pepco możesz już zakupić kwiat kwitnącej magnolii lub gałązkę chryzantemy, która przepięknie będzie wyglądać w szklanym wazonie. Można tam nabyć również bukiet wiosennych kwiatów z dekoracyjnymi dodatkami lub tulipanów w najróżniejszych kolorach. Kiedy umieścisz te kwietne kompozycje na stole, sprawisz, że całe wnętrze się ożywi i będzie ci przypominać, że trwa najpiękniejsza pora roku – czyli lato – i warto z jej uroków korzystać.

  1. Styl Życia

Ubranie jak druga skóra – rozmowa z projektantką Moniką Kamińską

– Ukochanie siebie to zadbanie o siebie z każdej strony. Skoro sprawdzamy skład rzeczy, które jemy, możemy sprawdzać również skład tego, co nosimy – mówi Monika Kamińska, projektantka i właścicielka butiku przy ul. Niecałej 7 w Warszawie. (Fot. Anna Ulanicka)
– Ukochanie siebie to zadbanie o siebie z każdej strony. Skoro sprawdzamy skład rzeczy, które jemy, możemy sprawdzać również skład tego, co nosimy – mówi Monika Kamińska, projektantka i właścicielka butiku przy ul. Niecałej 7 w Warszawie. (Fot. Anna Ulanicka)
Dbanie o swoje ciało to nie tylko zabiegi w SPA, ale również ubieranie je we właściwe rozmiary i materiały, które pozwalają mu oddychać – przekonuje projektantka Monika Kamińska.

Po co, a może też kiedy przychodzą do pani pracowni kobiety?
Zwykle pojawiają się, kiedy mają już dość niedopasowanych ubrań i związanej z tym niewygody. Dość chodzenia w plastikowych ubraniach z poliestru, akrylu czy poliamidu i szukają czegoś, co jest przyjazne dla skóry. A my szyjemy wszystko z naturalnych tkanin.

Dbanie o swoje ciało to nie tylko zabiegi w SPA, ale również ubieranie je w materiały, które pozwalają mu oddychać. Syntetyczne włókna często powodują podrażnienia lub wysypki, dlatego lepiej ich unikać, sprawdzać metki. Wtedy dajemy swojemu ciału naprawdę dużo dobrego.

Czyli podstawa to materiał. A co z tych naturalnych tkanin chcą zwykle szyć klientki?
Wiele kobiet chce podkreślić strojem swoją wypracowaną sylwetkę, jak mówią: nie po to schudły, żeby zakładać na siebie worek. Chociaż sama uwielbiam oversize, to rozumiem takie podejście. Warto jednak pamiętać, żeby nie przeginać w drugą stronę i nie wciskać się na siłę w za małe ubrania. To nie służy ani naszej głowie, ani ciału.

Czy pani klientki dostrzegają swoje atuty czy może widzą tylko wady?
Niestety, przeważa ta druga opcja. Na dodatek w 99 proc. są to jakieś mankamenty kompletnie wyimaginowane. Bardzo przykro tego słuchać. Kobiety chcą czasem nawet ukryć swoje kolana. Choć nie mieszkają w Pałacu Buckingham, żeby musieć je zakrywać. Na drugim miejscu zawsze pojawiają się tzw. pelikany, czyli obwisłe ramiona. Zarzuty mają do każdej części ciała: od za krótkiej szyi, przez za szerokie plecy, aż do zbyt masywnych kostek u nóg, to zresztą podobno był też problem Marilyn Monroe.

W przymierzalni raczej nie słyszę: „Mam pięknie zarysowane kości obojczykowe, więc chciałabym bluzkę z większym dekoltem”. Jest raczej odwrotnie: „Proszę ukryć mi dekolt, bo mam tutaj niesymetrycznie ustawioną kostkę”. Kobiety potrafią wymyślić dosłownie wszystko. Celowo używam tego słowa „wymyślić”, bo patrząc z zewnątrz, tych mankamentów nie dostrzegamy.

A czy wstydzą się swojego ciała? Wstydzą się przed panią rozebrać?
W sklepie oczywiście nie istnieje ten problem, bo korzystamy z przebieralni. Do samego zdjęcia wymiarów nie trzeba się aż tak rozbierać, ponieważ my potrzebujemy wymiarów krawieckich, a nie wymiarów ciała. One zawsze są większe i przewidują pewien zapas. Więc można mierzyć się w dopasowanym ubraniu, nie trzeba stać nago. Ale moje obserwacje z życia pokazują, że jednak się wstydzimy. Kiedy jeszcze można było chodzić na siłownię czy basen, to zaobserwowałam, że wiele kobiet nie przebiera się bezpośrednio na ławce przy szafkach, tylko idzie do przebieralni lub do toalety. Nie wiem, czy to wstyd przed sobą czy przed innymi kobietami, ale jest to dość popularne zjawisko. Zresztą podobnie jest w saunie. W Polsce bardzo dużo osób wchodzi do sauny w kostiumie, czego nie powinno się w ogóle robić, dodatkowo owija się ręcznikiem, na którym powinno się tylko siedzieć. Może jesteśmy dość wstydliwym narodem. Ciągle coś ukrywamy albo przed sobą, albo przed światem.

A przecież coraz więcej mówi się o ciałopozytywności i akceptacji tego, co mamy, dostrzegania siły naszego ciała, jego możliwości...
Od deklaracji do prawdziwego życia jest daleka droga. Na razie nie obserwuję jakiejś zmiany postrzegania siebie u moich klientek. Faktycznie coraz więcej influencerek na Instagramie porusza tę kwestię. Ale zauważyłam też, że ciałopozytywność skręca w jedną stronę. Uczymy się kochać nasze krągłości, kobiece biodra, biusty, całe ciało wraz z jego niedoskonałościami, a z drugiej strony odbiera się szczupłym osobom prawo do bycia ciałopozytywnymi, tak jakby one nie mogły mieć kompleksów. Uwagę na to zwraca influencerka Kate Zach, która mówi o akceptacji swojego ciała, a spada na nią wiele krytyki, ponieważ jest bardzo szczupła... Tak jakby ciałopozytywność funkcjonowała od pewnego rozmiaru.

W Internecie niestety łatwo kogoś skrytykować...
To właśnie komentarze pod zdjęciami lub jakaś rzucona przez kogoś uwaga w dużej mierze przyczyniają się do kompleksów. Pod swoimi zdjęciami znajdowałam wpisy typu: „tyle ćwiczy, a nadal gruba”, a miałam wtedy rozmiar M. Można nawet nie mieć kompleksów, ale się o nich dowiedzieć od „życzliwych” osób.

Ja jeżdżę na rolkach, a w zimę na panczenach. Wrzuciłam zdjęcia panczenistek z olimpiady i dostałam bardzo dużo wiadomości w stylu: „czy widziałaś, jakie one mają uda?!". Pokazałam wysportowane zawodniczki, które w bardzo trudnej dyscyplinie osiągnęły wiele, a i tak najważniejsze były ich uda... Rzeczywiście mnie od treningów też rozrosły się mięśnie i zmienił się rozmiar ubrania, i wiele osób było zaniepokojonych faktem, że jeszcze trochę i będę nosiła XL, tak jakby było w tym coś złego.

No właśnie panuje u nas kult rozmiaru, a dokładnie literki lub cyferki na metce. Dla wielu kobiet bardzo ważne jest, żeby zmieścić się w S.
Niektóre klientki na siłę wciskają się w za małe ubrania, tylko dlatego, że uważają, że skoro całe życie nosiły rozmiar M, to jeśli założą L, będzie to znaczyło, że przyznają się do porażki. Kupują więc ciągle M, ledwo się zapinają i nie mają świadomości, że gorzej wygląda się w za małym rozmiarze, niż w prawidłowo dobranym, nawet większym.

Wiele osób ta rozmiarówka w sklepach wpędza w kompleksy, bo nie pasują do niej. Mają nietypowe wymiary w pewnych miejscach, np. szersze biodra, większy biust lub są bardzo drobne.
To normalne, że możemy mieć inny rozmiar na górze, a inny na dole. Trzeba to zaakceptować. U nas wszelkie garnitury, komplety można kupić oddzielnie (i dół, i górę) i pomieszać rozmiary. Oczywiście zawsze można również uszyć na miarę, ale każde gotowe ubranie można też dopasować do sylwetki. Jak ktoś ma szersze biodra, a wąską talię, to naprawdę wystarczy prosta poprawka krawiecka: złapanie dwóch zaszewek; spodnie też szyjemy z zapasem, więc można je bez problemu wydłużyć. Nie ma nic nienormalnego w tym, że nie pasujemy do uśrednionej rozmiarówki. Takie poprawki wykonamy w każdym punkcie krawieckim, szybko i tanio, a zwiększy to komfort noszenia rzeczy.

Często jednak do tego krawca nie trafiamy, za to latami nosimy „nie swój” rozmiar.
Mamy tendencję do noszenia za dużych rzeczy, by się w nich ukryć, i nie myślę tu o kroju oversize, który jest czymś celowo powiększonym w każdym rozmiarze. Od razu kiedy ktoś wchodzi do butiku na spotkanie, w ciele widać, że czuje się niekomfortowo ze sobą, bo to nie jest prosty, pewny siebie chód. Sylwetka jest zwykle przygarbiona, ramiona pochylone do przodu. Zdarza się też często, że kiedy ktoś ma większy biust i próbuje to zamaskować albo zakłada za małą bluzkę, to nie ma jak normalnie się wyprostować, a nawet oddychać. Zresztą nawet noszenie za wąskich spodni wpływa na nasz oddech, wręcz uniemożliwia normalne oddychanie. Jestem z wykształcenia logopedą i znam ten problem od strony technicznej. Chodzi o to, że nie możemy wziąć poprawnego oddechu brzuszno-żebrowego, więc oddech staje się płytki, a nasz brzuch wzdęty. Ktoś nosi za małe spodnie, żeby ukryć brzuch, a w rezultacie jeszcze go powiększa.

Czy można powiedzieć, że osoby bardziej pewne siebie noszą rzeczy bardziej podkreślające figurę?
Aż tak nie możemy generalizować. Mamy teraz tyle trendów i taką modę, że właściwie codziennie możemy wyglądać inaczej. Ubieramy się zgodnie z naszym nastrojem. Często klientka w poniedziałek przychodzi do nas w dopasowanym garniturze, a w środę – w oversize'owym dresie. Wszystko zależy od jej planu dnia i nastroju.

A kolory? Podobno kiedy zaakceptujemy siebie, to często zaczynamy nosić się bardziej kolorowo. Wiele osób wybiera czarny, żeby się ukryć...
Z tym też różnie bywa, bo często wybiera się to rozwiązanie także wtedy, gdy mamy dość podejmowania decyzji – na przykład w przypadku przedsiębiorców. Nasze klientki stają się coraz bardziej odważne, co zauważyliśmy po przeanalizowaniu sprzedaży w firmie. Jeszcze cztery, pięć lat temu wraz z nadchodzącą jesienią najlepiej sprzedającym się kolorem stawała się szarość, a dziś szary sprzedaje się najgorzej. Wyprzedziły go biały, czerwony, zielony, a nawet pomarańczowy. Jednak nasze ulice jeszcze nie tryskają barwami. Są raczej szarobure, choć też większość Polek, biorąc pod uwagę analizę kolorystyczną, jest latem, więc w tych szarościach po prostu dobrze wygląda.

Czy ubranie uszyte na miarę zmienia podejście do własnego wyglądu? Czy jest formą zadbania o siebie? Ukochania siebie?
Przyznam, że większość zamówień szycia na miarę nie bierze się stąd, że ktoś chce jakoś szczególnie dopasować ubranie do sylwetki, a raczej dlatego, że chce zrealizować swoje wizje modowe. Ale tak, w odpowiednio dobranym stroju czujemy się dobrze, nic nas nie uwiera, nic nam nie przeszkadza.

Ukochanie siebie to zadbanie o siebie z każdej strony. Skoro sprawdzamy skład rzeczy, które jemy, możemy sprawdzać również skład tego, co nosimy. Wybierajmy tkaniny, które są przyjazne dla ciała, w których nasza skóra może oddychać. Ale również bierzmy pod uwagę ilość tego, co jemy – nie głodzimy się, ale też nie przejadamy. Podobnie nie nośmy czegoś za dużego ani za małego.

Monika Kamińska, właścicielka butiku przy ulicy Niecałej 7 w Warszawie, w którym oferuje ubrania, buty i akcesoria ready-to-wear oraz usługę szycia na miarę, www.monikakaminska.pl.