1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zwyczajne szczęście – felieton Tomasza Sobierajskiego

Zwyczajne szczęście – felieton Tomasza Sobierajskiego

fot.123rf
fot.123rf
Mamy tendencję do tego, żeby szukać szczęścia gdzieś daleko – za górami, lasami, za oceanem. Tak jak to się dzieje w bajkach. Wydaje nam się, że musimy przebyć szmat drogi, żeby znaleźć miłość, ciepło, spełnienie. Nie zwracamy uwagi na to, co jest blisko nas, na wyciągnięcie ręki.

Zaliczyła sesję w pierwszym możliwym terminie. Poprosiła babcię Stefę o pożyczkę, której i tak nigdy nie zamierzała zwrócić. O tym wiedziała i ona, i babcia Stefa. To był taki ich kod. Rozumiały się bez słów. Liczyła się przede wszystkim miłość. A babcia Stefa bardzo ją kochała. W dzieciństwie robiła dla niej racuchy i całowała starte kolana, żeby mniej bolały. Pieniądze wobec tej miłości nie miały żadnego znaczenia, nawet jeśli dla wnuczki pozbywała się swoich zaskórniaków. Babcia Stefa poszła do „maryjnego”, czyli odświętnie urządzonego pokoju, w którym nie mieszkał nikt oprócz wielkiego obrazu Matki Boskiej. I do którego wchodziło się tylko z okazji niedzieli, żeby wziąć świeżą pościel lub niedzielne ubranie – z szafy, w której wisiały jeszcze garnitury nieboszczyka męża. Babcia Stefa otworzyła drzwi starego, niepraktycznego mebla. Szafa jęknęła głośno, jakby ktoś obudził ją z głębokiego snu. Spod pościeli na górnej półce wyciągnęła zwitek banknotów. Pieniądze były podzielone na dwie kupki. Jedna przeznaczona była na pogrzeb, a druga na ślub i wesele wnuczki. Czekały tam już bardzo długo. Liczyła, że wnuczka wyjdzie za mąż zaraz po maturze. Ale teraz młodzi nie chcą się żenić. Gania ich po świecie. Szukają nie wiadomo czego. Nie to co ona z Józinkiem. Nie kochała go, jak wychodziła za niego za mąż, to prawda, ale potem pokochali się i nie potrafiła bez niego żyć. Po śmierci Józinka czuła, jakby połowa jej poszła z nim do grobu. Otarła łzę z wysuszonego starością oka, pogłaskała zdjęcie Józinka, jak zwykle lękliwie popatrzyła na Maryjkę i powłócząc nogami, poszła do kuchni, żeby dać pieniądze wnuczce. – A na pewno dobrze ci będzie w tej Ameryce, dziecko? – Dobrze, babciu, nie przejmuj się – odpowiedziała, całując babcię w pergaminowy policzek i odbierając od niej pieniądze. – Zwrócę, jak tylko będę mogła.

Chciała w to wierzyć. Miesiąc wcześniej znalazła w Internecie ogłoszenie o tym, że bogata rodzina na Long Island potrzebuje opiekunki do dziecka. Zapewniają wyżywienie, zakwaterowanie i dobrą płacę. Przylecieć musiała na swój koszt. Nie zastanawiała się długo. Taka okazja może się nie trafić, a nie chciała spędzać kolejnych wakacji na zbieraniu czereśni i śliwek, z czego potem i tak nic nie miała, bo chłop małorolny zawsze oszukiwał swoich sezonowych pracowników, wypłacając im połowę umówionej stawki, narzekając przy tym na rząd. Bo gdyby chociaż żył Lepper: „O! On to rolnikowi nie dał krzywdy zrobić. Swój chłop”.

Rodzice nie przejęli się zbytnio jej pomysłem. Ojciec sadził kolejne drzewa na działce, a matka zajęta była jak zwykle sobą, utyskując na zgniły świat i na to, że nikt jej nie rozumie. Na szczęście była jeszcze babcia Stefa, która zawsze potrafiła wybawić ją z opresji.

– Zobaczysz, babciu – mówiła przez telefon – zarobię tam bardzo dużo pieniędzy i jak wrócę, to wyremontujemy dach w letniaku. – A co mi tam dach, dziecko – odpowiadała babcia Stefa. – Mnie to trzeba prędzej trumnę kupić, niż dach reperować.

Wstała rano, zrobiła kanapki na drogę. Kupiła wodę, jogurt i sok. Pojechała na lotnisko. Pani przy bramce powiedziała: „Albo pani to wypije, albo wyrzucamy”. Jak miała wypić? 3 litry? Tu? Teraz? Pokręciła głową na takie marnotrawstwo. Kazali jej zdjąć z siebie niemal wszystko. Na boso przebiegła po brudnej posadzce, bo tak jej kazał groźny pan za bramką. Przez rękaw dostała się do samolotu, zajęła miejsce i… zasnęła. Przespała prawie całą drogę. Była zła na siebie, bo tyle po drodze mogła zobaczyć, a jak się obudziła, to były same chmury. Też ładne. Różne, płaskie i puchate.

Wieczorem wylądowała w Nowym Jorku. Dostała się na Long Island, doczłapała pod wskazany adres, do rodziny, w której miała pracować. Nie zaskoczyło jej, że gospodarz minął ją w drzwiach, mówiąc, żeby odpoczęła, bo on właśnie wychodzi na kolację. Nie zdziwiła się, kiedy nie znalazła w domu żadnego dziecka – powiedzieli, że wróci za parę dni. Była trochę zaskoczona, kiedy jej pracodawczyni kazała jej przefarbować włosy na rudo, bo dziecko nie lubi blondynek. Była bardzo zaskoczona, kiedy okazało się, że jeśli chce wziąć coś z kuchni do jedzenia, to musi za to zapłacić. Uciekła dopiero trzeciego dnia, kiedy gospodarz przyprowadził do domu kolegę i obaj próbowali ją zgwałcić.

Oszołomioną, nieszczęśliwą, taką „Polish girl in tears” znalazła Stephanie, która opowiedziała mi tę historię. Zajęła się dziewczyną, okryła kocem i podarowała jej ciepło. Dziś dziewczyna jest ważną menedżerką w uznanej nowojorskiej firmie. Jedyne czego ogromnie żałuje to, że w pogoni za dalekim szczęściem nie mogła być z babcią Stefą, kiedy ta, na tapczanie w letniaku z podziurawionym dachem, chwilę przed tym, jak ostatni raz w życiu nabrała powietrza do płuc, wypowiedziała z gasnącym uśmiechem imię wnuczki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie?
Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach?
Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością?
To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość.
Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie?
Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy?
Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko?
Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania?
Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy.
Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe.
Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Prezenty - co mówią o nas i naszych relacjach? Czym się kierować przy ich wyborze?

To, jak podchodzimy do kupowania prezentów - wiele o nas mówi. (fot. iStock)
To, jak podchodzimy do kupowania prezentów - wiele o nas mówi. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pomysły na świąteczne prezenty? Futro z norek (lub ekologiczne), dobra książka, kluczyki do samochodu (o, tak!), a może wiersz napisany na zwykłej kartce? To, co dostaniesz i co dasz bliskim w te święta, jest o tyle istotne, że może powiedzieć wiele o tobie i o nich. Z dr. Tomaszem Srebnickim rozmawia Joanna Olekszyk.

Wielu z nas przed świętami szuka idealnego prezentu. Czym się kierować przy jego wyborze? Ceną, jakością, gustem obdarowywanego?
Najlepiej kierować się tym, co ten prezent ma symbolizować. Kiedy odwołujemy się do warstwy dosłownej, czyli ceny, zwykle chcemy coś komuś pokazać, na zasadzie: im droższy prezent, tym ktoś jest ważniejszy, ale niekoniecznie tak musi być. Równie dobrze może się okazać, że za powiedzmy 1000 zł kupimy rzecz, która obdarowywanemu się nie podoba albo która nic nie mówi o naszej relacji. A to moim zdaniem jest podstawą dobrego prezentu. Ma świadczyć o relacji, a jego cena, uroda czy praktyczność są sprawami drugorzędnymi. Prezent powinien mówić: „Myślę o tobie”.

Myślę, czyli kupuję ci coś, o czym kiedyś wspomniałeś mimochodem, że marzysz…?
Tak, to jeden ze sposobów, ale tych, powiedziałbym, komercyjno-materialnych. Żona przechodzi obok wystawy i zachwyca się „Boże, jakie piękne futro”, więc mąż kupuje jej potem to futro pod choinkę – proszę bardzo, czemu nie? Jeśli futro jest podkreśleniem ich bliskości. Ale równie dobrze jej wyrazem może być ręcznie napisany na karteczce typu Post-it wiersz – własny lub przepisany. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z dzieckiem, to danie mu wiersza nie byłoby dobrym pomysłem. W przypadku dzieci pokazanie ich ważności polega na uznaniu ich potrzeb, które opisują np. w listach do Świętego Mikołaja. W przypadku osób dorosłych też dobrze kierować się tym, co mówią, czyli nie kupujemy najnowszej płyty Rolling Stonesów, bo jest dobra, tylko płytę zespołu Akcent, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że go lubi. Takie wsłuchiwanie się w potrzeby drugiej osoby powinno dotyczyć kręgu ludzi nam bliskich, niekoniecznie warto wkładać tak duży wysiłek w prezent dla koleżanki z pracy. Wtedy lepiej sprawdzi się jakiś drobiazg, upominek. Dowód naszej uprzejmości czy serdeczności – kwiaty, rękawiczki, kalendarz, raczej nic osobistego.

A co z takim podejściem: kupuję prezent, kierując się tym, co ostatnio dostałam od danej osoby?
No wie pani, jeżeli ktoś mi kupuje samochód na urodziny, a może się tak zdarzyć, i jeżeli ja się czuję zobowiązany, żeby ten samochód w prezentach mu „oddać”, to może trzeba się zastanowić, czy prezent, który wiąże się z takim dyskomfortem, warto było przyjmować.

Czy to znaczy, że każdy prezent, za który chcemy się zrewanżować, jest przesadą?
Nie, dlaczego? Niektórzy dostaną jabłko i chcą się od razu odwdzięczyć…

I o czym to świadczy?
Na przykład o tym, że mają problem z przyjmowaniem sygnałów od innych, że są dla nich ważni. Od razu zastanawiają się, co może oznaczać fakt, że coś od kogoś dostali. Aby więc szybko pozbyć się tego dziwnego, niemiłego uczucia, od razu chcą zrewanżować się, oddać, nie być dłużnymi.

Z drugiej strony bywają takie prezenty, które świadomie mają wywołać takie poczucie.
Owszem, podarunki mogą być zobowiązujące. Niektórzy używają ich do tego, aby podkreślić, że to oni coś znaczą. Prezent może być też przekroczeniem pewnych granic. I myślę, że wtedy po prostu nie należy go przyjmować.

Zrobi się niemiło…
No ale twórcą tej niemiłej atmosfery jest prezentodawca, nie prezentobiorca. Myślę, że jeśli jesteśmy w dobrej relacji z kimś, kto daje nam prezent, odmowy jego przyjęcia nie powinien odebrać jako odrzucenia czy unieważnienia relacji. Tylko jako komunikat o tym, że dar jest niestosowny.

Dawanie i przyjmowanie prezentów mówi wiele o nas samych. Na przykład o gotowości do zaciągnięcia emocjonalnego długu u drugiej osoby…
Ale dlaczego pani sądzi, że prezent zaciąga jakikolwiek dług? Czy mogę dać pani kwiaty, bo bardzo panią lubię?

No, może pan…
A czy mogę dać pani na urodziny pierścionek, bo pomyślałem, że ładnie będzie pani w nim wyglądała?

Może pan, ale wtedy będę się zastanawiała, czy to czegoś nie oznacza…
No właśnie, otrzymanie prezentu jest sytuacją, w której warto sobie zadać pewne pytania. Dlaczego czuję dyskomfort? Dlaczego mam problem z przyjęciem podarunku? Dlaczego myślę, że na niego nie zasługuję? Może się też zdarzyć, że jesteśmy niezadowoleni z czyjegoś prezentu i myślimy: „Jak on mógł mi coś takiego kupić? Wcale o mnie nie myśli”. Tak jak mąż, który kupuje swojej żonie, finansistce, zafascynowanej ekonomią, książkę o motylach. I ona się obraża. Bo czuje się tym prezentem unieważniona.

Świąteczne prezenty wiele mówią o naszych relacjach. (fot. iStock) Świąteczne prezenty wiele mówią o naszych relacjach. (fot. iStock)

Nie da się ukryć, że w stosunku do osób najbliższych mamy największe oczekiwania w kwestii prezentów.
A kiedy są oczekiwania, wtedy zawsze pojawia się problem.

Ale czy można nie mieć oczekiwań?
Można, zapewniam. Kiedy mamy oczekiwania w stosunku do tego, jaki powinien być otrzymany prezent lub CZYM powinien być, jest o wiele gorzej. Lepiej uznać, że prezent jest konsekwencją, wynikiem pewnej sytuacji, jej końcem, a nie początkiem.

Czy dobrym pomysłem jest powiedzieć komuś, co chcemy dostać?
W dobrej relacji jest to nawet wskazane. W niektórych związkach panuje jednak przekonanie, że prezent ma być niespodzianką, dowodem na czyjeś uczucia i pomysłowość. Pada wtedy komunikat pod tytułem: „Domyśl się, postaraj”. A to bywa problematyczne. Mówienie sobie otwarcie o tym, co chcielibyśmy dostać, jest pewną zgodą na rezygnację z „uważniania” poprzez prezent. Dobre związki tego nie potrzebują. Myślę, że wielu czytelników, a także pani i ja, mamy takie doświadczenia, kiedy nie dostawaliśmy tego, czego chcieliśmy. Czyli mówiliśmy babci czy rodzicom, że chcemy dokładnie taki a taki samochodzik, a dostawaliśmy skarpetki w paski żółto-zielone, bo ktoś uznał, że tak dla nas będzie lepiej. Dlatego uważam, że nie ma nic złego w mówieniu, co chcielibyśmy dostać, natomiast zdrożne bywa żądanie: „jak mnie kochasz, to wiesz”.

Zgodziłby się pan z takim stwierdzeniem: jeżeli czegoś nie dostajesz, daj to sobie sam”?
Powiem tak, prawidłowo funkcjonujący człowiek jest w stanie prosić o to, co chce dostać, i poradzić sobie, kiedy tego nie dostaje, bo czasami jest tak, że ludzie nie chcą dać nam tego, czego chcemy. Stwierdzenie, które pani przytacza, jest przejawem pewnej desperacji, polegającej na tym, że zanim ktoś ukuł tę maksymę, wiele razy zapewne próbował coś od innych uzyskać, ale jakoś tego nie dostawał, co zinterpretował w taki sposób, że „ludzie są źli, nie można na nich polegać, polegaj więc na sobie”.

A co z tzw. trzymaniem się w szachu. Czyli najpierw dajemy i dajemy, ale kiedy nie dostajemy nic w zamian, włączamy blokadę. I proszę, teraz piłka jest po drugiej stronie.
W takiej sytuacji tak naprawdę nie dawaliśmy komuś, tylko sobie. I nie ma sensu mówić wtedy o bliskiej relacji.

Ale czy nie jest to – dość pokraczna wprawdzie – próba zachowania bilansu w relacji?
Dla mnie bilans w relacji to bzdura, bo opiera się na założeniu, że jej podstawą jest wymiana. A miłość to nie ekonomia.

Tymczasem książki o ekonomii miłości robią obecnie furorę…
To właśnie odzwierciedlenie choroby naszych czasów – choroby kosztów. Jestem przekonany, że ekonomiczne podchodzenie do relacji jest odzwierciedleniem jej problemów, a nie potwierdzeniem, że ona dobrze funkcjonuje. Dla mnie dowodem na dobre funkcjonowanie jest stan, gdy kocham siebie samego w relacji z drugą osobą. I jest absolutnie nieistotne, czy ten ktoś kupuje mi prezenty, czy sypia z kimś innym…

Nie jest istotne, czy zdradza?
Nie, istotne jest, czy ja jestem w tej relacji szczęśliwy. Znam wiele udanych par, dla których pójście z kimś innym do łóżka nie oznacza zdrady związku. Ale to zupełnie odrębny temat, może na inną rozmowę.

No dobrze, czyli wracając do tematu: ekonomia w miłości się nie sprawdza.
Widzi pani, ja mam problem z tą ekonomią, bo jak tu to wszystko obliczyć? Wprowadzić do tabelki w Excelu? Że ona sprząta, gotuje i zajmuje się dziećmi, a on nie. I o czym to świadczy?

Że ona daje, a on nie.
Ale daje jemu czy sobie? Dla mnie to jakiś obłęd.

Niektóre relacje kończą się właśnie z tego powodu, że jedna osoba ma poczucie, że daje za dużo, nic nie dostając.
No i oczywiście ta, która daje i się wycofuje z relacji, jest ofiarą. A ta, która nie daje, jest tą złą. Tylko czy osoba, która tak daje i daje, zastanowi się w ogóle, czy swoim dawaniem nie krzywdzi tego drugiego człowieka? Bo to, że już w połogu robi mężowi obiad i odbiera starsze dziecko ze szkoły, a potem mówi, że tak o niego dbała – to nie jest dawanie, tylko przejaw kłopotu z samą sobą.

No właśnie, dlaczego branie ma być gorsze od dawania?
To ja też może spytam: dlaczego dawca nie jest też biorcą?

Moim zdaniem jest.
Absolutnie. Dawca jest biorcą, a biorca jest dawcą. Podział na dawców i biorców jest uproszczonym sposobem radzenia sobie z problemem. Kiedy dajemy, zawsze coś z tego mamy: satysfakcję, że jesteśmy dobrymi ludźmi, potwierdzenie, że nas na to stać, albo powód do tego, żeby opowiedzieć o tym innym. Mam wpływ na to, że komuś dam 100 zł czy że upiorę mężowi majtki, natomiast nie mam wpływu na to, ile ten ktoś czy mąż sobie z tego wezmą i co mi z tego dadzą. W dobrej relacji nie myślę o tym, co ktoś mi da. Piorę mężowi majtki, bo chcę mu uprać majtki, a nie dlatego, by w zamian za to włożył naczynia do zmywarki. Używam takich przyziemnych przykładów, bo może bulwersują, ale skłaniają do myślenia.

Ale można wziąć za dużo?
Można i jest to przejaw wykorzystywania. Istnieją tacy, którzy głównie czerpią z innych i są wtedy – być może nieświadomie – sprawcami cierpienia drugich osób.

Ale nie zawsze jest to łatwe do zauważenia.
Bo to czasem bardzo subtelne przejawy. Kiedy daję biednym na ulicy pieniądze i zawsze pożyczam kolegom, ale jednocześnie wszystkim o tym opowiadam, to raczej biorę niż daję. Albo kiedy wypominam innym, ile im to kiedyś przysług zrobiłem. Granicą brania za dużo jest dyskomfort drugiej osoby. Dawać powinniśmy komuś, nie sobie, najlepiej dlatego, że ktoś po prostu jest.

Czego by pan życzył naszym czytelnikom w kontekście świątecznych prezentów?
Życzyłbym, żeby to, co znajdą pod choinką, było dla nich źródłem przede wszystkim wzruszenia. Cokolwiek to będzie.

Dr n. med. Tomasz Srebnicki: certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej www.cbt.pl

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Pojednanie. Dlaczego tak trudno jest wybaczyć?

Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Jak usiąść do wigilijnego stołu z kimś, kto nas skrzywdził? Tak, to trudne. Ale nie niemożliwe. Trzeba zrobić kilka kroków. Pierwszy to wybaczenie. A żeby wybaczyć, trzeba powiedzieć „przepraszam”. Szczerze.

Najbardziej wstrząsające pojednanie, jakiego byłam świadkiem: 2010 rok, Medytacje Oświęcimskie, organizowane przez Zen Peacemakers i Polską Wspólnotę Pokoju. Biorą w nich udział ludzie z całego świata: żydzi, katolicy, buddyści, muzułmanie. Potomkowie ofiar i katów. Między innymi John, około sześćdziesiątki, amerykański żyd, inżynier, w Auschwitz zginęła cała jego rodzina. I jego rówieśnik Franz, lekarz z Hamburga, którego ojciec służył w wojsku i w obozie. Ostatniego dnia medytacji idziemy wzdłuż torów, którymi transportowano ludzi do gazu. Nagle widzę, jak Franz podbiega do Johna, kładzie mu rękę na ramieniu. Po chwili ręka Johna wędruje na plecy Franza. I tak idą w milczeniu.

Przywołuję ten przykład, bo pokazuje, że pojednanie jest możliwe zawsze, nawet po latach, w obliczu winy przodków.

Joanna Heidtman, psycholożka i socjolożka, zauważa, że pojednanie wywodzi się ze słów „jedność”, „jednia”. Czyli już samo pojęcie sugeruje, że kiedyś była zgoda i harmonia, jakieś „my”, wspólnota, czy to rodzinna, przyjacielska, czy narodowa. Ale potem wydarzyło się coś, co tę jedność rozbiło.

– Fakt, że coś przecięło więzi i teraz mamy je naprawiać czy na nowo budować, oznacza, że musimy zrobić jakiś wysiłek – mówi psycholożka. – To samo w sobie może być trudne. Zarówno wtedy, gdy pojednanie następuje tuż po doznanej krzywdzie, jak i po wydarzeniach bardzo odległych w czasie, na przykład wojennych, kiedy jednają się osoby niemające nic wspólnego z tamtym konfliktem i muszą sięgać do ran niesionych przez pokolenia.

Jak wybaczyć? W bliskiej relacji jest dużo trudniej…

Joanna Heidtman zwraca uwagę na pewien paradoks – że pojednanie jest tym trudniejsze, im silniejsza więź łączy ludzi, choć wydawałoby się, że łatwiej pojednać się z  bliskimi. Skąd ta trudność? Po pierwsze dlatego, że zerwanie mocnych więzi jest bardziej bolesne niż słabych, a po drugie, bo w bliskich związkach kierujemy się zaufaniem, otwieramy się, odkrywamy. Kiedy więc ktoś taki nas zrani, trudno nam się potem na nowo przed nim otworzyć, podejść bliżej, zaufać mu, uwierzyć w jego dobrą intencję. A bez tego przywrócenie więzi i jedności nie jest możliwe.

– Różne komplikacje psychologiczne utrudniają pojednanie – dodaje psycholożka. – Na przykład silna potrzeba wyrównania krzywd. Okazuje się, że mamy w sobie bardzo pierwotne poczucie prosto rozumianej sprawiedliwości, oczekiwanie, że jeżeli ktoś zawinił, to powinien swoje winy odkupić. To proste, jeżeli ktoś zniszczył komuś samochód, wtedy wystarczy zapłacić odszkodowanie i rachunki zostaną wyrównane. Ale bywają winy, których odkupić nie sposób, bo są dziełem przodków albo mają charakter głęboko raniący od strony emocjonalnej.

Samo poczucie krzywdy też jest psychologicznie złożone. Bo zdarza się, że każda ze stron czuje się pokrzywdzona. Albo strona, która zawiniła, zrobiła to nieświadomie, niecelowo. Bywa też tak, że krzywda jest czymś bardzo subiektywnym, czyli jedna strona czuje się poszkodowana, choć druga obiektywnie nic złego nie zrobiła. Jak zauważa Joanna Heidtman, są ludzie, którzy zawsze czują się skrzywdzeni przez innych, którzy ustawiają się w roli ofiary, postrzegają świat jako coś wrogiego, działającego na ich niekorzyść. Takie nastawienie do życia prezentują całe społeczeństwa i narody.

– Jedna z teorii ludzkiego „ja” mówi, że jestem subiektywną opowieścią o sobie samym, pewną narracją na swój temat – wyjaśnia psycholożka. – W tej opowieści możemy być zdobywcami, bohaterami, wyzwolicielami niosącymi pomoc albo ofiarami. I nie chodzi tu o obiektywne wydarzenia, tylko o to, jak są one opowiadane.

Dla takich ludzi pojednanie jawi się jako coś nie do przejścia. Powtarzają: „My jesteśmy w porządku, to inni zawinili”. Tymczasem pojednanie jest aktem dwustronnym, muszą być na to gotowe obie strony. Psychoterapeuci zgodnie podkreślają, że pierwszym krokiem do pojednania jest wybaczenie. Można to zrobić jednostronnie, niezależnie od okoliczności, nawet gdy krzywdziciel nie żyje. A pierwszym krokiem do wybaczenia jest powiedzenie „przepraszam”. Szczerze, prosto z serca. Harriet Lerner, znana amerykańska terapeutka małżeństw, podkreśla, że szczere przeprosiny to najlepsza inwestycja w relacje.

Jaki jest warunek wybaczania?

– Wyjście z sytuacji krzywdzenia, uwolnienie się od tego, kto rani, nieważne, czy przy pomocy innych ludzi, okoliczności, czy samodzielnie – tłumaczy Joanna Heidtman. – Póki tkwimy w środku, trauma jest ciągle żywa, bywa odtwarzana jak katastroficzny film. Mało tego, wtedy dalej jesteśmy w relacji z osobami, które nas skrzywdziły. Natomiast jeśli uda nam się z niej wyjść, na przykład rozwieść się z partnerem stosującym przemoc, wtedy nabieramy do naszej relacji dystansu. A wybaczanie jest możliwe właśnie z dystansu.

To nie krzywda, ale różnica

Czasem ludzie wypierają z pamięci trudne przeżycia. Psycholodzy uważają, że to niedobra strategia. Nasza pamięć nie przypomina taśmy wideo, która nagrywa wydarzenia tak, jak się zdarzają. Wszystko, co wiąże się z interakcjami społecznymi, jest pamiętane poprzez emocje. Już Freud pisał, że wyparte przeżycia mogą wrócić w postaci ciężkiej nerwicy. Dopóki więc nie wybaczymy, nie „puścimy” ich, dopóty będą w nas tkwiły.

– Czasem robię z klientami takie ćwiczenie, że oznaczamy w gabinecie miejsce związane z traumatycznymi wydarzeniami i krok po kroku się od niego oddalamy – mówi psycholożka. – To symboliczny akt dystansowania się od traumy. Żeby jednak wybaczyć, najpierw trzeba zrobić porządek z własnym życiem, zejść do „piwnicy”, do której zepchnęliśmy niezałatwione sprawy, i oświetlić ją latarką.

Psychoterapeuta z Instytutu Psychologii Zdrowia Jerzy Mellibruda pisze w książce „Pułapka nie wybaczonej krzywdy”, że wybaczanie „jest darem od siebie dla siebie”. Pojednanie to coś więcej – to dar dla siebie i dla innych, zamyka trudny etap w życiu, uwalnia od traumatycznych przeżyć, otwiera na nowe relacje, pozwala żyć bez destrukcyjnych emocji. Amerykański psychiatra Theodore Isaac Rubin podkreśla, że pojednanie wpływa na zdrowie psychiczne i zdrowe relacje. „Niezdolność do wybaczania jest źródłem nieustającego cierpienia” – pisze w „Księdze gniewu”. Psycholodzy kliniczni z kolei zwracają uwagę, że życie w nienawiści wpływa niekorzystnie na procesy fizjologiczne zachodzące w naszym organizmie – może być przyczyną wysokiego ciśnienia krwi i poziomu kortyzolu, czyli hormonu stresu, co z kolei wiąże się z ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych, obniżoną odpornością, zaburzeniami pamięci.

Absolutnie nie opłaca się więc zianie nienawiścią. Także przy wigilijnym stole, gdy rozmowa zejdzie na polityczne tory. – Pamiętajmy o jednym: wyrażanie innych poglądów to nie jest krzywdzenie kogoś, to różnienie się – mówi Joanna Heidtman. – Inne poglądy oznaczają, oczywiście, inne decyzje, czasem inne zachowania, ale to – jak mawia moja przyjaciółka – nie zagraża życiu. Nawoływanie do pojednania w sprawie poglądów jest nieprawdziwe, nierozsądne i bezowocne. Bo nie będzie tak, że ja się zgodzę z twoim poglądem, ty z moim i pójdziemy dalej jednym krokiem. Nie pójdziemy. Ale nawet człowiek o skrajnie odmiennych poglądach może być dobry, pomocny. Zdecydujmy zatem, co jest dla nas ważniejsze: czy to, że ktoś jest przyzwoitym człowiekiem, czy nasze poglądy. Relacje czy racje? Jeżeli już mamy o coś apelować, to o wzajemny szacunek.

Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock) Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock)

Historia siostrzanej relacji:

Tekst archiwalny

Basia ma 19 lat, burzę kruczoczarnych włosów i wyzywający look: mini, dekolt, ostry makijaż. Kasia, o dwa lata młodsza, to typ przebojowej chłopczycy: włosy na zapałkę, bojówki, glany. W tle słynne schody hiszpańskie w Rzymie. Jest czerwiec 1997 roku, tuż po maturze Basi i kilka dni przed jej wyznaniem, które jak granat rozerwało na strzępy ich siostrzaną miłość. 

To ostatnie nasze wspólne zdjęcie. Zrobił je Bartek, wtedy mój chłopak, a teraz jej mąż – mówi Kasia 20 lat później.

Mamy mówić o pojednaniu, ale ona chciałaby zacząć od początku. Czyli od Basi, kim dla niej była przez pierwsze 17 lat jej życia. Starszą siostrą – opoką. Najlepszą przyjaciółką, taką, co to zna najskrytsze tajemnice. A nawet matką i ojcem. Rodzice, od kiedy Kasia pamięta, byli zajęci od świtu do nocy. Najpierw pracą we własnym sklepie, potem także piciem i licznym gronem znajomych. Kasia i Basia od małego trzymały się razem. Razem w domu, na podwórku, na przerwach w szkole. Razem nasłuchiwały, w jakim stanie wracają rodzice.

Taki obrazek: Kasia ma ósme urodziny, obie z Basią wypatrują mamy i taty przez okno. Obiecali, że wrócą wcześniej, z tortem. Robi się ciemno, a ich nie ma. Kasia wisi w oknie i ryczy. Basia włącza więc jej ukochanego Michaela Jacksona, podkręca dźwięk na ful, zakłada mamine buty na obcasach, owija się jej sukienką, maluje usta szminką i tańczy. Kasia wyciera zasmarkany nos, obserwuje siostrę, po chwili do niej dołącza. Szaleją, aż padną ze zmęczenia.

Kasia opowiada jeszcze, jak siostra wkraczała do akcji, gdy działa się jej krzywda, jak usprawiedliwiała ją z nieobecności, nieodrobionych lekcji. Bo Basia to był w ich małej wiejskiej szkole ktoś. Najlepsza w nauce i w sporcie, najładniejsza, podziwiana, lubiana. W liceum kochali się w niej wszyscy chłopcy, ale ona trzymała ich na dystans.

– U mnie było odwrotnie: to ja się bez przerwy zakochiwałam, a oni mnie olewali. A nawet jak któryś mnie podrywał, to Basia tak go podsumowywała, że z miejsca wydawał mi się głupim dupkiem. Tylko Bartka od razu zaakceptowała.

Z Bartkiem zaczęło się w drugiej klasie liceum na wycieczce do Pragi. Banalnie. Był wieczorek pożegnalny, poprosił ją do tańca, potem  przegadali całą noc, na koniec on pocałował ją, a może ona jego. I Kasia odpłynęła. Na całe dwa miesiące. Potem był ich wyjazd we trójkę do Rzymu. Kasia wypłakiwała się siostrze w mankiet, że Bartek chyba ma kogoś, a ona słuchała i milczała. Następnego dnia po powrocie rzuciła krótko: „Sorry, Kaśka, że tak wyszło, zakochałam się w Bartku”. Jeszcze tego samego dnia wyprowadziła się do jego rodziców, po pół roku wyjechali razem do Chicago, do jego rodziny. Mieszkają tam do dziś, mają firmę produkującą okna, dom, dwie córki.

Tamtego dnia Kasi zawalił się świat. – Zostałam zdradzona podwójnie, przez dwoje ukochanych ludzi, przede wszystkim przez siostrę. Czułam się sama jak palec, nie miałam żadnej przyjaciółki, bo do tej pory wszystkich ludzi na świecie zastępowała mi Basia. Nagle pustka. Rodzice już wtedy żyli od jednego alkoholowego ciągu do następnego.

Z tamtego okresu ma dwie pamiątki: blizny na lewej i prawej ręce. Chyba nie chciała jednak umrzeć, bo ją odratowano. Ale nie chciała też żyć. Coraz częściej sięgała po alkohol. Jakimś cudem zdała maturę, wyprowadziła się do Warszawy. Zmieniała prace, mieszkania, mężczyzn. Wierna tylko alkoholowi. I tak przez prawie pięć lat. Rodzice zmarli jedno po drugim trzy lata potem. Z siostrą zero kontaktu. Nie interesowało ją, czy żyje, gdzie mieszka, co robi, czy jest nadal z Bartkiem.

– Żyłam z dnia na dzień, bez celu i sensu. Któregoś dnia obudziłam się na ławce w parku z całym moim dobytkiem, czyli małym plecaczkiem, pod głową. To było to moje dno, na które, jak mawiają spece od uzależnień, trzeba spaść, żeby się zacząć podnosić. Pamiętam, że ptaki śpiewały w tym parku jak szalone, bo to był maj. I tam, na strasznym kacu, przyznałam się przed sobą: „Jestem alkoholiczką”. Tak jak rodzice, których za to nienawidziłam. To był punkt zwrotny – opowiada Kasia. – Wstałam i po raz pierwszy od lat nie poszłam po małpkę, tylko do dawnego kolegi, który rzucił mnie wcześniej z powodu picia, a wtedy przygarnął. Nigdy mu tego nie zapomnę.

No i zaczęła się walka z uzależnieniem. Na spotkaniach Dorosłych Dzieci Alkoholików. Z ciałem, żeby nie odmawiało posłuszeństwa, gdy trzeba wstać do pracy. Z umysłem, żeby znalazł i nazwał sens życia. Udało się. Skończyć studia (resocjalizację), znaleźć pracę w ośrodku dla uzależnionej młodzieży, kupić na kredyt kawalerkę. Nie udało się – choć próbowała wiele razy – zbudować trwałego związku. – Po rozstaniu z kolejnym mężczyzną postanowiłam iść na psychoterapię. W końcu po miesiącach ciężkiej pracy dotarło do mnie, że jeżeli chcę wrócić do normalności, muszę przebaczyć siostrze, Bartkowi, rodzicom. No i sobie. Najłatwiej poszło z wybaczeniem rodzicom. Zrozumiałam, że też mieli ciężkie życie. Obydwoje wcześnie zostali sierotami, taty tata był alkoholikiem. Z Bartkiem też jakoś się udało. Zobaczyłam, że tak naprawdę kochał Basię, a ja miałam tylko ułatwić mu do niej dostęp. Najtrudniejsza do przepracowania jest moja z nią relacja. Już jej wybaczyłam. Ale pojednanie to wciąż niezakończony proces. Na razie regularnie opisujemy sobie to, co wydarzyło się u nas przez te 20 lat. Jeszcze nie miałam odwagi włączyć Skype’a. Ale muszę to zrobić jak najszybciej przed przyjazdem Basi na święta. Bo że przyjedzie, to już postanowione. Boję się i cieszę. Chyba jednak bardziej cieszę.

  1. Psychologia

Szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością

Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. (Fot. iStock)
Ludzie mogą być szczęśliwi, jednak bardzo często są tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć – mówi Christophe André, psycholog i psychiatra, twórca francuskiej szkoły psychologii pozytywnej.

Jest pan jednym z mistrzów psychologii pozytywnej zainicjowanej przez amerykańskiego psychiatrę Martina Seligmana. Na czym polega jej specyfika?
Zadaniem psychologii pozytywnej jest ulżenie cierpieniu i pomoc w dostrzeżeniu pozytywnych aspektów życia. Smutek, frustracja czy gniew zawężają nasze pole emocjonalnej percepcji – skupiamy się na tym, co wywołuje nasze cierpienie, nie zauważając tego, co mogłoby przynieść nam ulgę. Należy pamiętać, że 50 procent pozytywnych odczuć zależy od nas i że właściwa proporcja to trzy czwarte myśli pozytywnych i jedna czwarta negatywnych. Ta logika jest szczególnie skuteczna przy leczeniu depresji i problemów psychologicznych.

„Każdy z nas może być szczęśliwy” – głoszą poradniki. Również u pana szczęście zajmuje centralną rolę – jedna z pana bestsellerowych książek nosi tytuł „Et n’oubliez pas d’être heureux” [I nie zapomnij być szczęśliwym]. Skąd w człowieku przekonanie o jego prawie do szczęścia?
Pojęcie szczęścia jest zdeterminowane historycznie – znane było już starożytnym filozofom, ale oni zwracali się tylko do elity. W Europie przez całe wieki Kościół wpajał wiernym, że życie to padół łez i że należy myśleć tylko o zbawieniu. Zmiana nastąpiła w epoce oświecenia – koncepcja szczęścia ulega wtedy demokratyzacji i zaprząta najwybitniejsze umysły. Jednak w XIX wieku europejscy intelektualiści odwracają się od niej jako wulgarnej i adresowanej do mas – we Francji zadowolenie z życia i dobroć zostają wtedy przypisane niskiemu poziomowi intelektualnemu. XX i XXI wiek to triumf życiowego sukcesu – nikt nie kwestionuje prawa jednostki do szczęścia, ale szybko „być” oznacza „mieć”. Osobiście uważam, że nie należy wylewać dziecka z kąpielą: wprawdzie pojęcie szczęścia zostało w dużym stopniu zwulgaryzowane, ale nie przestało być wartością i celem, do którego trzeba dążyć. Bo szczęście nie jest luksusem, tylko koniecznością: ktoś, kto nie jest do niego zdolny, zmarnuje swoje życie, będzie koncentrował się na problemach i cierpieniach i w rezultacie zwracał mniejszą uwagę na innych. Nie będzie potrafił dawać – tylko ludzie szczęśliwi mogą być wielkoduszni i otwarci na świat. Dążenie do szczęścia wydaje mi się więc podstawowym warunkiem udanej egzystencji dla siebie i dla innych.

Na czym polega to prawdziwe szczęście?
Ująłbym to tak: nasz życiowy obowiązek polega na byciu szczęśliwym i wielkodusznym. Prawdziwe szczęście to dar siebie samego – szczęście i solidarność są jak najbardziej kompatybilne. Niestety, wciąż jeszcze stawia się znak równości między szczęściem a egoizmem czy szczęściem a naiwnością. Musimy prowadzić prawdziwą walkę, żeby nobilitować to pojęcie.

To prowadzi nas do pojęcia optymizmu.
Optymizm to nie tylko sposób widzenia świata, ale też wypływający z niego sposób zachowania. Optymista uważa, że można rozwiązać spotykane w życiu problemy, stara się więc działać. Pesymista w to nie wierzy, jest pasywny. To właśnie dlatego pesymizm przynosi najwięcej szkód: wyobraźmy sobie lekarza pesymistę, który nie wierzy w wyzdrowienie pacjenta. Czy pacjenta niewierzącego w skutki terapii – badania wykazały, że im mniej optymizmu wykazuje chory, tym mniejsze są jego szanse na wyzdrowienie. Nie dlatego, że optymizm sprawia cuda, ale że pozwala na skuteczniejsze działanie. Podobne mechanizmy funkcjonują na każdym poziomie naszego życia osobistego, gospodarki, polityki...

Pana zdaniem szczęścia można się nauczyć, należy tylko w tym celu regularnie ćwiczyć. Przytacza pan swój własny przykład, chociaż trudno uwierzyć, że posiada pan tendencje depresyjne...
Bardzo dużo nad sobą pracowałem – dyscyplina to więcej niż połowa sukcesu. Istnieje wiele pozornie błahych ćwiczeń, które każdy z nas może wykonywać. Po pierwsze, codziennie przed zaśnięciem spróbujmy przypomnieć sobie trzy przyjemne momenty kończącego się dnia. Jest to bardzo interesujące z punktu widzenia mechanizmów naszej percepcji, z reguły koncentrujemy się bowiem na problemach. Zawsze możemy znaleźć pozytywy: skrawek błękitnego nieba, zapach róż w ogrodzie, telefon od przyjaznej osoby... Już po upływie 15 dni nasz mózg nastawi się na ich dostrzeganie – zmieni to nasze spojrzenie na życie. Bardzo ważny jest też uśmiech. Zwykle uśmiechamy się, kiedy jesteśmy zadowoleni, ale badania wykazały, że uśmiech wpływa pozytywnie na receptory mózgowe i stan naszej psychiki. To tzw. fenomen retrofeedbacku. Budda zawsze się uśmiecha: uważa się, że to nie tylko dowód wewnętrznej harmonii, ale także sposób na jej osiągnięcie. Powtarzam więc moim pacjentom: „Jeśli nie macie autentycznych powodów do płaczu, zmuszajcie się do uśmiechu!”. Odkąd sam stosuję tę metodę, ludzie częściej pozdrawiają mnie na ulicy, częściej ze mną rozmawiają. Uśmiech jest znakiem społecznej akceptacji. Są też inne plusy: lekarze stwierdzili, że osoby uśmiechnięte i zadowolone mniej chorują i z reguły dłużej żyją.

Wspomniał pan także o wielkoduszności...
To bardzo ważne, żeby robić coś dla innych. Może się to wydawać paradoksalne, ale im bardziej jesteśmy przygnębieni i sfrustrowani, tym bardziej zainteresowanie się innymi poprawi nasze samopoczucie. Nie chodzi o to, żeby stać się Matką Teresą – starajmy się po prostu sprawić komuś przyjemność czy wyświadczyć przysługę, nie oczekując niczego w zamian.

Do szczęścia prowadzi także medytacja...
Od lat medytuję – świadoma medytacja to jeden z elementów wiodących do harmonii ze sobą samym i światem. Nie chodzi o godziny przebywania w samotności – wystarczy regularnie poświęcać na medytację kilka minut dziennie. Mogą to być trzy minuty spokoju, kiedy możemy głęboko oddychać, spacer ulicą, kiedy koncentrujemy się na przyjemnych odczuciach, czy smaczny posiłek. Służy temu także ćwiczenie, które nazwałem „ćwiczeniem wdzięczności” – wieczorem podziękujmy za wszystko, co przydarzyło się nam w ciągu dnia, i zadajmy sobie pytanie, komu to zawdzięczamy. Cieszmy się, że te osoby istnieją, że piekarz upiekł dobry chleb, że przyjaciele o nas myślą, że ktoś okazał nam sympatię. Że otaczają nas ludzie, którzy przynoszą nam radość.

A jeśli jest inaczej? Jeśli nasze otoczenie jest nieprzyjazne i toksyczne?
Psychologia pozytywna nie twierdzi, że zawsze można i trzeba być szczęśliwym. Mówi, że dobrze jest nim być, kiedy to możliwe, ale w życiu każdego człowieka istnieją etapy, na których przeżywa dramaty, spotykają go przeciwności losu. Naszym priorytetem nie jest wtedy szczęście, ale walka o przeżycie. Psychologia pozytywna nie głosi pasywności – jeśli w naszym otoczeniu znajduje się osoba toksyczna, możemy, oczywiście, próbować zrozumieć źródła jej patologicznych zachowań, ale nie znaczy to, że mamy się do niej przyjaźnie ustosunkowywać. Wręcz przeciwnie, należy się przed nią chronić. Psychologia pozytywna nie próbuje ukazać takiej osoby w pozytywnym świetle – chodzi o to, żeby po zakończeniu kontaktu negatywne przeżycia nie zatruły naszej psychiki. Myślmy o naszych źródłach energii i radości, nie tylko o problemach. Szersze spojrzenie na otaczający świat pozwala na większą relatywizację i chroni przed zgorzknieniem.

Problemy jednak nie znikają drogą psychologicznego wypierania.
Nie chodzi o maskowanie problemów, chodzi o to, żeby nie opanowały całej naszej mentalnej przestrzeni. Konkretny problem istnieje, ale istnieją też aspekty pozytywne. Jeszcze raz zaznaczam, że nie mówię tu o prawdziwych tragediach czy walce o przeżycie.

Pomówmy o relacjach w związkach – nigdy dotąd nie były one tak kruche. Czy to również rezultat niewłaściwego podejścia do problematyki szczęścia?
Kryzys związków wynika m.in. z tego, że za wiele od nich oczekujemy: nie możemy wymagać od naszego partnera, żeby był jednocześnie wspaniałym kochankiem, przyjacielem, terapeutą, bankierem i żebyśmy wciąż były w nim zakochane jak pierwszego dnia. Nie idealizujmy przesadnie życia w parze! Jeśli założymy, że wybraliśmy wartościową osobę, bardzo ważne jest regularne myślenie o jej zaletach, nawet jeśli widzimy w niej same wady. Oczywiście, istnieją ludzie, którzy nie są stworzeni do życia razem, ale jestem przekonany, że wiele par można by uratować.

Naukowcy twierdzą, że odkryli gen szczęścia – słynny gen H5TT. Czy niektórzy ludzie rodzą się szczęśliwi?
Specyficzna forma tego genu jest odpowiedzialna za stres, inna wpływa na pozytywne nastawienie do życia. Powiedziałbym, że szczęście to raczej kwestia temperamentu niż genów, chociaż to prawda, że istnieją osoby bardziej zdolne do szczęścia niż inne. Ale na naturalne dyspozycje nakłada się historia rodziny i edukacja, nie mówiąc o kontekście kulturowym.

Często podkreśla pan, jak bardzo ważne jest smakowanie chwili. Czy nie prowadzi to jednak czasami do taktyki strusia chowającego głowę w piasek?
Życie chwilą nie oznacza wymazania przeszłości, pomaga za to uświadomić sobie wagę tego, co właśnie przeżywamy. Inaczej zapominamy żyć. Psychologia pozytywna mówi: mamy takie czy inne trudności, zastanówmy się, jak je rozwiązać, a następnie pójdźmy na spacer, zagrajmy w piłkę, pobawmy się z dziećmi. Inaczej nasze życie nie będzie interesujące. Ludzie mają na ogół możliwość bycia szczęśliwymi, są jednak tak skoncentrowani na swoich smutkach, że tego nie dostrzegają. Nie są w stanie cieszyć się swoim szczęściem, ponieważ o nim nie wiedzą. Albo też nie chcą wiedzieć, ponieważ zostali uformowani przez takie czy inne doświadczenia. Czują się wypaleni, sfrustrowani, nie mają ochoty walczyć, odnajdują poczucie bezpieczeństwa w inercji i złym samopoczuciu. Po co szukać szczęścia, skoro depresja jest za progiem? – głosiło satyryczne hasło.

Szczęście byłoby więc bronią?
Jak najbardziej! Szczęście jest jak zbroja – chroni nas przed przeciwnościami losu. Jest także wielką siłą pomocną w walce z tragediami życia – bez niego nie bylibyśmy w stanie im sprostać.

Może nasze przekonanie o tym, że mamy prawo do szczęścia, przeszkadza nam w jego dostrzeżeniu?
Należy założyć, że szczęście w naszym życiu pojawia się i znika, że nigdy nie jest pewnikiem. Najtrudniej jest być szczęśliwym w dwóch sytuacjach: losowych dramatów i życiowej rutyny. W pierwszym przypadku psychologia pozytywna zaleca nam nie negować smutku i rozpaczy, tylko przeżyć okres żałoby i następnie zwrócić się ku życiu, w drugim – przypominać sobie regularnie, jak wielkie szczęście spotyka nas choćby z tego powodu, że nie toczy się wojna, że żyjemy w wolnych krajach, możemy podróżować, uczyć się, pracować... Wydaje nam się to oczywiste.

Zbudowanie własnego szczęścia nie jest możliwe bez szacunku dla siebie samego. Co zrobić, żeby go zachować?
Szacunku dla siebie uczymy się od wczesnego dzieciństwa. Zależy on od stosunków panujących w rodzinie, kultury otoczenia, rodzaju odebranej edukacji. W wiek dorosły wkraczamy z szeregiem automatyzmów i przekonań – jeśli nas nie szanowano, możemy zachowywać się aspołecznie, dezawuować się bądź przeciwnie – zbudować osobowość narcystyczną. Szacunek dla siebie samego rodzi się z sympatii – nasza własna osoba jest przyjacielem, którego pragniemy chronić przed złem i któremu życzymy jak najlepiej. Troska o samego siebie jest aktem odpowiedzialności cywilnej. Zrównoważone, zadowolone z siebie jednostki czynią świat lepszym. I nie ma to nic wspólnego z egoizmem – jeśli jesteśmy szczęśliwi, dajemy szczęście innym. Należy jednak uważać, bowiem w naszej epoce wpadliśmy w pułapkę rozbuchanego indywidualizmu. Musimy być bardzo czujni i jednocześnie strzec się przed myśleniem schematami – to nieprawda na przykład, że trzeba brać udział w wyścigu szczurów i że wszyscy ludzie są źli...

Nasze społeczeństwo charakteryzuje ciągła pogoń za młodością i lęk przed śmiercią. Pan głosi zdumiewająco pogodną wizję własnego odejścia.
Szczęście pozwala nam oswoić strach przed śmiercią. Jeśli skoncentrujemy się tylko na naszej śmiertelności, życie wyda się absurdalne. Jaką postawę powinniśmy zająć? Ubolewać nad nicością egzystencji czy też korzystać z każdego dnia? Odpowiedź wydaje mi się oczywista: smakujmy każdą chwilę i nie zamartwiajmy się tym, co nas czeka. I tak najczęściej nie mamy na to wpływu. Bądźmy szczęśliwi i wielkoduszni. Szczęście może naprawdę czynić cuda – tu i teraz.

Christophe André psychiatra i psycholog, ojciec francuskiej szkoły psychologii pozytywnej i terapii behawioralnych, do których jako jeden z pierwszych wprowadził techniki medytacji. Specjalizuje się w leczeniu stanów lękowych i depresyjnych. Jest autorem wielu książek, m.in. „Niedoskonali, wolni i szczęśliwi”, „Medytacja dzień po dniu”, "Życie wewnętrzne".