1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Barre - balet dla każdego. Rozmowa z tancerką Dorotą Mentrak-Bączkowską

Barre - balet dla każdego. Rozmowa z tancerką Dorotą Mentrak-Bączkowską

Dorotą Mentrak-Bączkowską prowadzi Barre Body, zajęcia przy drążku z elementami tańca klasycznego. Współzałożycielka rodzinnego studia ruchu - Kultura Fizyczna w Warszawie (kulturafizyczna.com.pl)(Fot. Karolina Synowiec)
Dorotą Mentrak-Bączkowską prowadzi Barre Body, zajęcia przy drążku z elementami tańca klasycznego. Współzałożycielka rodzinnego studia ruchu - Kultura Fizyczna w Warszawie (kulturafizyczna.com.pl)(Fot. Karolina Synowiec)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Prostuje, wysmukla, wzmacnia, wycisza… Co jeszcze może dać ciału i duszy trening Barre?  

Barre Body to twoja autorska metoda? Trening typu Barre jest popularny na całym świecie, trudno tu więc mówić o autorskiej metodzie. „Barre” (czytaj: bar) z francuskiego oznacza drążek, przy którym ćwiczą tancerki, wykonując całą lekcję tańca klasycznego, ale niektórzy łączą tę nazwę również z angielskim „bare foot”. Ćwiczy się bowiem boso, w skarpetkach lub w baletkach. Jest wiele wersji treningu Barre – jedne są bardziej zbliżone do jogi czy pilatesu, inne do fitnessu, w moich zajęciach, które nazwałam „Barre Body”, kładę nacisk na taniec klasyczny. Nie ma u mnie maty, wszystko się dzieje wokół ciała i drążka, który jest dla nas partnerem – pomaga znaleźć balans, a także ułatwia stretching.

Podczas twoich zajęć ćwiczy się na stojąco. Czy to znaczy, że chodzi w nich o właściwą postawę? Chodzi o to, żeby się cały czas wyciągać do góry i stabilizować kręgosłup. Zależało mi też na wyrwaniu kobiet z fitnessowej rutyny – chciałam, żeby te zajęcia różniły się od typowych treningów, podczas których zwykle najpierw jest rozgrzewka na stojąco, a potem wszystkie ćwiczenia wykonuje się w pozycji leżącej czy siedzącej. Tu cały trening bez chwili przerwy odbywa się w pionie – kiedy stoimy, bardziej mobilizujemy kręgosłup oraz mięśnie brzucha, tym samym koncentrujemy się na postawie. Dużo ćwiczeń jest wykonywanych we wspięciu na palcach, czyli na relevé, więc ćwiczymy też równowagę.

Dorota Mentrak-Bączkowska - pedagog baletu, tancerka, choreografka. (Fot. Karolina Synowiec) Dorota Mentrak-Bączkowska - pedagog baletu, tancerka, choreografka. (Fot. Karolina Synowiec)

Które mięśnie wzmacnia taki trening najbardziej? Łatwiej byłoby powiedzieć, których mięśni nie wzmacnia. Kiedy uczyłam się w szkole baletowej, nie zdawałam sobie sprawy, jak głęboko porusza on mięśnie całego ciała. Dopiero gdy dorosłam i stałam się już profesjonalną tancerką, a potem nauczycielką, zrozumiałam, jaki to dar znać i rozumieć zasady tańca klasycznego. Owszem, na pierwszy rzut oka jest skomplikowany i bardzo ważna jest przy nim precyzja – ale drążek pomaga to zadanie uprościć. To balet, który każdy może zatańczyć. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie miał z nim do czynienia.

Naprawdę każdy? Oczywiście! Wiem od moich kursantek, że zanim zaczną trenować, pierwszą myślą, która się pojawia, jest: „Przecież to nie dla mnie. Nie mam wyglądu baletnicy”, „Jestem na to za stara” czy „Na pewno nie dam rady”. A potem okazuje się, że nie jest potrzebny ani specjalny strój, ani określony wygląd, ani nawet określone umiejętności. Lubię mówić, że do zajęć potrzebny jest tylko barre, czyli drążek, i body, czyli ciało. Poza tym dużo tłumaczę, pokazuję i poprawiam, a kiedy widzę, że dane ćwiczenie jest dla kogoś na tym etapie za trudne, upraszczam je.

Przychodzą kobiety, które przyznają, że udział w takich zajęciach to spełnienie dziecięcego marzenia o balecie? Tak! Przychodzą i bardzo często te zajęcia stają się dla nich wstępem do nauki tańca klasycznego. Wiele kobiet przychodzi jednak z czystej ciekawości i chęci odmiany. Dla niektórych takie zajęcia to prawdziwe wyzwanie. Balet sam w sobie jest bardzo wymagający: tempo ćwiczeń jest spokojne, ale wymaga precyzji, dopracowania detali i wytrwania w danej postawie – nie każdy daje radę. U mnie na Barre Body jest ciut szybciej, ciut intensywniej, kładę odrobinę mniejszy nacisk na precyzję, gdyż w tym treningu chodzi również o swobodę ruchu, o flow. No i można naprawdę poznać podstawy tańca klasycznego i terminologię, gdyż wszystkie ćwiczenia mają francuskie nazwy.

Po pierwszych zajęciach może więc pojawić się refleksja, że w porównaniu na przykład z innymi zajęciami tanecznymi typu zumba, niewiele się tu dzieje… Nie pamiętam, żeby ktoś powiedział, że się na tych zajęciach nie zmęczył (śmiech), natomiast tempo jest rzeczywiście wolniejsze i znacznie większy nacisk kładę na świadomość ciała niż na intensywność ćwiczeń. Moim kursantkom zawsze radzę: „Proszę sobie dać czas na to, by poczuć różnicę. Ona przychodzi, gdy już nauczymy się wykonywać sekwencje prawidłowo. Wtedy nagle trening staje się wymagający, a korzyści szybciej widoczne”. Zwłaszcza jeśli wcześniej się chodziło na zajęcia typu kardio czy power, na których już po kilku minutach ma się zadyszkę. To jest po prostu zupełnie inna jakość ruchu.

Skoro chodzi o wolniejsze tempo i świadomość ciała – można te zajęcia potraktować relaksacyjnie? Chciałabym, żeby tak właśnie były również traktowane. Jako trening w rytmie slow. Tym bardziej że muzyka klasyczna, która jest dla nich akompaniamentem, ma właściwości relaksujące, nie jest inwazyjna, a badania potwierdzają, że jest w stanie nawet obniżyć zbyt wysokie ciśnienie krwi.

Jakie zmiany można zaobserwować po kilku tygodniach ćwiczeń? Na pewno zaobserwujemy, że odruchowo będziemy chodzić wolniej i z prostymi plecami. Może nawet „urośniemy” o kilka centymetrów. Powinnyśmy zaobserwować też większe umięśnienie nóg i pośladków – w balecie mocne nogi to podstawa, bez dobrego plié nie można tańczyć! Ćwicząc taniec klasyczny, ćwiczymy też uda wewnętrzne, czyli przywodziciele, mięśnie rzadko wzmacniane.

No i stopy! Często zapominamy o stopach. Uwalniamy je z obuwia dopiero w domu, przed snem. Tymczasem właściwy ruch stóp jest w stanie zapoczątkować dobre zmiany w całym ciele. Jednocześnie przy wyciąganiu stóp pointe (z fr. czubek) napinamy całą nogę: łydkę, kolano, udo. Dobra praca stóp na balecie to praca i bezpieczeństwo dla całego ciała.

Barre, czyli trening przy drążku, stał się popularny dzięki filmowi „Czarny łabędź” z Natalie Portman. Aktorka, przygotowując się do roli baletnicy, ćwiczyła pod okiem tancerki Mary Helen Bowers, która po raz pierwszy opracowała program zawierający zaczerpnięte z baletu aktywności. Trening jest jednak przeznaczony dla amatorów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Taniec, moja pasja. Czego uczy balet?

Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. (Fot. Kuba Bączkowski)
Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. (Fot. Kuba Bączkowski)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kariera w balecie jest krótka i wymagająca poświęceń, a jednak dla wielu to spełnienie marzeń i plan na przyszłość. Na co powinni być przygotowani, pytamy Dorotę Mentrak-Bączkowską, która przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca.

Dorota Mentrak-Bączkowska przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca. (Fot. Kuba Bączkowski) Dorota Mentrak-Bączkowska przeszła drogę od zawodowej tancerki do właścicielki studia tańca. (Fot. Kuba Bączkowski)

Czego, oprócz tańca, uczy  szkoła baletowa?
Dążenia do perfekcji i umiejętności panowania nad ciałem. Uczy porządku w głowie. A tak na co dzień uczy konsekwencji i niezłomności, niekończącej się pracy nad sobą.

To dążenie do perfekcji może być błogosławieństwem, ale i przekleństwem. Na zajęciach, które prowadzisz, mówisz, że baletnica zawsze patrzy dumnie, nawet jeśli się pomyli, nie okazuje, że się tym przejęła. Z jednej strony to może podnosić poczucie własnej wartości, z drugiej – być opresyjne. Masz udawać, że wszystko jest okay, nawet jeśli nie jest?
Przede wszystkim tancerka nie może dopuścić widza do nóg – to takie powiedzenie i motto zarazem. Oznacza, że bez względu na to, co nogi zrobią, czy się pomylę, czy przewrócę, nie daję tego po sobie poznać. Jeśli zachowam spokój i wdzięk – widz nie zauważy pomylonego pas. Wpływ, jaki miała na mnie szkoła i sam balet, zaczęłam zauważać i analizować, gdy przestałam zawodowo tańczyć. Bo kiedy funkcjonujesz w tym systemie, czyli uczysz się, potem idziesz do teatru, tańczysz, występujesz w spektaklach – właściwie nie masz czasu i przestrzeni, by się nad tym zastanawiać. Bardzo długo myślałam, że szkoła baletowa to świetna sprawa. Bo organizuje ci życie i karierę – po jej skończeniu masz zawód, a czasem też angaż. Uczy też dyscypliny życiowej, co zostaje na długo. Przyznaję, że kiedy przestałam pracować jako tancerka, przez pewien czas miałam problem z tym, by się odnaleźć. Po raz pierwszy nie miałam ułożonego grafiku i nikt za mnie nie decydował. Mogłam sama wybrać, co będę robić w ciągu dnia – to było dla mnie zaskakujące i straszne!

Czemu więc odeszłaś?
Bo czułam się zmęczona, znużona, czułam, że się duszę, nie rozwijam – artystycznie może tak, ale nie jako osoba. Wiem, że to było wypalenie zawodowe. Kilka sezonów w teatrze – wydaje się, że to krótki czas pracy, ale nikt nie liczy dziewięciu lat szkoły, która jednak oznaczała wyrzeczenie się normalnego życia. Zawsze marzyłam o podróżach, o tym, by było barwnie i ciekawie, nie chciałam spędzić całego życia w jednym teatrze – w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, robiąc w kółko to samo.

Ty sama podjęłaś tę decyzję, za niektórych decyzję podejmuje życie. Emerytura po 40. roku życia lub wcześniej, po doznanej kontuzji. Trzeba wymyślić siebie na nowo.
Jakiś czas temu wcześniejsza emerytura została nam odebrana. Kiedy szłam do szkoły jako 10-letnia dziewczynka, jeszcze nam przysługiwała, ale potem wszystko zmieniła reforma, czym jako dziecko oczywiście się nie przejmowałam. Obecnie tancerze przechodzą na emeryturę w takim samym wieku jak osoby wykonujące inne zawody, mimo że to jest bardzo absorbująca i wykańczająca codzienna praca fizyczna. Za to program przekwalifikowania tancerzy jest dziś, jak słyszałam, o wiele lepszy i daje większe możliwości. Kiedyś tego nie było. W wieku czterdziestu paru lat, z wieloma sukcesami na koncie, zaszczytami i uwielbieniem publiczności, nagle kończyłaś karierę i stawałaś przed ścianą.

To okrutne: najpierw oklaski, a potem pustka. Schodzisz ze sceny, kiedy jeszcze wiele potrafisz.
Jest to okrutne, ale też nieuchronne. Sama obserwowałam, że dla wielu tancerek ze starszej kadry, kiedy przychodziły nowe roczniki i zajmowały ich miejsca przy drążku, było to bardzo trudne. Tym bardziej że one tańcowi poświęciły wszystko, często był ważniejszy niż rodzina, zdrowie, życie prywatne.

Codzienne wielogodzinne ćwiczenia, reżim diety i stylu życia – to wszystko jest tego warte?
Tym, czego tancerkom najbardziej brakuje, kiedy muszą odejść na emeryturę lub mają przerwę w karierze, są występy przed publicznością. Emocje, jakie wtedy czujesz, to jest coś, z czym niewiele rzeczy w życiu może się równać. Wychodzisz na scenę i masz jedną szansę, żeby dać z siebie wszystko. Najbardziej przejmujące są oczywiście występy solistyczne, choć kiedy tańczysz w zespole, też mocno to przeżywasz: czy wyjdzie pięknie, czy zatańczymy równo, w linii, w odpowiednich odległościach, czy zostanie zachowany prawidłowy rysunek, czy nikt się nie pomyli, czy nie wywróci – bo w takim „Jeziorze łabędzim” wielce prawdopodobny jest wtedy efekt domina. Ponadto przy trudniejszych choreografiach i długim czasie na scenie, jak na przykład w balecie „Bajadera”, modliłam się, żebym wytrzymała kondycyjnie i żeby brawa po zakończeniu naszej partii nie były za długie – wówczas nie mogłyśmy się ruszyć, chociaż każda z nas marzyła o zejściu za kulisy i odpoczynku. Nie wiem, czy każdy tego doznał, ale moim zdaniem wykonujemy ten zawód dla uczucia zapomnienia i euforii na scenie. Nie czujemy wtedy bólu, nerwów, zmęczenia i potu na skórze. Taka ekstaza potrafi trwać przez cały występ albo przez jego fragment. A co do diety – to w większości przypadków tancerki jedzą wszystko, a nawet jeszcze więcej! Moja dieta w szkole to pączek przed baletem albo batonik.

Nie tańczysz już zawodowo, ale uczysz tańca. Nie umiałabyś bez niego żyć?
Nigdy nie myślałam o żadnej innej ścieżce kariery, jedynie może o nauczaniu baletu, gdyż nauczyciele powtarzali, byśmy miały opcję następnego zawodu, gdy kariera na scenie się zakończy. Dziś jestem sobie bardzo wdzięczna za to, że chociaż dostałam zaraz po szkole angaż w Teatrze Wielkim, nie przerwałam edukacji i zrobiłam studia pedagogiczne na wydziale tańca. Moje koleżanki, które nie podjęły takiej decyzji, często po trzydziestce i po urodzeniu dziecka musiały zadać sobie pytanie: i właściwie co teraz? Dla jednych ciąża była zmianą perspektywy, szansą na łyk normalnego życia, dla innych to mógł być koniec kariery. Nie dlatego, że tancerka po urodzeniu dziecka nie jest zdolna do pracy – wręcz przeciwnie, może tańczyć nawet lepiej. Niestety, nie zawsze czeka na nią etat, konkurencja jest duża, a roszady w zespole bardzo częste.

Kiedy odeszłam z zespołu, miałam okres totalnej wolności. Najpierw się nią zachłysnęłam, a potem zaczęła mnie uwierać. Zrozumiałam, że muszę ćwiczyć. Chciałam to robić po raz pierwszy tylko dla siebie. Zaczęłam uczyć najpierw dzieci, potem grupy dorosłych. W tym samym studiu baletowym, w którym pracowałam, zaczęłam też ćwiczyć jako kursantka – i sprawiało mi to ogromną frajdę. Czułam, że gdy poćwiczę, od razu robi mi się lepiej – fizycznie i psychicznie. Taniec był i jest moją terapią, i tak to już chyba zostanie. Kiedy go w moim życiu nie było, czułam się bardzo nieszczęśliwa. Mimo że byłam młodą, zdrową i pełną życia kobietą. Sądzę, że zawsze podświadomie dążyłam do tego, żeby mieć własne studio tańca, dokładnie takie jak to, które teraz prowadzę, w którym sama tańczę dla przyjemności i uczę tańczyć dla przyjemności innych.

Taniec więc pozostał. Dążenie do perfekcji też?
Charakterologicznie zawsze miałam do niego predyspozycje, szkoła je tylko wzmocniła. Zawsze uważałam to za pozytywną cechę. Aż do ostatniego roku studiów. Oprócz obrony pracy magisterskiej miałam zrobić dyplom taneczny na wybranej klasie, czyli ułożyć cały program lekcji i poprowadzić ją jako nauczyciel. To mnie przerosło. Do tego stopnia, że wzięłam urlop dziekański. Po prostu uważałam, że moje ćwiczenia nie są wystarczająco dobre, że nie mogę ich nawet pokazać swojej pani profesor. Wpadłam w depresję, prawdopodobnie spowodowaną ogromną zmianą w życiu. Rzuciłam taniec. Dopiero gdy dałam sobie czas, odpoczęłam i wróciłam do siebie, przy ogromnym wsparciu mojej mamy, a także dzięki wsparciu kilku nauczycieli uniwersytetu podeszłam ponownie do dyplomu. To dało mi wiele do myślenia. Od tego momentu bacznie siebie obserwuję i stopuję w zapędach perfekcjonistycznych. Wiem, że to zostanie we mnie na zawsze i że muszę mówić sobie: „Spokojnie, Dorota, zrobisz to w swoim czasie albo i nie. Odpuść”. To dla mnie duże wyzwanie, nie przywykłam sobie odpuszczać!

Prowadzisz zajęcia z baletu lub z elementami baletu dla amatorów. To dobrze, że balet staje się bardziej egalitarny, mniej elitarny?
Osobiście nie znam żadnych negatywnych opinii – także wśród tancerzy – na temat uczenia baletu dorosłych. Choć uważam, że jest pewne ryzyko, kiedy do prowadzenia grupy dorosłych amatorów (nie lubię tego określenia, ale używam go, bo nie ma lepszego) zabiera się ktoś, kto uczył tańca klasycznego jedynie dzieci. Takiemu nauczycielowi może się wydawać, że ustawi i ułoży swoich podopiecznych tak samo skutecznie i szybko jak 10-letnie dzieci, których ciała są elastyczne, podobnie jak ich mózgi. Dorośli mają już swoje ograniczenia, fizyczne i psychiczne. Swoje ambicje, blokady, ale i swoje schorzenia czy konkretnie ukształtowane sylwetki. O tym trzeba pamiętać. Poza tym to może być piękna przygoda, spełnienie marzeń i wielki rozwój.

Czyli nie oczekujesz, że zrobisz z nich profesjonalny zespół?
Oczywiście, że nie, choć bardzo bym chciała, by czuli się zespołem i mogli też wystąpić przed publicznością. Ale jeszcze nam się to nie udało. W tym roku przeszkodził nam COVID-19.

Jak bardzo dał ci się we znaki? Kiedy rozmawiałyśmy w lutym o technice barre body, żadna z nas nie przypuszczała, że w marcu zamkną się studia tańca.
Największym wyzwaniem było szybkie odnalezienie się w nowej sytuacji. Jak większość miejsc, które nie mogły sobie pozwolić na zawieszenie działalności na kilka miesięcy, musieliśmy szybko przerzucić się na uczenie online. Początkowo byłam sceptyczna, bo w tańcu klasycznym nauczyciel musi mieć kontakt fizyczny z uczniem, by poprawiać jego postawę, zwracać uwagę na błędy i szybko dokonywać korekty. Ale zrozumiałam, że dla ludzi ważne jest, by mieli kontakt z tańcem, by przypomnieć im kombinacje i sekwencje ćwiczeń. Oczywiście powróciła myśl, że te lekcje są dalekie od ideału (śmiech), że nie mam sprzętu i doświadczenia w tego typu nagraniach, dużym wyzwaniem kondycyjnym było też ćwiczenie i mówienie jednocześnie przez całe zajęcia. Ostatecznie jednak to się bardzo dobrze sprzedawało, a mnie dawało ogromną satysfakcję. Ludzie z innych miast pisali, że wreszcie mogą wziąć udział w moich zajęciach, i to bez ruszania się z domu. Inni dziękowali za to, że daje im to namiastkę normalności albo że mogą spróbować czegoś nowego, o czym od dłuższego czasu myśleli. Czułam tak samo i powiem ci, że właśnie dopiero podczas pandemii udało mi się zrealizować kilka niespełnionych marzeń...

Jakich?
Patio! Przy „Kulturze Fizycznej” od początku znajdowało się patio, które jednak wymagało gruntownego remontu. A mnie zawsze marzyły się treningi na otwartej przestrzeni. I właśnie wtedy, kiedy nie miałam na to pieniędzy i kiedy przyszłość studia nie była pewna, z pomocą rodziny, znajomych i naszych stałych klientów, ale też po prostu osób życzliwych temu miejscu, udało się zebrać potrzebną sumę i wspólnie odnowić tę przestrzeń. Pamiętam pierwsze zajęcia, które odbyły się na wyremontowanym patio. Wszyscy byliśmy przejęci tym, że nam się udało i że wreszcie ćwiczymy razem, a nie zamknięci w domach i już nie tak przerażeni jak na początku pandemii. Generalnie jestem pozytywnie nastawiona do życia i wyzwań, ale przyznaję, że to był bardzo trudny czas: bałam się, czy przetrwamy, czy ludzie będą przychodzić, czy wrócimy na salę ćwiczeń. Ostatecznie uważam jednak, że wspólnie daliśmy cudownie radę. Zawsze też marzyłam, a jednocześnie bałam się, że kiedyś przyjdzie na zajęcia więcej osób, niż mam drążków. I to zdarzyło się po raz pierwszy dopiero niedawno. Byłam w szoku. Pozytywnym. Szybko jednak przypomniałam sobie, jak to robiliśmy w szkole, i podzieliłam wszystkich na grupy, ćwiczyliśmy tak jak ja w pierwszej klasie szkoły baletowej.

Masz dwie kilkuletnie córeczki. Jak zareagowałabyś, gdyby jedna z nich chciała pójść do szkoły baletowej?
Przyznaję, miałam już na ten temat przemyślenia. Helenka, moja starsza córka, ma teraz 6,5 roku. Jakiś czas temu zauważyłam, że balet nie tylko sprawia jej przyjemność, ale też ma do niego predyspozycje, większe niż ja w jej wieku. Zaczęła przychodzić na zajęcia dla dzieci, które prowadziłam. Bardzo jej się podobały, nie chciała z nich wychodzić, często zostawała na kolejne. Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że lubi tańczyć i że chciałaby to robić. Teraz temat trochę odsunął się na dalszy plan, bo pojawiły się koleżanki, mody i wspólne zabawy. Obecnie Helenka chce zostać superbohaterką. Trochę się więc uspokoiłam.

A nie: rozczarowałam?
Jeśli chciałaby zostać baletnicą, oczywiście bym ją wspierała. A jednocześnie obawiała się o nią, bo o ile ma predyspozycje fizyczne, o tyle psychicznie jest zbyt wrażliwa i empatyczna, nie wiem, czy dałaby sobie radę z ciągłą krytyką. Balet wymaga wielu poświęceń, to nie byłoby już dla niej beztroskie dzieciństwo. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by moje życie wyglądało, gdybym nie poszła do szkoły baletowej, ale czasem wyobrażam sobie, jak by wyglądało, gdybym poszła do innego teatru. Na przykład jakiegoś poza Polską. Kiedyś była jedna słuszna ścieżka rozwoju dla młodej tancerki – Teatr Wielki. Wmówiono mi, że to jest moje marzenie, najlepsze i najpiękniejsze. Dziś jest o wiele większa gama możliwości, do tego można się szkolić poza szkołą baletową.

Yuka Ebihara, solistka Teatru Wielkiego w Warszawie, robiła studia, a jednocześnie chodziła na zajęcia baletu.
No właśnie. Jest możliwa kariera w balecie bez pokonania klasycznej drogi. Weźmy Misty Copeland, która zaczęła uczyć się baletu jako nastolatka i miała po drodze mnóstwo problemów i przeszkód, w tym brak środków na edukację, atletyczną budowę czy choćby kolor skóry, w balecie do niedawna mniej tolerowany. Obecnie jest pierwszą w historii i jedyną afroamerykańską prima baleriną American Ballet Theatre i jednocześnie wzorem dla wielu dziewczynek i kobiet. Uważam, że szkoła baletowa daje dużo możliwości, ale też niczego nie gwarantuje, a wiele odbiera. Swoją pasję do tańca można realizować bez niej, bez względu na wiek.

Dorota Mentrak-Bączkowska, pedagog baletu, tancerka, choreografka, ukończyła Ogólnokształcącą Szkołę Baletową im. Romana Turczynowicza w Warszawie oraz studia pedagogiczne na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Prowadzi kobiece studio ruchu „Kultura Fizyczna” w Warszawie.

  1. Styl Życia

Co nas pociąga w balecie? Rozmowa z Iriną Kolganovą - instruktorką fitnessu

Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Irina Kolganova prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego w Akademii Sound Therapy soundtherapy.pl (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)
Przyciąga na swoje zajęcia dziewczyny, bo wszystkie chcą wyglądać jak ona - mieć superwyprostowaną sylwetkę i emanować gracją.

Irina Kolganova urodziła się w Irkucku, absolwentka Rosyjskiej Akademii Kultury i Sztuki. Od ponad 10 lat mieszka w Polsce. Jest instruktorką fitnessu. W Akademii Sound Therapy w Warszawie prowadzi zajęcia z pilatesu baletowego.

Co pilates i balet mają ze sobą wspólnego? Całkiem sporo - cały sekret piękna baletnic tkwi w połączeniu ich siły i delikatności. To umiejętność zgrania mocy mięśni głębokich korpusu z precyzyjnymi ruchami nóg oraz delikatnymi ruchami rąk i głowy. Harmonia siły, precyzji i wdzięku - to jest istota treningu baletowego. Na zajęciach pilatesu również pracujemy z mięśniami głębokimi, stabilizujemy sylwetkę, wzmacniamy kręgosłup. Na pilatesie baletowym dokładamy do tego elementy z baletu.

Balet stał się w Polsce bardzo modny - nie tylko wśród małych dziewczynek, również  dorosłych kobiet. W dużych miastach jak grzyby po deszczu powstają klubu barre, w grafikach pojawiają się zajęcia z fitnessu baletowego. Kiedy wyjeżdżałam z Rosji ponad 10 lat temu to zjawisko tam było już bardzo dobrze znane. Balet był modny wśród dorosłych i w klubach fitness. Sama prowadziłam indywidualne lekcje z baletu dla dorosłych zamożnych Rosjanek.

Czego szukały na tych lekcjach? Był to dla nich po prostu dobry trening kondycyjny, kształtujący sylwetkę, ujędrniający ciało. Dodatkowo balet w Rosji jest niezwykle elitarną dyscypliną - treningi indywidualne na pewno były dla tych pań bardzo nobilitujące. Myślę jednak, że atrakcyjność baletu - nawet w takim amatorskim, rekreacyjnym wydaniu - polega na tym, że ćwicząc go, można poczuć się bardzo kobieco. Jestem przekonana, że robiąc baletowe figury każda dziewczyna może odkryć swoją delikatność, zmysłowość, grację… Zwróć uwagę, że baletnice wyglądają tak, jakby były zawieszone w powietrzu, są trochę oderwane od Ziemi. Na scenie wygląda to pięknie - szczupłe, lekkie i powabne ciała fruwają a jednocześnie czujemy, że są bardzo silne. Może również to pociąga kobiety w balecie…

Tańczysz od dziecka? Tak. Od 7 roku życia tańczyłam w lokalnym zespole. Każdy z mojej podstawówki „coś” tańczył, albo grał na jakimś instrumencie. Pochodzę z małej miejscowości na Syberii. W Rosji tak jest, albo raczej było, że dzieci w ten sposób spędzały wolny czas. Poza tym, w tamtym czasie w telewizji były tylko dwa kanały: wiadomości i kultura. W programie kulturalnym można było zobaczyć opery, balet czy jazdę figurową na łyżwach. W moim domu oglądało się przeważnie balet. Jest on częścią naszej rosyjskiej kultury, dumy narodowej.

Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy) Irina Kolganova (Fot. Albert Zawada/materiały prasowe Sound Therapy)

Wybór studiów nie był dla Ciebie trudny? Był dość naturalny. Po liceum tanecznym, ukończyłam Akademię Kultury i Sztuki w Ułan Ude - to uczelnia, która kształci przyszłych tancerzy, baletmistrzów, choreografów. Po studiach pracowałam z dziećmi, byłam nauczycielką tańca dla dzieci.

Teraz pracujesz z dorosłymi. Przyznaję - jest dużo łatwiej. Po przyjeździe do Polski próbowałam uczyć baletu dzieci, ale troszkę zaskoczyło mnie tutejsze, zupełnie inne, podejście do tematu. Większość szkółek baletowych jest po prostu sposobem na miłe spędzenie czasu wolnego przez dzieci. Ciężko wprowadzić dyscyplinę na zajęciach. Zaskoczył mnie też fakt, że rodzice mogą obserwować trening, przebywać na sali. Nie oceniam tego, ale instruktorowi to nie ułatwia zadania. W Rosji jest zupełnie inaczej - nawet jeśli rodzice wiedzą, że ich dziecko nie trafi na deski teatru Balszoj.

Tęsknisz za baletem? Za tańcem klasycznym? Im jestem starsza, tym bardziej tęsknię. Najbardziej brakuje mi ćwiczeń przy muzyce klasycznej granej na żywo. Dźwięki wydobywające się z pianina na sali treningowej połączone z ruchem mają terapeutyczne działanie. Dlatego zachęcam wszystkich do ćwiczeń, zwłaszcza w trudnych czasach.

 

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Styl Życia

Co nam daje nauka tańca?

Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Na podstawowym poziomie chodzi o naukę kroków. Na wyższym – o akceptację siebie. Amatorzy, których uczy tańczyć Piotr Lewandowski, rozkwitają, nabierają pewności siebie i rywalizują w turniejach z zawodowcami.

Od jak dawna tańczysz?
Grubo ponad 20 lata.

Kto przychodzi na twoje zajęcia i – choć to może dziwnie zabrzmi – po co?
Motywacje są bardzo różne. Zaczyna się zwykle od podstawowej – by nauczyć się tańczyć. Ale w trakcie kursu uczestnik odkrywa coraz to nowsze rzeczy, które daje taniec. Do mnie przychodzą prawie same panie. I wszystkie przyznają, że dzięki tańcowi zaczynają się czuć bardziej kobieco. Nagle zauważają swoje biodro, gdy się porusza. Stają się bardziej świadome swojego ciała.

Bardziej sexy?
Tak, ale na początku, widząc siebie w lustrze, są onieśmielone. Każdy ma swoje kompleksy. Taniec uczy, by nie zwracać na nie uwagi. Akceptować siebie, skupić się na tym, co jest do wykonania. Wyrzucić emocje i czerpać przyjemność z ruchu. I tutaj bardzo istotną rolę odgrywa trener. On jest nie tylko nauczycielem tańca, ale także coachem, a nawet psychologiem. Musi wyczuć, w jakim nastroju jest dana osoba. Zbudować w niej poczucie wartości, pewność siebie – i dopiero wtedy można przechodzić na wyższe poziomy nauki. Czasami kursantki przychodzą z jakąś blokadą. I wtedy niczym psychoanalityk muszę nad tym popracować. Ostatecznie w tańcu problem albo zostanie zasymilowany, albo kobieta wyrzuci go z siebie.

Kozetkę psychoterapeuty zamieniasz na lustro w sali tanecznej?
Dokładnie. Mam znajomego neurologa, który mówi, że taniec to doskonała terapia, i gdyby mógł, to przepisywałby go każdemu. Był ze mną na kilku wyjazdach warsztatowych w Toskanii i widział, jakiej metamorfozie ulegają kobiety.

Wróćmy do motywacji tańczących. Jakie są te mniej oczywiste?
Wiele osób traktuje taniec jak formę fizycznej aktywności. Zwłaszcza panie. Już po kilku zajęciach poprawia im się sylwetka i jędrność ciała. Zawodowi tancerze słyną przecież ze smukłych kształtów.

W Pro-Am, systemie, który propaguję, uczymy tańca podczas indywidualnych lekcji z zawodowcem. Dla niektórych to kolejny etap rozwoju tanecznego. I to dynamicznego rozwoju – doświadczony kursant kolejne poziomy pokonuje o wiele szybciej. Ale również amatorzy radzą sobie świetnie. Do tego stopnia, że występują podczas branżowych turniejów lub pokazów, oczywiście w parze z zawodowcem. To taki „Taniec z gwiazdami” w mikroskali. Dla wielu to spełnienie marzeń. Wiek nie gra roli. Przychodzą do nas także osoby starsze, już na emeryturze. Mamy na przykład 71-latka, który tańczy od 10 lat. Jest zachwycony. Niedługo będzie brał udział w turnieju.

Czy mężczyźni także budują swoją pewność siebie poprzez taniec?
Taniec w ich przypadku jest jednym ze sposobów, w jaki mogą zaimponować kobiecie. Mam mnóstwo kursantów, którzy przychodzili na zajęcia bez koordynacji ruchowej i poczucia rytmu. Ale wystarczyło nauczyć ich kilku prostych ruchów, dać podstawę w krokach, by poczuli się komfortowo na parkiecie.

Kiedyś chodziłem na milongi. Imponowała mi pasja, z jaką ludzie podchodzą do tanga, i ogromny międzypokoleniowy przekrój – od nastolatków po siedemdziesięcioparolatków.
Bo tak naprawdę taniec nie zna granic, a już na pewno nie są to granice wiekowe. Dla pań najważniejsze jest to, by mieć dobrego partnera, i wsłuchać się w niego. A na milongi chodzą pasjonaci, panowie, którzy potrafią prowadzić w tańcu, więc kobiety czują na parkiecie duży komfort. Poza tym tango uczy obecności. Partnerzy są nie tylko wewnętrznie skupieni, ale też maksymalnie skoncentrowani na sobie jako parze. Uczestnicy milong, sals czy zajęć w ramach Pro-Amu tworzą bardzo barwne, wesołe społeczności. Bo taniec to jest styl życia. Ludzie, którzy tańczą, mają nie tylko wspólną pasję, ale też jeden język, powiedziałbym nawet „slang”, i wspólne doświadczenia. Tworzą fora, blogi taneczne, opisując metamorfozę, jaką przeszli pod wpływem tańca – wrzucają swoje zdjęcie „przed” i „po”. To są też wspólne imprezy, turnieje, szukanie nowinek... Pod wpływem grupy chcą się jeszcze bardziej doskonalić. Zaczynają dbać o siebie, lepiej się odżywiać, wysypiać – w tańcu narzędziem jest w końcu ciało. Kobiety szyją sobie specjalne stroje, robią makijaże, fryzury – taniec staje się dla nich świętem, odpoczynkiem od codzienności.

Czy zdarza się, że na zajęcia do Pro-Am trafiają ci, którzy mają jakiś życiowy zakręt?
Różnie to bywa. W naszym systemie tańca uczą się osoby o zróżnicowanym statusie społecznym i sytuacji życiowej. Są single, którzy potrzebują się wyszaleć, i pracujące kobiety z dziećmi, które chcą mieć chwilę dla siebie. Na zajęciach odnajdują się na nowo. Znam kobiety, które dotychczas nie wyjeżdżały nigdzie same, tylko z rodzinami, nawet na zakupy. A teraz, dzięki tańcowi, zaczynają dostrzegać swoje potrzeby. Taniec staje się odskocznią od szarego życia. Wentylem bezpieczeństwa dla problemów. Czasami dzwoni do mnie kursantka i mówi: „Chcę umówić się na lekcję. Dzisiaj. Mam w pracy taką zadymę, że muszę to gdzieś odreagować”.

Umożliwiacie waszym kursantom udział w profesjonalnych turniejach. Co im to daje, oprócz – jak przypuszczam – ogromnej tremy?
Nie bez powodu w parze jest zawsze amator i profesjonalny tancerz. Oboje się wspierają, przy czym gwarantuję, że to amator ma mniejszą tremę. Nikogo nie namawiamy na udział w turnieju po miesiącu czy dwóch nauki. To byłoby zbyt stresujące. Czas przygotowania jest bardzo indywidualny. Znam osoby, które po trzech miesiącach czuły się już na siłach, a są takie, którym to zajęło rok, półtora. Turnieje są dodatkową motywacją i prawdziwą próbą charakteru. Jeśli uda ci się opanować stres i dobrze wypaść, zaczynasz wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po czymś takim nauka na zwyczajnej sali tanecznej to już czysta przyjemność.

Kilka lat temu znajomy, Michał Malitowski, zaprosił mnie do programu „Got to dance”. Wystąpiłem w nim ze swoją partnerkę z Pro-Amu, panią po 40, poważną business woman, z mężem, rodziną. Rano przyszliśmy na nagranie, a tam tłum ludzi, na dodatek same zespoły. Tu się rozgrzewają, tu grają, tam scena i kamery… Moja partnerka wpadła w panikę. W parę godzin musieliśmy się ogarnąć. Wieczorem było nagranie na żywo i wszystko ostatecznie fajnie wyszło. Dlatego jestem zdania, że na pokazach czy konkursach ludzie mogą się sprawdzić w nowej roli, zmierzyć ze strachem. Uczą się radzić sobie z trudnymi emocjami.

Poza tym atmosfera na turniejach jest bardzo nobilitująca. Staramy się je zresztą właśnie dlatego urządzać w niecodziennych miejscach. Były już w Filharmonii w Szczecinie czy w Kopalni Soli w Wieliczce, 128 metrów pod ziemią. W takim otoczeniu uczestnicy czują, że te emocje, te chwile są bezcenne. Wyjeżdżamy też na pokazy za granicę – z pierwszą kursantką z Pro-Amu byłem w Hongkongu. Łączymy to także z podróżami pod hasłem „weekend dla siebie”.

A jak sam wspominasz zawodowe turnieje, w których brałeś i bierzesz udział?
Pamiętam szczególnie dobrze Mistrzostwa Niemiec w Mancheim. Miałem wtedy 14–15 lat. Z moją partnerką udało mi się wejść do finału. Cała sala pełna. Kilka tysięcy osób. Duża orkiestra, muzyka na żywo. Pary przedstawiane z imienia i nazwiska. Kiedy to się dzieje, to na parkiecie tracisz niemalże świadomość. Odpływasz i nie wiesz, co się z tobą dzieje. A masz zatańczyć. Robisz to więc w jakiejś euforii, której nie jesteś w stanie kontrolować. Bo technicznie to wszystko już dawno masz wyćwiczone.

Podobne odczucia miałem podczas Mistrzostw Polski na warszawskim Torwarze. Pełna sala ludzi, 3–4 tys. osób, telewizja. W takich warunkach włada tobą podświadomość. To jest nie do opisania. Trzeba to poczuć. Czujesz się jak podczas premiery na scenie. Bo tancerz jest aktorem. Odgrywa różne role. Raz jest romantycznym kochankiem, a raz dzikim torreadorem. Przepuszcza przez ciało muzykę – jedno z drugim musi być więc zsynchronizowane. Czysta symbioza. Do tego jeszcze dochodzi interakcja z otoczeniem – gdy ogląda cię 2 tys. osób, czujesz ogromną dawkę energii, jeśli potrafisz przeciągnąć ją na swoją stronę, wygrywasz.

Znasz jakąś osobę, która dzięki nauce tańca przeszła prawdziwą metamorfozę?
Nawet kilka. Wszystkie niezwykle się otworzyły, nabrały pewności siebie, ale też i pokory. Stały się dojrzalsze emocjonalnie – otwarcie mówią, co czują.

Szkoła tańca szkołą życia?
My mówimy: „dance ma sens”. Siedemdziesięciolatek, o którym wspominałem, twierdzi, że odkąd w wieku 60 lat zaczął tańczyć, zaczął żyć. Przeżywa teraz swoją drugą młodość. Tyle tylko, że nie ma o czym rozmawiać z rówieśnikami: oni opowiadają o serialach, chorobach i wnukach, a on ma mnóstwo energii i nowych celów do osiągnięcia. No i prawdziwą pasję – taniec.

O co ty byłbyś uboższy, gdyby nie taniec?
Na pewno o wiele emocji. Bo taniec cię na nie otwiera. W dzień je zwykle skrywamy, na parkiecie uwalniamy. Dlatego taniec tak odstresowuje i relaksuje. Wyrzuci z ciebie złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. Poza tym taniec to forma sztuki, tańcząc, stajesz się artystą. Kontaktujesz się nie tylko ze swoim umysłem i ciałem, ale też z duszą. Ja, gdy wchodzę na parkiet, od razu się uśmiecham.

Piotr Lewandowski zawodowy tancerz najwyższej międzynarodowej klasy tanecznej S, instruktor, finalista turniejów tanecznych w Polsce i w Europie. 

  1. Styl Życia

Balet dla dorosłych. Na pierwszych lekcjach nie uczymy ciała, tylko głowę

Na zdjęciu Dominika Nahajowską (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)
Na zdjęciu Dominika Nahajowską (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jej przygoda z baletem zaczęła się w wieku 21 lat. Dziś jej instagramowy profil „White Pointe Shoes” obserwuje prawie trzydzieści tysięcy osób. To zapisana w obrazach i słowach historia młodej dziewczyny, która postanowiła zrealizować swoje marzenie i przekonać innych, że nie ma czegoś takiego jak „nienadawanie się” do sportu. Rozmowa z Dominika Nahajowską - promotorką baletu dla dorosłych. 

W dzieciństwie chciałam zostać baletnicą, moja mama zabrała mnie nawet do Poznania do szkoły baletowej, ale nie zdecydowała się zostawić swojego dziecka w internacie. Gdy trafiłam na twojego bloga, moje dziecięca marzenia odżyły, ale pomyślałam sobie, że mam 37 lat i może to już za późno. Na balet rekreacyjny, czyli tak zwany balet dla dorosłych nigdy nie jest za późno! Nie ma ograniczeń wiekowych czy wymagań fizycznych. Nie ważne ile masz lat i jaką masz kondycje, możesz stanąć przy drążku i poczuć się jak baletnica. Trochę Ci opowiem, jak to wyglądało kiedyś. Jedyny balet, z jakim mogłaś się spotkać, to balet zawodowy, do którego dzieciaki trafiały po zdanym przesłuchaniu do szkoły baletowej. I albo się dostawały, czyli całe życie wiązały z tańcem, albo ich przygoda kończyła się w tym miejscu. Dzisiaj już jest inaczej – tak jak nie musisz być zawodowym kolarzem, żeby mieć przyjemność z jazdy na rowerze, czy zawodowym kulturystą, żeby przychodzić na siłownie, tak samo nie musisz być baletnicą, żeby stanąć przy drążku. Szkoły czy zajęcia z baletu dla dorosłych przechodzą prawdziwe odrodzenie – głównie za sprawą Mary Helen Bowers, która przygotowywała Natalie Portman do roli Czarnego łabędzia, a potem swoim treningiem rzeźbiła ciała Aniołków Victoria’s Secret.

Wchodząc na sale, przeżyjesz taką samą lekcje, jakiej codziennie doświadczają tancerze baletu, choć oczywiście dostosowaną do twoich możliwości.

W jakim wieku są ludzie na takich zajęciach dla amatorów? Nie będę tam najstarsza, bo to jakoś tak głupio. Bez obaw, balet dla dorosłych jest dla dorosłych. Z moich obserwacji wynika, że średnia wieku to 25-45 lat, chociaż oczywiście zdarzają się też osoby starsze. Jedna z moich koleżanek, która zresztą potem występowała w zespole amatorskim, zaczęła tańczyć w wieku 40 lat. Dzieci dorosły i postanowiła wreszcie zawalczyć o to, co całe życie chodziło jej po głowie. Wiem, że w wielu szkołach tańca są zajęcia z baletu dla seniorów 60+.

Napisałaś, że zawsze czułaś się wykluczana ze sportu, bo byłaś za chuda, mizerna, bo zajęcia z wychowania fizycznego nie należały do twoich ulubionych. Co się stało, że w wieku 21 lat postanowiłaś pójść na zajęcia z baletu, a nie na salę fitness? Wcześniej próbowałam fitnessu, jogi czy pilatesu, ale czułam że to nie dla mnie. W torebce latały karnety z „jedną pieczątką”, bo wolałam stracić pieniądze niż się męczyć. Byłam pewna, że po prostu mam słomiany zapał. Na salę baletową trafiłam przypadkiem – dostałam bilety na spektakl od znajomej, pierwszy raz w życiu usiadłam na widowni Opery. Zakochałam się. Byłam absolutnie zachwycona tym, do czego jest zdolne ludzkie ciało, ale też bijącymi ze sceny emocjami.

Wróciłam do domu i zaczęłam szukać informacji o obsadzie. Odkryłam, że jeden z tancerzy prowadzi zajęcia dla dorosłych amatorów. Poszłam i przepadłam. Dzisiaj mam 30 lat, wiele w moim życiu się zmieniło, ale na salę baletową ciągle wracam. Chyba jednak nie mam słomianego zapału.

Jak wyglądały twoje początki?  Ile czasu zajęło ci dojście do poziomu, no właśnie, o jakim poziomie można mówić w przypadku dorosłych osób, które zaczynają? Początki zazwyczaj są ciężkie i tak samo było w moim przypadku, chociaż balet sprawiał mi tyle radości, że specjalnie o tym nie myślałam. Chciałam tańczyć. Nie przejmowałam się tym, czy wychodzi, czy nie, byłam gotowa się potykać i przewracać, żeby w końcu się nauczyć.

Nie da się jednak ukryć, że byłam w fatalnej kondycji – studiowałam dwa kierunki, więc głównie się uczyłam, nie byłam rozciągnięta, cały czas bolały mnie plecy. Gdyby nie balet, pewnie do dzisiaj by tak zostało.

(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes) (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)

„Na pierwszych lekcjach baletu nie uczymy ciała, tylko głowę”. Balet zaczyna się w głowie? Tak i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, trzeba pokonać wstyd i uprzedzenia, i na takich zajęciach się pojawić. Uwierzyć, że dasz sobie radę, a nawet jak nie dasz, to nikt cię za to nie zabije. Następny mit – że nauczyciele (pedagodzy) są niemili, albo że mogą kogoś wyrzucić, jak się nie sprawdzi. Jasne – wyjątki się zdarzają, ale najczęściej takie osoby szybko kończą swoją pedagogiczną karierę. W większości przypadków pedagog to osoba, która lubi przekazywać wiedzę i pomagać podopiecznym. Czasem sama jestem pod wrażeniem ich cierpliwości.

Druga rzecz, to walka z ciałem, bo dla niego balet to nowość. Nowy ruch, którego trzeba się nauczyć, przyswoić. Nauczyć trzeba się również wyrozumiałości i motywowania samego siebie, niepoddawania się po pierwszej porażce. Sukces jest nagrodą dla tych, którzy mają siłę próbować do skutku. Nie muszę ci mówić, że to się potem przekłada na wszystkie dziedziny życia.   

Czego będę uczyć się na pierwszych zajęciach? Czy muszę być już rozciągnięta, czy tego wszystkiego będę się uczyć od podstaw? Od absolutnego zera. Przychodząc na zajęcia nie musisz mieć żadnych umiejętności. Na pierwszych lekcjach nauczysz się podstawowych figur (pas) przy drążku. Każda ma swój cel : otwarcie bioder, wzmocnienie nóg itd. Poznasz też nazewnictwo, teorie, technikę. Będzie ciekawie.

Na co powinnam zwrócić uwagę szukając zajęć baletu dla dorosłych? Przede wszystkim na to, czy na sali są drążki – jeśli chcesz spróbować „prawdziwego baletu” będę niezbędne. Cześć szkół prowadzi też zajęcia w stylu body balet, czyli balet na macie, ale to nie do końca to, czego chcesz spróbować. Warto też przyjrzeć się pedagogowi – czy jest empatyczny, czy tłumaczy jasno, czy koncentruje się na podstawach. Jak mówiłam wcześniej, bywają różne przypadki i szkoda czasu na te negatywne osoby. Poza tym, czuj się jak w domu.

Czy będę tańczyć na pointach? W czym w ogóle ćwiczy się na początku? Pointy to następny, zazwyczaj wyczekiwany, etap nauki. Jak tylko twoje ciało będzie gotowe, nie ma przeciwskazań żebyś zaczęła! Ten moment u każdego przychodzi indywidualnie, uzgadnia się to z pedagogiem – dla jednego będzie to po trzech-czterech miesiącach, dla drugiego rok od rozpoczęcia nauki, ale nie jest tak, że jest to nieosiągalne. Na pierwsze zajęcia wystarczą bawełniane skarpetki, jak ci się spodoba – baletki ze sklepu baletowego.

Skoro jesteśmy przy stroju, to w czym powinnam ćwiczyć, jeśli na pierwszych zajęciach nie widzę się jeszcze w body i białych rajstopach? Sama długo się przekonywałam do białych rajstop… ale w nich najlepiej widać, jak pracują mięśnie nóg. W balecie strój ma swoje znaczenie – musi być taki, żeby pedagog widział twoje stopy, kolana, linię bioder, plecy. Jeśli zakryjesz się dresem od stóp do głów, nie będzie w stanie cię poprawić. Jednak dopasowana koszulka i legginsy też załatwią sprawę. Na sali pojawiają się osoby ubrane bardzo różnie – od typowo baletowych outfitów po zupełną awangardę. Na pewno nie  będziesz się wyróżniać, zresztą każdy i tak patrzy pod swoje nogi – jak już ustaliłyśmy, balet mocno zajmuje głowę.

A można ćwiczyć w domu, na przykład korzystając z twoich zajęć na YouTube? Moje treningi to głównie rozciąganie i wzmacnianie „pod balet”. Baletu jako takiego bez nadzoru w domu nie polecam, bo bardzo łatwo nabawić się złych nawyków, a one mogą prowadzić do kontuzji. Zresztą cała magia polega na stawaniu przy drążku. W domowej wersji dobrze sprawdzają się, wymyślone podczas lockdownu zajęcia na tzw. zoomie – czyli my widzimy pedagoga, a pedagog nas.

(Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes) (Fot. Natalia Świdlicka/ materiały prasowe White Pointe Shoes)

Pewnie często słyszysz to pytanie, ale czy balet to kontuzjogenna dyscyplina, czy nie ma różnicy między nim, a zajęciami fitness? Zdjęcia pokrzywionych od point stóp hulają w Internecie, a „Czarny Łabędź” nadal zbiera żniwa. Wiadomo – każdy sport zawodowy, a tak można traktować balet, niesie za sobą pewne ryzyko, ale rekreacja mało kiedy jest szkodliwa, w końcu ruch to zdrowie. Balet dla dorosłych to fajna, bezpieczna forma ruchu, która często pomaga nam w typowo środowiskowych dolegliwościach – wzmacnia plecy, likwiduje garbienie, usprawnia ciało. Nie ma się czego obawiać, aczkolwiek różnica moim zdaniem jest na korzyść baletu. Na żadnych zajęciach z fitnessu nigdy nie czułam się tak „zaopiekowana” przez pedagoga, jak zawsze jestem na balecie.

Jakie korzyści, oprócz satysfakcji i nauki czegoś nowego, daje ci balet? A jakich korzyści można jeszcze oczekiwać od pasji? Mam wrażenie, że zapomnieliśmy, co oznacza słowo „rekreacja”, czyli robienie czegoś dla przyjemności. W życiu robimy masę rzeczy, których nie lubimy, ale które coś nam dają – np. praca, niektóre relacje towarzyskie. Czas sobie przypomnieć, że istnieją też rzeczy, które warto robić dla czystej przyjemności. Dbać o równowagę między „muszę”, a „chcę”. To właśnie może dać ci balet.