1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Katarzyna Kasia - nigdy więcej

Katarzyna Kasia - nigdy więcej

Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Filozofka, którą pokochało społeczeństwo. Katarzyna Kasia w „Szkle kontaktowym” w TVN24 poczuciem humoru rozbraja najtwardszych. Namawia do dialogu i przekonuje, że więcej nas łączy, niż dzieli. A jeśli dzieli nas wszystko, to przynajmniej razem się z tego śmiejmy.

Kiedy mówiłem, że robię z panią wywiad, słyszałem: „z naszą Kasią?”. Często pani to słyszy?
Na jednej z demonstracji starsza pani wręczyła mi znaczek „Konstytucja” i cukierka, mówiąc: „Fajnie, że jesteśmy razem”. Reprezentowała Polskie Babcie. Jest w nich siła, determinacja, dystans. Walczą o Polskę dla wnuków. Tyle razy dostały po głowie, przeżywały przełomy, cieszyły się, że sklepy przestały być puste, że Polska jest w Unii Europejskiej. „Konstytucja” i cukierek wyrażają spełnione nadzieje. Miło jest wspólnie w tym być, bo tak samo jak ja jestem widzów, to oni są moi.

Jest pani filozofką, której społeczeństwo słucha z uśmiechem, i to naprawdę słucha.
Od lat wykładam na wyższej uczelni. Niełatwo zdobyć uwagę stu osób, mówiąc o filozofii starożytnej. Chcę, by rozumiała moja córka, by rozumiały moje koleżanki, moi studenci i widzowie. Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać.

Czuje pani odpowiedzialność za Polskę?
Zapewniła mi wykształcenie. Mam poczucie, że powinnam oddać tę wiedzę. Dlatego wykładam w szkołach publicznych. Tak rozumiem patriotyzm.

A humaniści – już nawet to słowo wypowiadam, przepraszając – nie wstydzą się poczucia misji?
Nastały czasy jednoznaczności. Ludzie mówią od razu wielkimi literami. Tymczasem humanistyka opiera się na wątpliwościach. Dopuszczamy, że możemy nie mieć racji. Wykład noblowski Olgi Tokarczuk był o tym. Błona fotograficzna wystawiona na światło reaguje w zależności od tego, jak jest czuła. A ponieważ jesteśmy bardzo czuli, łapiemy mnóstwo półcieni, niewidocznych elementów. Zamiast czerpać przyjemność z niuansów, wstydzimy się.

Filozofka może odmienić naszą sytuację?
W czasach radykalnego pogłębiania podziałów filozofka zadaje pytanie, czy aby na pewno są tak wyraźne. W tej chwili bardzo trudno rozmawiać z kimś, kto ma inne poglądy polityczne. Gdybyśmy nie byli tacy czarno-biali, zobaczylibyśmy, że powodów do konfliktu jest o wiele mniej. To polityka sprzedaje nam pakiety myślowe – zestawy: mały liberał, mały nacjonalista. W nich jest wszystko – ubranie, język, sposób widzenia świata, stosunek do polityki wewnętrznej i międzynarodowej, wartości rodzinne. Ludzie tacy nie są, mogą rozpakować pudełko i zdecydować, co wyjmą. Nie powinniśmy brać całości, chociaż to wygodniejsze, bo elementy są spójne i mamy pokusę, żeby wszystko było jasne i oczywiste.

Naprawdę więcej nas łączy?
Mimo różnych poglądów na politykę czy polską tradycję zawsze jest przestrzeń do rozmowy. Może to być sport, jazda samochodem, kompot śliwkowy albo sernik. Wiele razy spotykałam ludzi, których poglądów nie podzielałam, ale nawet przy radykalnej różnicy udawało się rozmawiać. Wystarczy minimalne poczucie humoru, żeby dostrzec śmieszność takiej sytuacji. Świadomość, że już nic nas nie łączy, może być inspirująca. Henri Bergson mówił o grzeczności serca, empatycznym szukaniu porozumienia.

W którym momencie poczuła się pani obywatelką?
Kiedy odebrałam dowód osobisty, żeby zagłosować w referendum konstytucyjnym. Wreszcie i ja mogłam wrzucić małą kartkę do urny. Chciałam głosować, odkąd – mając 11 lat – poszłam z rodzicami na wybory 1989 roku. Byli szczęśliwi, wzruszeni, ręce im się trzęsły. Kiedy byłam w siódmej klasie, wprowadzono religię do szkół. Jako jedyna dziewczynka w szkole na nią nie chodziłam. Zostałam przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Bałam się, że dzieci mnie wykluczą, a one doceniły, że dokonuję własnych wyborów. Pracowałam dla dobra całej społeczności, co było ważną nauką.

Mniej więcej w tym czasie wzięła pani udział w dokumencie Krzysztofa Krauzego „Źródło”. Jako żydowska dziewczynka towarzyszyła pani w podróży do Białegostoku pochodzącemu stamtąd francuskiemu prawnikowi Samuelowi Pisarowi, ocalonemu z Holocaustu. Po latach opisała to pani w osobistym eseju o antysemityzmie.
Dzień po telewizyjnej emisji cała klatka schodowa była pokryta gwiazdami Dawida powieszonymi na szubienicach, napisami „Jude raus”… Zobaczyłam je, wychodząc do szkoły. Przestraszyłam się, ale i poczułam gniew. Urodziłam się w Warszawie, tu się wychowałam, mieszkam całe życie. Jakim prawem ktoś mówi, że mam się wynosić? Mój pradziadek zginął w Katyniu, był Żydem i polskim oficerem. Babcię wyrzucono w 1968 roku z Uniwersytetu Warszawskiego, była adiunktką na Wydziale Chemii. Mojej mamie pani od historii powiedziała, że nie zda matury, bo jest syjonistką. Zdziwiona przyszła do domu i dopiero wtedy usłyszała o żydowskim pochodzeniu. Przede mną już nikt niczego nie ukrywał. Byłam chyba naiwna, bo w ogóle nie rozumiałam, jak można być antysemitą. Nadal nie rozumiem.

Zrozumiała pani, jak bardzo można się bać?
To nie tylko mój strach, ale wszystkich poprzednich pokoleń, które doświadczyły potwornych prześladowań. Tuwim w pięknym tekście „My, Żydzi polscy” pisał, że jest Polakiem, bo jego nienawiść do polskich antysemitów jest większa niż do innych antysemitów. Bardzo dobrze to rozumiem, bo polski antysemityzm uderza mnie jako Żydówkę i jako Polkę. Chciałabym myśleć o Polsce jedynie dobrze. Jak zareagowałabym, gdyby coś takiego spotkało moją córkę?

Ma dzisiaj tyle lat, ile pani wówczas.
Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego o aborcji poszłyśmy na demonstrację. Stałyśmy na placu Zamkowym. Nagle usłyszałyśmy donośne męskie głosy, zobaczyłyśmy neofaszystowską bojówkę, biegła na nas. Ludzie zaczęli się cofać. Osłoniłam Ninę. Złapałam ją za rękę i odeszłyśmy dalej. Była przerażona, trzymała mnie mocno. To się działo w Warszawie w XXI wieku. Dlaczego moja córka musi mieć takie doświadczenie inicjacyjne? Polska dziewczynka musi zobaczyć faszystów, mając 13 lat? Przeżyć strach towarzyszący nam od pokoleń? Tak się wściekłam, że jeśli mogę coś zrobić, żeby w Polsce nigdy więcej nie było faszyzmu, antysemityzmu, bezsensownej przemocy, zrobię wszystko.

Jak pani poznawała rodzinną historię?
Czytaliśmy pamiętniki pradziadka. Dużo opowiedziała mi jego siostra, cudowna ciocia Lesia. Przeżyła w Warszawie drugą wojnę światową. Znaliśmy historię mojej babci. Tata, który w Marcu ’68, w proteście studentów, pobity przez ZOMO, omal stracił życie, powtarzał, że bardzo chciałby być Żydem. Pewnego razu poszłam do Zachęty na wystawę „I ciągle widzę ich twarze”, to zdjęcia żydowskich rodzin, w większości zgładzonych. Wśród nich zdjęcia rodziny o tym samym nazwisku, co mama mojego ojca. Powiedziałam szczęśliwa: „Tata, masz całkiem porządną żydowską rodzinę”. Zawsze miałam poczucie, że jednolita tożsamość ogranicza. Wśród przodków mam biskupa Kościoła protestanckiego. Mój tata był wiecznie wątpiącym chrześcijaninem, niestrudzonym badaczem Świętego Augustyna.

Jak dorasta się w domu historyków filozofii?
Mieliśmy bardzo dużo książek, które namiętnie czytałam. Było bardzo cicho. Tata nieustannie studiował dzieła, więc potrzebował ciszy. Nawet kiedy z bratem się kłóciliśmy, staraliśmy się robić to jak najciszej, żeby mu nie przeszkadzać.

Była pokusa, by krzyknąć?
Jasne. Zwłaszcza gdy się ma młodszego brata. Nieustannie z Jankiem toczyliśmy boje. Kiedy byliśmy mali, tata co wieczór nam czytał, naśladując głosy znanych aktorów, postaci z życia publicznego. Przeczytał nam całą klasykę – Trylogię Sienkiewicza, „Pana Tadeusza”, całego Moliera. A myśmy czerpali stamtąd wątki do naszych zabaw. Bawiliśmy się w Juranda i Krzyżaka, co było dość brutalne. Ale Sienkiewicz silnie oddziałuje na wyobraźnię dzieci.

Pani była Jurandem czy Krzyżakiem?
Zamienialiśmy się. Była taka scena, w której Jurand wchodzi do karczmy, a Krzyżak coś do niego mówi, i wtedy Jurand rzuca nim o ścianę. Krzyżakowi pęka czaszka, mózg się rozlewa, krew płynie po ścianie. Akurat w tej scenie każde z nas chciało być Jurandem. Kiedy tata kończył czytać „Pana Wołodyjowskiego”, a finał jest pełen napięcia, myśmy potwornie płakali, i tata też płakał, tak że nie mógł czytać. Przyszła mama, czytała i płakała, a potem znowu tata czytał. Na pewno dom miał wpływ na to, kim jestem. Nauczyłam się pokory wobec filozofii. Mama zajmowała się etyką, tata historią filozofii starożytnej i średniowiecznej, ale słowo „filozof” zarezerwowali dla Platona, Sokratesa, Arystotelesa, Kanta. Siebie określali nauczycielami filozofii. Kiedy po maturze wybierałam studia, tata powiedział, że musimy poważnie porozmawiać. Pierwszy raz tak serio. Usiedliśmy. Zapytał, co chcę robić. Odpowiedziałam, że zdawać do szkoły filmowej. Bardzo dużo rysowałam i chciałam robić filmy animowane. „No, tak. Ale to bez sensu. Jak z tego będziesz żyła? Z głodu umrzesz”. Byłam pod wrażeniem jego praktyczności. „A co zrobisz, jeśli się nie dostaniesz?”. „Pójdę na filozofię”. „To bardzo dobra decyzja. Będziesz miała zawód. Może nie nauczysz się wbijać gwoździ, ale dowiesz się, po co robić dziurę w ścianie. Będziesz miała w ręku najlepszy fach, jaki w ogóle można mieć. To studia, które na wszystko cię otworzą”. Od razu poszłam na filozofię, czego nigdy nie żałowałam.

Ojcu poświęciła pani bardzo osobisty esej „Kto obroni żydowskiego profesora?”.
Mój ojciec umarł wiele lat temu. Urodził się w 1934 roku w Warszawie. Mój dziadek był inżynierem, specjalistą od radia. W 1938 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii zgłębiać tajniki swojej specjalności. Tymczasem wybuchła wojna. Babcia z moim małym tatą przemierzyli pieszo drogę z Warszawy do Rzeszowa, gdzie jeden z jej braci był księdzem. Na plebanii przetrwali wojnę. Dziadek wrócił na początku lat 50. Nie poznałam go, minęliśmy się na świecie o kilka miesięcy. Dorastanie mojego taty musiało być trudne. Wybrał filozofię z tym przekonaniem, że to jedyny prawdziwy zawód. Miał ojca na Zachodzie, więc nie miał szans na uniwersytet. Poszedł na Wydział Mechanizacji Rolnictwa na Politechnice Warszawskiej, bo przyjmowali wszystkich. Trafił do studenckiego teatru Stodoła. Po roku dostał się na wymarzoną filozofię, ale pozostał w Stodole. Przez całe życie wspominał tournée z „Ubu Królem”, w którym grał Generała. W 1968 roku był młodym asystentem z obronionym doktoratem i zaczęły się wydarzenia, które zmieniły jego życie. Z uczelni wyrzucono Leszka Kołakowskiego, jego wielkiego przyjaciela i mistrza. Wydział Filozofii zamknięto. Ojcu sugerowano wyjazd z Polski, ale nie chciał, pamiętając, że jego ojciec nie mógł tu wrócić. Wielopokoleniowa, wielowątkowa historia nawarstwiającej się traumy.

Wydaje się naturalne, że została pani pełnomocniczką uczelni do spraw równouprawnienia.
Kiedy pierwszy raz weszłam na uczelnię, żeby uczyć studentów, poczułam się w stu procentach u siebie. Od 12 lat pracuję na ASP. Bardzo lubię naszych studentów. To wyjątkowe, bardzo kreatywne osoby o szerokich horyzontach. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że w szkole wydarzały się sytuacje, które nie powinny mieć miejsca. Dlatego z grupą studentów postanowiliśmy przedstawić projekt działań anty­dyskryminacyjnych. Wyższe uczelnie są autonomiczne po to, by nie wykluczać, nie poniżać. Nie są miniwersjami świata, jaki jest wokół. Tymczasem ludzie przenoszą złe schematy. Mało co mnie tak wkurza, jak usprawiedliwianie niegodnych zachowań tym, że „zawsze tak było”. Często mówią tak osoby krzywdzące innych. W logice wnioskowanie przez analogię jest zawodne. Nie można na podstawie czegoś, co się kiedyś działo, zakładać, że znowu tak będzie.

Ostatnio motorem wielu działań stał się gniew. Dlaczego?
Gniew stał się reakcją na władzę, która nie przestrzega praw człowieka. Nie jest uogólniony, nie każe wybijać okien przypadkowym ludziom, ale skierowany jest właśnie na władzę, którą chcemy zmienić. Próbowaliśmy na wiele sposobów negocjować, rozmawiać, szukać porozumienia. To się nie udało. Ten gniew nie jest punktem wyjścia. Jest punktem dojścia, dojrzałością do działania. Jest w nim potencjał do zmiany, ale trzeba uważać, komu zaufamy i za kim pójdziemy. Kiedy gniew stanie się zbiorowy, może zostać przez kogoś zawłaszczony. To, co dzieje się w Polsce, to dopiero początek gniewu. W ostatnich protestach wzięło udział wielu młodych ludzi. Jest nadzieja, bo mają duże poczucie wpływu na świat, którego często brakuje innym grupom społecznym. Kluczowe też jest zaufanie. Władza robi wiele, żebyśmy go do niej nie mieli. Sobie też nie ufamy. Musimy zadbać o wpływ na własny los i odbudować zaufanie, żeby Polska znów stała się poważnym państwem w Unii. Musimy nauczyć się budować, bez względu na to, kto rządzi.

Boi się pani o nasze miejsce w Unii Europejskiej?
Prawo do bycia we wspólnocie jest podstawowe. Pamiętam noc akcesji. Byłam w Turynie, pisałam doktorat. Z dwojgiem przyjaciół umówiliśmy się, że wypijemy szampana. Podszedł kelner, słysząc naszą rozmowę, odpowiedział po polsku. Kolega komentował: „Oni teraz muszą się nauczyć podstawowych zwrotów, bo już jesteśmy Europejczykami”. Kelner oczywiście okazał się Polakiem. A potem pojechaliśmy popatrzeć na nasze ciepłe Morze Śródziemne, bo już było nasze. Nad ranem wracaliśmy do Turynu, zatrzymując się na każdej stacji benzynowej i kupując gazety. Na tylnym siedzeniu zgromadził się ich spory stos, a pierwsze strony obwieszczały to, co zmieniało nasze życie w stu procentach.

Skąd u pani Włochy?
Ta miłość zaczęła się w Liceum Batorego. Miałam wymagającą nauczycielkę, ale po czterech latach czytałam w oryginale Pirandella czy Buzzatiego. Zaczęłam jeździć do Włoch. Odkryłam południe. To nie tylko upał, słońce i niebieskie morze, ale trud, praca. Bardzo kocham Sycylię, Kalabrię, więc sam czubek buta. Lampedusa pisał w „Gepardzie” [w Polsce powieść znana też pod tytułem „Lampart” – przyp. red.], że na Sycylii każda kropla wody okupiona jest kroplą ludzkiego potu. Widziałam wypalone słońcem pustkowia. Życie wymaga tam innego rytmu. Pierwszy raz pojechałyśmy z mamą na Sycylię na początku moich studiów. Na lotnisku w Katanii wypożyczyłyśmy samochód. Jechałyśmy jak zaczarowane bocznymi drogami, gajami oliwnymi i cytrynowymi. Poprosiłam, by zatrzymała samochód. Powietrze wibrowało od gorąca. W rowie leżała gigantyczna cytryna. Podniosłam. „Mamo, chcę już tutaj zostać na zawsze”. Na słupie było wypłowiałe ogłoszenie o wynajmowaniu domków. Pojechałyśmy. Otworzyła starsza pani. Była pora sjesty i bardzo, bardzo gorąco. Powiedziała, że nie ma domu do wynajęcia, „ale teść córki, która tutaj leży, bo jest w zagrożonej ciąży, ma”. Pół godziny później była tam cała wielka sycylijska rodzina. Dom wynajęłyśmy. Z rytmem południa nie wolno walczyć, bo to rytm natury. Trzeba go poznać, dostosować się, żyć z nim w zgodzie. Bardzo za nim tęsknię, ale też za patrzeniem na morze, bo dużo człowiekowi daje. Tęsknię, bo wszystko zostało zatrzymane.

W „Szkle kontaktowym” komentuje pani polityków. Nie ma pani ochoty powiedzieć im czegoś wprost?
Czasem aż chciałabym podejść i powiedzieć: „Czy mógłby pan zrobić krok do tyłu i posłuchać, co mówi, zachowując przy tym kamienną twarz i powagę? Jeżeli może pan to zrobić, to już nie ma dla pana ratunku. Ale jeśli się pan uśmiechnie, to wciąż mamy przestrzeń do dialogu”. 

Katarzyna Kasia – filozofka, absolwentka Wydziału Filozofii i Socjologii UW, stypendystka włoskiego MSZ i The Kościuszko Foundation, visiting scholar w Princeton University. Na ASP w Warszawie prowadzi zajęcia z historii filozofii, estetyki i filozofii kultury. Komentatorka „Szkła kontaktowego” w TVN24, prowadzi poranne audycje w Radiu Nowy Świat.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze