1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Duchowość w medycynie chińskiej – jakie są podstawowe zasady zachowania zdrowia?

Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
„Wielka Księga Żółtego Cesarza”, która powstała około 3 tysiące lat temu, jest pierwszym przekazem traktującym o Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. W tradycyjnym przekazie uważa się, że to Duch stwarza wszystko.

Co możemy zrobić, według tradycyjnej medycyny chińskiej, żeby żyć długo i w dobrym zdrowiu? - Jeśli wierzymy, że istnieje dusza, jesteśmy już blisko życia i dbania o nie.

Pierwsza najważniejsza zasada: być szczęśliwym i wdzięcznym za życie.

Druga zasada: postępować zgodnie z naturą. Żółty Cesarz w rozdziale pierwszym księgi mówi, że trzeba respektować prawa Wszechświata. To Tao – droga naszego życia. W praktyce oznacza harmonię życia. Żeby ją wdrożyć w codzienność, należy zrozumieć cykl pięciu niebiańskich ruchów: Wody, Drzewa, Ziemi, Ognia i Metalu. To jest program życia – droga do integracji Ying i Yang, ziemi i nieba. Życie według rytmu pór roku. Woda generuje Drzewo – wiosną wysiewamy nasiono, podlewamy je, wyrasta roślina. Zaczyna się życie, by latem, wraz z ruchem do góry, przeżyć pełen rozkwit – tak przejawia się energia Ognia. Jesienią rośliny przestają już rosnąć – wszystko zasysane jest do Ziemi. Zawiązują się nowe nasiona – twarde jak Metal. Wiosną znowu będą potrzebować wody, by wzrosnąć. I tak będzie się działo rok za rokiem. Żyjąc zgodnie z prawem czterech pór roku, wiosną zasilajmy naszą energię i działajmy, latem wyciszajmy się i zażywajmy spokoju, jesienią koncentrujmy swoją energię, zima ją magazynujmy.

Trzecia zasada: przyjmować dobre jedzenie. W Chinach mówi się: „jedz ziemię, jedz niebo”. Oznacza to, żeby spożywać naturalną energię pochodzącą z tych jakości, czyli – nie jeść nic sztucznego. Chińskie pałeczki, służące do jedzenia, mają jeden koniec okrągły symbolizujący ziemię, a drugi kwadratowy na znak nieba. Podczas jedzenia palec środkowy między pałeczkami jest nieruchomy zgodnie z zasadą Yin. Porusza nimi energią Yang palec wskazujący.

Jakości nieba i ziemi odżywiają naszą florę bakteryjną w jelitach. Chińczycy traktują ją jako dodatkowy, odrębny organ, mamy jej 10 razy więcej niż komórek ciała. Niestety, współczesny przemysł przetwórczy, leki i chemikalia, niszczą florę bakteryjną. Efekt to choroby autoimmunologiczne, udary mózgu, nadciśnienie tętnicze, nowotwory, depresja. Te choroby pochodzą z supermarketów. Jedzenie tam sprzedawane jest wysokoprzetworzone i pełne toksyn. Podawane są one w tak małych stężeniach, że organizm nie ma szans się obronić gdyż nie jest w stanie wykryć tych śladowych ilości – niestety z czasem dochodzi do kumulacji toksyn i pojawiają się typowe symptomy zatrucia organizmu. Te trucizny są dla ciała niewidzialne, a przez to bardziej szkodliwe. I jeszcze jedna ważna rzecz: jedzenie musi nam smakować, być przyjemnością. Inaczej ciało nie będzie miało z niego pożytku.

Czwarta zasada: odreagować stres. Chińczycy uważają, że stres uszkadza duszę, ponieważ zaburza emocje. Stres nas wyniszcza, bo nie mamy czasu na harmonizację naszego wnętrza, na równowagę. Negatywne emocje to przede wszystkim: złość, nienawiść, zazdrość, frustracja, obawy, zamartwianie się, niepewność. Powinniśmy czuć je i uwalniać. Doskonałym do tego narzędziem jest medytacja. W naszym ciele jest dusza, w której zawarty jest swoisty kod życia. Jeżeli emocje niszczą duszę, niszczy się kod naszego przetrwania. Program życia zaczyna się mutować i pojawiają się choroby. Miejcie więc na uwadze szanowanie emocji.

  1. Styl Życia

Podlaskie szeptuchy – jak żyją i czym się zajmują?

Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę. Trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Twierdzą, że to nie one leczą, tylko zamawiają zdrowie u Boga. (Fot. iStock)
Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę. Trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Twierdzą, że to nie one leczą, tylko zamawiają zdrowie u Boga. (Fot. iStock)
Jedni uważają je za uzdrowicielki w sprawach beznadziejnych. Inni za szarlatanki. Albo za praktykujące czarną magię. One same powołują się na dar boży, którym dzielą się z innymi modlitwą. Jak w XXI wieku funkcjonują podlaskie szeptuchy, które zdrowie, miłość i bogactwo zamawiają u Boga – sprawdza dziennikarka Izabela Cieplińska.

Ty masz na sobie urok, dziecko” – orzekła koścista starowinka z chustą na głowie. Wskazała krzesło w kuchni i spytała: „Z czym przychodzisz, Ania?”. Ania przyjechała z egzemą. Wysypka pojawiła się na jej dłoniach kilka lat wcześniej, podczas studiów doktoranckich. Zanim trafiła do drewnianej chatki na Podlasiu, odwiedziła wielu specjalistów medycyny akademickiej, w tym słynną dermatolożkę z Białegostoku, która była jej ostatnią deską ratunku. „Siedziałam w poczekalni pełna nadziei. Bez żadnych badań lekarka zdiagnozowała łuszczycę. Nie byłam zaskoczona, to samo mówili specjaliści, u których byłam wcześniej. Ale nie pomógł żaden z przepisanych przez nich leków ani maści i sterydy. Co więcej, pani doktor powiedziała, że nie zajmie się leczeniem skóry rąk, ponieważ łuszczyca jest chorobą przewlekłą i nie da się jej wyleczyć. A ona lubi sukcesy” – wspomina swoją wizytę Ania. Po wyjściu z gabinetu przepłakała kilka godzin. Nie mogła uwierzyć w ten brak profesjonalizmu i zwykłej empatii ani pogodzić się z tym, że nie ma dla niej ratunku.

Ale pomoc przyszła, choć z dość niespodziewanej strony. Od podlaskiej szeptuchy.

Znała moje imię

Ania nie wiedziała, czego ma się spodziewać, gdy za namową przyjaciółki pojechała z problemem do wsi Orli. „W sieni czekało kilka kobiet. Gdy otworzyły się drzwi od innego pomieszczenia, ze środka wyszły dwie kobiety. Jedna krzyczała, druga płakała. Jak się później dowiedziałam, ta płacząca miała raka. Szeptucha nie mogła jej już pomóc” – opowiada Ania i dodaje: „Wtedy wskazała na mnie. Powiedziała, że przyjechałam z daleka, więc przyjmie mnie w pierwszej kolejności”.

Szeptucha zaskoczyła ją swoją wiedzą jeszcze nieraz. „Znała moje imię, mimo że jeszcze się nie przedstawiłam. Znała imię mojej prababci, chociaż nie było popularne – Ksaweryna. Skarżyła się na dzieciaki bawiące się na zewnątrz, chociaż okna były zasłonięte, a w izbie było cicho jak makiem zasiał” – wymienia Ania. Zanim przeszła do rytuału uzdrawiającego, szeptucha powiedziała o rzuconym uroku. Wymieniła nazwiska osób odpowiedzialnych za klątwę. „Zapytała, czy ma ją zdjąć, bo to będzie miało swoją cenę. Zgodziłam się. Nie dopytałam, jaka to będzie cena. Chciałam się oczyścić. Jeszcze zanim przyjechałam do szeptuchy, słyszałam opowieści, że te wizyty zawsze coś kosztują i nie chodzi o pieniądze. Mówi się, że one coś dają i coś odbierają” – wyjaśnia Ania.

Staruszka założyła jej na głowę białą chustę, spaliła paczuszkę lnu i okadziła ciało dymem. Cały czas się modliła. Na początku wolno i głośno, później coraz szybciej i szybciej, aż przeszła w bełkot. W pewnym momencie całkowicie ucichła i zdjęła chustkę. „Powiedziała: »Nie bój się«. Odpowiedziałam, że się nie boję, na co ona zaczęła się śmiać. Ten śmiech był dość demoniczny. Gdy dotknęła mnie, poczułam, że jest bardzo gorąca” – wspomina Ania. Wychodząc, dostała zalecenie, że ma przyjechać jeszcze dwa razy, i pracę domową. Nie zdradzi jaką, to tajemnica. Poza tym każdy dostaje inną. Na przykład należy wylać wodę pod krzyżem, spalić kawałek papieru o konkretnej godzinie, odmówić różaniec, zjeść kawałek chleba, schować stearynę z roztopionej świeczki pod poduszką. Ania po wizycie czuła się bardzo zmęczona. Gdy wróciła do domu, padła na łóżko i długo spała. Wkrótce jej życie miało się zmienić…

Boży dar

Szeptuchy na Podlasiu znają wszyscy. To uzdrowicielki. Lekarki pierwszego kontaktu dla mieszkańców podlaskich wsi i ostatnia instancja w sprawach beznadziejnych dla przyjezdnych.

Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę, choć trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Znają zaklęcia ludowe i modlitwy prawosławne, którymi leczą ciała i dusze. Formuły wypowiadają zazwyczaj szeptem (stąd ich nazwa), niewyraźnie, melorecytując w języku polskim

i staro-cerkiewno-słowiańskim. Twierdzą, że to nie one leczą, a tylko zamawiają zdrowie u Boga. „Dla tożsamości szeptuch kluczowy jest wątek daru bożego. To, co robią, nie jest ich decyzją, ale darem od Boga. One pełnią swoją posługę” – tłumaczy Małgorzata Anna Charyton, etnolożka, antropolożka medyczna, popularyzatorka kultury Podlasia, która przez wiele lat badała praktyki szeptuch. Poznała większość z nich.

Ekspertka wyjaśnia, że medycyna akademicka, w antropologii nazywana biomedycyną, ponieważ opiera się na naukach przyrodniczych, jest integralną częścią kultury Zachodu wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. Ta pierwsza przez wieki miała swoich wykształconych lekarzy. Druga lekarzy z ludu, do których właśnie należały szeptuchy.

Utrudniony dostęp do medycyny akademickiej mieli też podlascy Białorusini, rdzenni mieszkańcy tych ziem, wyznawcy prawosławia, którzy na skutek postanowień traktatu ryskiego zostali przyłączeni do Polski. „Praktyki szeptuch są ściśle związane z językiem białoruskim, dialektami i gwarami lokalnymi, z całą symboliką chrześcijańską w odmianie wschodniej. Podlaskie szeptuchy stanowią pewną lokalną odmianę szerszego zjawiska występującego na Białorusi, Ukrainie i Rosji. Prawosławni uzdrowiciele wywodzili się z Rusinów, później ulegli dywersyfikacji. Tutaj została ta bardziej konserwatywna część szeptuch, która praktykuje to samo, co przed wojną. Ich wiedza opiera się tylko na przekazie ustnym. Różnią się nazwą od tych ze Wschodu, u nas nazywają się szeptuchami, na Białorusi i Ukrainie – szeptunami. Ale to są ludzie stąd, nawet mówią o sobie: »tutejsi«” – dodaje Małgorzata Charyton. Szeptuchy niezależnie od miejsca zamieszkania łączy ten sam mianownik: pośrednictwo między człowiekiem a siłą wyższą, boski dar, cenny prezent, którym trzeba dzielić się z innymi. Jak pomagają? Twierdzą, że wystarczy wierzyć w uzdrowienie.

Róża, wiatr, kołtun

„W życiu nie ma przypadków, ale czy wyzdrowienie córki jest zasługą szeptuchy, tego nie wiem. Wiem za to, że faktycznie problem zniknął” – mówi Małgosia, dziennikarka z Warszawy. Jej córka chorowała na zapalenie ucha. Pierwszy raz obudziła się z bolącym uchem tuż przed czwartymi urodzinami, dwa miesiące po pójściu do przedszkola. Standard. Tylko że ten pierwszy raz rozpoczął cały maraton chorobowy. W ciągu dwóch miesięcy zachorowała trzykrotnie. Laryngolog dał skierowanie do szpitala na operację założenia sączków z możliwym usunięciem trzeciego migdała, ponieważ konsekwencją chorób był niedosłuch. Terminy zabiegu były odległe. Przyszło lato, problem ustał. Jesienią wrócił ze zdwojoną siłą. „Nie chciałam tej operacji, ponieważ nie zawsze przynosi rezultaty, ale czułam się bezradna” – wyznaje Małgosia. O szeptusze usłyszała od znajomej znajomych. „Możliwe, że nie zdecydowałabym się, gdyby nie fakt, że można to było zrobić zdalnie. Wyglądało to tak, że po umówieniu się telefonicznym miałam przesłać na podany adres koszulkę córki, a dokładnie nową koszulkę kupioną specjalnie na tę okazję, w której przespała noc. Do koperty dorzuciłam zdjęcie córki i 20 złotych. Słyszałam, że daje się co łaska” – relacjonuje. Wkrótce potem Małgosia zapomniała o sprawie. Głównie dlatego, że córka przestała chorować. „Miewała katar, ale już nigdy nie zakończył się zapaleniem ucha. O szeptusze przypomniała mi przyjaciółka, która po prostu o nią kiedyś zapytała. Nie wiem do końca, czy to jej zasługa, czy córka wyrosła z tej choroby. Ale cieszę się, że wyzdrowiała i obeszło się bez operacji” – dodaje.

„Mama mówiła, że bałam się wody, co było dość powszechnym powodem zabierania dzieci do szeptuch” – wspomina Ewelina Sadanowicz, etnolożka, doktorantka w Instytucie Socjologii i Kognitywistyki Uniwersytetu w Białymstoku, która zajmuje się naukowo szeptuchami. „Pamiętam, że kobieta wodziła czymś nad moją głową, a później dała mi herbatniki, które miałam jeść przez kilka dni po wizycie” – opowiada. Przyznaje, że chociaż rytuały wciąż są takie same, to przyczyny, z którymi przyjeżdża się do szeptuch, są różne. „Począwszy od bardzo poważnych chorób jak nowotwory, przez problemy skórne i inne choroby, na które lekarze medycyny klasycznej machnęli ręką, po kłopoty miłosne albo finansowe. W kwestiach zdrowotnych szeptuchy zachowały ogólną ludową klasyfikację chorób, którą można było spotkać na całej Słowiańszczyźnie na początku XX wieku” – wyjaśnia etnolożka. Cały świat bolączek dzielą na pięć problemów. „Pierwszy to róża, czyli najróżniejsze zmiany i choroby dermatologiczne. Drugi to wiatr, czyli przewianie powodujące bóle szyi, korzonków, przeziębienia. Są jeszcze przestrach i urok, będące przyczynami chorobowymi, a nie samą jednostką chorobową, i ostatni, najpoważniejszy, nerw-kołtun. Wierzenia ludowe mówią, że każdy człowiek ma w sobie wrażliwą istotę, która – podrażniona – zaczyna wędrować po ciele i powodować różne dolegliwości, np. guzy, paraliże, a nawet nowotwory. Jest odpowiednikiem współczesnego stresu” – mówi Ewelina Sadanowicz.

Medycyna akademicka to integralna część wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. I miała swoich lekarzy, do których zaliczały się szeptuchy. (Fot. iStock)Medycyna akademicka to integralna część wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. I miała swoich lekarzy, do których zaliczały się szeptuchy. (Fot. iStock)

Rogaty za piecem

„Słyszałam o przypadkach, że osoba, która rzuciła na kogoś urok, po zdjęciu go przez szeptuchę, umarła. Wśród szeptuch istnieje bardzo duża wiara w ciąg przyczynowo-skutkowy, który można nazwać karmą” – dodaje etnolożka.

Szeptuchy często posądzane są o czerpanie siły od diabła. Na forach internetowych można przeczytać, że babcia ma „rogatego za piecem”. Szeptuchy wierzą, że tego nie robią, natomiast zdanie mieszkańców Podlasia jest podzielone. „Większość szanuje je i wierzy w to, co czynią, ale są takie osoby, zwłaszcza ortodoksyjnie wierzące, które uważają, że szeptuchy są zagrożeniem, ponieważ nie wiadomo, od kogo czerpią swoją moc. Kiedy zapyta się duchownych katolickich czy prawosławnych, zawsze mówią, że trzeba uważać. Oficjalnie Kościół katolicki i Cerkiew prawosławna zakazują praktykowania i korzystania” – podsumowuje Małgorzata Charyton. Tyle w teorii, w praktyce bardzo wiele osób korzysta z ich pomocy, nie przyglądając się źródłom pochodzenia uzdrowicielskich mocy.

Pomogą czy zaszkodzą?

To ciężka praca i niemalże dożywotnia posługa, bo szeptucha nie może zrezygnować ze swojej praktyki, zabrałaby bowiem ludziom coś ważnego. Nigdy nie odmawia. Przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt prawosławnych i niedziel. Pracuje po osiem godzin dziennie, a trzeba pamiętać, że szeptuchy mają swoje lata. Do tego nie dostaje za swoją pracę wynagrodzenia.

Małgorzata Charyton podkreśla, że szeptucha nie ma cennika, kasy fiskalnej, nie żąda zapłaty i nie weźmie pieniędzy do ręki. Ale – jak mówi ekspertka – ludzie mają taką potrzebę, żeby zapłacić choćby 5 zł na świeczkę, którą później zapali w cerkwi w intencji chorego. Często ludzie, którzy przyjechali z daleka i wydali mnóstwo pieniędzy na inne badania i konsultacje, chcą zapłacić więcej, tak jak za normalną wizytę. Wtedy mogą usłyszeć, że połowa tego wystarczy za całą rodzinę.

Kiedyś gratyfikacją dla szeptuch był kapitał społeczny. Cieszyły się szacunkiem i uznaniem. Nawet współcześnie wielu lekarzy medycyny akademickiej patrzy na nie przychylnym okiem. Antropolożka przyznaje, że zna lekarzy, którzy zetknęli się z szeptuchami i polecają je, ponieważ wiedzą, że zachodnia medycyna ma swoje ograniczenia.

Doktor nauk medycznych, specjalista ginekolog-położnik Tadeusz Oleszczuk, który słynie z holistycznego podejścia do pacjenta, potwierdza, że jeśli medycyna akademicka nie przynosi oczekiwanych efektów, trudno się dziwić, że osoby szukają takich porad. „Sam pamiętam, że kiedy miałem kilka lat, moja babcia odprawiała nade mną jakieś czary. Coś szeptała, robiła jakieś znaki nad głową i delikatnie spluwała obok każdego ucha” – opowiada lekarz. Przyznaje, że medycyna ludowa stara się patrzeć na choroby i człowieka całościowo – na to, co on je, jak żyje, w jakim środowisku przebywa. Odwołuje się do naturalnych środków wzmacniających odporność, poprawiających pracę jelit. Ale też przestrzega: „Najgorzej jest, kiedy leczenie nowotworu rozpoczyna się od medycyny ludowej. Tracimy cenny czas i zmniejsza się szansa na skuteczne leczenie nowoczesną medycyną akademicką. Sukcesy leczenia onkologicznego zależą od zaawansowania nowotworu w chwili rozpoczęcia leczenia. To jest bardzo ważne i nie można marnować czasu. Trzeba wykonać określone badania, aby potwierdzić lub wykluczyć nowotwór. Badania przede wszystkim”.

Siła kobiet

Chociaż zapotrzebowanie na pomoc przedstawicieli medycyny ludowej jest większe, to szeptuch jest coraz mniej. Jak twierdzi Małgorzata Charyton, wykańcza je kapitalizm, chrystianizacja i propaganda. Dziś szacunek nie wystarcza, starsze kobiety nie znajdują swoich następczyń. „Przekazy ludowe mówią, że szeptucha musi przekazać swój dar. Jeśli tego nie zrobi, będzie miała problemy z odejściem z tego świata. Ale podlaskie wsie z roku na rok pustoszeją, więc tego daru nie ma fizycznie komu przekazać” – wyjaśnia Ewelina Sadanowicz. Być może tradycję uchroni marketing szeptany, bo przypadków uzdrowień jest bardzo wiele.

Ania wspomina, że po trzeciej wizycie czuła się inaczej. Oczyszczona. Jej ręce wyglądały dużo lepiej. Zrobiła tak, jak zasugerowała szeptucha. „Wykonałam wiele testów alergicznych i okazało się, że pewne produkty muszę wyeliminować z diety, bo mi szkodzą. Ale nawet jeśli się złamię i zjem coś, czego nie powinnam, skóra na rękach nigdy nie wraca do stanu sprzed wizyty u szeptuchy. Teraz też rozumiem jej zalecenie z pierwszego spotkania, gdy powiedziała: »Nie rób tego, czego ci nie wolno«” – opowiada. Przyznaje jednak, że drugi raz by już nie poszła. „To jest bardzo silne przeżycie. Mistyczne. Całe Podlasie jest mistyczne, ale wizyta u szeptuchy to mistyka razy sto” – mówi Ania. Małgorzata Charyton zwraca uwagę, że na fali ruchów feministycznych dochodzimy do wniosków, że kobiety nie są słabą płcią, że mają moc. „A szeptuchy mają moc w odmianie pogańskiej” – puentuje.

  1. Styl Życia

W centrum Warszawy powstał mural dedykowany kobietom

(Fot. Michał Dziurkowski/materiały prasowe)
(Fot. Michał Dziurkowski/materiały prasowe)
Mural nawiązuje do kampanii na rzecz zdrowia psychicznego kobiet #wKobiecejGłowie, której celem jest jest pokazanie Polkom,  jak ważne jest mówienie o emocjach.

Mural to przenośnia – feeria barw i elementów symbolizujących emocje i to, co siedzi w naszych głowach. Jest tam wiele piękna, które zaopiekowane – rozkwita – mówi Beata Śliwińska, Barrakuz, autorka projektu muralu. I dodaje: Jestem niezwykle szczęśliwa, dokładając się do ważnej misji, projektując mural, który możemy już podziwiać przy Rondzie ONZ w Warszawie. Ten projekt jest mi bliski nie tylko jako kobiecie, ale również dlatego, że zdrowie psychiczne jest czymś dla mnie w rodzaju siły, którą kiedyś utraciłam. Dzięki fachowej pomocy i wsparciu stałam się znów silna. Teraz doceniam istotę mówienia o tym, jak ważne jest to, co i jak czujemy, jak higiena psyche jest ważna w obecnych, bardzo wymagających czasach oczekiwań i presji. Buduję tę siłę poprzez myślenie o sobie dobrze, dbanie o siebie, samo-przytulenie. Chciałabym, żebyśmy jako kobiety nie dusiły w sobie złości, dawały upust emocjom, robieniu tego co zgodne z nami.

Kolorystyka i symbolika nowo powstałego muralu nie jest przypadkowa. Nawiązuje do akcji „Emocje w centrum”, która miała miejsce 31 maja pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie i została zrealizowana w ramach kampanii na rzecz zdrowia psychicznego kobiet #wKobiecejGłowie, której głównym partnerem jest firma Gedeon Richter Polska. W czasie trwania akcji kobiety wyzwalały swoje emocje w symboliczny, niekrzywdzący siebie oraz innych sposób – poprzez rzucenie balonem z kolorową farbą w białe płótno. Każdy kolor symbolizował inną emocję, dla przykładu: pomarańczowy był kolorem radości, intensywny róż kolorem miłości, a czerwony – złości. Każda kobieta sama decydowała o wyborze – w ten sposób mogła wyrazić to, co czuła.

Skąd pomysł na akcje? Chodziło o zwrócenie uwagi na zdrowie psychiczne kobiet, a przede wszystkim na potrzebę wyrażania przez nie emocji, bo według badania zrealizowanego na zlecenie Instytutu LB Medical tylko 14% Polek mówi o swoich emocjach, co oznacza, że aż 86% kobiet woli ich nie ujawniać. Organizatorzy kampanii chcą pokazać Polkom, że mówienie o emocjach to klucz do zachowania zdrowia zarówno na poziomie psychicznym, jak i fizycznym. Natomiast muralem zachęcać oraz przypominać wszystkim kobietom, że każda z nich ma prawo mówić o swoich emocjach.

Gedeon Richter jest kobietą. Od 120 lat jesteśmy partnerem kobiet, wspieramy je, edukujemy, oraz odpowiadamy na ich najpilniejsze potrzeby. Dlatego, cieszymy się, że jako mecenas zdrowia kobiet mogliśmy zrealizować ten kobiecy mural, który powstał z myślą o kobietach i o kobiecych emocjach. Radość, miłość, smutek, strach czy złość – bez względu na to, co kryje się #wKobiecejGłowie, wyrażajmy to, co czujemy! Jeżeli jesteśmy szczęśliwe – dzielmy się tym ze światem! Jeżeli jesteśmy smutne – nie bójmy się prosić o pomoc i mówić o tym, co nas boli. Jeśli czujemy, że powinnyśmy odwiedzić gabinet lekarza psychologa czy psychiatry – zróbmy to! Nie bójmy się emocji, nie wstydźmy się mówić o nich publicznie. To podstawowe filary dbania o swoje zdrowie! – mówi Aneta Grzegorzewska, Dyrektor Pionu Korporacyjnego i Relacji Zewnętrznych, Gedeon Richter Polska.

Mural znajduje się w Warszawie, w okolicach Ronda ONZ, przy ul. Jaworzyńskiej 7/9.

  1. Kuchnia

Hawaje na talerzu – kulinarne inspiracje, pełne egzotycznych smaków

Wybrane przepisy na zdrowe, smaczne i egzotyczne posiłki. Na zdjęciu saimin (fot. z książki
Wybrane przepisy na zdrowe, smaczne i egzotyczne posiłki. Na zdjęciu saimin (fot. z książki "Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem" Karoliny i Macieja Szaciłło)
Dzień hawajski w kuchni, w dodatku w wersji wegetariańskiej? – Hawajskie „aloha” to słowo, które kojarzyło mi się z surfingiem i powitaniem. Stosunkowo niedawno dowiedziałem się również, że „aloha” jest piątą zasadą huny - filozofii współistnienia z naturą, opartej na dawnych wierzeniach hawajskich – pisze Maciej Szaciłło w książce „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem”.

Aloha to życie w chwili obecnej, tu i teraz, w zgodzie ze sobą i w miłości. Dzielenie się tą wypełniającą nas radością z innymi. „Maciek, wiesz, że nasza kuchnia, nasz sposób myślenia o jedzeniu jest właśnie »aloha«” - zauważyła Karola... Coś w tym jest. „Najdłuższą podróżą, jaką odbywamy w życiu, jest ta z głowy do serca” - przeczytałem gdzieś, kiedyś. Zapamiętałem dobrze to zdanie. To właśnie w kuchni, odkąd pamiętam, pokonuję najdłuższe fragmenty owej podróży...

Hawajska owsianka na śniadanie

Dr Max Bircher-Brenner, specjalista z zakresu zdrowego odżywiania, wpadł na pomysł zalania płatków owsianych wodą (a nie gotowania) już na początku XX w. Tak przygotowany owies zachowuje wszystkie swoje właściwości zdrowotne, jednocześnie nie tracąc „rozgrzewającej mocy". Dodatek soku ananasowego, mleka i uprażonych wiórków kokosowych sprawia, że ta hawajska owsianka nadaje się zarówno na deser, jak i na śniadanie.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Składniki:

  • 200 g płatków owsianych (można użyć oczyszczonych bez glutenu)
  • 400 ml soku ananasowego (bez dodatku cukru)
  • 1-2 garści niesiarkowanych rodzynek
  • 1 garstka poszatkowanych migdałów
  • 2 łyżki uprażonych na suchej patelni na złoty kolor wiórków kokosowych
  • ok. 100 ml mleka roślinnego dobrej jakości (np. sojowego, owsianego czy ryżowego)

Grillowany ananas (opcjonalnie):

  • 1/4 dojrzałego ananasa pokrojonego w plasterki
  • olej kokosowy do posmarowania

Płatki zalewamy sokiem ananasowym i odstawiamy na noc do namoczenia. Rano wszystkie składniki owsianki mieszamy. Możemy podać ze zgrillowanym ananasem: posmarowanego olejem kokosowym ananasa grillujemy z dwóch stron na patelni (ok. 2 minut z jednej strony).

Na obiad: hawajskie szaszłyki i dressing z mango

Rozgrzewający ananas chyba wszystkim kojarzy się z Hawajami. Te szaszłyki swoją wyjątkowość zawdzięczają właśnie jemu i marynacie łączącej sok ananasowy z sosem sojowym. Do tego prosta sałata z dressingiem z mango, cebuli i octu jabłkowego.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Podstawą są marynowane warzywa i dodatki, które trzeba przygotować dzień wcześniej:

Marynata:

  • 1/2 szklanki sosu sojowego dobrej jakości (bez glutaminianu sodu)
  • 1/4 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżka wybranej substancji słodzącej (np. melasy, słodu czy syropu)
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 1 łyżeczka suszonego imbiru
  • 1 łyżeczka czosnku w proszku
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryczki chilli w proszku (opcjonalnie)
  • 800 g warzyw i dodatków: czerwona papryka pokrojona w kostkę, ananas pokrojony w kostkę, cebula pokrojona w ćwiartki, cukinia pokrojona w jednocentymetrowe półplasterki, tofu (ok. 200 g) pokrojone w kostkę

Przygotowujemy marynatę: wszystkie składniki marynaty mieszamy. Marynatę przelewamy najlepiej do plastikowej, zamykanej torebki (lub do plastikowego, zamykanego pojemnika). Następnie wkładamy do niej wszystkie warzywa, tofu i ananasa oraz dokładnie obtaczamy je w marynacie. Całość wkładamy na noc do lodówki.

Sałata z dressingiem z mango:

  • ok. 100 g roszponki lub liści „baby” sałaty rzymskiej
  • 1/2 ogórka pokrojonego w plasterki
  • kilkanaście pomidorków koktajlowych

Dressing z mango:

  • ½ dojrzałego mango pokrojonego w kostkę
  • ½ szatkowanej cebuli
  • 3-4 łyżki octu jabłkowego
  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżka zimnotłoczonego oleju (lnianego, z lnianki lub rzepakowego)
  • nierafinowana sól do smaku

Ponadto ok. 200 g ryżu jaśminowego lub krótkoziarnistego do sushi ugotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Przygotowujemy szaszłyki: warzywa, tofu i ananasa nabijamy na szpikulce. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 230°C (najlepiej z funk­cją grillowania od góry i termoobiegiem). Szaszłyki pieczemy ok. 20-25 minut. W trakcie pieczenia kilkakrotnie przewracamy szaszłyki i smarujemy marynatą (najlepiej przy użyciu pędzelka). Szaszłyki podajemy z sałatą z ogórkiem, pomidorkami koktajlowy­mi z dressingiem z mango oraz ryżem. Przygotowujemy sałatkę: wszystkie składniki łączymy i polewamy dressingiem z mango. Przygotowujemy dressing z mango: wszystkie składniki miksuje­my ręcznym blenderem do uzyskania jednolitej emulsji. Na zakoń­czenie dodajemy sól do smaku.

Deser z mango pod kokosową kruszonką

„Kruszonka ze skórkę cytrynową? Nie brzmi dobrze” - zauważyłam, kiedy Maciek powiedział mi o swoim pomyśle. Nie ugiął się jednak pod naporem moich argumentów. Uparcie podążał za głosem swojej intuicji kulinarnej. Tym razem miał rację. Może kruszonka ze skórką cytrynową i mango nie brzmi dobrze, ale smakuje wybornie.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Kokosowa kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych (można użyć certyfikowanych, oczyszczonych z glutenu)
  • 2 łyżki wiórków kokosowych
  • 2 łyżki oleju kokosowego (może być rafinowany)
  • 2 łyżki wybranej substancji słodzącej (np. słodu, syropu lub melasy)
  • szczypta nierafinowanej soli
  • sok z 1/2 cytryny
  • skórka otarta z 1/4 cytryny
  • 1 dojrzałe mango pokrojone w kostkę
  • listki mięty do przybrania
  • mleko kokosowe dobrej jakości do podania (opcjonalnie; bez konserwantów, minimum 75% miąższu kokosowego)

Przygotowujemy ciasto na kruszonkę: wszystkie składniki mie­szamy (bez mięty i mleka kokosowego). Mango układamy w pła­skim żaroodpornym naczyniu wysmarowanym olejem kokoso­wym. Na mango wykładamy równomiernie kruszonkę. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 170°C z termoobiegiem. Pieczemy, aż kruszonka będzie przyrumieniona (ok. 20-25 minut). Możemy podać przybrane listkami mięty i z mlekiem kokosowym. Uwaga: jeśli kruszonka zacznie się przypalać, trzeba zmniejszyć temperaturę.

Saimin na kolację

Zainspirowana japońskim ramenem, chińskim mein i filipińskim pancit. Jest trochę ostra, słodka i słona. Łączy w sobie różne wpływy i tradycje. Reprezentuje podstawowe założenia huny - życia w zgodzie z naturą oraz współistnienia kultur i religii. Na Hawajach koegzystują one w smacznej symbiozie. „Sercem” saiminu jest wywar. Dodatki mogą być przeróżne. My wybraliśmy pieczarki, tofu i kapustę.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Składniki:

  • 2 łyżki oleju roślinnego (najlepiej ryżowego)
  • ½ drobno poszatkowanej cebuli
  • 2 drobno poszatkowane ząbki czosnku
  • obrany i drobno poszatkowany kawałek imbiru wielkości kciuka
  • ok. 1 drobno poszatkowanej czerwonej papryczki chilli (opcjonalnie; z pestkami lub bez)
  • 2 pokrojone na cienkie paseczki wędzone śliwki
  • 1 l wywaru warzywnego lub 2 ekologiczne kostki rosołowe, warzywne dobrej jakości (bez polepszaczy smaku) rozpuszczone w 1 l wrzątku
  • świeżo mielony pieprz do smaku
  • dobrej jakości sos sojowy do smaku (bez glutaminianu sodu)
  • ok. 200 g makaronu ryżowego lub sojowego przygotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Dodatki:

  • 3 łyżki oleju roślinnego (najlepiej ryżowego)
  • ok. 150 g grubo poszatkowanej kapusty pekińskiej lub pak choi
  • ½ szklanki wody
  • 100 g tofu pokrojonego w plasterki
  • 3 łyżki sosu sojowego dobrej jakości (bez glutaminianu sodu)
  • ok. 150 g pieczarek pokrojonych na pół
  • drobno poszatkowana dymka do podania

W garnku na oleju podsmażamy cebulę, czosnek, imbir, chilli i śliwki, aż będą szkliste. Uważamy, aby ich nie przypalić. Wywar wlewamy do podsmażonych cebuli, czosnku, imbiru, chilli i śliwki. Całość gotujemy na małym ogniu. Pod koniec gotowania dodaje- my sos sojowy do smaku (zupa powinna być dość słona, aby zrównoważyć słodycz warzyw). W tym czasie na oleju (2 łyżki) podsmażamy z dwóch stron tofu (ok. 2 minut z każdej strony). Na koniec podlewamy 2 łyżkami sosu sojowego. Analogicznie postępujemy z pieczarkami (1 łyżka oleju i 1 sosu sojowego). Na końcu pod przykryciem dusimy kapustę z wodą. W misce układamy porcję makaronu, tofu, pieczarek i kapusty. Wlewamy ciepłą zupę i podajemy posypane dymką.

Przepisy z książki Karoliny i Macieja Szaciłło „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem” – 2 część bestsellera.

  1. Zdrowie

Choroba to nie koniec. Ciągle spełniam swoje marzenia!

Viola Zajk prezeska „Stowarzyszenia 3majmy się razem”
Viola Zajk prezeska „Stowarzyszenia 3majmy się razem”
Niewłaściwie lub zbyt późno leczone choroby przewlekłe mogą prowadzić do niepełnosprawności, wykluczenia zawodowego i społecznego. Takich młodych kobiet - przestraszonych i niepewnych po diagnozie choroby zapalnej, jak ja niegdyś, jest więcej i one wciąż potrzebują pomocy – rozmowa z Violą Zajk prezeską „Stowarzyszenia 3majmy się razem”.

Jak wyglądał u Pani proces dochodzenia do diagnozy przewlekłej choroby zapalnej?
W moim przypadku droga do diagnozy trwała bardzo długo. Dopiero teraz, mając świadomość towarzyszących mi objawów, zdałam sobie sprawę, że pierwsze symptomy pojawiły się już w okresie dzieciństwa. Często czułam się zmęczona i obolała. W końcu chyba przyzwyczaiłam się do takiego stanu i z rezygnacją zaczęłam wierzyć otoczeniu, które mi wmawiało, że jestem po prostu leniwa.

W wieku 25 lat objawy i ból były tak silne, że zaczęłam szukać pomocy, często trafiałam na ostry dyżur. Kierowano mnie zazwyczaj do ortopedy. Niestety, za każdym razem wracałam bez diagnozy z poczuciem bezsilności. Żyłam na środkach przeciwbólowych. Kiedy wyjechałam zagranicę w poszukiwaniu pracy, choroba wciąż nie pozwalała o sobie zapomnieć, niestety i tam lekarze rozkładali ręce.

W 2010 roku urodził się mój syn, po ciąży objawy były tak bezlitosne, że na nowo szukałam wsparcia. Lekarze w odpowiedzi na moje poszukiwania, upierali się, że to jest depresja i przeciążenie organizmu przez ciążę. Przepisywano mi leki na uspokojenie i do miejscowo zastrzyki przeciwbólowe. To był jeden z najgorszych okresów bólowych.

W 2014 roku wróciłam do Polski, zapisałam się do wojskowej przychodzi przy ul. Andersa w Warszawie, dopiero tutaj, po raz pierwszy trafiłam do lekarza, który mi uwierzył i zaczął kierować do specjalistów, aż w końcu trafiłam do reumatologa.

Pierwsze myśli po otrzymaniu diagnozy to…?
Moje pierwsze odczucia po otrzymaniu diagnozy mogę nazwać szokiem. Zesztywniające Zapalenie Stawów Kręgosłupa (ZZSK) - nie dochodziła do mnie ta wiadomość, nigdy wcześniej nie słyszałam o takiej jednostce chorobowej. Nie mogłam zrozumieć znaczenia i powagi mojej choroby. Szukałam więcej informacji, aż w Internecie natrafiłam na „Stowarzyszenie 3majmy się razem”. Tak zaczęło się moje oswajanie z chorobą.

Czy otrzymała Pani wsparcie od najbliższego otoczenia, od lekarzy specjalistów?
Po otrzymaniu diagnozy, nie wiedziałam jakie są możliwości leczenia. W szpitalu, w którym zostałam zdiagnozowana, nie poinformowano mnie na ten temat. Dopiero dzięki Stowarzyszeniu dowiedziałam się o dostępnych terapiach. Kiedy szukałam wsparcia, znalazłam ośrodek badań klinicznych, w którym po raz pierwszy otrzymałam skuteczne leczenie. Również rodzinie i znajomym bardzo trudno było uwierzyć i zrozumieć, na czym polega moja choroba. Większość kojarzyła ją z bólem kręgosłupa i ze schorzeniami u osób starszych, co jest oczywiście błędem.

Jak choroba wpłynęła na Pani życie osobiste i zawodowe?
Kiedy nie miałam jeszcze diagnozy, nie radziłam sobie z bólem i bardzo często chodziłam na zwolnienia lekarskie. Często zmieniałam zatrudnienie, bo ciężko mi było utrzymać pracę. Bywały trudne momenty, kiedy nie byłam w stanie ani pracować, ani się uczyć, bez żadnego wsparcia finansowego. To był bardzo trudny okres w moim życiu...

Niekiedy zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdyby otoczenie i lekarze w odpowiednim czasie uwierzyli, że ból na który się skarżę jest prawdziwy. Jak potoczyłaby się moja historia, gdybym trafiła do reumatologa i odpowiednio wcześniej otrzymała leczenie? Niewłaściwie lub zbyt późno leczone choroby przewlekłe mogą prowadzić do niepełnosprawności, wykluczenia zawodowego i społecznego. Niestety w moim organizmie doszło do zmian, których nie da się już cofnąć. Mam niepełnosprawność i jestem tego świadoma. Dlatego zdecydowałam się na pracę w Stowarzyszeniu, bo takich młodych kobiet - przestraszonych i niepewnych po diagnozie choroby zapalnej, jak ja niegdyś, jest więcej i one wciąż potrzebują pomocy.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że pomimo choroby, a może dzięki niej spotkałam w swoim życiu wielu wspaniałych ludzi, których mogę nazwać przyjaciółmi - na te dobre i złe chwile. Czuję się bardzo dobrze i jestem żywym przykładem, że przy odpowiednim leczeniu oraz wsparciu bliskich, pomimo choroby przewlekłej można funkcjonować normalnie.

Czy według Pani, jako pacjentki i jako prezeski Stowarzyszenia, kampania Advantage Hers może wesprzeć polskich pacjentów z przewlekłą chorobą zapalną? Czy jest ona potrzebna?
Kampanie społeczne, takie jak Advantage Hers są istotnym i bardzo ważnym elementem edukacyjnym. Dzięki nim możemy dotrzeć do pacjentów, którzy borykają się z otrzymaniem diagnozy i właściwym leczeniem chorób zapalnych. Łatwiej też jest nam zbudować poczucie, że pacjenci nie są sami w chorobie. Kampanie społeczne uwrażliwią i uczą o możliwościach leczenia chorób, zwłaszcza tych mniej popularnych.

Dzięki wsparciu kampanii Advantage Hers, której ambasadorka, mistrzyni tenisa Karolina Woźniacka choruje na reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), pokazujemy naszym podopiecznym, że choroba, to nie koniec, a jedynie zmiana pewnych aspektów życia. Nadal można, a raczej należy rozwijać swoje zainteresowania. Doświadczenie choroby w moim przypadku sprawiło, że stałam się osobą bardziej świadomą i otwartą na otaczający świat. Kiedy tylko mam czas rozwijam swoje pasje, robię zdjęcia, uwielbiam fotografować naturę, zwłaszcza drzewa. Przez moment byłam też epizodystką w serialach telewizyjnych, tak poznałam życie na planie filmowym… Ciągle spełniam swoje marzenia!

Teraz chcę wspierać innych i robić tyle co w mojej mocy, aby każdy pacjent miał dostęp do wiedzy na temat choroby i uzyskał właściwe leczenie. Nieprzerwanie też walczę ze stereotypem reumatyzmu tylko u osób starszych, bo przecież „reumatyzm ma młodą twarz”.

Kampania Advantage Hers jest organizowana we współpracy z firmą UCB.

PL-N-DA-RH-2100008