1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Karolina Żebrowska, znawczyni historii mody, retro na co dzień

Karolina Żebrowska, znawczyni historii mody, retro na co dzień

„Historia ubioru to dla mnie wstęp do historii kobiet, a to nie jest coś, czego się uczymy na lekcjach historii. Zwykle skupiamy się na wojnach, pokojach, traktatach, czyli polityce – nie na życiu codziennym”. (Fot. Anna Shilonosova)
Może i wyglądam dziwnie. Może ktoś pomyśli, że jestem nienormalna. Ale wróci do domu i powie bliskim: „Co za numer! Widziałem dziewczynę w dziwnym kapeluszu i sukience do ziemi”. Skończenie jako anegdota nie jest chyba takie złe – mówi Karolina Żebrowska, miłośniczka vintage, domorosła kostiumolożka, vlogerka, krakuska.

Twoje konto na Instagramie mogłoby równie dobrze należeć do XIX-wiecznej arystokratki. Taki był zamysł?
W czasach, kiedy je zakładałam, czyli w 2012 lub 2013 roku, to było po prostu moje osobiste konto instagramowe, ale ponieważ pokazywałam tam coraz więcej mojego hobby, czyli mody historycznej, i podawałam to konto na moim blogu i kanale na YouTubie, siłą rzeczy pojawiało się tam coraz więcej osób zainteresowanych tym tematem. Stopniowo z osobistego Instagrama zmienił się więc w Instagram o moich strojach, co w sumie dobrze się ze sobą łączy. Na przykład teraz wróciłam z wycieczki na Cypr i publikuję na nim stylówki z tej podróży, które i tak są vintage.

Skąd się wzięło to zainteresowanie dawnymi strojami? Bo trzeba dodać, że większość z nich też sama szyjesz. Jesteś z wykształcenia reżyserką, zgaduję więc, że mogły być to filmy.
Tak, od tego właściwie się zaczęło. Już w liceum oglądałam bardzo dużo filmów kostiumowych i za każdym razem uderzało mnie, że choć stroje bohaterów wyglądają rzeczywiście jak z XIX wieku, to przecież ktoś musiał je uszyć współcześnie. Zaczęłam szukać informacji o historii dawnych ubiorów i szybko zorientowałam się, że bardzo wiele wiarygodnych źródeł to blogi o szyciu. Prowadzone przez pasjonatki, które same wszystkiego się nauczyły. A ponieważ zamieszczały mnóstwo informacji na temat tego, jak to się robi, z czym to się łączy oraz o różnych technikach dawniej stosowanych – zachęciły mnie, żeby spróbować samej. Ja praktycznie uczyłam się szyć na strojach historycznych. Dziś łatwiej jest mi skroić skomplikowaną spódnicę z XIX wieku, niż wszyć zamek błyskawiczny.
No i okazało się, że jest bardzo dużo osób, które zajmują się podobnymi rzeczami, także w Polsce, a do tego ta społeczność coraz bardziej się rozrasta – głównie dzięki Internetowi. Z roku na rok rośnie zainteresowanie historią ubioru i tym, jak wiele opowiada ona o historii w ogóle.

I do tych właśnie osób kierujesz swoje filmiki na YouTubie. Oglądałam kilka z nich i zauważyłam, że rzeczywiście wychodzisz w nich daleko poza sam strój. Jednym z bardziej komentowanych i oglądanych był ten, w którym opowiadasz, jak kobiety w dawnych czasach radziły sobie z miesiączką. Strój jest wstępem do zainteresowania życiem i mentalnością dawnych epok?
Kiedy omawiam daną sylwetkę czy strój, to muszę osadzić je w odpowiednim kontekście. Wiele elementów ubioru i technik szycia wynika z tego, jak wtedy się żyło i jakie produkty były dostępne. Czasem trzeba się zagłębić nawet w tematy polityczne – na przykład tej tkaniny nie używano, bo dany kraj był w stanie wojny z innym i nie było do tego surowca dostępu.
Historia ubioru to dla mnie wstęp do historii kobiet, a to nie jest coś, czego się uczymy na lekcjach historii. Zwykle skupiamy się na wojnach, pokojach, traktatach, czyli polityce – nie na życiu codziennym. A przecież ja bardziej mogę się odnieść do kobiety żyjącej u progu pierwszej wojny światowej, która jakoś musiała sobie radzić, niż do ówczesnych decydentów, którzy podejmowali ważne i brzemienne w skutki decyzje. Poza tym świadomość tego, jak dawniej się żyło, ma duży wpływ na naszą współczesność. Na przykład to, jak wyglądało kiedyś pranie ubrań, dlaczego tak długo je noszono, jak bardzo o nie dbano i dlaczego rzadko je wyrzucano, może nas zainspirować do zastanowienia się nad tym, jak dziś podchodzimy do kupowania i użytkowania ubrań. Fajnie jest się w to zagłębiać. A sądząc po tym, jak wiele osób to interesuje, nie jestem w tej opinii odosobniona.

„Brakuje w Polsce filmów kostiumowych. Prędzej tworzy się filmy historyczne, a to duża różnica. W filmach historycznych strój jest elementem tła, nie centrum opowieści”. (Fot. Anna Shilonosova)

Ja, odkąd dowiedziałam się, że kobiety w dawnych czasach miały o wiele mniej strojów, niż nam się wydaje, zaczęłam zwracać większą uwagę na filmy lub seriale historyczne. W „Downton Abbey” lady Mary, dziedziczka rodu, rzeczywiście ogranicza się do kilku strojów dziennych i wieczorowych i nosi je na okrągło. Ale pamiętam wiele filmów, choćby „Annę Kareninę” z Keirą Knightley, gdzie główna bohaterka co chwila miała nową suknię. Dzisiejsze kino bardziej zwraca uwagę na wierność dawnym realiom czy wprost przeciwnie – eksperymentuje i łączy stare z nowym? Jak ty to widzisz jako filmoznawczyni i reżyserka?
Moim zdaniem obecnie mamy dwa dominujące trendy. Jeden polega na wnikliwym zagłębianiu się w daną epokę, co widać choćby w nowej adaptacji „Emmy” w reżyserii Autumn de Wilde. Jest tam bardzo mało elementów, które nie mogłyby się pojawić w okresie, w którym była pisana książka, czyli na początku XIX wieku. Widać dbałość o szczegóły, jak choćby ilość zdobień, kolorystykę – poza kilkoma drobnymi współczesnymi wstawkami wszystko się tu zgadza. Z drugiej strony mamy usytuowany w tej samej epoce serial „Bridgertonowie”, którego twórcy już na wstępie mówią: „Tak wcale nie było, to jest fantazja, pozwalamy sobie tu na wszystko i będzie to miało niewiele wspólnego z prawdą historyczną”. I ten przykład ilustruje drugi trend. To są dwie skrajności, pomiędzy którymi znajdują się produkcje, które ze względu na mały budżet nie mogą sobie pozwolić ani na jedno, ani na drugie. Kostiumy są bardzo drogie, do tego w Polsce nie mamy takiej bazy, jaką dysponują na przykład Brytyjczycy. BBC, jeden z największych producentów filmów i seriali historycznych, korzysta notorycznie z wypożyczalni strojów Angels czy Cosprop.
Wcześniej to szło falami – do lat 60. kostiumy w filmie przeważnie były w zgodzie z obowiązującą modą, żeby aktorki i aktorzy wyglądali w nich korzystnie. Można to poznać po fryzurach – mamy kadr do ramion i właściwie nie wiadomo, w jakiej epoce się rozgrywa film, bo fryzura jest i tak utrzymana w stylu lat 40. Później twórcy filmowi stwierdzili: „A spróbujmy w drugą stronę, postarajmy się oddać smak i fakturę tamtych czasów”. Dziś mamy o wiele większą wiedzę na ten temat i niekiedy o wiele większe budżety. Teraz wszystko zależy od inwencji twórczej. I pieniędzy.

A ty wolisz wierność historii ubioru, jak w „Emmie”, czy dowolność łączenia epok – jak w „Bridgertonach”?
Ja to w ogóle mam w tej chwili zepsute oglądanie filmów, bo z jednej strony patrzę na kostiumy, z drugiej – z racji studiów filmoznawczych – wyłapuję różne wpływy i nawiązania. Ponadto zdarza mi się podczas seansu pomyśleć: „O, jakie długie ujęcie, pewnie trudno było je wyreżyserować”. Jeśli chodzi o kostiumy, to jestem w stanie docenić te, które nie są w stu procentach historyczne, rozumiem ich zamysł, ale bardziej doceniam stroje, po których widać, że ktoś spędził naprawdę długie godziny, oglądając oryginalne ryciny. Widać też, jak swobodnie kostiumograf czuje się w danej epoce albo że jest to jego pierwszy film i stąd pewne niedociągnięcia, albo wprost przeciwnie – wręcz koronkarska robota. Najciekawsze są jednak dla mnie takie kostiumy, które trzymają się oryginalnej sylwetki, czyli pod spodem wszystko jest tak, jak powinno być; są też elementy, które rozpoznaję z danej epoki, dajmy na to wielkie rękawy czy konkretne zaszewki – a jednocześ­nie jest jakiś twist, czyli na przykład niehistoryczny materiał czy dziwne nakrycia głowy albo inne kolory niż te, które wtedy były używane. Wtedy wiesz, że to są w pełni autorskie projekty, a nie kopie z epoki. Takie właśnie były kostiumy w „Crimson Peak. Wzgórze krwi”, mamy tam typową sylwetkę na lata 90. XIX wieku, a zarazem mięsiste tkaniny, które wtedy nie do końca były dostępne, czy niespotykane dodatki, jak słynny pasek z klamrą z założonymi rękami, który miała na sobie Mia Wasikowska.

Film zawsze był tym medium, które miało bezpośrednie przełożenie na to, jak ubiera się ulica. Zaskoczył mnie jednak trend „regency core”, zainspirowany wspomnianym serialem „Bridgertonowie”, który wybuchł podczas pandemii. Suknie z czasów regencji zakładane w warunkach domowych podczas kolejnych lockdownów – czy to nie było trochę ucieczkowe? A może po prostu jesteśmy stęsknieni za dawnym krawiectwem?
Ja widzę w tym zarówno chęć ucieczki od rzeczywistości, jak i tęsknotę za pewną estetyką. Zobacz, wszystkie rzeczy vintage, które mam w swojej szafie, są tak zrobione, że przyjemnie jest na nie patrzeć. Każdy detal jest tu przemyślany, ręcznie przyszyty czy wyhaftowany. Widać, że była w nie włożona ogromna ilość czasu. Nie mówię, że współczesne rzeczy nie są estetyczne, ale brak nam okazji do założenia naprawdę wyjściowych kreacji i pewnie dlatego brak nam też takich kreacji. Tęsknimy za elegancją i większym skomplikowaniem stroju. A tę tęsknotę wzmógł lockdown. W tym czasie widziałam na Instagramie mnóstwo pięknych sukni sfotografowanych w salonie, na balkonie czy w domowych pieleszach. Dla mnie był to wyraz pragnienia powrotu do normalności. Z drugiej strony ciekawa jestem, czy gdy epidemia minie, takie stroje będą miały rację bytu w naszej codzienności, bo kiedy biegniemy do tramwaju czy metra, długa sukienka z trenem niespecjalnie nam to ułatwia.

(Fot. Karolina Żebrowska)

W książce „Modowe rewolucje...” piszesz, że wspomniane rewolucje to jest proces. Zaczyna się zwykle od jednej czy dwóch osób, które założyły coś inaczej, wyróżniły się z tłumu. I zwykle te rewolucje miały na celu wyzwolenie nas, kobiet, spod jakiegoś przymusu. Tym bardziej dziwią sytuacje, jak podczas niedawnej olimpiady czy wcześniejszych edycji festiwalu w Cannes, które pokazują, że moda nadal bywa opresyjna. Mam na myśli przymus noszenia szpilek na czerwonym dywanie czy mocno wyciętych spodenek przez siatkarki plażowe.
To rzeczywiście jest zastanawiające. W mojej opinii bierze się z oczekiwań społecznych i ról przypisywanych pewnym elementom stroju. Ja na co dzień widzę to od drugiej strony, bo spotykam się z opiniami, że ubieranie się w stylu retro jest postrzegane jako przegięcie, przesadna elegancja czy wywyższanie się. Podczas gdy nigdy nie było to moją intencją. Od wieków zakładamy rozmaite rzeczy o ludziach jedynie na podstawie ich ubioru. I to się chyba nie zmieni. Natomiast w postpandemicznym świecie może się zmienić instytucja dress code’u. Znaczną część czasu w zeszłym roku przesiedzieliśmy jednak w dresach czy piżamach – i odkryliśmy, że wygoda powinna być na pierwszym miejscu.

Pod wpływem pandemii aktorka Gillian Anderson przestała nosić biustonosze. Powiedziała, że ma ich dość, bo są strasznie niewygodne. Stały się współczesnymi gorsetami?
Temat biustonoszy, a właściwie ich nienoszenia, jest obecnie bardzo gorący. Do tego stopnia, że komentuje to wiele osób, których ta kwestia nie dotyczy, i mam tu na myśli głównie mężczyzn, choć kobiety też. Co nas obchodzi w sumie, jak czyjś biust prezentuje się pod bluzką, jeśli właścicielce biustu jest z tym dobrze? Myślę, że dużo kobiet, oczywiście w zależności od rozmiaru piersi, odkryło, że nie zawsze biustonosz jest im niezbędny. Może to zainicjuje jakąś rewolucję, może będziemy miały większy wybór także w tej kwestii.
Wydawałoby się, że w modzie dziś można już wszystko, a jednak kiedy chodzi o nasz strój codzienny, ta wolność bywa ograniczana.
W modzie wolno wszystko, dopóki to jest mainstream, czyli dopóki dany trend dominuje. Taka jest już ludzka natura, że kiedy coś odstaje od normy, zwracamy na to uwagę. Dziwi mnie natomiast, że jako społeczeństwo nadal czepiamy się ubioru innych osób. Minęło już tyle czasu, od kiedy w ogóle zaczęliśmy nosić ubrania, że powinniśmy się już chyba przyzwyczaić, że są różne gusta i potrzeby.


Kiedy oglądałam twój filmik, na którym jechałaś z siostrą tramwajem przez Planty w stroju inspirowanym „Emmą”, pomyślałam: „To wymaga odwagi”. Zwracałyście pewnie uwagę wszystkich współpasażerów.
Mam taką zasadę, że kiedy jadę tramwajem i wyglądam bardzo dziwnie, bo jestem w stroju historycznym, to zachowuję się tak, jakby mnie to w najmniejszym stopniu nie obchodziło. Zamiast nerwowo rozglądać się na boki, siedzę spokojnie i patrzę w ekran telefonu albo przez okno – gwarantuję ci, że nikt wtedy nawet się nie spojrzy. Podejrzewam, że inni, kiedy widzą moją niewzruszoną postawę, myślą, że to może z nimi jest coś nie tak, że coś im się przywidziało. To technika, którą wypracowałam, nosząc się na co dzień w stylu vintage. Na początku, przyznaję, trochę udawałam tę pewność siebie i obojętność, teraz czasem zapominam nawet, w co jestem ubrana. Zdarzają się komentarze w stylu: „O, idą księżniczki” albo utyskiwania starszych panów na to, że kiedyś to kobiety umiały się ubrać. Nie jest to oczywiście przesłanie, które chciałabym nieść swoim strojem, ale nie mam też wpływu na to, co myślą inni i jak mój ubiór odnoszą do siebie. Wychodzę z założenia, że może i wyglądam dziwnie, może i ktoś pomyśli, że jestem nienormalna, ale pod koniec dnia wróci do domu i powie bliskim: „Co za numer! Widziałem dziś dziewczynę w dziwnym kapeluszu i białej sukience do ziemi”. Poprawienie komuś humoru i skończenie jako anegdota nie jest chyba złą konsekwencją mojej osobistej modowej rewolucji, prawda?

A masz takie dni, kiedy zamiast ubrań z lat 40., które najczęściej nosisz, masz ochotę założyć dżinsy i bluzę, by nie być główną atrakcją w komunikacji miejskiej?
Nie, bo wiem, że to, co mam na sobie, dobrze wygląda. Kiedy pierwszy raz zakładałam ubrania vintage czy stroje historyczne na ulicę, miałam poczucie, że jestem na celowniku wszystkich. Dziś mam większy luz. Tak jak mówiłam, trzeba się do tego tak przyzwyczaić, by o tym zapomnieć. Wiele osób, kiedy mnie poznaje, zakłada na podstawie mojego stroju, że jestem dystyngowana, elegancka czy wyrafinowana, ale dość szybko to odczarowuję, kiedy się odezwę lub zrobię coś głupiego.

Karolina Żebrowska: „Wiele osób zakłada na podstawie mojego stroju, że jestem dystyngowana, elegancka czy wyrafinowana, ale dość szybko to odczarowuję, kiedy zrobię coś głupiego”. (Fot. Karolina Żebrowska)

Z jednej strony podchodzisz do tego na poważnie, a z drugiej – masz duży dystans, lubisz puszczać oko do widza. Robisz gesty czy miny, które nie licują z piękną suknią. Albo wsiadasz w niej na hulajnogę elektryczną. Bardzo mi się to podoba. Nie przebierasz się, tylko ubierasz. Po prostu masz taką potrzebę estetyki, a do tego ponadczasową urodę, która wręcz prosi się o podobne stroje.
Kiedy robiliśmy zdjęcie okładkowe do książki „Modowe rewolucje...”, miało ono przedstawiać mnie współczesną i mnie w „dawnym” wydaniu. Okazało się, że cokolwiek bym na siebie założyła i jakkolwiek bym się uczesała – nadal wyglądam historycznie. Ostatecznie zostaliśmy przy niedbałym koczku, który moim zdaniem… i tak wygląda historycznie. Im głębiej interesuję się historią ubioru, tym bardziej widzę to w ludziach: „O, ta pani, która siedzi obok mnie w restauracji, wygląda, jakby była żywcem wyjęta z XVII wieku”, ale pewnie głupio byłoby jej to powiedzieć.

Twoje życie zawodowe krąży głównie wokół filmików na temat mody historycznej? Czy masz w planach także większy metraż i film kostiumowy? Brakuje takich polskich produkcji.
Tak, YouTube jest obecnie centrum mojej działalności. Były plany nakręcenia filmu, ale pandemia nie jest dobrym czasem na dopinanie takich projektów i na międzynarodowe współprace. Mam nadzieję, że zostanie to odmrożone. Bo też uważam, że brakuje nam takich filmów. Prędzej tworzy się u nas filmy historyczne, nie kostiumowe, a to jest duża różnica. W filmach historycznych strój jest elementem tła, nie centrum opowieści. Mnie nie chodzi nawet o wielkie romanse kostiumowe, ale o filmy obyczajowe opowiadające o tym, jak żyli kiedyś ludzie, co myśleli, co czuli, ale też w co się ubierali. To nisza, którą mam nadzieję kiedyś zapełnić.

Czego szukasz w przeszłości?
Zanurzanie się w niej daje mi spokój, nawet jeśli dotykam rzeczy dramatycznych, jak na przykład polowania na czarownice. Wszystko, czym się interesuję, jest dla mnie bardziej interesujące w wersji retro, czy to są ubrania, meble, czy książki. Ludzie zapalają sobie świeczki zapachowe, by się zrelaksować, mnie wystarczy playlista z lat 30.

Karolina Żebrowska: z wykształcenia filmoznawczyni i reżyserka filmowa, studiowała w Krakowie i Edynburgu. Prowadzi bloga „Domowa kostiumologia” oraz własny kanał na YouTubie. Autorka albumów „Polskie piękno. Sto lat mody i stylu” oraz „Modowe rewolucje. Niezwykła historia naszych szaf”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze