1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Kobiety dojrzałe mówią wprost: „Niemożliwe nie istnieje”

Barbara Prymakowska: „Lubię rywalizację. Na starcie nigdy nie mówię: pobiegnę treningowo. Zawsze daję z siebie wszystko”. (Fot. Wiktor Bubniak)
Basia Tukendorf na 70. urodziny chce sobie samej zrobić prezent i po raz pierwszy przebiec maraton. Agnieszka Michalak, 58-latka, latem planuje start w triatlonie. Barbara Prymakowska jako najstarsza Polka w historii zdobyła Mont Blanc, wygrywa zawody narciarskie, biegi górskie, maratony. Mówi, że dzień bez aktywności fizycznej to dzień stracony. Bo wiek to przecież tylko liczba.

Agnieszka Michalak zapowiedziała wnukowi: „Masz mi mówić po imieniu. Babcią zostanę dopiero, jak będziesz mieć lepszy niż ja czas na dziesięć kilometrów”. Dziś chłopak jest 12-latkiem. Latem planują zawody. – Nie mogę się doczekać – uśmiecha się Agnieszka.

Basia Tukendorf ma marzenie, by w tym roku przebiec maraton, na urodziny. Bo choć różne dystanse ma na koncie, a medale na wieszaku, to jednak maratonu jeszcze w jej kolekcji brakuje.

Barbara Prymakowska właśnie wróciła z imprezy narciarskiej – Biegu Piastów. Jednego dnia przebiegła 30 kilometrów stylem łyżwowym, wygrała w swojej kategorii wiekowej, następnego – 25 kilometrów klasycznym, była druga. Już sam dystans robi wrażenie. A dodajmy, że Barbara ma lat 79. I dla niej to nic nadzwyczajnego. Sport to jej życie. Skończyła AWF, pracowała jako nauczycielka. Na koncie ma 60 ukończonych maratonów.

Trening jak mycie zębów

Wiele osób reaguje podziwem: biegasz, o rany, tyle kilometrów, w twoim wieku, jak ty to robisz, ja bym nie dała rady. Podziw jest zawsze miły, ale – powiem z własnego doświadczenia biegającej babci – niezasłużony. Bo bieganie to nie udręka. To radość. I, jeśli już przełamiesz barierę i to pokochasz, część codzienności. – Tak jak mycie zębów – tłumaczy Agnieszka. – Nie zastanawiasz się, czy masz je umyć, tylko to robisz. Odruch.

Początki są różne. Agnieszka zaczęła – w sumie typowo – by zrzucić kilka kilogramów. Ale nie dietą cud, tylko aktywnością fizyczną i rozsądnie, bez szaleństwa. Przyrzekła sama sobie, że nie odpuści. Wracała z pracy, przebierała się i ruszała. Była jesień, czasem zimno, czasem deszcz – ale Agnieszka mówiła sama do siebie: Obiecałaś sobie? Obiecałaś. To wkładaj buty i biegaj. Takie wewnętrzne dialogi prowadziła przez trzy miesiące. Potem zorientowała się, że nie są już potrzebne. Kiedy jakiś trening wypadał z harmonogramu, czegoś jej brakowało. Bo weszło w krew.

Basia Tukendorf jako dziewczyna w rodzinnym Wałczu należała do sekcji sportowej. – To były czasy Szewińskiej, Badeńskiego, sukcesy lekkoatletyczne Polaków, żyliśmy tym. Startowałam w zawodach, ale kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, urodziły mi się dzieci, co innego stało się ważne. Praca, dom, czasem spotkania ze znajomymi, wakacje… To zajmowało cały mój czas – wspomina.

Choć zdarzył się jeden biegowy zryw. Kiedy Basi przybyły niepożądane kilogramy, zaczęła biegać. Cel: odchudzanie. I tak sobie biegała po parę kilometrów, aż przeczytała w „Expressie Wieczornym”, że organizowany jest bieg z Palmir na warszawski AWF. 26,5 kilometra. Nie zastanawiała się długo. Na miejscu okazało się, że kobiety biegną dwie. W tym ona. Tamta pani odpadła gdzieś po drodze, Basia dobiegła do mety. – Zabij mnie, nie wiem, jak to zrobiłam. Chyba siłą woli. Czas nie był rewelacyjny, ale na stadionie wszyscy na mnie czekali. Na tę jedyną kobietę. Było podium i wielki kryształowy puchar – rozrzewnia się.

Choć potem przyszły gratulacje, wywiad w gazecie, zaproszenie do telewizji, dzieciaki w szkole, w której pracowała, biegały do pani sekretarki z kwiatami – ten sukces nie stał się impulsem, by bieganie pociągnąć.

Kiedy Basia jako 55-latka przeszła na emeryturę, stwierdziła, że teraz będzie jej czas. Bo wnuki duże, obowiązków mniej, wreszcie można robić coś dla siebie. Zapisała się do klubu seniora, ale długo tam nie wytrzymała: – Każda rozmowa kończyła się wyliczaniem, kto był u jakiego lekarza i jakie proszki teraz łyka. Zresztą ja wolę być z młodymi. Od razu łapię z nimi kontakt, dobrze się bawię. Mam Facebooka, Instagram, świat mi to otworzyło. Rodzinie się trochę wyrwałam spod kontroli, ale chyba nie narzekają. Poza tym myślę, że oczywiście wielu ludzi kochamy, ale nie można zapominać o tym, że przede wszystkim musimy kochać siebie. Egoistyczne? Może. Ale jak nie potrafisz kochać siebie, nie będziesz też kochać innych.

Basia nie tylko biega. Gra epizody w serialach, występuje w teledyskach (ostatnio z Matą: „Profesor Matczak wspomniał o mnie w książce, napisał, że mój czarujący uśmiech rozjaśnia teledysk, to był dopiero prezent! Aż mi się oczy zaszkliły”). Nie jest babcią, która siedzi na kanapie i robi na drutach.

(Fot. archiwum prywatne)

Przeczytała, że Konrad Gaca w programie telewizyjnym zaprasza na odchudzanie. W ankiecie było pytanie o motywację. „Przebiec maraton”, napisała. Miała wtedy 63 lata. Dostała się do programu. A że jest „zadaniowa”, odchudzanie zajęło jej tylko pięć miesięcy. I zaczęła biegać. Pięć kilometrów, dziesięć, wygrała halowe mistrzostwa Polski weteranów w swojej kategorii wiekowej. Wreszcie półmaraton. – Wpadłam na metę zmęczona, szczęśliwa – i poczułam, że dzieje się coś złego. Mówię: „Słuchajcie, ja się chyba do szpitala przejadę”. Wezwano karetkę, jak mnie wieźli, to żartowałam jeszcze z chłopakami: „Włączcie koguta, bo pani Basi nudno!”. Ale w szpitalu okazało się, że mam zawał. Dalsze badania wykazały, że muszę mieć by-passy. Trzeba to trzeba. Po operacji kolejny pech – tak nieszczęśliwie stanęłam, że coś się z nogą stało. I z tą złamaną nogą parę tygodni chodziłam, bo się lekarze nie zorientowali, co się dzieje… Cały czas czuję efekty. Plan na maraton trzeba było odłożyć, ale do biegania wróciłam, uparta jestem. W tym roku kończę 70 lat i postanowiłam, że dłużej czekać nie będę. We wrześniu biegnę Maraton Warszawski.

Kiedy pytam Barbarę Prymakowską, czy jest sport, którego nie uprawia, tylko się śmieje: – Często na to pytanie odpowiadam. Na koniach na przykład nie jeżdżę!

Ruch zawsze był dla niej ważny, chciała się tym dzielić i tego uczyć. – Kiedyś zarażanie dzieciaków miłością do sportu nie było trudne. Zwłaszcza w podstawówce. Jeśli należycie realizowałam program, nie siedząc z nogą na nogę i gwizdkiem w zębach, jeśli dzieciaki widziały, że sama jestem aktywna, pływam, gram w tenisa, jeżdżę na nartach, na łyżwach – to od razu były rezultaty. Bo uczyć najlepiej własnym przykładem. Do dziś spotykam uczniów, którzy dziękują mi, że zasiałam w nich to ziarno – chwali się.

Ale biegać Barbara zaczęła stosunkowo późno. Miała 55 lat, kiedy zdobyła po raz pierwszy mistrzostwo Polski na dziesięć kilometrów, ale poważne bieganie, jak mówi, zaczęło się od maratonu. – Miałam wtedy 58 lat. Teraz mam już na koncie między innymi koronę maratonów świata: Chicago, Boston, Nowy Jork, Berlin, Londyn, Tokio. Plus wiele innych, jak: Paryż, Ateny, Rzym, Wiedeń, Frankfurt. Najważniejszy? Ateny. Kolebka maratonu. Bo to do Aten biegł pierwszy maratończyk – z miejscowości Maraton, w 490 roku przed naszą erą, by zawiadomić Ateńczyków, że Grecy wygrali z Persami. Legenda głosi, że dobiegł, przekazał informację i umarł z wycieńczenia. Dziś biegacze żartują, że to przez brak butów z amortyzacją – śmieje się Barbara.

Największą radość odnajduje jednak w bieganiu górskim. Nie ma tłumów jak w masowych biegach po asfalcie, są tylko przyroda i twoje myśli. Nie ma też monotonii: – Kiedy biegniesz po asfalcie, musisz utrzymywać stałe tempo, pilnować tego, w górach jest inaczej. Kiedy są duże przewyższenia, tylko elita biegnie, reszta idzie, potem zbiegi, tu trzeba znać technikę. W tym roku po raz dziesiąty wbiegałam na Kasprowy Wierch (za każdym razem wygrywałam). To też kawał górki! A w 2011 roku jako najstarsza Polka w historii zdobyłam Mont Blanc. Uważam to za moje największe sportowe osiągnięcie.

Barbara Prymakowska ściga się w biegach górskich z kobietami 50 i 60 plus. W jej kategorii wiekowej brakuje zawodniczek. (Fot. Magdalena Sedlak)

W grupie siła

Bieganie jest z jednej strony sportem samotnym. Każdy na trasie jest sam ze swoimi myślami, zmęczeniem, czasem bólem. Z drugiej – trenowanie w grupie pomaga, nie tylko zresztą w osiąganiu dobrych wyników.

Agnieszka biegową wspólnotę znalazła w Nowym Jorku. Pracowała tam przez kilka lat. Podczas treningu w Central Parku zobaczyła panów w biało-czerwonych koszulkach z napisem „Polska”. – Jeden diabełek mówił mi: podejdź. Drugi: no co ty, nie wypada… Podeszłam i to była wspaniała decyzja. Grupa 3run.pl to świetni ludzie. Trenowali nie tylko do biegów ulicznych, ale i do triatlonów, biegów górskich, ultra. Motywowaliśmy się. Okazało się, że osiągam całkiem niezłe wyniki. Wiadomo, nie mogę się porównywać z dużo młodszymi, ale jest współczynnik wieku ustalony przez Światową Federację Weteranów Lekkiej Atletyki. Im wyższy procentowo masz wskaźnik, tym lepiej. Mój, powyżej 70 proc., był niezły. Czasem młodsi koledzy zostawali w tyle. Wiem, że byłam inspiracją dla innych. A ja lubię pozytywnie motywować – mówi zadowolona.

Dzięki tej grupie zaczęła też przygodę z triatlonem i zrobiła kwalifikację na jeden z najważniejszych maratonów – bostoński. Choć wahała się do ostatniej chwili. Była osłabiona po kuracji antybiotykowej, pogoda koszmarna, lało, zimno. Ale rano do jej pokoju zapukali koledzy. „Wskakuj w buty, idziemy na start”, zakomenderowali. Posłuchała. I choć nie zrobiła wspaniałego wyniku, to osiągnęła więcej – zwycięstwo nad słabością.

Agnieszka Michalak: „Kiedy przygotowania przekładają się na dobry wynik, rośnie przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych”. (Fot. archiwum prywatne)

Treningi Teamu ZabieganeDni to dla Basi Tukendorf jeden z ważniejszych punktów tygodnia. Nigdy nie odpuszcza. Jeździ też z nimi na obozy biegowe, choć dodaje: – Jestem najstarsza, gdybym miała robić wszystko to, co oni, tobym chyba padła. Robię więc, co mogę i ile mogę, a poza tym spędzam czas z ludźmi, którzy mnie znają, lubią – i dobrze się bawię.

Dla cyferek i dla siebie

Dla niektórych ważny będzie wynik. Dla innych – sam fakt, że się dotarło na metę. Basia Tukendorf mówi, że w tej chwili cyferki nie mają już dla niej znaczenia. Chce po prostu przebiec maraton i zmieścić się w limicie czasu.

Agnieszka uważa, że każdy, kto maraton kończy, już jest mistrzem świata. Choć ona cyferek nie odpuszcza. Z każdym rokiem trudniej, ale tym większa radość, jak się uda docisnąć, wyjść ze strefy komfortu, coś udowodnić – sobie przede wszystkim. – Kiedy przygotowania przekładają się na fajny bieg, dobry wynik, to rośnie przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych.

– A ja lubię rywalizację – opowiada Barbara Prymakowska. – Stając na starcie, nigdy nie mówię, że ot tak treningowo sobie pobiegnę. Nie. Daję z siebie wszystko. Teraz w Polsce rywalizacja nie jest łatwa, bo mam 79 lat i w biegach górskich w swojej konkurencji nie mam już rywalek. Ścigam się z kobietami 50- albo 60-letnimi. A na maratonach jest kategoria K70, ale między 70 a 79 lat jest mur nie do przekroczenia, tak szybko wtedy spada wydolność.

Zawsze biega z jakąś intencją. – Miałam w życiu różne zakręty, najtrudniejszy związany z chorobą nowotworową mojej córki. To dla niej zdobyłam koronę maratonów świata. Ogromne przedsięwzięcie, sama nie mogłabym sobie na to pozwolić. Miałam sponsora. To super, ale z drugiej strony też obciążenie. Bo sponsor liczy na podium. No, ale do tej pory jeszcze nigdy nie zawiodłam – oświadcza.

Już sześć razy słuchała Mazurka Dąbrowskiego za zwycięstwa w biegach górskich. – Nieprawdopodobne przeżycie. Życzę każdemu, żeby mu na obcej ziemi zagrano polski hymn – mówi.

Po co to wszystko?

Co takiego jest w bieganiu, że jak zaczniesz i złapiesz bakcyla, to koniec, przepadłaś? Po co się tak męczymy, pocimy, dlaczego w weekendowy poranek, zamiast leniwie pić kawę, lecimy na trening? Dla każdego to coś innego.

Barbara Prymakowska mówi tak: – Człowiek jest tyle wart, ile dobrego zrobi dla innych. Ja staram się działać na moim polu, czyli na polu aktywności fizycznej. Zostałam jako pierwsza kobieta Honorową Obywatelką Tarnowa za promowanie zdrowego stylu życia i wybitne osiągnięcia sportowe. Ludzie, patrząc na mnie, widzą, że można po sześćdziesiątce, po siedemdziesiątce odnosić sukcesy i cieszyć się życiem – bo sport to endorfiny!

Przekazywali też z mężem tę miłość dzieciom i wnukom. – Nie mogliśmy im z naszych nauczycielskich pensji dać nic materialnego, ale to daliśmy. Dziś każdy sport mogą uprawiać, ten łańcuszek idzie dalej. Ale sport to więcej. To też szkoła charakteru, kształtuje siłę woli, walki, współżycia z innymi. No i zdrowie. Bo żaden lek nie zastąpi ruchu, a ruch zastąpi każdy lek – zapewnia.

Kiedy Agnieszka po raz pierwszy pojechała do USA (to był początek lat 90.), zachwycili ją starsi ludzie – zadbani, pełni energii, chęci do życia. I aktywni. Widywała ich biegających w parku, ćwiczących. Myślała o ich rówieśnikach w Polsce. Bo u nas była wtedy zupełnie inna rzeczywistość, szara i ponura. A ludzie na emeryturze raczej siedzieli w domu, zajmowali się wnukami. Wiosną działka, latem wczasy. I tyle. Teraz jest inaczej, osoba starsza w dresie w parku już nie szokuje. – I świetnie! Jeśli konsekwentnie ćwiczymy, wydłużamy sobie, i to znacznie, czas, kiedy będziemy w dobrej formie. Mnóstwo jest osób, które późno zaczynają uprawiać sport i już po paru miesiącach to widać. Fantastycznie wyglądają, tryskają zdrowiem, energią. Ja chcę być aktywna jak najdłużej. Bieganie okazało się też lekarstwem na stres, na dobre samopoczucie, na organizację życia zawodowego i okołozawodowego. Oczywiście powinniśmy robić to, co jest w zgodzie z nami. Jeśli komuś odpowiada poświęcanie całego czasu wnukom, to okej. Choć myślę, że aktywność fizyczna powinna być częścią życia. Można robić fajne rzeczy dla siebie i spędzać superczas z wnukami. Na przykład ścigać się z nimi na dziesięć kilometrów! – dodaje.

Joanna Derda, autorka artykułu, również zapalona biegaczka (Fot. archiwum prywatne)

– W biegowym świecie już mnie znają, jak pojawiam się na starcie, to uśmiech za uśmiechem, zdjęcie za zdjęciem – opowiada Basia Tukendorf. – Pewnie dlatego, że jestem starsza, więc się wyróżniam. A ja lubię się wyróżniać! Wiadomo, z roku na rok człowiek słabszy, czasem coś boli, ale jak się idzie na trening, są ludzie, jest energia, jest śmiech – zapominasz, że boli. Pokazuję to potem na Facebooku, żeby ludzie widzieli, że na emeryturze nie trzeba się rozsiąść przed telewizorem.

Barbara Prymakowska: – Czy na trasie są kryzysy? Są. Ale umiem sobie z nimi radzić. Potem chwile radości na mecie, dałam radę, wspaniale, potem trzy dni bolą nogi i myślę: po co ci to było? A potem zaczynam się rozglądać, gdzie i kiedy jest kolejny bieg.

Basia Tukendorf: – Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Jest trochę strachu, czy organizm wytrzyma, ale mam nadzieję, że tak. Mogę się nawet przeczołgać przez metę, żeby tylko powiedzieć: jestem maratończykiem.

Agnieszka Michalak: – Latem w Lake Placid startuję w triatlonie. Prawie cztery kilometry pływania, 180 kilometrów na rowerze i na koniec maraton. Cieszę się i mam tremę. Ale podchodzę do tego zadaniowo. Codzienne treningi, do tego praca, a w weekendy szkoła masażu. Moi synowie „chwalą się” mną, bo jednak osoba w moim wieku i Ironman – to robi wrażenie. Są ze mnie dumni. Co mnie z kolei pozytywnie nakręca. I nie mogę zrezygnować!

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze