1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Prawdy i mity na temat inwestowania

Prawdy i mity na temat inwestowania

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Żeby inwestować, trzeba mieć mnóstwo pieniędzy, wykształcenie ekonomiczne i mocne nerwy. Prawda czy mit? O naszym stosunku do pomnażania funduszy mówi psycholog ekonomiczny dr Agata Gąsiorowska. A Ty NA CO NAJCHĘTNIEJ WYDAJESZ PIENIĄDZE? Zrób psychotest i dowiedz się, co to oznacza.

Jakie jest podejście przeciętnego Polaka do inwestowania pieniędzy? Interesujemy się tym czy raczej umiemy pieniądze zarabiać, wydawać i ewentualnie oszczędzać, ale inwestowanie to już dla nas wyższa szkoła jazdy?

Jest tak, jak pani mówi. Na pewno inwestowanie jest wyższą szkołą jazdy niż oszczędzanie, a wielu Polaków uważa, że nie stać ich nawet na oszczędzanie, więc co tu mówić o inwestowaniu. Jak widać, mamy silnie negatywną postawę w stosunku do inwestowania, ale jest jeszcze drugi problem: jako społeczeństwo mamy bardzo niski poziom wiedzy ekonomicznej. Nie wiemy, czym się różni akcja od obligacji, bank od parabanku…

W świetle ubiegłorocznego skandalu z Amber Gold można pokusić się też o stwierdzenie, że zbytnio ufamy różnym instytucjom albo po prostu dajemy się zwodzić okazji.

Myślę, że wiele osób, które straciły pieniądze złożone w parabankach, dało się zwieść właśnie okazji. Proszę zauważyć, że przekaz reklamowy najsilniej akcentował to, ile będzie można zyskać. Gdybyśmy byli lepiej wyedukowani ekonomicznie, zauważylibyśmy, że to dosyć ryzykowna sytuacja, bo skoro możemy tyle zarobić, to tyle samo możemy stracić.

Ale też chyba bardziej nęci nas szybki zysk niż długoterminowe składanie grosza do grosza.

To w ogóle ludzka przypadłość, choć badania wykazały, że zwierzęta też ją przejawiają. Chodzi o nieumiejętność odroczenia gratyfikacji. Jeżeli mamy do wyboru natychmiastową nagrodę, choćby miała być mniejsza, to wolimy to niż czekanie na nagrodę w przyszłości, choćby wiele wskazywało, że będzie większa.

Chętniej kupujemy blankiety totolotka niż inwestujemy w obligacje, które mogą przynieść zysk dopiero za jakiś czas?

Tu mamy do czynienia z jeszcze inną kwestią. Jeśli nie zagłębiamy się w kwestie prawdopodobieństwa trafienia szóstki czy trójki w totolotka, to szanse – zdaniem wielu osób – są pół na  pół, czyli albo wygram, albo nie. A naprawdę szansa trafienia szóstki jest jak 1 do 13 milionów. Mechanizm totolotka wydaje nam się banalnie prosty, a jednak go nie rozumiemy. Jak więc mamy rozumieć, co ma wpływ na kurs akcji czy wiedzieć, gdzie założyć konto maklerskie? Poza tym w przypadku totolotka obietnica wydaje się niewspółmiernie większa w stosunku do tego, co obiecuje np. inwestycja w akcje czy obligacje.

Poza tym zakład kosztuje parę złotych…

…a inwestowanie kojarzy nam się z koniecznością posiadania sporych sum pieniędzy.

Jak jest naprawdę?

Inwestycja w fundusze inwestycyjne jest możliwa nawet przy tak niskim nakładzie środków jak 100 czy 200 złotych miesięcznie.

Rachunki oszczędnościowe też mogą być formą inwestowania?

Nie, ponieważ nie spełniają warunków koniecznych do tego, by uznać coś za inwestycję. Pierwszy warunek jest taki, żeby zadeklarować jakąś sumę do wykorzystania na dłuższy czas, czyli zwykle co najmniej na kilka lat, drugi – z tymi pieniędzmi musi się coś dziać, muszą być obracane, by przynosiły zysk, a nie spokojnie leżeć sobie na koncie lub przynosić znikomy procent. Fundusz to zapewnia, rachunek oszczędnościowy– nie. Nie ma tu co prawda żadnego ryzyka, ale nie ma też zysku.

Z czego się bierze nasz niski poziom edukacji ekonomicznej? Winna jest szkoła czy może nasza niechęć do zgłębiania tematu finansów?

Na pewno czujemy się bardzo niepewnie w sytuacjach finansowych, boimy się, że jak zaczniemy zgłębiać temat i podejmować jakieś działania, to zostaniemy oszukani, bo to bardzo skomplikowana wiedza. Z drugiej strony ludzie, którzy są obecnie przed czterdziestką, czyli, powiedzmy, moi rówieśnicy, to najstarsze pokolenie wychowane w systemie gospodarki rynkowej. Ci, którzy weszli na rynek pracy przed 1989 rokiem, nie mieli jeszcze możliwości nauczenia się takiego obracania pieniędzmi, jakie jest potrzebne we współczesnym świecie. Kiedy dzisiejsi 40-latkowie byli dziećmi, funkcjonowało SKO, ale to nie uczyło obracania pieniędzmi, a jedynie odkładania ich na kupkę. Z tego nie było nawet żadnego procentu.

Ale przynajmniej nauczono nas oszczędzać.

No, nie do końca… Gdybyśmy byli tego rzeczywiście nauczeni, mielibyśmy nawyk oszczędzania, a przy tym nie uważalibyśmy na przykład, że to, czy oszczędzamy, zależy od tego, ile zarabiamy. Odkładanie 50 czy 30 zł na miesiąc nawet przy niskich dochodach też się liczy. Inna sprawa – nawet jeśli odkładamy co miesiąc jakąś kwotę pieniędzy, to i tak bardzo rzadko przeznaczamy je na to, by dalej zarabiały. Co prawda Polacy – zapytani, gdzie najlepiej trzymać zaoszczędzone pieniądze – najczęściej odpowiadają: „lokować w nieruchomości”, tyle że w rzeczywistości trzymają je na zwykłych kontach.

Jak rozumiem, jeśli nie nauczymy się oszczędzać,  nie nauczymy się też inwestować?

Zgadza się. Choć jest jeszcze inna droga. Możemy inwestować nadwyżki, czyli na przykład pieniądze, które dostajemy jako zwrot z urzędu skarbowego. Proszę zauważyć, jak często traktujemy je jako coś, co nam spadło z nieba. Nie myślimy, że to są nasze ciężko zarobione pieniądze, które mogłyby dalej zarabiać, ale że to taka ekstra kasa, która nam przyszła bez wysiłku, wiec możemy ją wydać za przeproszeniem na głupoty.

Premię też można potraktować jako nadwyżkę?

Można, choć zwykle na taką premię solidnie pracujemy przez cały rok. Przypuśćmy jednak, że dostajemy premię za coś, w co włożyliśmy relatywnie mało energii i czasu. Czemu nie potraktować jej jako dodatkowych pieniędzy i nie spróbować ich w coś zainwestować? Niestety, życie pokazuje, że polska rodzina prędzej wykorzysta takie pieniądze na załatanie dziury w comiesięcznym budżecie, nawet nie na przyjemności czy zbytki.

A może po prostu to całe obracanie pieniędzmi kojarzy się nam ze spekulacją? Wolimy zarabiać „przyzwoicie”.

Jedno z badań, jakie przeprowadziliśmy w Centrum Badań nad Zachowaniami Ekonomicznymi, funkcjonującym przy SWPS, przyniosło zaskakujące wyniki. Otóż okazało się, że Polacy uważają, że jak ktoś się zajmuje zawodowo pieniędzmi albo poświęca finansom zbyt dużo wolnego czasu, to jest to podejrzane. Tak jakby wkładanie energii w szukanie dodatkowych źródeł dochodu, pomnażanie swoich zarobków, poszerzanie wiedzy ekonomicznej czy samo monitorowanie stanu akcji – było czymś złym, czym nie wypada się zajmować.

Psycholog Richard Wiseman w ramach badania poprosił kiedyś doradcę inwestycyjnego, astrologa zajmującego się finansami i małe dziecko, by – dysponując tą samą sumą  – grali na giełdzie, przewidując ewentualne zyski. Okazało się, że najlepiej zgadywała dziewczynka, która firmy, w które inwestowała, wybierała w sposób całkowicie losowy.

Tak, pamiętam ten eksperyment, dziecko straciło najmniej, na drugim miejscu był doradca inwestycyjny, a na trzecim astrolog.

To zdecydowanie zdeklasowało astrologa, ale czy nie postawiło w kiepskim świetle także doradcy inwestycyjnego?

Ależ oczywiście. Wystarczy zajrzeć do książki prof. Tomasza Zaleśkiewicza: „Psychologia inwestora giełdowego”. Jest tam genialnie pokazane, jak wielu złudzeniom poznawczym ulegają inwestorzy, nie jest więc prawdą, że tylko laicy popełniają błędy, co więcej, profesjonalni inwestorzy giełdowi popełniają je nawet częściej. Antonio Damasio wykorzystał kiedyś do badań ludzi z pewnym uszkodzeniem mózgu, który to defekt powodował, że nie odczuwali żadnych emocji. Poprosił ich, by grali w ryzykowną, hazardową grę, którą w pewnym sensie można uznać za symulowanie gry na giełdzie. Okazało się, że za każdym razem podejmowali najgorsze decyzje. Co to znaczy? Że czynnik emocjonalny jest bardzo ważny, ostrzega nas na przykład przed większym ryzykiem.

Powiedzmy, że chcę zrobić krok do przodu w mojej edukacji finansowej, od czego zacząć? Rozmowy z doradcą finansowym?

Dwa tygodnie temu tak właśnie bym pani powiedziała: udać się do doradcy finansowego. Niestety, w ostatnim czasie przeczytałam o wiele opinii na rozmaitych forach internetowych, które wskazywałyby na to, że dla  osób o niskiej wiedzy ekonomicznej taka pomoc może być nie do końca właściwa. Jeden internauta skarżył się, że jego mama poszła do banku, by założyć lokatę, a wyszła z polisą z ubezpieczeniową i sama nie wie, czy jest z tego zadowolona. Dlatego najprostszym rozwiązaniem będzie dowiedzieć się, czy w banku, w którym mam konto i do którego mam zaufanie, jest taki produkt finansowy, który umożliwia mi odkładanie co miesiąc pewnej kwoty i inwestowanie jej w fundusz inwestycyjny. Te oferowane przez banki są dosyć uproszczone: jest fundusz obligacji – najbardziej bezpieczny, jest fundusz pośredni i fundusz akcji, najbardziej ryzykowny.

Jak przetrwać okres, gdy nie zarabiamy  na funduszu, a tracimy?

Inwestowanie w akcje czy fundusze akcji to nie jest inwestowanie krótkoterminowe: na dwa lata czy pół roku. Inwestujemy pewne pieniądze przez minimum pięć lat i po tym czasie one z dużym prawdopodobieństwem przyniosą zysk, i to zdecydowanie większy, niż gdybyśmy trzymali je na lokacie. Niestety bardzo często nie możemy się powstrzymać przed codziennym sprawdzaniem, jak stoją nasze akcje. To wynika z tej niecierpliwości, o której wcześniej wspominałam, a może skutkować frustracją i zniechęceniem do inwestowania. Powtórzę, inwestowanie w akcje nie jest ani sprawą krótkoterminową, ani bezpieczną. Pojawia się element ryzyka, możemy zyskać, ale możemy też stracić. Choć i tak jest to lepsze od inwestowania na rynku walutowym, czyli tzw. Foreksie, który robi się coraz bardziej popularny, gdzie można nie tylko stracić to, co się zainwestowało, ale też dużo więcej. Czyli inwestuje pani 10 tys. a może stracić nawet 200.

Trzeba mieć jakieś specjalne predyspozycje czy cechy charakteru, by inwestować? Czy to tylko kwestia wypracowania w sobie nawyku, zmiany myślenia?

Do tego, żeby zostać maklerem czy brokerem, pewnie trzeba mieć specyficzną konstrukcję psychiczną. Ale do tego, żeby oszczędzać i inwestować własne pieniądze, trzeba jedynie wyszkolić w sobie pewien nawyk. Przy czym są duże różnice w tej kwestii pomiędzy mężczyznami a kobietami. Kobiety mają poważny problem z tym, żeby w ogóle wejść w inwestycje, dziewczynki są wychowywane tak, by być niesamodzielnymi w kwestiach finansowych. Nikt ich nie uczy zarabiania pieniędzy i obracania nimi, prędzej tego, żeby pójść do sklepu i je wydać. Natomiast jeśli mimo tego kobieta postanowi zająć się inwestowaniem pieniędzy, może radzić sobie zdecydowanie lepiej niż mężczyzna. Przede wszystkim ma mniejszą skłonność do ryzyka oraz silniej reaguje lękiem w sytuacji możliwej straty, dlatego nie przeszarżowuje. Pozyskuje też więcej informacji, przetwarza je i nie podejmuje hurraoptymistycznych decyzji.

I powtórzmy: nie musi wcale dużo zarabiać.

Zgadza się. To nie jest nawet kwestia wysokości naszego dochodu, tylko tego, czy traktujemy siebie jako ludzi zamożnych, czy ubogich. Istotne jest nasze podejście. Jeśli uważam, że zarabiam kiepsko, ale nic na to nie poradzę – to nigdy nie będę bogata. Wszystko jest w naszych głowach. Niestety, choć w sumie: na szczęście, bo dzięki temu sami możemy to zmienić

A Ty na co najchętniej wydajesz pieniądze? Zrób psychotest i przekonaj się, co to oznacza.

[mtouchquiz 14]

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.

  1. Styl Życia

Archetyp Raka – w obronie świętego spokoju

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z największym poświęceniem. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalny Rak czerpie siłę z poczucia bezpieczeństwa i dopóki nie jest ono zagrożone, poddaje się życiu bez rozpychania się łokciami. Jednak w odpowiedzi na atak – ten nieborak z wierszyka dla dzieci robi użytek ze swoich szczypiec. Co go do tego skłania i czy w najbliższych miesiącach będzie zmuszony tak się zachować? Podpowiada Aleksandra Nowakowska wspierana przez astrologa Piotra Gibaszewskiego.

Archetyp Raka wnosi do zbiorowej nieświadomości macierzyństwo, bezwarunkową miłość i pozbawioną erotyzmu czułość, która wiąże się z najwyższym poświęceniem. Kojarzy się z bezpiecznymi i ciepłymi wodami płodowymi. Rak symbolizuje też płodność, a z perspektywy kobiecej zapłodnienie oznacza przyjęcie, poddanie się. Osoby spod tego znaku doskonale potrafią zaopiekować się kimś, okazać empatię. Bezbłędnie rozpoznają emocje innych i same bez problemu wyrażają uczucia, jednak zdarza się, że nie potrafią sobie poradzić z ich nadmiarem. Rak uchodzi za dziecko zodiaku, dostrzeżemy w nim niedojrzałość, a nawet infantylizm, niechęć do tego, żeby dorosnąć. Tę rozkapryszoną, roszczeniową twarz poznamy, kiedy zawładnie nim strach przed tym, że nie przetrwa. Na coś więcej poza silnym instynktem samozachowawczym Rakowi brakuje sił i ambicji.

Rak należy do żywiołu wody, a włada nim Księżyc, który, choć pozornie bierny i uzależniony od światła Słońca, to jednak – jak wyjaśnia astrolog Piotr Gibaszewski – wpływa na cykle natury, przypływy i odpływy oceanów, nasze nastroje, a nawet zachowania. – Dzisiaj na Księżyc patrzymy romantycznie, ale nie zawsze tak było – przypomina ekspert. – Długo był uważany za złowróżbną planetę. Gnostycy sądzili, że na nim przebywają potępione dusze, zmarli, demony. Grozę budziły zwłaszcza zaćmienia Księżyca. To właśnie on odpowiada za zaburzenia emocjonalne, na które Rak jest podatny. Ten znak często ulega wahaniom nastroju i jest specjalistą w strzelaniu focha.

Niedzielny rosół

Siłę czerpie z korzeni. Przeszłość jest dla niego bazą, na której niestrudzenie, często z pomocą silniejszych, buduje swój dom. Z natury chwiejny, dąży do tego, żeby żyć na pewnym gruncie – w ten sposób się zabezpiecza.

Ten znak rządzi czwartym domem astrologicznym – domem rodziny, ziemi, nieruchomości. Znajduje się on na samym dole nieba, w najniższym punkcie, czyli immum coeli. Piotr Gibaszewski podkreśla, że to miejsce reprezentuje wszystko to, co było i co nas ukształtowało. Każdy ma je w swoim horoskopie i od przeszłości nie sposób się odciąć. – Trudno wyobrazić sobie psychoterapię bez analizy historii rodzinnych. Takie nurty, jak ustawienia hellingerowskie czy totalna biologia bazują na polu energetycznym przodków czy rodu, a Rak jest mistrzem świata w zagłębianiu się w nie – wyjaśnia.

Tak ważny w archetypie Raka dom obejmuje także ojczyznę, Matkę Ziemię. Osoby urodzone w tym okresie są patriotyczne, romantycznie rozkochane w polnych kwiatach, Mickiewiczu i Słowackim. Zbierają rodzinne pamiątki, czują swoje korzenie. Drzewo genealogiczne jest dla nich na tyle ważnym punktem odniesienia, że wcale nie mają ochoty wyjrzeć poza jego listowie. A to niesie ryzyko popadnięcia w iluzję, że kiedyś było lepiej…

Jak to możliwe, że pozornie słaby i neurotyczny Rak, w rzeczywistości plasuje się wysoko na liście znaków zodiaku ludzi żywotnych i długowiecznych? Odpowiedzi należy szukać w jego silnym poczuciu przynależności, przywiązaniu do miejsc i osób. Outsiderzy, ryzykanci i indywidualiści podążający własną ścieżką narażają się na stres; nadmiar kortyzolu wykańcza im nadnercza, więc żyją krócej. Dla Raka to niepotrzebna głupota, on woli wieść wygodne życie w domowym gnieździe, cieszyć się miękkim kocem i gorącą herbatą, podaną przez ukochaną osobę. Rodzinna atmosfera to jego środowisko naturalne, uwielbia, gdy na stół trafia rosół, a wokół gromadzą się krewni. W dodatku Rak lubi mieć pełny brzuch, szczególnie gustuje w smakach dzieciństwa. To dlatego, że ceni sobie ciągłość, powtarzalność i zwyczajne życie. Z tym wiąże się jego misja. – Wiele osób cierpi z tego powodu, że miało dysfunkcyjne rodziny. Ciężko coś osiągnąć, kiedy nosimy w sobie zranienia z przeszłości. Bezpieczna rodzina koi, spaja, daje siłę do życia. Opieka rodziców buduje więź. Cała ta hołubiona rodzinka Raka ma więc swój sens! – mówi Piotr Gibaszewski. I przypomina, że Stany Zjednoczone „urodziły się” 4 lipca, gdy ogłoszono Deklarację niepodległości, czyli właśnie pod wpływem tego znaku. Stąd m.in. taka popularność amerykańskich filmów familijnych, zwłaszcza na temat Bożego Narodzenia. Wszyscy potrzebujemy opowieści o tym, że nawet zwaśnione rodziny spotykają się w te święta i godzą.

Jak uszczypnie, będzie znak

Rak nie pragnie aplauzu i bycia na szczycie. Trudno mu przyjąć, że życie wymaga aktywności, często inicjatywy, a czasem śmiałej konfrontacji. Z lęku przed brutalnością życia, ze strachu przed brakiem szacunku dla jego uczuć, bo boi się, że ktoś je podepcze, woli bezpieczną norkę i życie w zgodzie z rodziną.

Astrolog przestrzega jednak, by nie ulegać pozorom, bo Rak to nie samo dobro ani tym bardziej tzw. ciepłe kluchy. Jak każdy znak kardynalny jest zasadniczy i bezwzględny w swoich przekonaniach. Kiedy broni swojego bezpieczeństwa, robi się zaborczy, podejrzliwy, nieufny, kontrolujący. Niczym aktor z opery mydlanej wpada w histerię bez wyraźnego powodu i urządza sceny. Najgorszym koszmarem dla Raka jest samotność i odcięcie się od przeszłości. Przestraszony, zaczyna się zamartwiać o bliskich, o siebie. Rozpamiętuje sprawy, które przestały już mieć jakiekolwiek znaczenie. Swoją żywą wyobraźnię wykorzystuje wtedy do tworzenia najczarniejszych scenariuszy, które podsycają jego niepokój. Domaga się wsparcia emocjonalnego, a jeśli go nie otrzyma, będzie dąsać się, płakać ze złości, szantażować bliskich emocjonalnie lub atakować złośliwościami. Całą tę sytuację może też przypłacić chorobą żołądka. Piotr Gibaszewski łączy to z niekontrolowalnym lękiem, który staje się destrukcyjny. Tylko poczucie bezpieczeństwa zamienia Raka z powrotem w miłego człowieka. – On przede wszystkim chce mieć święty spokój – podsumowuje ekspert.

Rak (22 czerwca – 22 lipca)

  • żywioł: woda
  • jakość: kardynalny
  • rodzaj: żeński
  • prajakość: zimny i wilgotny
  • pora roku: wiosna – czas zawiązywania się owoców
  • archetyp: matka, poeta
  • cień: kwoka, wieczne dziecko
  • pułapka: ucieczka w myślenie życzeniowe, strach przed dorośnięciem
  • ideał: romantyczny trubadur
  • dewiza: „Czuję”
  • korespondencje w organizmie: żołądek, piersi, gruczoły

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Markizy Fakro do okien pionowych – aby cieszyć się latem

Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Zasunięta markiza skutecznie zacienia wnętrze przy jednoczesnym zapewnieniu widoczności. (Fot. materiały partnera)
Każdej zimy tęsknimy za latem i upalnymi dniami, ale kiedy takowe nadchodzą, często mamy ich dosyć. Powodem są palące promienie słoneczne, które wszystkim zamkniętym czy to w domach, czy też w biurach zaczynają mocno doskwierać. Kiedy przebywanie w pomieszczeniach z dużymi przeszkleniami staje się uciążliwe, trudno cieszyć się długo wyczekiwaną upalną, słoneczną pogodą. Wówczas warto pomyśleć o zamontowaniu zewnętrznych osłon, które skutecznie zatrzymają ciepło już przed oknem i nie dopuszczą do nadmiernego nagrzewania wnętrz.

Jakie osłony wybrać?

Popularne rolety materiałowe montowane od wewnątrz pomagają ograniczyć dopływ intensywnego światła w słoneczne dni, ale nie zapobiegną wzrostowi temperatury w pomieszczeniu, gdyż same będą się nagrzewać, emitując ciepło do środka. Stosując rolety zewnętrzne co prawda zatrzymamy ciepło na zewnątrz, ale jednocześnie zaciemnimy pomieszczenie, bo wraz z ciepłem zablokujemy również światło i nawet w dzień zapadnie półmrok. Markizy zewnętrzne Fakro do okien pionowych, skutecznie zatrzymają upał za oknem, a jednocześnie zapewnią mieszkańcom dopływ naturalnego światła.

Z przeprowadzonych przez firmę Fakro badań wynika, że markizy chronią przed przegrzaniem do ośmiu razy skuteczniej niż powszechnie stosowane rolety wewnętrzne. W praktyce daje to spadek temperatury w pomieszczeniu nawet o 10°C. Dzieje się tak dlatego, że markizy absorbują promienie słoneczne już przed szybą i emitują ciepło na zewnątrz, w ten sposób chroniąc wnętrze przed przegrzaniem.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Energooszczędność zimą czy latem?

Wybierając markizy, nie generujemy dodatkowych kosztów za energię elektryczną, jak się dzieje w przypadku energochłonnej klimatyzacji. Możemy zdecydowanie ograniczyć działanie klimatyzacji lub całkowicie z niej zrezygnować. Zresztą nie każdy dobrze znosi jej działanie. Markiza to produkt całoroczny – w lecie chroni nasze wnętrza przed nadmiernym nagrzewaniem, w czasie chłodnych dni zapobiega stratom ciepła, poprawiając współczynnik przenikania ciepła okna aż do 16 proc.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jak zbudowana jest markiza?

Markiza wykonana jest z wytrzymałej, odpornej na czynniki zewnętrzne tkaniny z włókien szklanych powlekanych PVC, której siatka rozprasza światło wpadające do środka. Dzięki temu jest ono równomiernie rozłożone, bez męczących oczy refleksów, które przeszkadzają przy oglądaniu telewizji czy w pracy na komputerze. Markiza chroni przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów w ciągu dnia, jednocześnie zapewniając dobrą widoczność otoczenia wokół domu. Do wyboru mamy kilkanaście rodzajów materiałów, w różnych kolorach i z różnym stopniem prześwitu. Profile markizy dostępne są w czterech kolorach: czarnym, białym, szarym i brązowym, a na życzenie klienta – w dowolnym kolorze z palety RAL.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

W jaki sposób się ją obsługuje?

Do wyboru mamy markizy obsługiwane ręcznie (VMZ, VMZ ZIP) oraz zasilane elektrycznie: sterowane za pomocą pilota lub przełącznika naściennego (VMZ Z-Wave) czy sterowane z aplikacji na smartfonie (VMZ WiFi). FAKRO oferuje też markizy zasilane energią słoneczną, wyposażone w inteligentny system automatycznej obsługi (VMZ Solar). Te ostatnie mają panel fotowoltaiczny, który w połączeniu ze specjalnym układem elektroniki reaguje na stopień nasłonecznienia: jeśli jest ono duże, markizy same się rozwiną, jeśli zaś jest pochmurno – samoczynnie się zwiną. Podczas chłodnych dni markiza działa odwrotnie: w dzień zwinięta pozwala pasywnie nagrzewać pomieszczenie, nocą rozwinięta chroni przed stratami ciepła.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Jakie dodatkowe korzyści oferuje markiza?

Wszystkie markizy w wersji elektrycznej i VMZ ZIP (te, w których siatka porusza się na profilach) oprócz ochrony przed nagrzewaniem pełnią funkcję moskitiery, chroniąc przed owadami, które są tak samo uciążliwe, jak palące w lecie słońce. Markizy zapewniają komfort mieszkania zarówno w upalne letnie dni, jak i podczas chłodniejszej aury. Są doskonałym rozwiązaniem do domów jedno- i wielorodzinnych, biur, a także do obiektów użyteczności publicznej. Elektryczne markizy można zintegrować w systemie inteligentnego domu smartHome i cieszyć się zawsze odpowiednią temperaturą.

Więcej na www.fakro.pl.

  1. Styl Życia

Janusz L. Wiśniewski i Ewelina Wojdyło w podróży przedślubnej do Nowej Zelandii

Wyprawa Eweliny Wojdyło i Janusza L. Wiśniewskiego do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. – Wydawało mi się, że taka podroż w dzikość, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie – wspomina pisarz. (Fot. archiwum prywatne)
Wyprawa Eweliny Wojdyło i Janusza L. Wiśniewskiego do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. – Wydawało mi się, że taka podroż w dzikość, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie – wspomina pisarz. (Fot. archiwum prywatne)
Przysłowie mówi, że człowieka najlepiej poznaje się w drodze. Może zatem zamiast po ślubie lepiej byłoby wyjeżdżać przed złożeniem przysięgi „na dobre i na złe”. Tak jak Ewelina Wojdyło i Janusz L. Wiśniewski, których wyprawa do Nowej Zelandii zyskała miano „podróży przedślubnej”. Co szczególnego im dała?

Państwa książka o wyprawie do Nowej Zelandii nosi podtytuł „Podróż przedślubna”. To nie pierwszy wspólny wyjazd, zatem skąd ten pomysł?
Janusz L. Wiśniewski:
Spodziewałem się tego pytania! Gdyby patrzeć na to ściśle geograficznie, to ważne podróże muszą odbywać się gdzieś daleko. Wyjeżdżaliśmy już na Galapagos, na Bahamy czy Wyspy Zielonego Przylądka, ale Nowa Zelandia znajduje się geograficznie najdalej od naszego Gdańska, więc wszystko się zgadza. A na poważnie to ten podtytuł nie został omówiony z Eweliną. Pierwotnie książka miała mieć tytuł „Australia i Nowa Zelandia”, ale skróciliśmy go do Nowej Zelandii, bo napisanie o tych dwóch krajach w jednej książce dałoby objętość pewnie „Wojny i pokoju”. A po cichu zaproponowałem, żeby dodać „Podróż przedślubna”, bo zamierzałem się oświadczyć. Ewelina nie zauważyła zmiany na okładce, ale na szczęście, po fakcie, tytuł jej się spodobał (śmiech).

Ewelina Wojdyło: To mi rzeczywiście umknęło, ale przynajmniej dla wszystkich stało się faktem, że Janusz smali cholewki i teraz to już widać (śmiech).

Więcej podróży przedślubnych nie będzie?
J.L.W.: Poprosiłem o rękę, więc nie. Ale tym podtytułem chciałem też zwrócić uwagę na pewien kontekst podróżowania – jest się wtedy z dala od znajomych, tylko z jedną osobą przez całą dobę, w zupełnie obcym miejscu. Bywałem wcześniej w Australii, za to Nowa Zelandia była dla nas obojga zupełnie nieznanym krajem. I wydawało mi się, że taka podroż w dzikość i nieoczekiwaność, bez wielkiego planu, okaże się może nie tyle próbą, ile sprawdzeniem się, jak to będzie, kiedy się razem w takie nieskażone ludzką ręką miejsce pojedzie. I było bardzo pięknie.

Młyn wodny w Hobbitonie, czyli wiosce Hobbitów w Nowej Zelandii. (Fot. archiwum prywatne)Młyn wodny w Hobbitonie, czyli wiosce Hobbitów w Nowej Zelandii. (Fot. archiwum prywatne)

Dla mnie podróż to taki czas karnawału. Zostawiamy za sobą pracę, rachunki za prąd i rutynę, i jedziemy na wakacje, które są celebracją życia. Jak się państwo przygotowują do podróży?
E.W.: Podróże planujemy spontanicznie. Wiemy, w jakie miejsca chcemy polecieć, choć czasem po prostu Internet podpowiada kierunek, bo trafimy na promocję. Kupujemy bilety i na dzień przed wrzucamy do walizki, co popadnie, ku zdziwieniu rodziny. Chwilę przed podróżą sprawdzamy najpotrzebniejsze elementy – albo i nie – i czasem zdarza się, że zapomnimy o wizie, ale i z tym sobie radzimy.

J.L.W.: W fizyce takie zachowanie nazywa się rezonansem, a my świetnie rezonujemy w naszym podejściu do podróżowania. Znam pary, które muszą być przygotowane przed wyjazdem w stu procentach: wiedzą nawet, jakiej marki jest samochód, który wypożyczą, i jak wyglądają pokoje w hotelu, w którym spędzą jedną noc. My tak nie mamy, jesteśmy ciekawi świata i tego, co nam los podaruje. Poprzednie eskapady nauczyły nas, że spontaniczność jest pewnym napięciem, którego oczekujemy od bycia ze sobą w podróży. I myślę, że dla wielu ludzi przebywanie ze sobą non stop jest trudnym egzaminem. Znam takich, którzy pojechali razem na pierwszy trzytygodniowy urlop i skończyło się to rozwodem, bo odkryli, że nie mają sobie nic do powiedzenia albo że to, co mówi druga osoba, w ogóle ich nie interesuje.

E.W.: Jedno lubi opalać się przy basenie, a drugie zwiedzać, tak też bywa.

J.L.W.: A my rozmawiamy ze sobą cały czas. Każde z nas ogląda świat swoimi oczami i sobie go opowiada. Choć niby widzimy to samo, to przecież zauważamy zupełnie inne rzeczy. W tym sensie dobraliśmy się jak dwie połówki jabłka, otwarci na wszystkie przygody, złe i dobre, z nastawieniem na rozwiązywanie problemów, a nie szukaniem winnego. Jak w przypadku opisanej w książce historii z niezałatwioną wizą.

Wspomniał pan o tym, że można podróżować razem i widzieć rzeczy z innej perspektywy. Tak też skonstruowana jest wasza książka, każdy etap podróży opowiedziany jest z punktu widzenia jednej i drugiej strony.
E.W.: Uznaliśmy, że nie będziemy konsultować tego, co każde z nas pisze. Pisałam jako pierwsza, Janusz to czytał, a potem próbował napisać coś innego, żeby czytelnik nie czytał tego samego dwa razy. On ma też większy bagaż doświadczeń, więc jego fragmenty to także retrospekcje z podróży, które kiedyś odbył. Sama mam spory problem z mówieniem o sobie i dobrze czułam się z tym, że mogłam przedstawić świat widziany moimi oczami, a nie pisać o mnie samej w tym świecie.

J.L.W.: Ponieważ pisałem jako drugi, miałem trudniej, proszę to docenić (śmiech). Ale też proszę zwrócić uwagę, że chociaż w moich fragmentach sporo jest odwołań do przeszłości, to nie przestaje to być książka podróżnicza, bo te retrospekcje także dotyczą podróży, wyjazdów choćby do Londynu z Torunia stopem w głębokim PRL-u, co wtedy było wyczynem niemal heroicznym. Porównuję Nową Zelandię do innych miejsc, które widziałem, by umiejscowić ją w pewnym kontekście, położyć na mojej mapie.

Każde wyjście z domu może okazać się podróżą, daje inną perspektywę na związek i na świat, na siebie. Jak to było w przypadku Nowej Zelandii?
E.W.: Dla mnie każda podróż to nie tylko peregrynacja po świecie i oglądanie tego, co za oknem, ale też spojrzenie w głąb siebie, okazja do postawienia sobie pytań o to, co widzę za oknem, jak odbieram świat, na ile go chłonę, co afirmuję, a co odrzucam. I nie ma znaczenia, czy podróż jest daleka, czy bliska. W przypadku Nowej Zelandii to było pytanie o naszą relację. I to nawet nie chodzi o to, czy potrafimy wytrzymać bezkolizyjnie 24 godziny na dobę, a o to, że trudne sytuacje definiują związek, to, jak sobie para radzi z tymi trudnościami. My się na szczęście nie kłócimy, zwłaszcza że dla mnie podróż jest czasem przyjemności, celebracji i uważam, że to od nas zależy, czy sobie ją popsujemy, czy nie.

Teraz pandemia definiuje to, jak spędzamy czas. Z tej perspektywy Nowa Zelandia wydaje się rajem?
J.L.W.:
Jadąc tam, wiedzieliśmy, że znajdziemy się w niemal nieskażonej działalnością ludzką przyrodzie, że zobaczymy przestrzenie zupełnie inne niż w Europie, że to bardzo tolerancyjny kraj, gdzie prawa mniejszości seksualnych są oczywiste, gdzie nie ma nierówności ze względu na płeć, w dodatku premierką jest bardzo mądra kobieta. Zachwyciło nas, że choć to wciąż młode państwo, które buduje swoją tożsamość narodową, to potrafiło zachować się przyzwoicie wobec ludności rdzennej – maoryski jest obok angielskiego językiem urzędowym. Podoba mi się, że choć to kraj, którego społeczeństwo żyje w mocnej geograficznej izolacji, to Nowozelandczycy nie mają kompleksów, są dumnym narodem. Ale jest tam także wiele zaskoczeń. Jednym z nich było miasto Napier, w całości zbudowane w stylu art déco, przez co czuliśmy się jak w latach 30. XX wieku.

Na Wyspie Północnej rajem dla żeglarzy jest rozciągająca się na północno-wschodnim wybrzeżu Zatoka Wysp. (Fot. iStock)Na Wyspie Północnej rajem dla żeglarzy jest rozciągająca się na północno-wschodnim wybrzeżu Zatoka Wysp. (Fot. iStock)

Do czego najbardziej wracacie we wspomnieniach z podróży?
E.W.:
Ja tęsknię za spokojem Wyspy Południowej, którą miejscowi nazywają stałym lądem; podobało mi się, że jest tam bardzo sennie w sensie życiowym, nie ma pośpiechu, który charakteryzuje Europejczyków, a małe miasteczka otacza wszechogarniająca przyroda.

Wellington to bardzo kameralna stolica. Może to kwestia mentalności miejscowych, że nie muszą się spieszyć, a może przez swoją wyspiarskość mają spokojne podejście do życia, wynikające z ich filozofii. Lubię takie obcowanie z przyrodą zdecydowanie bardziej niż z ludźmi, mogłabym tam żyć. Ale Nowa Zelandia także nie jest w stanie uniknąć problemów cywilizacyjnych. Z jednej strony to kwestie związane z napływającymi imigrantami, a z drugiej – zmiany klimatyczne, które objawiają się suszami ogarniającymi cały kraj. Mimo to jest tam nadal zachwycająco.

J.L.W.: Przede wszystkim Nowa Zelandia jest pusta. Jeśli ktoś pragnie ciszy i pustki, to jest to idealne miejsce.

Na Wyspie Południowej mieszka połowa ludności Warszawy. Dostaliśmy piękną przyrodę do podziwiania, ale Nowozelandczycy są też narodem z ciekawą kulturą, dla którego wykształcenie jest istotnym szczeblem do awansu społecznego.

To musi być wyzwalające znaleźć się w miejscu, gdzie jest inna mentalność, która pozwala po prostu żyć i być w swoim tempie, cieszyć się z tego, kim się jest.
E.W.: Ta radość jest widoczna na każdym kroku. Do tej pory pamiętam festiwal latarni, na który akurat trafiliśmy w Wellington. To było niesamowite doznanie. Miasto położone jest w zatoce i wszystkie jego najważniejsze miejsca koncentrują się właśnie wokół zatoki. Spacerowaliśmy promenadą pełną straganów z egzotyczną kuchnią, już wtedy świat był w pandemii, ale jeszcze nie tam, jeszcze nikt nie nosił maseczek.

Lubię obserwować i fotografować ludzi i wtedy uderzyła mnie ta różnorodność koloru skóry, kształtu oczu, twarzy – nigdy wcześniej w jednym miejscu nie widziałam takiego przekroju ludzi.

To były dla mnie ostatnie momenty radości i wolności, o czym wtedy nie wiedzieliśmy. I za tym tęsknię. Dziś, gdy myślę o Nowej Zelandii, mam przed oczami tę scenę z promenady.

J.L.W.: Trzeba było zostać w Nowej Zelandii, przeżylibyśmy pandemię w zupełnie innym kraju. Dziesięć dni na Nową Zelandię, bo tylko tyle tam spędziliśmy, to zdecydowanie za krótko. Natomiast wszystko to, co znalazło się w książce, to przepis na dobrą podróż właśnie dla tych, którzy mają mało czasu. Ale to miejsce na zdecydowanie dłuższą podróż i mam nadzieję, że niedługo ją powtórzymy.

Polecamy książkę: 'Nowa Zelandia. Podróż przedślubna', wyd. Wielka LiteraPolecamy książkę: "Nowa Zelandia. Podróż przedślubna", wyd. Wielka Litera

Janusz L. Wiśniewski, naukowiec i pisarz; jest dr. informatyki i dr. hab. chemii. Autor wielu popularnych książek, które zostały przetłumaczone na kilkanaście języków.

Ewelina Wojdyło, polonistka, kreatorka kultury. Pracuje w V LO im. Stefana Żeromskiego w Gdańsku, twórczyni projektu trójmiejskiego „#Kultura200mOdMorza”.

  1. Styl Życia

Odpoczynek od pracy poprawia wydajność, kreatywność i zdrowie psychiczne

Fot. iStock
Fot. iStock
Elektroniczne gadżety, których na co dzień używamy, często stanowią coś w rodzaju smyczy między pracownikiem a pracodawcą. Konsekwencje tego zjawiska już wiele lat temu zainteresowały naukowców, szczególnie pod kątem umiejętności odpoczywania od pracy.

Bella DePaulo, psycholog społeczna z Uniwersytetu Kalifornijskiego, autorka wielu poradników i artykułów, na podstawie licznych badań, wyjaśnia kluczowe znaczenie odpoczynku od pracy.

Badania wskazują, że odpoczynek od pracy - rozumiany jako zaprzestanie myślenia o pracy, a także działań z nią związanych (poza jej godzinami) - jest tak naprawdę konieczny dla zdrowia psychicznego.

Niektóre z podstawowych wniosków to:

1. Ludzie, którzy wychodzą z pracy w pozytywnym nastroju, rzadziej cierpią na emocjonalne wyczerpanie i zaburzenia snu.
2. Gdy pracownicy mają możliwość wzięcia sobie dnia wolnego od pracy, wtedy, gdy tego potrzebują, nie budzą się rano zmęczeni i niezadowoleni.
3. Pracownicy, którzy w pracy przeżywają dużo stresu, ale po pracy potrafią przestać o niej myśleć, odczuwają znacznie mniejsze skutki trudnych warunków, w których pracują.
4. Pracownicy, którzy po godzinach pracy nie pracują, ani nie myślą o pracy, są kilkakrotnie bardziej wydajni od tych, którzy nie potrafią odpoczywać.
5. Pracownicy, którzy nie korzystają z urlopów, są znacznie mniej kreatywni w pracy i bardziej podatni na depresję niż ci, którzy wypoczywają przynajmniej 3 tygodnie w roku.

Co utrudnia efektywne odpoczywanie od pracy?

1. Przeciążenie ilością pracy.
2. Presja w pracy.
3. Trudne warunki psychiczne – krytykowanie, obwinianie, manipulowanie.
4. Głębokie psychiczne zaangażowanie w pracę.

Co ułatwia odpoczywanie od pracy?

1. Aktywne działania po pracy, na przykład sport albo wolontariat.
2. Spędzanie czasu po pracy na łonie natury.
3. Dobre, pełne zaangażowania relacje z bliskimi osobami.
4. Mniejsze psychiczne zaangażowanie w pracę.