Bądź mądry i pomagaj. Dobro wraca

Jeśli nie potrafimy zadbać o siebie, to nasze pomaganie będzie miało krótkie nogi, szybko się wypalimy. Będzie w tym więcej autodestrukcyjnego heroizmu niż altruizmu. (Fot. Getty Images /Gallo Images)
Jeśli nie potrafimy zadbać o siebie, to nasze pomaganie będzie miało krótkie nogi, szybko się wypalimy. Będzie w tym więcej autodestrukcyjnego heroizmu niż altruizmu. (Fot. Getty Images /Gallo Images)

 

Nie od dziś wiadomo, że dostajemy dokładnie to, co wysyłamy w świat. Co więcej, badania dowodzą, że życzliwość i pomaganie mają korzystny wpływ na nasze samopoczucie oraz zdrowie. – Ale choć odruchy serca są bezcenne, warto podchodzić do nich także z głową – przekonuje psychoterapeuta Wojciech Eichelberger

 

Badania dowodzą, że wolontariusze nie tylko żyją o kilka lat dłużej niż osoby, które nie są zaangażowane w pomaganie innym, ale też rzadziej chorują na depresję i mają wyższą odporność. To dlatego, że podczas pomagania podnosi nam się poziom oksytocyny, a spada poziom kortyzolu. Czyli dobro się nam po prostu opłaca!
Bardzo mnie cieszą te informacje. To może być dowód na to, że uczynione dobro rzeczywiście do nas wraca. Jest jednak jedno „ale”. Nie znam metodologii tych badań, ale być może stwierdzają one jedynie to, że do pomagania zabierają się osoby w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Czyli nie tyle pomaganie ich uzdrawia, co po prostu już wcześniej byli nauczeni dbania o siebie. Zanim zaczęli pomagać, byli zdrowsi, bardziej spójni i odporni niż statystyczna średnia. Po prostu byli do tego przygotowani – przede wszystkim psychicznie, ale także genetycznie oraz prawdopodobnie również przez jakieś szczególne sformatowanie środowiskowe i wychowawcze. W dzieciństwie doświadczali troski opiekunów i dobrego traktowania, więc teraz mogą to samo dawać innym. A może też pomaganie jest utrwaloną tradycją w ich rodzinach.

Jeśli umiemy dbać o siebie, łatwiej nam dbać o innych?
Zdecydowanie tak. Jeśli nie potrafimy zadbać o siebie, to nasze pomaganie będzie miało krótkie nogi, szybko się wypalimy. Będzie w tym więcej masochistycznego poświęcania albo autodestrukcyjnego heroizmu niż altruizmu i współodczuwania.

Myślę, że wszyscy znamy przypadki osób, które dbają o innych kosztem własnego zdrowia.
To prawda. Wielu ludzi skutecznie pomaga innym, wzorując się na postaci Siłaczki albo doktora Judyma. Ale te postacie z dawnych lektur szkolnych to wzorce motywacji masochistyczno-heroicznej, opartej na zasadzie: poświęcam się dla dobra innych, a siebie zaniedbuję, skazuję na cierpienie, chorobę i przedwczesną śmierć. Bo tak motywowani ludzie – w przeciwieństwie do tych z badań, które przytoczyłaś na początku – częściej chorują i przedwcześnie umierają, a przecież mogliby żyć dłużej i dłużej pomagać innym. W zawodowym pomaganiu nie wolno pomagającemu dopuścić do samowyczerpania czy wypalenia energetycznego. Świadczyłoby to o braku profesjonalizmu.

Sądzisz, że aby okazywać sobie na co dzień troskę i życzliwość, też trzeba mieć jakieś predyspozycje?
Zwykła, codzienna, odruchowa życzliwość jest zdecydowanie łatwiejsza niż wolontariat czy systematyczna praca „w pomaganiu”, bo nie wymaga poświęcenia tak dużych ilości czasu ani energii.

Ja odnoszę wrażenie, że o życzliwość jest trudniej.
Bo życzliwość może się przejawiać w naszych relacjach z innymi tylko wtedy, kiedy generalnie lubimy ludzi – włączając w to siebie samych. To ogólna, głęboko zakorzeniona postawa wobec świata i ludzi. Jest w zasadniczym stopniu uwarunkowana wzorcami wyniesionymi ze środowiska wychowawczego i doświadczeniem. Niechęć do siebie, związany z tym lęk przed ludźmi i zamknięte serce – uniemożliwiają życzliwość. Wtedy trzeba wykonać dużo pracy nad sobą, by w końcu odkryć, że życzliwość jest naturalną, wrodzoną właściwością.

Dla zawodowego „pomagacza” bycie życzliwym wobec innych jest jednym z warunków koniecznych skutecznego działania w tym zawodzie. Ale oczywiście zawodowe pomaganie nie może się sprowadzać wyłącznie do życzliwości. Potrzebne są jeszcze empatia, współodczuwanie, spójność, przejrzystość, cierpliwość oraz specyficzne umiejętności diagnostyczne i terapeutyczne. Pomaganie musi być przede wszystkim mądre.

Co to znaczy?
W treningu psychoterapeutów rozróżnia się „pomaganie” od „pomagactwa”. To ostatnie polega na tym, że osoba pomagająca jest bardziej zainteresowana niesieniem pomocy niż osoba, która jest tą pomocą obdarzana. Wtedy pomagający pomaga przede wszystkim sobie, a osoby w potrzebie służą mu do poprawienia samopoczucia i budowania swojej reputacji. Może też przesadzić w tym pomaganiu sobie i biegać po świecie, błagając innych o to, by pozwolili sobie pomóc, bo to przedłuży mu życie – że znów się odwołam do badań, które przytoczyłaś. Na tej samej zasadzie o byciu dobrym, życzliwym i opiekuńczym harcerzem nie decyduje liczba przeprowadzonych przez ulicę staruszek, niezależnie od tego, czy one tego chciały, czy nie. Inną formą niemądrego pomagania jest nadopiekuńczość, która zamiast uniezależniać i autonomizować osoby będące przedmiotem naszej troski, wiąże je z nami i regresjonuje, czyli cofa w rozwoju emocjonalnym. W tej sytuacji nieświadomą motywacją pomagającego jest reperowanie swojego poczucia samotności czy poczucia niebycia kochanym poprzez uzależnienie od siebie osoby, której się pomaga. Taki ktoś, myśląc, że pomaga, w istocie krzywdzi. Często taka sytuacja ma miejsce w relacjach rodzice – dzieci, gdzie przebrany za troskę lęk rodzica przed byciem opuszczonym przejawia się w nadopiekuńczości i straszeniu dziecka światem.

Czym jest zatem to prawdziwe pomaganie?
To bardzo trudna i rzadko spotykana sztuka. Prawdziwe, idealne pomaganie to pomaganie bezinteresowne – czyli takie, w którym nie zaspokajamy własnych egocentrycznych potrzeb. Tyle że nasze ego jest zawsze w jakiś sposób poranione, niespełnione, czegoś głodne. Dotyczy to również zawodowych „pomagaczy” – w tym psychoterapeutów, mimo że ci ostatni przechodzą obowiązkową psychoterapię własną. Ego zawsze czegoś chce, z czegoś jest niezadowolone, czegoś się boi, od czegoś lub kogoś się uzależnia – podsumowując: nie może zaznać spokoju. Dzieje się tak, bo ego nie jest naszą prawdziwą tożsamością, prawdziwą naturą. Tak więc prawdziwa bezinteresowność w pomaganiu wymaga od „pomagacza” przekroczenia własnego ego, zmiany swojego poczucia tożsamości z egocentrycznego na duchowe. Wtedy dopiero pomaganie staje się odruchowe. Nie ma w nim premedytacji, ukrytych zamiarów ani potrzeb po stronie pomagającego. Relacja z przyjmującym pomoc przypomina wtedy relację między dwiema rękami tej samej osoby: gdy jedna ręka z jakichś powodów niedomaga, druga przejmuje jej funkcje i wspiera ją do czasu, gdy tamta wyzdrowieje. Nikt nie czuje się wyniesiony ani poniżony, ani zobowiązany.

Lewa ręka nie domaga się od prawej odwdzięczenia.
Nie, bo czuje się częścią jednego organizmu. Nieegocentryczne pomaganie nie wikła drugiej osoby w poczucie gorszości, zadłużenia czy zobowiązania. Tylko z tej perspektywy powiedzenie: „gdy pomagasz innym, pomagasz sobie” nabiera właściwego sensu. Chrystus mówił o tym samym, gdy zachęcał swoich uczniów do pomagania potrzebującym w myśl słów: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście”. Takie pomaganie to oczywiście ideał, dostępny tylko oświeconym i świętym. My, wszyscy inni, możemy jedynie jak najlepiej rozpoznawać i kontrolować nasze egocentryczne potrzeby, i korzystać z pomocy bardziej doświadczonych kolegów jako mentorów i superwizorów.

Mówimy o tym, że pomagając innym, chcemy czasem pomóc sobie, ale czy nie jest też tak, że pomagamy innym, mimo że sobie nie potrafimy?
Tak się często dzieje. Wtedy lokujemy swoje własne cierpiące, skrzywdzone „ja” w tych, którym pomagamy i oczywiście możemy być skuteczni, ale w ograniczony sposób i z reguły na krótką metę. Ograniczenie wynika tu z tego, że na zasadzie projekcji będziemy swoje niezaspokojone potrzeby przypisywać naszym podopiecznym, co może się bardzo rozmijać z tym, czego oni naprawdę potrzebują. Zaś krótka meta bierze się stąd, że unikając zajęcia się sobą, nie leczymy własnych psychicznych ran i traum, więc nie potrafimy się w tym pomaganiu zatrzymać, wręcz uzależniamy się od pomagania – i w końcu staje się ono dla nas udręką. Na podstawie własnych doświadczeń przypuszczam, że ten mechanizm dość często dotyczy na przykład ludzi, którzy całkowicie poświęcają się pomaganiu zwierzętom. Natomiast w psychoterapii taka sytuacja zwykle skutkuje odwróceniem relacji. No bo jeśli pacjent przeczuwa – a na ogół pacjenci mają w tej sprawie świetną intuicję – że terapeuta sam ma coś nieprzerobione, to zaczyna go oszczędzać, a nawet mu współczuć i wtedy nie ujawnia swoich naprawdę trudnych, najistotniejszych problemów.

A może, tak jak powiedziała kiedyś w wywiadzie dla SENSu Kasia Miller, najłatwiej jest nam dawać z nadwyżek?
Wtedy jest rzeczywiście najłatwiej. Ale żeby mieć nadwyżki energetyczne i emocjonalne w profesjonalnym pomaganiu, trzeba mądrze dbać o siebie, co oznacza zarazem – lubić siebie. Pamiętajmy też, że tylko bezinteresowne, odruchowe pomaganie rodzi bezinteresowną, odruchową wdzięczność. Nie należy jej mylić z poczuciem zadłużenia i myślówą typu: „Boże, jak ja się teraz mu czy jej odwdzięczę?”. Prawdziwa wdzięczność to odwrotna strona miłości, naturalny odruch dawania, a nie oddawania.

Ale w byciu dobrym nie chodzi tylko o pomaganie…
W buddyjskich wskazaniach dla ludzi dążących do przekroczenia ego, jest to trafnie ujęte. „Być dobrym” to bardzo wysoko podniesiona poprzeczka. Zacznijmy od tego, by powstrzymać się od czynienia zła. Przynajmniej tyle i aż tyle. Bo „nie czyń zła” znaczy: nie zachowuj się w taki sposób, który innym przynosi cierpienie. Dopiero druga, wyższa zasada to: „czyń dobro”. Czyli plan minimum to punkt zero na skali: nie czyń zła, nie krzywdź. Sądzę, że to dzisiaj by z powodzeniem wystarczyło. Bo na razie jest tak na tym świecie, że jedni, świadomie lub nie, czynią zło, a inni najlepiej jak potrafią starają się to zło naprawiać i często, wbrew najlepszym intencjom, też czynią zło.

Nieczynienie zła samo w sobie jest strasznie trudne…
Chyba nawet trudniejsze niż czynienie dobra. Także dlatego, że jest nie-robieniem. Nie-robienie jest niewidoczne, więc trudno na tym budować jakąś imponującą reputację, zasługi czy zaszczyty.

"Być dobrym" to bardzo wysoko podniesiona poprzeczka. Zacznijmy od tego, by powstrzymać się od czynienia zła. (Fot. iStock)
„Być dobrym” to bardzo wysoko podniesiona poprzeczka. Zacznijmy od tego, by powstrzymać się od czynienia zła. (Fot. iStock)

Poza tym czasem ktoś się czuje skrzywdzony naszym zachowaniem, mimo że staraliśmy się, by do tego nie doszło. Możemy w ogóle ustalić, co jest obiektywną krzywdą?
To ogromne zagadnienie etyczne, antropologiczne, teologiczne i metafizyczne – więc może nie będziemy na razie w to wchodzić. Według mnie, nie możemy. Czyż nie dlatego zgadzamy się wszyscy ze starą jak świat obserwacją, że dobrymi chęciami wybrukowana jest droga do piekła? Dlatego gdy słyszę, jak jakiś kolejny sfrustrowany polityk uwodzi i ogłupia ludzi, ogłaszając, że będzie czynił dobro, to mi się włos jeży. Bo politycy i ideolodzy wydają się nie wiedzieć, że czynienie dobra jest najczęściej zupełnie czymś innym niż robienie ludziom dobrze. Aby prawdziwie czynić dobro, trzeba posiąść mądrość, intuicję i zdolność współodczuwania – co znaczy, że często trzeba wiedzieć lepiej od poszukujących pomocy, co jest im naprawdę potrzebne. Tym bardziej że nam z reguły myli się to, czego chcemy, z tym, co jest nam potrzebne.

Ilustracją tej tezy może być moja ulubiona przypowieść o Buddzie i Żebraczce. Gdy Żebraczka dowiedziała się, że do jej miasteczka przyjedzie sam Budda, człowiek oświecony i znany ze swojego współczucia – zmobilizowała cały swój żebraczy kunszt w nadziei, że dostanie od niego wyjątkowo hojną jałmużnę. Gdy więc Budda wyszedł ze świątyni, pod którą zawsze żebrała, uderzyła w swój wytrenowany od pokoleń lament: „O, wielki współczujący Buddo, moja prababka była żebraczką, moja babka była żebraczką, moja matka była żebraczką, jestem biedna, niczego nie posiadam, proszę cię więc, daj mi jałmużnę”. Ale Budda nie sięgnął po sakiewkę, tylko popatrzył na Żebraczkę z pogodnym współczuciem i rzekł: „Mam dla ciebie inną propozycję”. „Jaką?”. „Ty mi coś daj”. „Ja mam ci coś dać?! Przecież to ja jestem żebraczką, moja matka była żebraczką, moja babka była żebraczką i moja prababka była żebraczką. A ty jesteś sławnym, współczującym Buddą. Coś ci się więc chyba pomyliło, czcigodny Buddo”. „Nic mi się nie pomyliło. Mówię poważnie – ty mi coś daj”. Żebraczka wpadła w gniew: „Jak mam ci coś dać, skoro nic nie mam?! Czego ty ode mnie chcesz? Masz chyba serce z kamienia! Nie mam niczego, co mogłabym ci dać”. „To nieprawda” – odparł ciepło Budda. „Nawet jeśli sądzisz, że nie masz mi nic do dania, to możesz mi coś dać”. „Co takiego?”.„Możesz mnie nie prosić o jałmużnę” – powiedział Budda z uśmiechem i poszedł dalej.

A teraz ważne pytanie: czy Budda pomógł Żebraczce, czy okazał się okrutnym psychopatą, który się nad nią znęcał?

Jedno i drugie, zależy kogo spytasz…
Ale ja pytam ciebie…

Mnie się jego odpowiedź podoba, bo zupełnie zmienia jej kierunek postrzegania siebie. No i podoba mi się myśl, że każdy, nawet najbiedniejszy człowiek, może coś dać innemu.
No właśnie. Przecież ona mogła dać Buddzie bardzo wiele. Mogła się do niego przytulić, uśmiechnąć się do niego, powiedzieć mu coś miłego. Ale była tak potwornie uwikłana w swoją życiową rolę, że marnowała życie w przekonaniu, że nie może nikomu nic dobrego dać, że nie może czynić dobra. Budda to bezbłędnie wyczuł i uznał, że skoro Żebraczka na razie z głodu nie umiera, to bardziej niż jałmużny potrzebuje wskazówki, co powinna przekroczyć w swoim mniemaniu o sobie, by zacząć wykorzystywać swój życiowy potencjał. Jak widać, bycie dobrym nie jest proste i oczywiste, nie polega na postępowaniu zgodnie z jakimś z góry ustalonym standardem czy regułą, lecz wymaga nieustannej czujności w rozpoznawaniu danej sytuacji i odwagi działania w zgodzie z okolicznościami. Większość z nas w opisanej sytuacji wrzuciłaby do żebraczej miski parę groszy z poczuciem, że właśnie uczyniliśmy jakieś dobro – choć w gruncie rzeczy postąpiliśmy tak jakbyśmy w odruchu pseudowspółczucia narkomanowi zafundowali kolejną działkę.

Czyli bycie dobrym wymaga przede wszystkim mądrości.
Dokładnie tak. Bo bycie dobrym polega czasem na tym, że się komuś odmawia i stawia wymagania, że się go konfrontuje z jego iluzjami na własny temat. A robi się to po to, by człowiek mógł się dalej rozwijać, stawać się wolnym i czynić swoje życie spełnionym. Oczywiście nie mówimy tu o sytuacji pomagania ludziom znajdujący się w ciężkim stanie somatycznym, kiedy to pomaganie może polegać wyłącznie na ujmowaniu cierpienia i podtrzymywaniu życia. Najtrudniejszą formą pomagania jest z pewnością praca w hospicjum dla terminalnie chorych, czyli towarzyszenie ludziom w umieraniu. Pomaganie w umieraniu jest szczególne także z tego powodu, że w skondensowanej czasowo i definitywnej formie stanowi proces rozstawania się pomagającego z osobą, której pomaga – co w wyrazisty sposób ukazuje istotę i cel wszelkiego pomagania, w tym także wychowywania dzieci.

Sądzisz, że dziś bycie dobrym jest w modzie? Czy to raczej synonim naiwności, frajerstwa?
Chyba jest w modzie, skoro zawsze obie strony narastających konfliktów społecznych, religijnych czy politycznych twierdzą, że czynią dobro i chcą pomóc światu. Ale problem pojawia się na głębszym, fundamentalnym poziomie. Aby arogancko i bezrozumnie dzielić świat ludzki na tych złych i na tych dobrych, po czym zapisywać się do stronnictwa czyniących dobro, po drodze dewaluując, a czasami wręcz dehumanizując drugą stronę konfliktu – trzeba mieć czelność uzurpować sobie nieomylność w rozstrzyganiu o tym, co jest dobre, a co złe. A to wielki grzech pychy, który nieuchronnie prowadzi do wojny. Jeśli chcemy jej uniknąć, to czas najwyższy, byśmy pokornie zdali sobie sprawę z tego, że zło i dobro nie jest cechą rzeczywistości, a jedynie wytworem naszego uwarunkowanego, nawykowego i krótkowzrocznego myślenia. Jeśli to nam się uda, mamy szansę zachowywać się i wybierać tak, że przynajmniej nie będziemy powodować cierpienia, czyli nie będziemy czynić zła.

 

Korzyści dla zdrowia

  • Z badań prof. Stephanie Brown z Uniwersytetu Stony Brook w Nowym Jorku wynika, że widok osoby potrzebującej pomocy uruchamia w organizmie tzw. system opiekuńczy. Wydzielające się oksytocyna i progesteron wyciszają stres i dodają potrzebnych sił. Ludzie zajmujący się działaniem na rzecz innych mają więc niższy poziom hormonów stresu. Jak się okazuje, nawet jednorazowy akt dobroci wyzwala w nas dopaminę – hormon dobrego nastroju.
  • Naukowcy z University of British Columbia dowiedli, że dobre uczynki zmniejszają lęk społeczny. Badani, którzy przez cztery tygodnie spełniali dobre uczynki, mieli niższy jego wskaźnik niż ci, którzy przyjmowali gesty życzliwości albo byli ich świadkami.
  • Liczne badania prowadzone w wielu odmiennych kulturowo krajach – takich jak USA, Tajwan czy Izrael – wykazały, że regularne pomaganie jest jak przejście na zdrowy tryb życia. Wolontariusze mają niższe ciśnienie krwi, niższy poziom cholesterolu, większą odporność na choroby zapalne i autoimmunologiczne.