fbpx

Marchewka na abonament

Marchewka na abonament
Corbis

Lokalne społeczności na całym świecie coraz częściej poszukują alternatywy dla dyktatu supermarketów pełnych przemysłowo przetworzonej żywności. Skupione wokół małych gospodarstw rolnych ratują pracę niezależnych rolników i powracają do zdrowego żywienia. Jedzeniu bez smaku, wyzyskowi i zanieczyszczeniu środowiska mówią nie

– Mam nadzieję, że lubicie pomidory! – rzuca ze śmiechem Ian Downham do zebranych przed szklarnią ludzi przybyłych po swój cotygodniowy przydział owoców i warzyw bio. Już od pięciu lat przyjeżdżają na jego farmę Swillington w hrabstwie Yorkshire w północnej Anglii. Dziś każdy odbiera 1,5 kg ziemniaków, kilo fasoli, pół kilo cebuli, 400 g sałaty, jednego ogórka, dwie cukinie, dwa bakłażany, cztery jabłka, 50 g natki pietruszki, 20 g bazylii, główkę czosnku i aż 11 kg pomidorów najprzeróżniejszych odmian. Bo wyjątkowo w tym roku obrodziły. A taka obowiązuje tu zasada: wszyscy wspólnie dzielą zarówno korzyści, jak i ryzyko związane z uprawą ziemi. Kiedy więc jest urodzaj, każdy głowi się, jak przetworzyć w rekordowym tempie masę malin. A gdy przymrozki zniszczą sałatę, nikt nie ma do nikogo pretensji.

– Ta różnorodność odmian jest nadzwyczajna! – cieszy się Elizabeth, która przyjeżdża na farmę od roku. – A ich smak wyborny! Nie ma porównania z tymi dostępnymi w supermarketach. – Jej sześcioletnia córeczka Nadia skrupulatnie odczytuje z tablicy wypisaną kredą listę i z entuzjazmem układa przysługujące jej rodzinie warzywa w wiklinowym koszyku. Po chwili wahania, rzucając pytające spojrzenie na mamę, w specjalnej skrzynce wymienia bakłażany na cukinie. – Płacę Ianowi z góry za sześć miesięcy plonów, a w zamian mam pewność, że to, co jem, jest zdrowe i świeże. Żadnej chemii czy konserwantów – tłumaczy Elizabeth. – Jeśli zależy nam, by nasza dieta była bogata w składniki odżywcze i naprawdę różnorodna, trzeba zakasać rękawy – dodaje Maria, która zgłosiła się na ochotnika do zbierania w przyszłym tygodniu słodkich ziemniaków.

Urok małego ogórka

Pomysł powstał w Japonii w roku 1960. Matki zaniepokojone o zdrowie swoich dzieci umówiły się z lokalną spółdzielnią mleczarską, że ta będzie dostarczać im mleko bez środków chemicznych. W zamian wykupiły jej roczną produkcję z góry. W stowarzyszeniach Teikei, co znaczy „twarz rolnika na jedzeniu”, zrzeszona jest dziś co czwarta japońska rodzina.

Dwadzieścia lat później koncept powędrował za ocean. W Stanach Zjednoczonych 20 tys. rolników rocznie porzucało wówczas swoje ziemie. Nie byli w stanie konkurować z wielkimi, uprzemysłowionymi farmami. Produkty mają być coraz piękniejsze, coraz większe i… coraz tańsze. By sprostać wymogom, rolnicy nie mogą się obyć bez nawozów sztucznych, pestycydów, herbicydów, środków owadobójczych, często mocno się zadłużając. Utrata plonów oznacza dla nich życiową katastrofę. To dlatego zrzeszenie się z członkami lokalnej społeczności w ramach stowarzyszenia CSA (Community Supported Agriculture, czyli Rolnictwo Wspierane przez Wspólnotę) jest dla wielu jedynym ratunkiem. Rolnicy sprzedają z góry całość swoich zbiorów za cenę ustaloną wspólnie z klientami na początku sezonu. Zobowiązują się uprawiać ziemię w sposób ekologiczny. I mogą się skupić na wartościach odżywczych i smakowych warzyw, a nie na ich wyglądzie. – Ludzie odkrywają na nowo urok małego, powykręcanego na wszystkie strony ogórka – śmieje się Ian. – A przecież on nigdy by nie trafił do supermarketu. Nie odpowiada bowiem standardom kalibrowania ani przyjętym normom estetycznym. Sczezłby na polu.

Foto: Corbis

Mowa chwastów

46 różnego rodzaju warzyw i owoców, do tego w kilku odmianach. Dodatkowo 25 gatunków kwiatów oraz ogródek przypraw. By wszystko to ogarnąć, Kathy Huckins zarządza swą ekologiczną farmą Stearns pod Bostonem niczym strateg wojenny: planuje, kalkuluje, przewiduje.

– Staram się zsynchronizować sadzenie z kalendarzem księżycowym. Energia kosmosu pomaga sadzonkom przebić ziemię – wyznaje zafascynowana ideami biodynamiki Kathy. Wierzy też, że wszystko w naturze ma swój cel. Dlatego nie tępi chwastów. Można bowiem wiele się od nich nauczyć o ziemi, na której rosną. A z myślą o świstakach i zającach buszujących po polach sadzi po prostu trochę więcej sałaty i kapusty. – Zawsze znajdą się chętni do pomocy, a pracy na farmie o każdej porze roku jest mnóstwo: plewienie, podlewanie, podwiązywanie, zbieranie, żęcie – wylicza Kathy. – Poza tym wspólna praca fizyczna na polu to ogromna frajda – stwierdza. 160 członków tutejszej CSA razem obchodzi ceremonię sadzenia cebuli, wita wiosnę, bierze udział w festiwalu muzycznym na zakończenie żniw. Ich dzieci spotykają się, by robić strachy na wróble, i wspólnie uczestniczą w warsztatach gotowania. – My nie sprzedajemy jedynie jedzenia – podkreśla Kathy, podczas gdy grupa osób na jej ganku przebiera ząbki czosnku do zasadzenia w przyszłym roku i dyskutuje o przepisach kulinarnych. – Tworzymy zgraną, solidarną społeczność, czego namacalnym dowodem jest choćby nasz nowiuteńki czerwony traktor. Wszyscy się na niego złożyli, bo poprzedni w zeszłym sezonie wyzionął ducha.

 

Powrót do banku ziaren

Wielka Brytania, USA, Australia, Nowa Zelandia, Skandynawia, Węgry, Belgia, Portugalia – pomysł ma swych zwolenników na całym świecie. W pozyskiwaniu coraz to nowych adeptów prym wiedzie Francja, gdzie w ciągu ośmiu lat powstało ponad tysiąc AMAP-ów (Association pour le Maintien d’une Agriculture Paysanne), czyli stowarzyszeń na rzecz utrzymania wiejskiego rolnictwa. Zrzeszają w sumie 250 tys. członków i 1,6 tys. gospodarstw rolnych. To w dużej mierze zasługa Denise i Daniela Vuillonów, którzy jako pierwsi przekształcili w 2001 r. swoją 10-hektarową farmę Oliviades w miejscowości Ollioules na południu Francji w AMAP. Od tamtej pory niezmordowanie przemierzają świat: konferencje w Ghanie, Senegalu, Rumunii, sympozja na Madagaskarze i na Korsyce. Jako wiceprezydent komitetu międzynarodowego sieci URGENCI Daniel promuje ideę nawet przed Organizacją Narodów Zjednoczonych. Jest przekonany, że mogłaby stać się narzędziem walki z głodem w krajach rozwijających się.

Foto: Corbis

Od dwóch lat państwo Vuillon pracują również nad przywróceniem w rolnictwie bioróżnorodności. – Pomidor ma 600 odmian, a do supermarketów trafia tylko pięć najlepiej odpowiadających przyjętym normom wydajności i estetyki. Podobnie jest z cukinią czy ziemniakami – mówi Daniel. – W ciągu ostatnich stu lat 98 proc. odmian warzyw i owoców zniknęło z naszych talerzy. W dodatku kilka koncernów międzynarodowych kontroluje ponad 50 proc. handlu nasionami na całym świecie. Narzucają odmiany hybrydowe, które nie są w stanie same się reprodukować. Rolnik przestaje być niezależny, musi co roku kupować nowe nasiona. Stąd pomysł współpracy z Instytutem Vavilov, bankiem ziaren z Sankt Petersburga, który od końca XIX w. przechowuje 330 tys. odmian roślin uprawnych i ich dziko rosnących kuzynów z całego świata. – Na razie planujemy zasianie 50 lokalnych gatunków warzyw, które w XX w. przestały być uprawiane w regionie Lazurowego Wybrzeża. To dopiero początek, ale rolnicy w Europie i Azji już interesują się możliwościami, jakie daje nasz projekt – cieszy się Denise. – Koncerny mają nas za utopijnych klaunów. Tym lepiej! Da nam to czas, by spróbować odtworzyć bioróżnorodność, a także wyzwolić rolników spod dyktatu agrokorporacji.

Cenna nie tylko cena

Cena powrotu do zdrowego pożywienia, wytwarzanego w sposób ekologiczny, wbrew pozorom wcale nie jest wygórowana. Średnio 30 euro na tydzień w Europie, 8 funtów w Wielkiej Brytanii, 25 dolarów w USA. To w zasadzie taniej niż w supermarkecie. Za to rolnik zarabia o wiele więcej, niż gdyby sprzedawał swoje plony punktom skupu. O ile bowiem jeszcze 50 lat temu trafiało do niego 50 pensów z każdego wydanego na jedzenie funta, o tyle dziś dostaje raptem 8 pensów! Tymczasem w ramach stowarzyszenia z konsumentami cenę ustala się wspólnie na podstawie realnych kosztów produkcji, a nie wagi produktów. Rolnik dostaje godziwy i pewny zarobek za swoją pracę. – Przystępna dla klienta cena ekologicznych produktów wysokiej jakości jest możliwa dzięki eliminacji wszelkich pośredników, hurtowników i dystrybutorów – wyjaśnia Patrick Holden, szef organizacji Soil Association promującej CSA w Wielkiej Brytanii. – Odchodzą też koszty opakowań oraz transportu, gdyż farma nigdy nie leży dalej niż 100 km od miejsca, gdzie koszyki bio są rozdawane abonentom.

Natomiast w tradycyjnym systemie żywność, zanim trafi na nasze talerze, przemierza średnio 2,4–4,8 tys. km. Warzywa i owoce zebrane cztery albo i siedem dni przed dotarciem na półki supermarketów tracą po drodze nie tylko smak, ale też wartości odżywcze. Na każdym etapie traktuje się je dodatkowo środkami chemicznymi, co sprawia, że w ciągu roku pochłaniamy przeciętnie 1,2 kg trujących substancji. Lekarze są zgodni: sposób odżywiania się odpowiada za dużą część chorób krążenia krwi, raka, a także za otyłość. Zatem jedzenie produkowanych lokalnie warzyw i owoców bio to po prostu ochrona własnego zdrowia. A także środowiska, gdyż eliminując transport, znacznie ograniczamy emisję dwutlenku węgla do atmosfery. – W naszej kulturze do wyprodukowania jednej kalorii jedzenia potrzeba 10 kalorii ropy. To absurd! – oburza się Holden. Już dziesięć lat temu raport ONZ stwierdzał, że przemysłowe rolnictwo zbyt eksploatuje zasoby naturalne i jest szkodliwe dla środowiska. Co więcej, okazało się niezdolne do zapewnienia wyżywienia wszystkim mieszkańcom Ziemi. W naszej części globu może nie do końca jeszcze to sobie uzmysławiamy. Na razie bowiem półki w supermarketach są pełne i to inni głodują za nas.

Prostokątna ryba

Skupienie się małych społeczności wokół lokalnego rolnika wydaje się dobrą alternatywą dla wielkiego agrobiznesu. To postawienie na bioróżnorodność i ekorolnictwo na ludzką skalę, energooszczędne, chroniące glebę i zasoby wody. To także powrót do natury i jej rytmu. Ludzie dostosowują swój apetyt do pór roku, rezygnując z jedzenia pomidorów czy truskawek w styczniu, a gruszek w maju. Rozumieją bowiem, że nie jest to ani ekologiczne, ani zdrowe.

Przede wszystkim jednak to uznanie zależności między tymi, którzy uprawiają ziemię, i tymi, którzy konsumują owoce ich pracy. Tworzy się bezpośrednia relacja oparta na zaufaniu i solidarności. Rolnicy odzyskują swoją pozycję w społeczeństwie, odnajdują radość i dumę z pracy, od której przecież zależy dobrobyt ludzkości. Miasto i wieś ponownie nawiązują ze sobą dialog zerwany tak wiele lat temu, że wychowywane w miastach dzieci nie mają często pojęcia, że frytki robi się z ziemniaka. A gdy mają narysować rybę, kreślą prostokątny filet i domalowują mu oczy. Dzięki inicjatywom solidarnego rolnictwa w naszym zatomizowanym społeczeństwie wzmacniają się więzi międzyludzkie. Powstaje wspólnota. Wzrasta również poczucie odpowiedzialności. Ziemia, na której żyjemy, nie należy bowiem do nas. Jak powiedział niegdyś Antoine de Saint-Exupéry: dziedziczymy ją po naszych ojcach, a pożyczamy od naszych dzieci. 

Inicjatywy solidarnego rolnictwa stawiają na bioróżnorodność i ekouprawę. Nie chodzi tu tylko o sprzedawanie jedzenia, ale też o tworzenie zintegrowanych społeczności i powrót do natury i jej rytmu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze