fbpx

Kulinarny travelling

Kulinarny travelling
fot.123rf

Próbując lokalnych dań w podróży, nie tylko otwierasz się na kulinarne doznania, ale też głębiej wnikasz w klimat miejsca, w którym jesteś. Bo nie chodzi tu tylko o to, co jesz, ale też w jakiej atmosferze i kto siedzi obok. Autorzy bloga Tasteaway.pl Natalia Sitarska i Łukasz Smoliński opowiadają o swoim przepisie na smakowanie świata.

Jak smakuje świat?

Łukasz Smoliński: Różnorodnie. Każdy zakątek ma swój smak. Na przykład Polska i Podlasie – oprócz typowej tam kuchni masz też enklawy, np. Kruszyniany. Tam, w Tatarskiej Jurcie, rządzą Tatarzy. To absolutnie najbardziej egzotyczna kuchnia w Polsce, zakorzeniona w tym miejscu od wielu lat. Podróżując, znajdujesz takie kulinarne wyspy, które mają inny smak od przewodniego w danym regionie.

Natalia Sitarska: W każdym miejscu świata można znaleźć coś ciekawego. Jeśli podróżujemy, ale nie kosztujemy lokalnej kuchni, to bardzo na tym tracimy. Bo nawet w pozornie nieciekawym kulinarnie zakątku Wielkiej Brytanii znajdziesz coś pysznego. Warunek: otwarte oczy i uszy.

Gdzie smak świata jest najbardziej wykwintny?

fot.123rf

Ł.S.: We Francji. Kuchnia jest tam bardzo ważnym elementem życia, a jedzenie – jednym z najistotniejszych. Jest to głęboko wpisane w szersze spektrum społeczeństwa. Hiszpańsko-francuski Kraj Basków jest jedną z najbardziej popularnych kulinarnych enklaw na świecie. Tamtejsze wybrzeże obfituje w ryby i owoce morza, jak choćby spotykane w niewielu miejscach percebes – pąkle kaczenice, ukwiał rosnący na skałach w morzu. Także Normandia i Bretania bogate są we frutti di mare.

Prowadzicie kulinarnego bloga. Co ludzi bardziej przyciąga – proste lokalne dania czy te wyszukane?

fot.123rf

Ł.S.: Tutaj rodzi się pytanie: czy ser pleśniowy jest produktem wyszukanym? A może to zostało wytworzone w naszych głowach przez marketingowców? Francuskie produkty w końcu mają świetną promocję. Przykład: w Marsylii jedną z droższych potraw jest bouillabaisse (czyt. bujabez) – zupa rybna. Historia tego dania jest podobna do genezy wielu popularnych dziś potraw, nawet ekskluzywnych – kiedyś gotowali ją prości ludzie w portach z resztek ryb. Podobnie jest z tortilla de patatas czy paellą w Hiszpanii – kiedyś jadali je przedstawiciele niższych klas. A nawet biedoty. Podobnie było z homarami i małżami.

fot.123rf

N.S.: A raclette i fondue powstały, bo szwajcarscy górale topili niegdyś resztki starego sera i maczali w tym chleb. Nic więcej nie mieli. A teraz my się tym zajadamy i płacimy za takie danie całkiem sporo.

Mówi się, że najlepszy sposób na chandrę to zjeść coś pysznego. Macie na swojej liście jakieś słodkości, które wprawiły was w stan kulinarnej rozkoszy?

Ł.S.: Jest deser, którego nigdy nie zapomnę. Z restauracji Aha w Siem Reap w Kambodży. Lody z cukru palmowego z karmelizowanym bananem. Przez tydzień codziennie chodziłem na ten deser.

fot.123rf

N.S.: Mango z kleistym ryżem, czyli sławne mango sticky rice. Pierwszy raz, gdy byliśmy w Tajlandii, uważałam, że to obrzydliwe. Ryż na deser?! Bo ja na deser zwykle wybieram to, co ma w sobie czekoladę lub jej pochodne. Za drugim razem, w Bangkoku, późnym wieczorem kupiliśmy kleisty ryż, mleczko kokosowe do polania i pokrojone świeże mango. Przepyszne… Podają je w Warszawie w tajskich restauracjach, ale mango w Polsce smakuje inaczej niż w Tajlandii.

Zapewne macie też wspomnienia, które można określić mianem jedzeniowego rollercoastera.

N.S.: Kiedyś robiliśmy wywiad z Agatą Wojdą, szefową kuchni w Opasłym Tomie. Powiedziała, że dla niej jedzenie musi mieć sens. Ja się z nią zgadzam. A dla mnie zjadanie pająków nie ma sensu. U nas Łukasz jest więc specjalistą od ekstremalnych potraw.

Ł.S.: Na Suwalszczyźnie w rejonie Sejn i Puńska, gdzie jest największe skupisko mniejszości litewskiej, przysmakiem do piwa są wędzone uszy wieprzowe krojone w cienkie plasterki. Przygryza się to jak chipsy. Polskie podroby – móżdżki, grasice – są egzotyczne dla obcokrajowców. Szpik wołowy jest według mnie przepyszny, ale większość osób tego nie ruszy. Jadałem też tarantule i prażone owady. Ale ekstremalną potrawą dla mnie był kiszony śledź w Szwecji: surstromming. Otworzyłem to na balkonie, nie w mieszkaniu – tak bardzo cuchnie. Wziąłem do buzi, ale nie byłem w stanie przełknąć. A dla Szwedów to przysmak.

Nie boicie się, że w pogoni za tym, co egzotyczne, zgubicie zachwyt nad prostymi smakami?

N.S.: Nie. Bo im więcej jemy w dziwnych lub interesujących miejscach, tym częściej wracamy do prostoty.

Ł.S.: Ja bym się raczej obawiał rozczarowań kulinarnych. Bo im dłużej podróżuję, tym częściej docieram do swoich kulinarnych ideałów. Taką doskonałością był dorsz, którego jadłem na Lofotach. Łowiony w najlepszym dla niego okresie – zimą. Pani zrobiła go domowym sposobem. Prosto. Bez ozdobników. Każda ryba, którą jadłem potem, mnie rozczarowywała. Ale poszukiwanie doskonałości nie przeszkadza mi w tym, by chodzić też do baru mlecznego naprzeciwko. Za każdym razem zamawiam tam schabowego z zasmażanymi buraczkami albo grochówkę. I jestem przeszczęśliwy.

Czy trzeba jeździć po świecie, by uprawiać kulinarne podróże? Na przykład nie ruszając się z Warszawy, można przez rok co tydzień zmieniać rodzaj kuchni.

Ł.S.: Na co dzień zajmujemy się recenzowaniem restauracji w stolicy. Możliwości jest tu bardzo wiele, ale to jednak nie to samo co smakowanie potraw lokalnie. Nawet Londyn z całą swoją różnorodnością nie zagwarantuje takiego spektrum, jakie dają podróże. Bo chińskie, tajskie czy hinduskie knajpy w Europie serwują głównie klasyki danej kuchni. Poza tym podróży kulinarnych nie można sprowadzać do michy z jedzeniem. Bo przeżyciem jest także to, jak danie jest serwowane i gdzie. W jakiej atmosferze. Kto siedzi obok ciebie i jak wygląda otoczenie. Zupełnie inaczej będzie ci smakował gruziński ser z ziemniakami w Mestii, z widokiem na góry niż to samo danie w restauracji w Warszawie.

fot.123rf

N.S.: Inny przykład: ostrygi na francuskiej wyspie Ile d’Oléron. Pojechaliśmy tam o 10 rano. Był akurat odpływ. Wjechaliśmy na cypelek z dziesiątkami drewnianych domków rybackich. Pan w gumiakach mył karcherem swoją łódkę, gdy zapytaliśmy się, czy jest otwarte. Mówi, że tak. Wystawił plastikowy, biały stolik i dwa krzesełka. Dał nam tackę i wyjął skrzynki z ostrygami. Mogliśmy wybierać. Otworzył je przy nas, wycisnął na nie cytrynę i nalał wina z kartonu. To kosztowało jakieś 8 euro, a smak niepowtarzalny!

Co trzeba zrobić, żeby zwykłą podróż zamienić w kulinarny travelling?

N.S.: Przede wszystkim otworzyć się na nowe smaki. Nadal wiele osób jest na nie zamkniętych. Niektórzy nasi znajomi wszędzie zamawiają pizzę albo kurczaka. Szkoda, bo wiele przez to tracą. Ja też bardzo długo byłam zamknięta na smaki, których nie znam. Moja mama nie może uwierzyć, że ja – dziecko niejadek – piszę o jedzeniu i próbuję przeróżnych potraw na całym świecie! Myślę, że można się otwierać stopniowo – bazując na składnikach, smakach, które lubisz, powoli dopuszczać nowe doznania. Co nie oznacza, że trzeba jadać pieczone pająki czy bijące serca węży. Ja tego nie tknę i nie uważam, że przez to moje kulinarne życie jest uboższe.

Czy to nastawienie na smakowanie świata nie zamyka was na inne, pozakulinarne doznania?

Ł.S.: Tak. I jesteśmy tego świadomi. Ale każdy podróżuje na swój ulubiony sposób. I też na tym traci. Mamy znajomych, którzy jeżdżą po świecie, uprawiając sporty wodne: kitesurferzy, surferzy. Całe dnie spędzają na wodzie. Oni coś tracą, ale też coś zyskują. Nie poznali wielu smaków, które ja wypróbowałem w San Sebastián, ale ja nie przeżyłem tego, co oni na wodzie. Ostatnio spędziliśmy dwa i pół dnia w Kraju Basków. A chętnie bym tam spędził tydzień albo i miesiąc. Ale dzięki temu jest motywacja do kolejnej podróży. A ona buduje się już, kiedy… wracasz z lotniska do domu.

Natalia Sitarska i Łukasz Smoliński: podróżnicy, smakosze egzotycznych dań z całego świata, testerzy knajp i hoteli, autorzy popularnego bloga Tasteaway.pl. Z 5-letnim synem Maksem odwiedzili już 40 krajów. Na co dzień prowadzą własne firmy – w branży spożywczo-cukierniczej oraz w branży badań marketingowych

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze