Matura i co dalej?

fot. iStock

Czasy się zmieniają, a maj nieodmiennie kojarzy się z rozterkami dotyczącymi wyboru ścieżki kariery. Socjolog Tomasz Sobierajski podpowiada, by zamiast wyobrażeniami o perspektywach zawodowych – kierować się własnymi pragnieniami, a czas studiowania przeznaczyć na budowanie umiejętności społecznych. W dobie zmienności rynku pracy
te zasady sprawdzą się na każdym etapie życia zawodowego.

Rekruterzy zgodnie powtarzają, że obecnie panuje rynek pracownika. Czy to oznacza, że w najbliższych latach absolwenci nie będą mieli żadnych problemów ze znalezieniem pracy?
Myślę, że ze znalezieniem pracy nie będą mieli problemów, pytanie, czy ta praca będzie im odpowiadać. Oczekiwania rekruterów często bowiem rozmijają się z oczekiwaniami absolwentów. Z badań ich dalszych losów, które były przeprowadzone na Uniwersytecie Warszawskim, wynika, że najbardziej rozmijają się oczekiwania finansowe. Nasi absolwenci oczekują na starcie wynagrodzenia w wysokości średnio 5 tys. zł netto, a rynek zazwyczaj nie oferuje takich pieniędzy początkującym. Zatem, wracając do pytania, pracę znajdą, ale prawdopodobnie nie będzie ich ona satysfakcjonowała finansowo. Prawdopodobnie także pod kątem postawionych przed nimi zadań.

Czy obserwując studentów na wydziale socjologii, gdzie wykładasz, uważasz, że ich oczekiwania ewoluują wraz z kolejnymi latami studiów?
W tej chwili w Polsce obserwujemy spadek zainteresowania naukami humanistycznymi i społecznymi na rzecz nauk przyrodniczych. Boom przeżywają m.in. politechniki, ponieważ maturzystom, 19-latkom, wydaje się, że po ukończeniu szkoły technicznej będą mieli dużo lepszą pracę. Tymczasem żaden kierunek nie gwarantuje znalezienia dokładnie takiej pracy, jakiej oczekujemy. Nawet medycyna czy studia informatyczne… Najważniejsze jest to, co my wnosimy na rynek pracy po skończeniu studiów. Wielu absolwentom wydaje się, że wystarczy pokazać się i zaprezentować dyplom wyższej uczelni, żeby rekruterzy prześcigali się w składaniu im ofert. Natomiast ani dyplom wyższej uczelni, ani nawet skończenie szkoły technicznej nie są same w sobie przewagą konkurencyjną. Liczy się tzw. wartość dodana, i nie chodzi nawet o twarde umiejętności, jak znajomość jakiegoś języka programowania, bo tego można się nauczyć niezależnie od ukończonego kierunku, a o umiejętność szybkiego uczenia się nowych rzeczy, zdolności analizowania sytuacji, umiejętności pracy w grupie i elastyczność.
Takie kompetencje pozwalają poradzić sobie w różnych sytuacjach, na różnych stanowiskach, w różnych firmach. Tymczasem absolwenci, którzy trafiają na rynek pracy, mają bardzo niski poziom kompetencji społecznych. Wykształcenie odpowiednich psychospołecznych postaw wobec pracy i uprawiania zawodu jest więc wielkim wyzwaniem dla edukacji na każdym poziomie.

Mówisz o postrzeganiu studiów technicznych jako bardziej rokujących pod kątem rynku pracy. Tymczasem spotkałam się z opinią, że nauki społeczne są dziś jeszcze ważniejsze niż kiedyś, ponieważ absolwenci takich kierunków będą swoistymi tłumaczami między osobami wysoko technicznymi, obdarzonymi mniejszymi umiejętnościami społecznymi, a ich zleceniodawcami. Zgadzasz się z tą opinią?
Tak, też tak uważam. I nie tylko ja, mówi się o tym na całym świecie. Nawet podczas ostatniego forum ekonomicznego w Davos mocno akcentowano, że bardzo potrzebujemy naukowców z dziedziny nauk społecznych, ponieważ ludzie nie rozumieją świata, w którym żyją, a socjologowie, psychologowie, filozofowie, kulturoznawcy, antropolodzy mogą go im objaśniać. Przy czym ci naukowcy nie mogą dłużej zamykać się w swoich szklanych wieżach. Ich powinnością jest popularyzacja nauki, dzielenie się tym, co odkryli i tłumaczenie tego w zrozumiały sposób. To jest tym bardziej istotne, że w pewnym momencie naukowcy zrezygnowali z tłumaczenia świata, doprowadzając do rozprzestrzeniania się zjawiska, które dziś nazywamy fake newsami. Przeświadczeni, że skoro oni wiedzą, że np. szczepionki pomagają zapobiegać rozprzestrzenianiu się chorób, to ludzie też przyjmą to za pewnik. Ale tak się nie stało! Rektor UW, prof. Marcin Pałys, podczas inauguracji roku akademickiego mówił, że nie ma czegoś takiego jak nauka i nauka alternatywna – nauka jest jedna i rolą naukowców jest o tym pamiętać i tę wiedzę popularyzować. Dlatego rola nauk społecznych rośnie, czasami jednak trudno przekonać do tego rodziców, którzy uważają, że dziecko powinno studiować coś „praktycznego” i „przyszłościowego”. A czasy zawodów „na całe życie” są już za nami. Szkoły powinny uczyć tego, jak się szybko uczyć, by dostosować się do różnych sytuacji w życiu, w tym na rynku pracy. Mam tu na myśli zarówno uczenie się formalne (to, czego uczymy się w szkole), jak i pozaformalne (to, czego uczymy się np. na obozie harcerskim) oraz nieformalne (to, czego dowiadujemy się np. od babci i dziadka podczas zbierania grzybów w lesie). Z tych wszystkich źródeł możemy czerpać i zdobywać doświadczenie, z którym idziemy na rynek pracy.
Studenci, z którymi rozmawiam, skarżą się czasami, że podczas rekrutacji oczekuje się od nich doświadczenia. Tłumaczę im wtedy, że nie chodzi tylko o pracę w jakiejś firmie, ale np. o wolontariat przy akcji „Szlachetna Paczka”, WOŚP albo organizowanie działań w ramach samorządów czy w społeczności lokalnej.

Czy twoi studenci, wybierając socjologię, wiedzą, co mogą potem robić, czy po prostu ciekawią ich studia?
Z mojej perspektywy wykładowcy najlepiej byłoby, gdyby maturzyści nie przychodzili do nas z żadnym nastawieniem, ponieważ z założenia to studia mają otwierać im głowy, pokazywać pewne ścieżki i możliwości. Rzadko który nastolatek wie, kim chce zostać w przyszłości. Niektórym wydaje się, że to wiedzą, a studia weryfikują – czasem bardzo boleśnie – ich przekonania.
Podczas dni otwartych na uniwersytecie podaję kandydatom przykłady moich koleżanek i kolegów z roku i ich karier zawodowych. Ktoś jest uznanym muzykiem rockowym, ktoś dyrektorem banku za granicą, inny – szefem firmy marketingowej. Ścieżki są różne, ale jedno ich łączy – wszyscy ci, którzy w szybkim tempie osiągnęli wysokie stanowiska i wysoką pozycję społeczną, to osoby, które w czasie studiów już pracowały: w sklepie, w bibliotece, w kawiarni. Gdy stanęliśmy przed rekruterami, mieliśmy już doświadczenie w pracy w zespole, z organizacji pozarządowych, wolontariatu. Uważam, że w dzisiejszych czasach wchodzenie na rynek pracy po pięciu latach studiów bez żadnego doświadczenia jest zwyczajnie nieprzyzwoite.

Radzisz, żeby nie przywiązywać się do myśli, że idziesz na studia, żeby zdobyć zawód na całe życie. Czym więc kierować się przy wyborze studiów? Na co warto uczulić maturzystów i ich rodziców?
Zawsze podpowiadam, żeby maturzyści bardziej skupili się na tym, co sami czują, niż podążali za wyborem rodziców. I nawet jeśli zdecydują się na określony kierunek studiów dlatego, że idą tam ich przyjaciele i znajomi, to nie ma w tym nic złego. Może bowiem zdarzyć się tak, że stworzą grupę wzajemnego wsparcia, która będzie napędzać ich na studiach, a potem podczas robienia karier zawodowych. Utrzymanie sieci dobrych relacji to jeden z najcenniejszych elementów funkcjonowania w zawiłej przestrzeni zawodowej.
Studenci są obecnie w tej dobrej sytuacji, że prawie wszystkie kierunki studiów są dwustopniowe: najpierw jest stopień licencjacki i dopiero potem magisterski. Czyli przez pierwsze trzy lata można studiować na politechnice, a na drugim stopniu wybrać coś pozornie tak różnego jak filozofia. Możliwości jest mnóstwo, ale warto też pamiętać o tym, żeby już na samych studiach wycisnąć z nich jak najwięcej. I wymagać nie tylko od siebie, ale i od wykładowców. Idea uniwersytetu zasadza się na wymianie wiedzy, energii i pasji między akademikami i studentami. Bardzo żałuję, że wielu wykładowców o tym zapomina, a większość studentów wciąż jeszcze biernie to akceptuje.