Otylia Jędrzejczak – warto walczyć

Otylia Jędrzejczak - warto walczyć
Fot. Iza Grzybowska/Wydawnictwo SQN

Po zakończeniu oszałamiającej kariery sportowej Otylia Jędrzejczak nie zwolniła tempa. Działa w swojej Fundacji, prowadzi wykłady motywacyjne i zajęcia na AWF-ie, po raz drugi została mamą. I właśnie wydała książkę „Otylia. Moja historia”. Nam mówi o tym, co ją skłoniło do jej napisania i o dawnych oraz obecnych priorytetach.

Czy nie za wcześnie na podsumowywanie życia?
Ale ja nie podsumowuję przecież całego życia, tylko pewien etap. Pamiętam, że jak wcześniej pytano mnie, kiedy napiszę książkę, to odpowiadałam: „Na autobiografię jestem za młoda”. No a teraz skończyłam 35 lat, więc myślę, że nadeszła pora na pierwsze podsumowania.

35 lat uznawane jest za koniec młodości.
No to się wstrzeliłam [śmiech]. Ale mówiąc poważnie – chciałam tą książką zamknąć, tak na sto procent, sportowy etap życia. Miałam zamiar napisać ją, będąc w pierwszej ciąży, ale nie zdążyłam. W drugiej się udało. Mam nadzieję, że dzięki temu wejdę w kolejny etap oczyszczona.

Pisanie książki było terapią?
Zawsze podkreślałam, że jeżeli kiedyś powstanie książka, to po to, żeby była motywacją dla innych. Bo moje życie to wzloty i upadki, radości i dramaty. Ale, oczywiście, ona jest też terapeutyczna dla mnie. Dojrzałam do tego, żeby otwarcie opowiedzieć o tym, co przeżyłam.

Pokazała pani w tej książce także swoje młodzieńcze zapiski, wiersze. Nie boi się pani krytyki, że zanadto siebie obnaża?
Miałam taki dylemat, czy będę dobrze zrozumiana, czy ktoś nie pomyśli, że sprzedaję swoją prywatność. Ale odważyłam się opublikować niektóre moje listy, notatki z młodzieńczych lat, bo one najlepiej pokazują, co w tamtym czasie czułam. Myślę, że ludzie w traumie – a do takich też adresuję swoją książkę – nie oczekują tylko tego, co powiem im z dzisiejszej perspektywy, bo teraz zupełnie inaczej podchodzę do życia, ale chcą też przejrzeć się w tamtych moich emocjach i uczuciach. Poprzez moje zapiski sprzed lat mogą zobaczyć, że czują to samo, co ja wtedy czułam. Chciałam, żeby z tej książki wynikało, że warto walczyć. Żeby ona ludzi wzmocniła, dodała im skrzydeł. Zawsze miałam taką małą misję, żeby wspierać innych.

Fot. Iza Grzybowska/ Wydawnictwo SQN

Pisze pani o morderczych treningach przeplatanych indywidualnym nauczaniem, i tak od rana do nocy. Przez tydzień nie wychodziła pani poza basen i internat. To niewyobrażalne!
Dla mnie normalne. Pływanie wydaje się nudne, ale ja liczyłam kafelki na dnie basenu, wyobrażałam sobie fajne rzeczy, na przykład dewolaja mamy. A jak miałam problem, to mogłam krzyczeć, płakać, wyrzucać z siebie trudne przeżycia, a wszystko to odbijało się od ścian i wracało przefiltrowane przez wodę. Nie lubię publicznie okazywać słabości. Na basenie byłam sama ze sobą.

Nie miała pani wsparcia psychologów?
Z psychologiem zaczęłam pracować dość późno, dopiero w 2001 roku. Z pierwszym nie znalazłam porozumienia, nie umiałam mu zaufać, a jak nie mam do kogoś zaufania, to nie mogę z nim pracować. Od 2003 roku współpracuję z panią Beatą, która dziś jest także psychologiem podczas moich projektów.

Dalej nie wiem, skąd w pani taka siła.
Po pierwsze, robiłam to, co lubiłam, a to motywuje do ciężkiej pracy. Po drugie, dużo czytałam i z każdej historii czerpałam coś dla siebie. A po trzecie, najważniejsze, rodzice uczyli mnie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że trzeba pokonać słabości i iść dalej.

Pisze pani, że tata był wymagający.
Owszem, ale to nie było złe wymaganie. Tata oczekiwał, żebym była najlepsza, to naturalny odruch rodzica. Dzisiaj mi mówi: „Nigdy nie kazałem ci być najlepszą”. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy nie ja sama to wymyśliłam. Tata miał charakter, był pięściarzem, zarzucił karierę dlatego, że ja się urodziłam i musiał zarabiać na dom. Może rzeczywiście szukałam uzasadnienia, dlaczego chcę wygrywać, i znalazłam to uzasadnienie w tacie.

A może bała się pani, żeby nie zawieść taty?
To chyba jednak nie był lęk, tylko pragnienie, żeby go zadowolić, żeby był ze mnie dumny. Czasem, oczywiście, się wkurzałam, bo zastanawiałam się, kiedy wreszcie mi się to uda. W domu dużo ode mnie wymagano – pokój miał być posprzątany, musiałam zrobić brzuszki. Ale też dostawałam dużo miłości, mogłam zawsze przyjść i się przytulić. Nawet gdy już jako dorosła przyjeżdżałam ze zgrupowań, to ładowałam się rodzicom do łóżka i opowiadałam, co się u mnie wydarzyło. Dużo mi wtedy odpuszczali, bo wychodzili z założenia, że w domu powinnam odpocząć. Nie musiałam wstawać rano, ścielić łóżka. Miałam podane śniadanie, ulubiony obiadek.

Co na przykład?
Dewolaj, kluski śląskie, rosół, a na deser szarlotka lub sernik. Myślę, że rodzice chcieli mi w jakimś sensie zrekompensować to, że mnie nie ma w domu. Nawet mój brat trochę się burzył: „Dlaczego ona nie musi tego robić, a ja muszę?”. Mama odpowiadała: „Bo jest zmęczona”. Dopiero teraz, gdy skończyłam książkę, uświadomiłam sobie, że wyjechałam z domu jako dziecko, w wieku 14 lat. Dzisiaj im to wypominam, ale z uśmiechem, bo to była chyba jedna z najlepszych ich decyzji.

Szybko musiała pani wydorośleć?
I tak, i nie. Oczywiście, musiałam radzić sobie sama, bo byłam oddalona od rodziny, ale psychicznie długo nie odcięłam pępowiny. Podświadomie chciałam dać im jak najwięcej, bo dużo zostało im zabrane… A w ten sposób jeszcze bardziej stawałam się od nich uzależniona. Długo zarządzali moimi finansami, dzwoniłam do nich z każdą decyzją. Czasami się śmieję, że robiłam tak, żeby mieć na kogo zwalić winę. W końcu zrozumiałam, że muszę dorosnąć i przejąć wszystkie swoje obowiązki, którymi ich obciążyłam. Dzięki temu oni zaczęli z powrotem żyć swoim życiem, a nie moim. Zobaczyli też, że sobie radzę, i poczują, mam nadzieję, spokój. Dzisiaj, z perspektywy matki, rozumiem, co musieli przeżywać, tracąc jedno dziecko, a ratując drugie. Robili wszystko, żebym chciała żyć.

Udało się?
Ten kamień będę nosiła do końca moich dni. Nieustannie motywuję się do życia. Skoro zostałam ocalona, to myślę, że po coś.

Potrafi pani już się cieszyć? Bo pisze pani, że odniosła tyle sukcesów, a nie umiała się z nich cieszyć.
W dalszym ciągu jestem ostrożna w radości. Kocham to, co robię, ale gdy na przykład coś w fundacji nam się uda, to powiem tylko: „Super, dobrze”. Nie pokazuję emocji. Działam trochę jak taka maszynka. Wiem, że dzisiaj coś osiągnęłam, ale za chwilę muszę osiągnąć kolejny cel. Gdy zdobywałam medale, ludzie oczekiwali, że będę skakała z radości, a ja się cieszyłam po swojemu. Cały czas uczę się okazywania radości.

Dzieci w tym pomagają?
O tak. Dzieci bardzo mnie zmieniły, cieszę się z każdego ich gestu, wypowiedzianego słowa, dzisiaj każda mała rzecz ma dla mnie znaczenie. Kiedyś też miała, ale uważałam, że sukcesy są efektem mojej pracy i że muszę dalej pracować. Zdobywając dwa srebrne medale olimpijskie, byłam zła, że nie popłynęłam lepiej.

To dobra cecha czy niekoniecznie?
Z jednej strony motywuje do wysiłku, daje energię, a z drugiej – trochę odbiera życiu blask. Dzisiaj, jak prowadzę z dziećmi zajęcia, to mówię im wprost, że muszą siebie doceniać.

Mistrzyni olimpijska i świata, rekordzistka świata siebie nie doceniała?
No nie. Doceniłam siebie i to, co osiągnęłam, dopiero w 2012 roku, kiedy popłynęłam tragicznie. Pamiętam, że podeszła do mnie moja chrześnica i powiedziała: „Ciocia, to nic, i tak jesteś najlepsza na świecie”. Wcześniej sukcesy traktowałam jako efekt pracy, coś naturalnego, co musi wyjść, a jak nie wyjdzie, to trzeba pracować dalej, żeby wyszło.

Sukcesy nie przewróciły pani w głowie?
Rodzice całe życie powtarzali mi, że sport jest taką dziedziną, która może skończyć się w każdym momencie: kontuzja, przerwa w treningach, brak sukcesów i ludzie o tobie zapomną. Dlatego masz się dobrze uczyć, skończyć studia. Pracowałam więc, nie gwiazdorzyłam. Prosiłam znajomych: „Jak zobaczycie, że uderza mi do głowy woda sodowa, to błagam, mówcie”. Nigdy nikt mi tego nie powiedział. Wiedziałam, że dzisiaj mogę być popularna, jutro nie. Myślę, że to pomogło mi przeżyć sukcesy.

Jak pani znosiła porażki?
Porażka to nie był koniec świata. Myślałam: „Jak się nie udało dzisiaj, to nie znaczy, że nie uda się jutro”. Przychodziłam do domu, wypłakałam się w poduszkę, potem w basenie, nie odzywałam się przez kilka dni do trenera, ale działałam. Do dzisiaj tak mam, że jak mi coś nie wychodzi, to świat się nie wali.

Czyli bez euforii po sukcesach, ale też bez dołowania się po porażkach.
Tak. Moja psycholożka Beata Mieńkowska powiedziała kiedyś mojemu trenerowi, że jestem bardzo sensoryczna, to znaczy wyczuwam zagrożenia i się przed nimi chronię. Coś w tym jest. Gdy pojawiało się coś, co powodowało traumę, zamykałam się, co nie było łatwe dla współpracowników.

To jest ta cena sukcesu?
Być może. Bardzo szybko stałam się osobą rozpoznawalną. Miałam zaledwie 16 lat, jak to się stało, a 18, kiedy pobiłam rekord świata i wszyscy o mnie usłyszeli. Chciałam nie zawieść zaufania, być osobą, z której bierze się przykład. Nie miałam czasu skakać w gumę jak koleżanki, nie jeździłam na kolonie, tylko ciężko pracowałam. Ale nie żałuję. Gdybym miała ponownie przeżyć swoje życie, to chciałabym je przeżyć tak samo. Poza jednym – wypadkiem. No i może bardziej doceniałabym siebie. A cena, jaką za to płaciłam? Myślę, że płaciłam rozpadem związków. Bo żeby być najlepszą, oczekiwałam, że ta druga osoba też będzie najlepsza i że będzie motywowała mnie do działania.

Mówi pani w czasie przeszłym.
Bo dzisiaj inaczej podchodzę do życia i relacji. Mój narzeczony jest hamulcowym, który stawia mnie do pionu, gdy biorę sobie kolejny projekt na głowę. I jestem mu wdzięczna. Jest racjonalny, uporządkowany, ja mam fantazję. On wszystko planuje, a ja zapisuję na karteczkach i chciałabym to realizować natychmiast. Paweł pomaga mi urealniać pomysły, uzupełniamy się.

Fot. Iza Grzybowska/ Wydawnictwo SQN

Jest od pani młodszy o cztery lata.
Poprzedni partner też był ode mnie młodszy o cztery lata. Znajomi śmieją się, że biorę sobie młodszych mężczyzn, żeby ich sobie wychować [śmiech]. Mam matczyną duszę, jestem domatorką, lubię spokojne życie. Natomiast mój narzeczony mawia, że musimy choć raz dziennie gdzieś wyjść, choćby na spacer. Ja mam takie dni, że najchętniej nie wychodziłabym z domu. Myślę, że wiąże się to z tym, że wcześniej przez 300 dni w roku byłam na walizkach, że domem nazywałam hotel. Teraz sobie odbijam.

Sukcesy, ale i porażki, śmierć brata, utrata dziecka – o tym wszystkim pisze pani w książce. Dużo jak na jedną osobę. Trudne doświadczenia hartują?
Myślę, że tak. Uświadomiłam sobie ostatnio, że jestem w stanie znieść wszystko. Ludzie postrzegają mnie pewnie jako trochę zimną osobę. Bo ktoś płacze, a ja nie. Zamykam się i jestem twarda. Płaczę natomiast na filmach. Po wypadku nie płakałam przy rodzicach, tylko w samotności. Ale to się powoli zmienia. Kiedyś nie mówiłam partnerom o tym, co czuję, a dzisiaj od razu wyrzucam emocje.

Pisze pani, że była mistrzynią sportu, a teraz chce być mistrzynią życia. Co to znaczy?
To znaczy, że chcę łączyć szacunek do drugiego człowieka z docenieniem siebie i swojej pracy. Że chcę patrzeć na życie pozytywnie. Działając w swojej fundacji, uczę dzieci, że porażka to przystanek do sukcesu, że trzeba umieć okazywać innym ludziom miłość. To jest według mnie mistrzostwo życia.

Czy zamierza pani wychowywać swoje dzieci tak, jak panią wychowywano?
Rodzice dawali mi dużo miłości i ja też chcę, żeby moje dzieci wiedziały, że je kocham. Natomiast jeśli chodzi o wymagania, to na razie bardziej wymagający jest Paweł. Powtarza, że jeżeli nie nauczymy ich teraz sprzątać pokoju, to będziemy musieli za nie sprzątać całe życie. Ja czasem odpuszczam. Kupuję im masę zabawek, przytulam je, czytam książki. Przekonałam się w pracy fundacyjnej, że dyscyplina jednak musi być. Uczę dzieci, swoje też, że są obowiązki i przyjemności.

Chciałaby pani, żeby pływały zawodowo?
Marcelinkę raczej ciągnie do aktorstwa [śmiech]. Nie chcę im projektować życia. Chciałabym natomiast zaszczepić w nich potrzebę uprawiania sportu. Ale decyzja, co będą w życiu robić, należy do nich. A pływanie? Gdy zobaczę, że mają dobrą pływalność, to ich przycisnę, ale na pewno nie będę ich do tego zmuszać.

A pani jak często teraz pływa?
Rzadko. Raz na miesiąc, czasem dwa. Gdy w ciąży pływałam, to dostałam zapalenia ucha, pierwszy raz w życiu. Wchodzę do wody, gdy kumulują mi się problemy. Pływanie pomaga je rozwiązać.

Jako dziewczyna miała pani dużo kompleksów, nie lubiła siebie. A teraz?
Oczywiście, mogłabym być szczuplejsza, ale teraz lubię siebie taką, jaka jestem. Mój partner docenia to, co robię, i powtarza mi, że kocha mnie bez względu na to, czy mam makijaż, czy nie. Mam dwoje cudownych dzieci. Czuję się spełniona.

Czyli szczęśliwa?
Nie mówię o szczęściu, raczej o zadowoleniu z życia.

Żeby nie zapeszyć?
Tak, bo kiedy byłam szczęśliwa, życie obróciło się o 180 stopni. Wiem, jak jest kruche. Wolę mówić, że jestem zadowolona. Pracuję z dziećmi, prowadzę wykłady motywacyjne, kocham to robić. Może uznam, że jestem szczęśliwa, gdy jako sędziwa babcia zasiądę w fotelu, a obok będą biegały wnuki. Teraz jest realizowanie celów i normalne życie.

Otylia Jędrzejczak, najbardziej utytułowana polska pływaczka, mistrzyni olimpijska, dwukrotna mistrzyni świata, pięciokrotna mistrzyni Europy, trzykrotna rekordzistka świata, trzykrotnie wybierana najlepszym sportowcem Polski. Prowadzi swoją fundację wspierającą rozwój sportowy dzieci i młodzieży.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze