fbpx

Magiczne M

fotochannels.com

Kupić czy wynająć? Oto dylemat, przed którym staje wielu z nas przeważnie wtedy, gdy nie stać nas na dom marzeń, a chcielibyśmy się jednak uniezależnić.

Co zrobić? Poczekać, aż uzbieramy odpowiednią kwotę lub poprawimy naszą zdolność kredytową, a do tego czasu mieszkanie wynająć? A może jednak pójść na kompromis, kupić takie lokum, na jakie nas stać, i dopiero wtedy zacząć gromadzić kapitał konieczny do podniesienia standardu?

Rata czy opłata?

Do wynajęcia mieszkania nie potrzebujemy dużej ilości gotówki, a na pewno nie tyle, ile na jego kupno, które wymaga posiadania własnego wkładu w wysokości co najmniej 15–20 proc. wartości nieruchomości. Jedynym znacznym wydatkiem towarzyszącym wynajęciu mieszkania jest czynsz za pierwszy miesiąc plus depozyt asekuracyjny w wysokości jednomiesięcznego (czasem dwumiesięcznego) czynszu stanowiący zabezpieczenie dla właściciela na wypadek ewentualnych zniszczeń. Mieszkań do wynajęcia nie brakuje, możemy przebierać w nich jak w ulęgałkach. Jeśli po miesiącu czy dwóch okaże się, że trafiliśmy w sąsiedztwie na minę w postaci dokuczliwego sąsiada czy warsztatu pracy na trzy zmiany, możemy się w krótkim czasie wyprowadzić.

Wysokość raty czynszu miesięcznego jest zwykle porównywalna do wysokości raty kredytu, jaki należałoby zaciągnąć, aby mieszkanie kupić. Wynajęcie jest znacznie prostsze niż kupno; to decyzja krótkotrwała, doraźna. Zmiana adresu zamieszkania w przypadku zmiany pracy lub przeprowadzki jest łatwa i niekosztowna. O ile jednak korzyści z wynajmu mają charakter psychologiczny, o tyle rachunek ekonomiczny daje wyraźną przewagę posiadaniu mieszkania na własność.

Na swoim

Kupno mieszkania wymaga wprawdzie więcej gotówki, ale w przeciwieństwie do wynajęcia nie jest to pieniądz wyrzucony w błoto. Ta gotówka buduje nasz kapitał. Dzięki niej możemy zaciągnąć kredyt hipoteczny, który pracuje na nas jak – pamiętacie? – dźwignia. Nieruchomości podlegają ciągłej aprecjacji, ich wartość rośnie. Posiadanie ich chroni nas przed inflacją, czyli stratą siły nabywczej pieniądza. Ceny mieszkań rosną zwykle szybciej, niż spada siła nabywcza pieniądza. A spada ona właśnie w tempie powyżej 5 procent rocznie. Raty kredytu mogą co prawda wzrosnąć, ale raz, że wchodzą już na rynek kredyty hipoteczne o stałej wysokości raty przez cały okres spłacania (np. 20 lat), dwa, zwiększa się konkurencja między bankami.

Jeśli nasz bank podniesie oprocentowanie zbyt wysoko, pójdziemy do tańszej konkurencji. Sprzedaż też nie jest tragedią. Gros racjonalnie wycenionych nieruchomości sprzedaje się w ciągu 3–6 miesięcy. Jeśli nawet nasze gniazdko odbiegało standardem od domu marzeń, możemy je sprzedać za więcej, dołożyć i kupić lepsze. Przykładowo kupiliśmy za 300 tys. zł, dzięki aprecjacji otrzymamy za nie 350 tys. lub więcej. Nie dość, że nasz kapitał zainwestowany w ziemię i mury rośnie szybciej, to na dodatek ryzyko jego utraty jest przeważnie bliskie zera. Pod warunkiem że kierowaliśmy się trzema najważniejszymi kryteriami wyboru: lokalizacją, lokalizacją i… lokalizacją.

Podsumowując: nieruchomość wynajmujemy tylko wtedy, gdy nie możemy jej akurat kupić! Mieszkanie na swoim jest znacznie tańsze i przyjemniejsze.