Scarlett Szyłogalis – kobieta, która ratuje konie

Scarlet Szyłogalis od lat jest bez reszty oddana zwierzętom (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Mogłaby godzinami patrzeć na pasące się na łące konie. Ale nie ma na to czasu. Ciągle w ruchu, w biegu. Scarlett Szyłogalis od 24 lat ratuje konie przeznaczone na rzeź. Żeby znaleźć na to pieniądze i siłę, paktuje z diabłem i Bogiem.

I pomyśl, że one wszystkie miały być kiełbasą – mówi Scarlett, patrząc na ponad setkę koni pasących się spokojnie na łąkach pod Nieszkowicami, kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Te, które nie wymagają specjalnej opieki, mieszkają tu od wiosny do jesieni. Podchodzą, obwąchują, zaczepiają, przytulają łby do twarzy Scarlett. Niektóre są z nią od samego początku.

Powódź tysiąclecia

Pierwsze w Polsce schronisko dla starych i chorych koni Scarlett założyła w 1995 roku, po tym, jak dostała pieniądze od rodziców. Za część tej sumy kupiła kawałek łąki w podwrocławskim Jarnołtowie, ciężarówkę desek i przyczepę sosnowych bali. I wzięła się do budowy stajni. Nie było studni ani prądu. Deski musiała ciąć ręczną piłą, bale ciosać siekierą. Miała plan, żeby żyć z odsetek i co jakiś czas wykupywać kolejnego konia z rzeźni. Dlaczego postanowiła ratować akurat konie? Bo najpierw one uratowały ją.

– Byłam brzydkim i grubym dzieckiem. Nie dawałam rady na WF-ie – wspomina Scarlett. W szkole jej z tego powodu dokuczali, przezywali. Odpowiadała ciosami. Ciągle się z kimś biła. Mimo że muchy by nie skrzywdziła. Podobnie jak jej rodzina. W domu Szyłogalisów zawsze były przygarnięte psy, koty, ptaki. Scarlett znosiła wszystkie znalezione bidaki. Pewnego dnia ojciec zaprowadził ją do klubu jeździeckiego. Od tej pory chodziła tam dwa razy w tygodniu. Schudła, zapisała się na karate i dżudo, wygrywała kolejne zawody. Potem skończyła AWF, zrobiła kurs dla instruktorów hipoterapii. I wyrosła na piękną kobietę.

Wkrótce po tym, jak założyła schronisko, ojciec umarł. Scarlett, wtedy już samotna mama kilkuletniego Ikara, efektu licealnej miłości i dwumiesięcznego małżeństwa, rzuciła się w wir pracy. Schronisko nazwała Tara, tak jak plantacja bohaterki „Przeminęło z wiatrem” Scarlett O’Hary. Imię dla Scarlett wymyśliła jej matka, wielbicielka ekranizacji tej książki.

W połowie lipca 1997 roku powódź tysiąclecia zmiotła stajnie, stodoły, zniszczyła zapasy siana, owsa i słomy. Konie Scarlett zawczasu wywiozła do przyjaciół. Z drzew ściągała koty, które uciekły tam przed wodą. – Wtedy się załamałam – wspomina. Jeden jedyny raz.

Zadzwoniła prosić o pomoc Piotra Jankowiaka. Poznała go kilka miesięcy wcześniej, gdy przyszła do firmy budowlanej, w której pracował, po materiały. Młodszy o kilkanaście lat Piotr pomógł odbudować Tarę. I został. Na wiosnę powódź przyszła po raz drugi. Scarlett była wtedy w ciąży z drugim synem Dawidem. Mieszkali w nieogrzewanej komórce, bez prądu i bieżącej wody. Za to z gromadą uratowanych psów i kotów. I z końmi. Handlarze wiedzieli, że się nie targuje, bo nie chce negocjować ceny za życie. Przywozili więc do niej konie, których nie przyjmowały nawet rzeźnie. A ludzie z całej okolicy znosili inne niechciane zwierzaki.

Raj na ziemi

Początkowo niektóre konie były używane do hipoterapii i jazd. Z czasem i z tego Scarlett zrezygnowała. – Za dużo wycierpiały. Chciałam, żeby miały w Tarze raj – wyjaśnia. Dlatego też żadnego z nich nie oddała ani nie sprzedała. Zgadza się wyłącznie na adopcje wirtualne. Chętni deklarują kwotę, jaką mogą wpłacać na utrzymanie konia. Miesięczny koszt życia jednego to ok. 300 zł.
Kwota drastycznie wzrasta, jeśli zwierzę wymaga specjalistycznego leczenia. A większość z nich na początku go wymaga. Tak jak Bolek, który trafił do Tary cztery lata temu w Boże Narodzenie. Pod grzywką ma kilkucentymetrowe zagłębienie. – To już nic, kiedyś mieściła się w nim cała pięść – mówi Scarlett. Kiedy Bolek był sześciomiesięcznym źrebakiem, właściciel zamknął go w ciemnej komórce i założył łańcuch, którego nigdy nie zdjął, nie zmienił na większy. Z biegiem lat łańcuch wrósł w szyję konia. Na Białej Tarze studenci weterynarii we Wrocławiu uczyli się przez lata pobierania krwi, zastrzyków, badań rektalnych… Gdy zaniemogła, rektor wydał na nią wyrok: rzeźnia. Studenci zadzwonili wtedy do Scarlett z prośbą, by klacz ratować.

Każdy koń w Tarze to dramatyczna historia. Każdy dostaje tu, razem z nowym życiem, nowe imię. Tak jak Soleil, jasna kasztanka o błękitnych oczach. Scarlett poznała ją na targu koni w Skaryszewie. Na grzbiecie miała wycięte znaki rzeźne, na głowie sznurkowy kantar. To znak, że koń przeznaczony jest do uboju. Przepiękna, smutna klacz zaczepiała nosem przechodzących ludzi, jakby prosiła o ratunek. Scarlett dwukrotnie podchodziła do handlarzy, by ją odkupić. Nie zgadzali się. Złośliwie. Udało się za trzecim razem.

– Kiedy trafia do nas zwierzę, patrzę mu głęboko w oczy, witam w Tarze i mówię, że już nie musi się bać, że wszystko będzie dobrze. I proszę o dwie rzeczy: by nie chorowało i nie umierało – mówi Scarlett. – I starają się jak mogą. Kilka koni żyło ponad 40 lat!

Widok pasących się na łąkach koni to największa nagroda i przyjemność dla Scarlett. – Mogłabym na nie patrzeć godzinami. Ale nie mogę. Zawsze mam coś do zrobienia – mówi.

Na łąkach pod Nieszkowicami konie Fundacji „Tara” spędzają spokojnie czas od wiosny do jesieni. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

PRL i huragan

Kiedy woda drugi raz Tarę zalała, usłyszał o niej w telewizji właściciel gospodarstwa w Porębach. Zaproponował dzierżawę murowanych stajni, stodoły, niedużego domu z gankiem i 35 ha łąk. Scarlett była w szóstym miesiącu ciąży. Rano rozbierała z Piotrem to, co zostało z Tary. W południe wzięli ślub. Scarlett była w czarnym podkoszulku, czarnych dżinsach i oficerkach. A po południu przeprowadzili się do Poręb i zaczęli wszystko od początku. Po kilku latach właściciel wypowiedział dzierżawę. Więc kolejna przeprowadzka, remonty, urządzanie schroniska. Tym razem w Nieszkowicach.

Osiem lat temu Tara znalazła miejsce w dawnym majątku, a potem pegeerze, w Piskorzynie. Fundacja, którą Scarlett założyła, dostała go w darowiźnie od Agencji Nieruchomości Rolnych. Ponad 30 ha terenu, zrujnowany pałac, stajnie, obory, świniarnie, warsztaty. Bez okien, drzwi, prądu i wody. – Wszystko zarośnięte drzewami, busz. Na całym terenie mnóstwo śmieci, porzuconych sprzętów, potłuczonego szkła. Na dodatek zaraz po tym, jak się sprowadziliśmy, przeszedł huragan, zrywając dachy budynków – wspomina Scarlett. Po latach ciężkiej pracy i niezliczonej ilości pieniędzy budynki mają nowe dachy, teren jest wysprzątany, dookoła pałacu pobudowane zagrody i kojce dla zwierząt, na łąkach ogrodzone wybiegi dla koni. Wciąż jest wiele do zrobienia, na remont czeka pałac. Brakuje czasu i pieniędzy. Te od rodziców skończyły się po dziewięciu latach. Wtedy Scarlett założyła fundację. – Ale czasy żebrania się kończą – mówi jej prezes. – Internet ułatwił zbiórki pieniędzy, potrzebujących jest masa, a portfele ludzi nie są bez dna. Z kolei umowa z ANR-em wyklucza prowadzenie na terenie folwarku działalności zarobkowej. Pat.

kiedy większość koni jest na łąkach, karmienie trwa dużo krócej. Co innego zimą, gdy na karmę czeka 180 zwierząt. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

Kawa i papierosy

Tara to schronisko dla koni, ale jeśli Scarlett spotka na swojej drodze porzuconego psa, kota czy osła, nie odmawia pomocy. Mieszka więc z nią w sumie koło 300 zwierząt.

W tym Blanka, biała krowa, której, gdy była malutka, zmiażdżono w hodowli staw kolanowy. Taurus, 12-letni ogromny wół. i jego mama Liberty, którą wielkolud do dziś ssie. Bo w Tarze nie rozdziela się rodzin. I Piotrusia, maciora, która jakiś czas temu wypadła z tira jadącego do rzeźni. Przybiega, kiedy tylko podejdzie się do jej wybiegu. Wyciąga ciekawski ryjek, łypiąc małymi oczkami. W schronisku są też kozy, kury, owce, kaczki, króliki i 180 koni.

Żeby nad tym wszystkim zapanować, Scarlett wstaje o 6 rano, pije kawę i działa. Potem jeszcze kilka razy w ciągu dnia łyka małą lub dużą czarną i pali papierosy. – Jadąc załatwiać jakieś sprawy, jem w samochodzie kupione po drodze truskawki, brzoskwinie, śliwki… Zależy, na co akurat jest sezon. Mięsa nie tykam od ponad 40 lat – mówi Scarlett. Nie jedzą go także pracujący w Tarze wolontariusze. Ani goście. Takie są tu zasady. Scarlett walczy nawet z kiełbaskami na ognisko, które przywożą przyjeżdżające z wizytą szkoły. Nie zabrania, tylko zabiera dzieci do zagrody Piotrusi. Dzieciaki głaszczą świnkę, a Scarlett pyta: – Lubicie Piotrusię? – Lubimy. – A wiecie, że właśnie jecie jej mamę? Zapada cisza. Potem widzi, że dzieci rozdają kiełbasę psom.

W tarze mieszka też ogromny wół Taurus i kilka krów, w tym jego mama Liberty. (Fot. Agnieszka Rodowicz)

– Lubię wizyty dzieci i innych gości, ale to dodatkowy wysiłek – przyznaje Scarlett. W Tarze i bez tego ciągle jest coś do zrobienia. Trzeba przygotować jedzenie dla zwierząt, nakarmić je, podać leki, wyprowadzić z boksów, posprzątać… – Kiedyś przewalały się tu tłumy wolontariuszy, bywało z 60 osób naraz. – Większość siedziała i dłubała w nosie – wspomina Scarlett.

Dziś przyjeżdża mniej ludzi, ale pracują. Ona wszystko kontroluje i nieustannie odbiera telefony. Jedzie do urzędu, banku, na pocztę, po kowala, po siano, marchew, jabłka, drewno do budowy ogrodzenia, dachówkę, leki… Nie zatrzymuje się ani na chwilę. Chyba żeby pogłaskać któregoś z psów, podrapać za uchem kota, poklepać po szyi konia. – Moje dzieciaki – mówi z czułością. Dawida, syna maturzystę, zapędza do roboty.

W tym roku odszedł Piotr. – Kiedy mu się oświadczałam, uprzedzałam, że jestem generałem. Ludzie się mnie boją – mówi Scarlett. Wytrzymał 20 lat. Przez ten czas nie obchodzili świąt, nie wyjeżdżali na wakacje, nie brali dni wolnych, nie mieli w zasadzie prywatnego życia.

– Może mu tego brakowało – zamyśla się Scarlett. Jej, jak twierdzi, nie. – Ubieram się w to, co dostanę, chodzę w tym latami. Na jedzenie przy stole szkoda mi czasu. Ale o jednym od jakiegoś czasu marzyłam. Ciepłej łazience – przyznaje Scarlett. Przez lata marzła, myjąc się wodą ze studni, w komórce, w nieogrzewanych wnętrzach. Dlatego niedawno przeniosła się ze zrujnowanego pałacu do dawnego warsztatu stojącego pośrodku folwarku. Tu ma ciepłą łazienkę i widok na wszystko. Między warsztatem a stajnią, z którą jest połączony, zrobiła przeszklone drzwi. Żeby widzieć, co się dzieje w „staruszkowie”, stajni dla najstarszych, najbardziej potrzebujących koni. Marzy, by choć przez trzy doby się wyspać. Bo co noc z niepokojem słucha dobiegających ze stajni odgłosów. Budzi ją nierówny oddech czy kaszel. Leci sprawdzić, czy ze zwierzakiem wszystko w porządku. A od rana do wieczora pracuje.

Pakt z diabłem, układ z Bogiem

Piskorzyna leży 20 km od Rawicza. – Nienawidzę tego miasta – mówi Scarlett. – Jest w nim jedna z największych rzeźni koni w kraju. A ona nie może nic z tym zrobić. Na swoim terenie musi być ostrożna, bo prowadząc fundację, ciągle o coś prosi, żebrze, załatwia z miejscowymi. Więc na razie Rawicz odpuściła.

Za to od lat walczy o zamknięcie Skaryszewa, najbardziej znanego w Polsce i największego w Europie targu, na którym handluje się końmi. – Uczepiłam się Skaryszewa, odkąd pierwszy raz zobaczyłam tam w nocy na polach kilka tysięcy koni. Świsty batów, krzyki, ogniska, przy których leje się wóda, przerażone zwierzęta. Powiedziałam: „nie”. I od tego momentu Scarlett mówi, pisze, nagłaśnia na wszelkie możliwe sposoby sprawę jarmarku końskiego w Skaryszewie. Jego zwolennicy mówią, że to trwająca od ponad 400 lat tradycja, że kupowane tam kiedyś zwierzęta służyły rycerzom. Tyle że z biegiem lat targowisko się zmieniało, a duża część sprzedawanych tu koni jest przeznaczona na ubój. Kupuje się je na wagę. Często są chore i zaniedbane. Potem, załadowane do tirów, pokonują morderczą trasę, bez jedzenia i picia, do ubojni. W Polsce, we Włoszech, Francji…

– A ja im obiecałam, że doprowadzę do zlikwidowania tego miejsca – mówi Scarlett. Pojawia się więc w Skaryszewie co roku z grupą wolontariuszy i pieniędzmi na wykup koni. Handlarze podbijają stawki do ceny „wyrobu” – kiełbasy czy pasztetu, które można z nich zrobić. W zeszłym roku Fundacji „Tara” udało się zebrać prawie ćwierć miliona złotych. – Nie jechaliśmy do Skaryszewa po kilka koni, ale po wszystkie
– mówi kobieta. Wykupili ponad 60.

Scarlett walczy też o zakaz hodowania polskich koni na mięso, zabijania ich i eksportu w celach przetwórczych. Chciałaby doprowadzić do uznania ich przez polskie prawo za zwierzęta towarzyszące człowiekowi, a nie hodowlane.

Nieużywane kantary, symbol wyzwolenia koni z dominacji człowieka, na ogrodzeniu folwarku. (fot. Agnieszka Rodowicz)

– Jestem gotowa zawrzeć pakt z samym diabłem, by tego dopiąć – powtarza często. Z Bogiem też próbuje negocjować: w zamian za hojnego darczyńcę lub wygraną w Lotto rzędu kilkunastu milionów obiecuje zrezygnować z palenia papierosów. Bo mimo że fundację od lat wspierają wolontariusze i sponsorzy, Scarlett co rok drży o finanse. Niemal każdy zaczyna i kończy z długami. Bo potrzeby są ogromne.

– Gdyby te 100 tys. osób, które nas lubią na Facebooku, wpłaciło po złotówce miesięcznie, nie musiałabym się martwić – wzdycha Scarlett. Ale tak nie jest. Na razie ma zamożnych znajomych, od których pożycza pieniądze i oddaje bez procentu.

A jeśli Wszechmogący nie pójdzie na układ? – Będę dalej ciężko pracować – odpowiada Scarlett. – I tylko jednego się boję. Że pewnego dnia zabraknie mi sił.