fbpx

Smak zmiany – relacje tych, którzy się odważyli

Smak zmiany - relacje tych, którzy się odważyli
Ilustracja Beata Śliwińska "Barrakuz"

Człowiek ma w sobie jednocześnie dwie naturalne tendencje – z jednej strony jest ciekawy świata, chce go zdobywać, więc chce zmian. A z drugiej strony – jest fundamentalna potrzeba bezpieczeństwa i lęk przed zmianą. Te dwie skłonności walczą w nas ze sobą – mówi Adriana Kłos, psychoterapeutka. U naszych bohaterów wygrała ta pierwsza tendencja – dokonali zmiany, zdobywają świat!

Tekst pochodzi z kwietniowego numeru „Zwierciadła”, który przygotowaliśmy w lutym, gdy świat nie znał jeszcze globalnych skutków pandemii koronawirusa.

Migracje nie są niczym nowym. Sam termin pochodzi z łaciny – migratio to dosłownie „wędrówka ludów”. Kiedyś, w czasach prehistorycznych, te wędrówki odbywały się głównie w poszukiwaniu pożywienia, dziś zazwyczaj – poza sytuacjami ekstremalnymi, jak wojna czy prześladowania – zmieniamy miejsce w poszukiwaniu czegoś, co ogólnie nazwać można komfortem. Zatem dawniej ludzie migrowali, by żyć, dziś migrują, by „dobrze żyć”, choć każdy pod tym pojęciem rozumie coś innego.
Polacy, jak wynika zƒdanych statystycznych, nie są tak „ruchliwi” jak Amerykanie i Chińczycy, czy choćby Europejczycy zƒ Zachodu, ale wygląda na to, ze coraz częściej szukają miejsca, o którym mogliby powiedzieć: „moje”. Coraz częściej podejmują decyzje: „Rzucam wszystko i jadę”. Na koniec świata albo znacznie bliżej. Ale bliżej czy dalej – to zawsze rewolucja.
– Odnotowujemy na przykład coś takiego jak ƒmigracyjny nurt poszukiwań egzystencjalnych, spleciony z subkulturowymi czy też kontrkulturowymi wyborami światopoglądowymi – mówi kulturoznawca dr Andrzej Bełkot. – To oznacza, ze ludzie, odrzucając wartości świata Zachodu, szukają alternatywnej drogi w innym, pozbawionym konsumpcyjnych skaz, „dziewiczym”środowisku naturalnym i społecznym – dodaje.

Tak jak było w przypadku Katarzyny, Moniki i Szymona.

Katarzyna Werner, Zanzibar

Właściwie przypadek sprawił, ze wylądowaliśmy właśnie
na Zanzibarze. Zbliżały się moje 40. urodziny i zapragnęłam, by ten czas spędzić w miejscu, którego zupełnie nie znam. I padło na Zanzibar. Jednocześnie oboje z mężem byliśmy w takim momencie życia, w którym człowiek zadaje sobie rozmaite pytania, zastanawia się nad życiem, poczuciem spełnienia, satysfakcji. Pobyt tu dodatkowo wzmógł w nas te re–feksje, czy na pewno jest nam dobrze tu, gdzie jesteśmy, czy może warto byłoby coś jeszcze przeżyć. I z tych dywagacji wyniknęło, że pod koniec życia będziemy bardzo żałować, jeśli nie zasmakujemy zmiany. Oboje poczuliśmy, ze chcemy powiedzieć sobie „sprawdzam” w zupełnie innych, nowych warunkach.

Smak zmiany - relacje tych, którzy się odważyli
Katarzyna Werner na Zanzibarze

Czas na bilans

Nie bez znaczenia było też to, co dzieje się w naszym kraju. Nas to martwi, a wręcz przeraża. Nie podoba nam się to, do jakiego stanu politycy doprowadzili choćby edukacje w Polsce. Nie wyobrażaliśmy sobie, by ze spokojem ducha posłać do „zreformowanej” szkoły naszego syna. Dodatkowo politycy popsuli mi zawód. Pracowałam w telewizji
informacyjnej, wiec wciąż byłam w samym centrum tego politycznego wrzasku i bałaganu. Praca przestawała być przyjemna. Wszystko mówiło nam, że wyjazd to dobry pomysł. Mam poczucie, ze jak już otworzy się w głowie te szu–fladkę: „zmiana”, wszystko układa się tak, by tej zmianie sprzyjać. Człowiek czuje się lżejszy i idzie tą drogą. Tym bardziej że Zanzibar ma w sobie coś magicznego, robi ogromne wrażenie na ludziach, widzę to teraz bardzo jaskrawo, kiedy pracuje z turystami, oprowadzam ich po wyspie. I wcale nie chodzi tu, a w każdym razie nie przede wszystkim, o kolor oceanu i biały piasek. Mówiąc o magii, mam na myśli fakt, że to miejsce wyzwala w większości ludzi najpierw re–fleksję dotyczącą
tego, czy aby na pewno dobrze jest im z życiem, które wiodą, i –ƒ co za tym często idzie –ƒre–fleksję o potrzebie zmiany właśnie.
Ludzi w zupełnie naturalny, niewymuszony sposób dopadają tu š egzystencjalne przemyślenia. Dotyczące tego, jak żyjemy w Europie, a jak tu żyją ludzie, kto ma „racje”, kto
robi to mądrzej, lepiej, czy aby na pewno jest sens, by żyć, wciąż gdzieś i za czymś goniąc. Czy chcesz, czy nie – zaczynasz robić coś w rodzaju bilansu. I cieszy mnie to, ze tu, na Zanzibarze, takie myśli pojawiają się także u ludzi dużo ode mnie młodszych. I także u tych z różowymi włosami czy z kolczykami w nosie. Dociera do nas, ze człowiek Europy nie ma specjalnie powodów do tego, by narzekać – mamy całkiem wiele – a mimo to wciąż jesteśmy bardzo nieszczęśliwi. Każdy za czymś tęskni, ale to zagłusza i maszeruje w tłumie nie wiadomo dokąd. A tu ludzie maja mało, niewiele tez potrzebują i są wiecznie uśmiechnięci.

Serce się wycisza

Tu można się spóźnić, nikt nie ma o to żalu, życie toczy się dalej, bo nie to jest najważniejsze. I ten rodzaj spokoju dotyczy rzeczy, spraw małych, ale także tych większych. My tym bardzo szybko zaczęliśmy nasiąkać, głowa przestawia się na inny tryb, tętno się uspokaja, serce wycisza. To nie jest tylko zmiana sosen na palmy, to zmiana š filozofii i życia, mentalności. Czujemy się tu wszyscy dobrze, stanęliśmy na nogach, mamy coraz więcej znajomych, coraz swobodniej się tu poruszamy. To cieszy, daje poczucie
dumy, takiej zwyczajnej dumy, ze daje się rade w nowym, zupełnie innym świecie.
Miałam w zasadzie tylko jeden główny lek związany z ta zmiana. Ma na imię Tymek, nasz czteroletni syn. Baliśmy się o jego zdrowie – czy nie dopadnie go tu jakaś choroba związaną z tak gigantyczna zmiana klimatu, wody, jedzenia – oraz o jego emocje – czy odnajdzie się wśród dzieci, w szkole, czy będzie tu szczęśliwy, czy rewolucja nie jest dla
niego zbyt wielka. Te obawy okazały się kompletnie nieuzasadnione. Wsiąkł w te wyspę chyba jeszcze szybciej niż my. Robi niesamowite postępy w swojej „kolorowej” szkole. Szkole, która jest najbardziej tolerancyjnym miejscem, jakie znam, najwłaściwszym do nauki. Mnie ta szkoła zachwyca, wzrusza. Za każdym razem, kiedy tam jestem i widzę,
jak się uczą, jak się do siebie odnoszą, jak bardzo nie dostrzegają różnic miedzy sobą, koloru skóry, chce mi się płakać z radości. W klasie Tymka jest ośmioro dzieci, każde inne, taki miks kulturowy i rasowy, że aż miło popatrzeć.

Dwa życia w jednym

Tymkowi jest tu doskonale, my z mężem tez powoli odnajdujemy swoje miejsce. Okazuje się, że można mieć dwa życia za jednego życia! Finansowo zaczynamy stawać na nogi. Odnajdujemy się w zupełnie nowym zawodzie. Mamy w planach otworzyć mały pensjonat, a na razie oprowadzamy Polaków po „swoim” Zanzibarze, próbujemy wyciągać ich zza hotelowych bram i pokazywać mało popularne miejsca, swojskie smaki, gdzie
najlepiej wypić piwo, gdzie gra dobra lokalna muzyka. Ktoś mnie zapytał, czy jestem teraz bizneswoman. Absolutnie nie! Jestem nowicjuszką na Zanzibarze, która próbuje pokazać innym świat widziany moim, bardzo subiektywnym okiem.

Zastrzyk miłości

Taka zmiana jest też genialna dla związku, jest jak zastrzyk energii. Znowu jesteśmy jak młode małżeństwo. Musimy być trzymająca się mocno drużyna, która gra do jednej bramki. Kiedy człowiek już rozsiądzie się wygodnie w znanym fotelu, pewne rzeczy zaczynają umykać, przestajemy się już tak o siebie starać.
Nowy świat, nowe okoliczności sprzyjają bliskości, na nowo sobie ufamy, na nowo na sobie polegamy. Kiedy teraz pomyślę, że mielibyśmy siedzieć przed telewizorem i pykać pilotem, by wciąż oglądać to samo – kłócących się polityków – wiem, że nie chce do tego wracać. Wybraliśmy o wiele lepiej.
Mam wrażenie, ze kiedy człowiek raz odważy się dokonać radykalnej zmiany, otwiera się w nim zupełnie nowa przestrzeń. To trochę jak bilet w jedna stronę. I to w dobra stronę. Człowiek pozbywa się wszelkich oporów, otwiera się. Najlepsze wyzwanie na druga połowę życia.

Monika Nowicka, Tanzania

Już w liceum, a potem podczas studiów pracowałam jako wolontariuszka w organizacji CChW „Solidarni”, która zajmuje się pomocą Afryce. Bo Afrykę, nie wiem skąd, dlaczego, ale odkąd pamiętam, miałam w sobie i od zawsze marzyłam, żeby do niej wyjechać. To było niesamowite, jakby jakaś część mnie „czuła”, że jestem, przynajmniej w połowie, właśnie stamtąd. Do tego mój tata kilkukrotnie wyjeżdżał w konwojach humanitarnych, wiec gen niesienia pomocy także miałam w sobie od początku.

Żadnych barier

W czasie studiów wyjechałam po raz pierwszy, do Togo. To był projekt, który trwał miesiąc – chciałam się sprawdzić. Przekonać się, czy moje marzenia o Afryce są jakoś uzasadnione, czy ten zupełnie inny świat w rzeczywistości będzie mi równie bliski co w sferze marzeń. Okazał się nawet bliższy. Odnalazłam się w moment. Nie miałam w sobie żadnych oporów przed kontaktem z lokalnymi mieszkańcami, nie czułam bariery. Nie bałam się wtedy niczego, no, może poza… wężami, bo tych bałam się zawsze. Ale i temu strachowi nie dałam się sparaliżować i odebrać radości z tego, jak dobrze czuje się w Afryce. Po tych czterech tygodniach wiedziałam, że tam wrócę, na dłużej.
Kiedy przyjechałam do Polski, żeby dokończyć studia, przebierałam już nogami, by wracać.

Ta moja czteroletnia praca w Tanzanii to połączenie dużej frajdy i poczucia misji. Nie boję
się używać tak wielkiego słowa, bo nie przemawia przeze mnie patos, ale prawdziwa potrzeba pomagania. Miałam i mam nadal potrzebę, aby pomagać kobietom tam, gdzie los nie był wobec nich tak łaskawy jak wobec nas, Europejek. Tam do wielu miejsc do dziś nie dotarła medyczna cywilizacja, profesjonalna opieka i ciężarne czy rodzące kobiety naprawdę potrzebują wsparcia. Chciałam dać coś z siebie. W możliwy dla siebie sposób mieć udział w wyrównywaniu nierówności.
Wyjechałam od razu po skończeniu studiów i to tam tak naprawdę uczyłam się najintensywniej mojego zawodu. Wiele osób mnie przestrzegało, że bariery: kulturowa, językowa, nie pozwolą mi zbudować więzi koniecznej, by przyjąć poród.
Rzeczywiście, miedzy położną a rodzącą powinna pojawić się specy‰ficzna wieź, bo bez niej ciężko o sprawny poród. Ale ani różnice kulturowe, ani brak znajomości języka –Œ bo na początku go przecież nie znałam, dopiero uczyłam się suahili –Œnie okazały się żadną przeszkoda. Jest coś takiego jak porozumienie miedzy kobietami, doświadczyłam tej niesamowitej siły. Jeśli po obu stronach jest otwartość, a tak było, mosty budują się same. Kobiety w Tanzanii są niesamowicie empatyczne. Miałam poczucie, że doceniają fakt, że przyjechałam do nich z końca świata, ze zostawiłam swoja strefę komfortu i że chce im pomagać. Widziałam w nich niesamowita wdzięczność, czułam, że mi ufają, a to daje
ogromna satysfakcje. Tam roszczenia są zdecydowanie mniej popularne niż wśród Europejek. W takim miejscu, wśród takich ludzi człowiek czuje się zwyczajnie lepiej.

Smak zmiany - relacje tych, którzy się odważyli
Monika Nowicka pracuje jako położna w Tanzanii.

Skóra koloru białego

W pewnym momencie poczułam się na tyle dobrze, pewnie, że postanowiłam odrobinę buntować kobiety, mobilizować je, by w sprawie swojego zdrowia, ciała nie ulegały w stu procentach mężczyznom. Zabrałam się do tej „działalności”, oczywiście, ze świadomością, że tamta kultura jest ta dysproporcja przesiąknięta i ze nie wolno mi robić żadnej rewolucji, bo pogorszę tylko sytuacje. Ale drobnymi gestami, działaniami starałam się pokazywać moim pacjentkom, że mogą mieć swoje zdanie, mogą na przykład zdecydować, jak chcą rodzic, czy chcą zostać w szpitalu, czy nie Œitd.
Bardzo denerwowało mnie, że kobiety klękają przede mną. Bo tak ma być. W kulturze plemienia Sukuma, w którym pracowałam, kobiety muszą klękać przed mężczyzną, personelem medycznym czy przed białym człowiekiem. Tego nie mogłam znieść, nie mogłam znieść, że starsza ode mnie kobieta klęka przede mną tylko dlatego, że jestem położną i mam skórę białego koloru. Poprosiłam, by tego nie robiły.
Stawałam też w obronie kobiet. Pamiętam jedna dość nerwową sytuacje, kiedy to postawiłam się pewnemu lekarzowi. Mężczyzna, do tego lekarz, to w Afryce niemal bóg. Trwał poród, a pan doktor postanowił nieproszony wkroczyć do akcji, choć jego pomoc nie była potrzebna. Wszedł do sali porodowej i snuł różne opowieści. Szybko zorientowałam się, ze moja rodząca bardzo źle to znosi, krepuje się, wstydzi, czuje na tyle nieswojo w jego obecności, że wstrzymuje poród, zaciska nogi. Byłam pewna, ze jeśli on nie wyjdzie, moja pacjentka nie urodzi. Wiec poprosiłam go, żeby wyszedł. Zrobił ogromne oczy, nie mógł uwierzyć, że ktoś, do tego kobieta, wydaje mu polecenie, zwraca mu uwagę. Nie wyszedł. Wtedy „poprosiłam” jeszcze raz, ale to była już dość stanowcza prośba… Następnego dnia zostałam wezwana do kierownika przychodni i upomniana, ale to tylko dodało mi odwagi. Miałam też wrażenie, że dodało to odwagi kobietom, które wiedziały o tej sytuacji.

Boże Narodzenie a za oknem żar

W Tanzanii udało mi się stworzyć dom. Drugi dom, mam poczucie, że równie „domowy” co ten tu, w Polsce. Mieszkałam z koleżanką Jola, nauczycielka matematyki, która szybko okazała się moją bratnią duszą. Stałyśmy się sobie bliskie, niemal jak siostry. Miałyśmy swoje rytuały, ważne było, żeby zjeść wspólnie śniadanie, obejrzeć razem ‰film, wyjechać na weekend.
W Święta Wielkanocne robiłyśmy święconkę, choć tam nie ma takiego zwyczaju, w okresie Bożego Narodzenia ozdabiałyśmy dom, choć za oknem żar lał się z nieba. Chociaż mam poczucie, że zakorzeniłam się, wsiąkłam w plemię Sukuma, to ważne było dla mnie odtworzenie mojej tradycji, jej namiastki. To daje siłę i minimalizuje tęsknotę, która, oczywiście, czasem człowieka dopada, kiedy mieszka się tak daleko od swojej pierwotnej „bazy”.
Pamiętam, jak wyjeżdżałam, a bliscy i dalsi mi ludzie mówili: „Biedna mała Monika, rzuca się na głęboką wodę”, i zastanawiali się, czy nie utonę. Ludzie boja się zmian. A ja zmianę uważam za coś niezwykle cennego. Zmiana pobudza, mobilizuje, rozwija, poszerza horyzonty, daje szanse, by naprawdę się sobie przyjrzeć, ocenić swoje mocne i słabe strony. Ale myślę, że zmiana to stan umysłu, rodzaj otwartości, ciekawości tego, co kryje się za rogiem. Zmiana wymaga zwarcia sił, wiec wyostrza zmysły. Stagnacja jest usypiająca, zmiana sprawia, ze człowiek robi się głodny życia. Ma na nie większy apetyt. I mniej się boi.

Szymon Rączka, Szwecja

Nazywam siebie emigrantem klimatycznym. Bo rzeczywiście w mieście, w którym mieszkaliśmy, czyli Bielsku-Białej, jakość powietrza przeraża. Miasto otoczone jest z trzech stron górami, dodatkowo położone w samym środku takiego trójkąta bermudzkiego – miedzy Ostrawa, Katowicami a Krakowem. Piekiełko.
Ja śledziłem tę sprawę na długo, zanim temat smogu stał się głośny. Już w 2014 roku znalazłem w Internecie raporty różnych komisji europejskich dotyczące jakości powietrza w Europie i łapałem się za głowę. A kiedy już w zasadzie podjęliśmy decyzje o wyjeździe, dotarła do nas kolejna wiadomość – otóż Bielsko-Biała jest numerem jeden w Europie, jeśli chodzi o coś, co fachowo nazywa się „pozaszpitalnym zatrzymaniem akcji serca”. I to skutek właśnie tego, czym oddychamy. To tylko potwierdziło słuszność naszej decyzji. Zresztą moja żona już od kilku zim praktykowała coś, co nazywaliśmy aresztem domowym. Kiedy tylko robiło się chłodno i współmieszkańcy miasta zaczynali palić w piecach wszystkim, co wpadło im w ręce, Mania z dziećmi starała się prawie w ogóle nie wychodzić z domu.

Smak zmiany - relacje tych, którzy się odważyli
Szymon Rączka przed swoim domem w Szwecji

Uwolnienie

Decyzja o wyjeździe była podyktowana także moją chorobą. Przed laty założyliśmy z żoną firmę, to był kanał internetowy, projekt o nazwie Handimania, który okazał się strzałem w dziesiątkę, odnieśliśmy całkiem spory sukces nie tylko w Polsce – ponad milion fanów na całym świecie, setki milionów wyświetleń. Ale chyba nie ma tego rodzaju osiągnięć bez skutków ubocznych. Lata intensywnej pracy kompletnie mnie wyczerpały, wypaliły.
Czułem się fatalnie – fi”zycznie i psychicznie. Przez ponad rok lekarze bezradnie rozkładali ręce – nie wiedzieli, co mi jest. Wszystkie badania wskazywały, ze jestem zdrowy, a ja czułem się coraz gorzej. Dziś wiem, że to wszystko miało podłoże psychiczne. Przeszedłem długą terapię, a potem odkryłem jogę, medytację. I poczułem, ze do swojego poprzedniego życia wrócić nie mogę, bo to mnie zabije. Nie miałem już do tego też zwyczajnie serca. Postanowiliśmy z żoną sprzedać ”firmę i… uwolnić się.

Dlaczego Szwecja

Zaraz po chorobie, a właściwie gdy jeszcze ciągle dochodziłem do siebie, zacząłem pracować jako kierowca testujący samochody. I pewnego dnia fi”rma, w ramach testów zimowych, wysłała mnie na miesiąc do północnej Szwecji, 50 kilometrów od koła podbiegunowego. Zakochałem się w tym miejscu. Czasem tak jest – spojrzysz na coś i czujesz, ze jest „twoje”. Tak właśnie było u mnie ze Szwecja. Wyjeżdżając, marzyłem, żeby tam jeszcze kiedyś wrócić z rodziną – pokazać im, co mnie tak zachwyciło. A zachwycił mnie przede wszystkim spokój. Spokój w ludziach, w krajobrazie. Rytm i harmonia, których bardzo brakowało mi w życiu. Miałem wrażenie, że to jest miejsce, w którym można dojść do siebie, odzyskać siły i utrzymać ten stan. Mam doświadczenie, że jeśli czegoś bardzo w życiu chce i temu specjalnie nie przeszkadzam, zwykle to się wydarza. No i dwa lata później tra”fiłem na Instagramie na kobietę, która mieszka w miejscowości, przez która wtedy przejeżdżałem. Pokazałem zonie i… niedługo potem postanowiliśmy wywrócić nasze życie do góry nogami, by tak naprawdę stanąć na te nogi. Od tego momentu była już w nas ogromna chęć zmiany, przeprojektowania życia całkowicie. Poczuliśmy, że chcemy zacząć zupełnie nowy rozdział. Wyrosły nam skrzydła. Wyjeżdżając, zrobiliśmy jeszcze coś, co okazało się genialnym pomysłem – pozbyliśmy się niesamowitej liczby przedmiotów, w które obrośliśmy przez lata. Nie wierzyłem wcześniej
w filozofię minimalizmu, ale to rzeczywiście działa, oczyszcza. No i właśnie Szwecja jest dokładnie taka – króluje w niej minimalizm, który okazał się naszą nieodkrytą naturą.

Kosmici wylądowali na swojej planecie

Zaczęliśmy działać, kontaktować się z ludźmi, którzy tam mieszkają, zrobiliśmy research, żeby znaleźć dom – nowe miejsce na Ziemi. Oboje z żoną w Polsce zawsze czuliśmy się
trochę kosmitami i tak tez postrzegali nas ludzie – outsiderzy, odludki. Kiedy przeprowadziliśmy się do Szwecji, poczuliśmy się wreszcie „na miejscu”. Okazało się, że wcale nie jesteśmy kosmitami, tylko po prostu mentalnie pochodzimy właśnie stąd, ze Skandynawii. Nasza „nienormalność” w Polsce, okazała się „normalnością” w Szwecji. To są takie niby nieistotne drobiazgi. Mnie na przykład zawsze w naszym kraju bardzo drażnił bałagan w architekturze, tysiące kolorowych banerów umieszczanych wszędzie bez ładu i składu. To zaburzało moje poczucie estetyki, ale dusiłem to w sobie, wypierałem. Dopiero w Szwecji poczułem, jak wiele zabierało mi to energii, jak ten chaos w scenograf i chronicznie drenował mnie z sił. Tu, otoczony harmonia, zrozumiałem, że akurat ja mam tak – by znaleźć spokój w sobie, potrzebuje spokoju w tym, co mnie otacza. Pasuje mi, że kiedy ktoś, kto jedzie samochodem przede mna bardzo powoli, bo nigdzie mu się nie spieszy, albo szuka drogi, widząc mnie w lusterku, zjeżdża na bok i puszcza mnie przodem. Pasuje mi to, sam tak od zawsze robiłem, co ludzi w Polsce zwykle bardzo dziwiło. Zachwyciła nas tez na przykład szwedzka szkoła, do której chodzą nasze dzieci, jej pani dyrektor, której bardzo zależało, by nas, rodziców, dobrze poznać. W Polsce szkoła tak nas do siebie zraziła, ze zdecydowaliśmy się na edukacje domowa. Zachwycają nas widok za oknem, zima i śnieg, których dzieci nie widziały od lat. No i powietrze! Mam uzasadnione poczucie, ze uciekliśmy tam, gdzie mamy szanse żyć zdecydowanie dłużej! Dosłownie. A może gdybyśmy spojrzeli głęboko w nasze drzewo genealogiczne, okazałoby się, ze wśród naszych przodków są wikingowie…

Smak zmiany - relacje tych, którzy się odważyli
Ład architektoniczny i zima to, to za czym tęsknił Szymon i jego rodzina.

Ta zmiana była po prostu konieczna, nieodzowna – mówi Szymon. A jej moment – idealny. W życiu przychodzi czas, kiedy w głowie wręcz dudnią takie słowa: „Teraz albo nigdy”. W każdym razie w naszym życiu ten czas nadszedł. I wtedy trzeba wsiąść do tego pociągu, pokonać strach przed nowym. Bo naprawdę warto.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze