Za Wielkim Murem Chińskim, czyli Chiny jakich nie znacie

"W Chinach miesiącami możemy chodzić od lokalu do lokalu i codziennie kosztować czegoś nowego. Większość miast liczy grubo ponad 10 mln mieszkańców. Można się poczuć naprawdę małym". (fot. iStock)

Zaczęło się od fascynacji sztukami walki, potem przyszło zainteresowanie sztuką, kulturą, filozofią. Dziś Chiny są dla Marcina Jacoby źródłem inspiracji. W niedawno wydanej książce „Chiny bez makijażu” oraz w rozmowie z Krzysztofem Boczkiem tłumaczy, dlaczego warto próbować poznać i zrozumieć mentalność Chińczyków: ich etos pracy oraz gotowość uczenia się od innych.

Ma pan jeszcze ten plakat z Bruce’em Lee?
Niedawno go wyrzuciłem, ale kiedyś był dla mnie bardzo ważny. Moje najwcześniejsze wspomnienie dotyczące zainteresowania Chinami to przede wszystkim Bruce Lee i kung-fu. Miałem 8-9 lat, a Chiny wydawały mi się tajemniczym i egzotycznym miejscem. Z dziecięcej, naiwnej fascynacji stały się sposobem na rozwój osobisty i ścieżkę zawodową – sinologię.

Ile czasu pan dotychczas spędził w Chinach?
Na Tajwanie mieszkałem 2 lata, w Chinach pół roku. Razem z podróżami uzbierałyby się 3-4 lata.

Nigdy ten kraj pana nie przerażał?
A dlaczego miałby?

Reportaże o pracownikach, którzy harują po kilkanaście godzin przez 7 dni w tygodniu, obozy pracy dla więźniów politycznych…
A Polska pana nie przeraża? ONR, wszechobecna nienawiść i wrogość, niekończące się blokowiska, bieda, ludzie umierający na raka w szpitalach. Prawda, Chiny są pełne zła, niesprawiedliwości, krzywd, bardzo dalekie od idealnego świata. Akceptuję to. Zresztą mnie zawsze raczej interesowały starożytność, literatura sprzed 2300-2500 lat. Wtedy bardzo dynamicznie rozwijała się filozofia, etyka, myśl o państwowości.

A co może dziś fascynować w Chinach?
Niezwykle bogata i ciekawa kultura tego kraju, na przykład przebogata kultura jedzenia. Miesiącami można tu chodzić od lokalu do lokalu i codziennie kosztować czegoś nowego – różnych potraw, odmiennych kuchni. Na mnie duże wrażenie zrobiła potrawa z kawałków mięsa ułożonych w kształcie góry. Była podana na kamieniu i przybrana zieleniną, która imitowała minidrzewka. Podając danie, kelner posypywał mięso czymś w rodzaju cukru pudru i recytował wiersz o śniegu spadającym na góry. To był wiersz z epoki Tang, z VIII wieku naszej ery. Jedzenie to wyrafinowana strona kultury chińskiej.

A kaligrafia? Sam pan uległ magii tej sztuki.
Kaligrafia to pierwsza i najważniejsza z chińskich sztuk, połączenie użytkowości samego tekstu z jego pięknem. Ale – tak jak gra na fortepianie – wymaga codziennych ćwiczeń. Ja poświęcałem na nią 1-2 godziny dziennie, z braku czasu przerwałem. Już sama nauka pisma chińskiego jest niezwykłą przygodą. To kompletnie inny system porozumiewania się, który polega na pokazaniu w wizualny sposób znaczenia słów. My mamy zapis fonetyczny tego, co wymawiamy, Chińczycy – zapis pojęć, znaczenia. Nie zawiera informacji, jak się je wymawia – to muszę pamiętać. W chińskich znakach często ukryta jest także ich historia.

Zróżnicowanie Chin widać też w językach, różnie mówi się nawet w sąsiadujących ze sobą wioskach, nie wspominając o bardziej oddalonych częściach kraju. Bardzo ciekawa jest także kultura picia herbaty. Przebogata tradycja, przeróżne gatunki, od zielonych, po pu-erh. Chiny nie są jednak krajem łatwym do życia i do polubienia. Polak, przyzwyczajony do tego, że największe nasze miasto zamieszkują niecałe 2 miliony, zobaczy wielkie metropolie, z ogromnymi arteriami komunikacyjnymi, z budynkami po 20-30 pięter – większość chińskich miast liczy grubo ponad 10 mln mieszkańców. Tam można się poczuć naprawdę małym.

Drobinką lessu niesioną przez rzekę?
Właśnie. Dodatkowo w systemie autorytarnym, jaki panuje w Chinach, jednostka praktycznie się nie liczy. Nawet turysta to odczuje, bo w Chinach są rejony zamknięte dla obcokrajowców. Wszystkie urzędy, biura instytucji państwowych mają wysokie ogrodzenia, dzielnica rządowa w Pekinie jest odcięta od reszty miasta. Widać też ogromne różnice w poziomie życia: obok centrów handlowych, z wysokimi cenami luksusowych produktów, ludzie żyją na ulicy w bardzo skromnych warunkach. Cieszę się, że tam nie mieszkam.

Podróżowanie po Chinach nie jest łatwe, choćby ze względu na barierę językową. Jak się do tego przygotować?
Plan podróży trzeba opracować po wnikliwej lekturze mapy kraju. Transport publiczny jest niezwykle sprawny, w największych miastach działają rozbudowane sieci metra. Genialne są szybkie koleje, między dużymi miastami codziennie jest też kilkadziesiąt rejsów lotniczych – samoloty kursują tam tak często jak u nas autobusy. Niezwykłe jest, że to wszystko działa, a tłumy ludzi cały czas się przemieszczają. Trzeba też wiedzieć, co dokładnie chcemy zobaczyć – w tydzień nie zwiedzimy Chin. Jeśli interesuje nas historia i kultura, to warto się wybrać do obecnej stolicy – Pekinu i dawniej – Xi’anu. Przyroda to Żółte Góry albo Tybet. Mniejszości narodowe w pięknym anturażu pól tarasowych to prowincja Yunnan.

Czytając pana książkę, miałem wrażenie, że jest pan dumny z tej mocarstwowości Chin.
Nie, ale fascynuje mnie to, jak szybko się rozwijają. Widzę też ogromną cenę, jaką za to płacą: degradacja środowiska czy gigantyczne nierówności społeczne. Nie podchodzę bezkrytycznie do Chin, ale uważam za niezwykłe to, że państwo, w którym królowała bieda i zacofanie, tak szybko dorobiło się klasy średniej, szybkiej kolei, tysiąca samolotów, które w tym samym momencie startują i lądują na tylu lotniskach.

A czy sami Chińczycy czują się dumni z tych osiągnięć?
Lubią o tym mówić, przemawia przez nich patriotyzm albo – w skrajnym wydaniu – szowinizm i nacjonalizm. Podobnie do naszego nacjonalizmu, ich bierze się z kompleksów, zrodził się w XIX wieku, gdy Chiny były technologicznie i militarnie zdominowane przez Europejczyków i Japończyków. Teraz mogą powiedzieć: „Popatrzcie, jesteśmy wielcy, najwspanialsi”, mają przeświadczenie, że górują cywilizacyjnie nad innymi krajami. I z tego powodu pretendują do prawa odtworzenia feudalnych relacji, „wujowskiej opieki” nad innymi państwami, „młodszymi braćmi”.

Czy Chiny jakoś pana zmieniły?
Z filozofii chińskiej przejąłem podejście do życia – pogodną akceptację tego, że świat jest, jaki jest, nie zawsze mamy na niego wpływ i musimy się z tym pogodzić. To element filozofii taoistycznej, próba poddania się temu rytmowi świata, by nie iść za wszelką cenę do celu, wbrew nurtowi. Podobnie jak Chińczycy lubię rzeczy proste. Jestem pod ogromnym wrażeniem ich pozytywnego podejścia do życia: nie narzekają, nie czują się bezsilni, raczej próbują konstruktywnie podejść do problemu, na zasadzie: „Ja nie mam nic, ten człowiek ma dużo. Muszę więc się od niego uczyć, być taki jak on. Będę pracował ciężej, będę spał krócej, ale zrobię to”. Oni lubią się uczyć od innych. Także kopiowanie przez nich produktów, z czego się śmiejemy, jest formą nauki. Nie zaczynają czegoś od nowa, a przypatrują się temu, co już zrobiono, dzięki czemu osiągają taki szybki wzrost. Mnie to imponuje. Konfucjusz powiedział: „wśród trzech idących ludzi na pewno znajdę nauczyciela”. Co to znaczy? Że wśród trzech osób przynajmniej jedna może mnie czegoś nauczyć. Trzeba czerpać wiedzę z różnych źródeł.

Podobno największym marzeniem Chińczyka jest sen. Dlaczego?
To prawda – Chińczycy bardzo ciężko pracują, sen jest przez nich traktowany po macoszemu – to pierwsza rzecz, którą ucinają, jeśli brak im czasu. W Azji Wschodniej myśli się o tym, że praca jest dla innych, dla rodzin, dla kolejnych pokoleń. Człowiek jest elementem pewnej struktury. Panuje ogromna presja, by się sprawdzić, by nie być ciężarem dla rodziny, rozczarowaniem dla bliskich. Ludzie starają się więc ciężko pracować, nie mogą okazywać, że są zmęczeni. Harują ponad miarę, poświęcając się w ten sposób dla rodziny, ale w efekcie spychają życie rodzinne na margines. Są oczywiście miejsca, gdzie i Chińczycy snują się całymi dniami i niewiele robią. Ale ten, kto chce coś osiągnąć w życiu, raczej się nie leni.

Przy tak olbrzymim narodzie i kraju starczy życia, by go naprawdę poznać?
Absolutnie nie uważam, że znam Chiny – to kraj zróżnicowany, zmienny, niejednoznaczny. Czasem mam wrażenie, że im więcej się uczę i dowiaduję o Chinach, tym bardziej oddalam się od zrozumienia ich mentalności.

Na którym kilometrze takiego muru chińskiego myśli pan jest?
Na pierwszym. Nic się nie zmieniło.

Marcin Jacoby – doktor sinologii, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, a w Instytucie Adama Mickiewicza zajmuje się szerzeniem wiedzy o polskiej kulturze w Chinach i Azji Wschodniej. W 2016 r. ukazała się jego debiutancka książka „Chiny bez makijażu”.

 

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu SENS.