fbpx

Czy da się być stoikiem we współczesnym świecie? Zaufaj Aureliuszowi!

Czy da się być stoikiem we współczesnym świecie? Zaufaj Aureliuszowi!
Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. (Fot. iStock)

– Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia – mówi doktor filozofii Marcin Fabjański. Jak stosować techniki stoickie w naszych czasach, by nie przejmować się ani dentystą, ani przemijaniem, a tkwiąc w korku dążyć do szczęścia?

To bardzo racjonalna nauka – podkreśla Marcin Fabjański. Stoikom nie chodziło zresztą o ustanowienie wiekopomnego systemu filozoficznego, oni budowali praktyczne techniki, by doznawać codziennej radości życia. Nie byli ludźmi, którym wszystko jedno, obojętnymi na zdarzenia. Po prostu uznawali je za obiektywne i wskazywali, że dopiero ich interpretacja zależy od nas. Najwięcej dzieje się w głowie. Uznanie tego faktu zmieniło ich sposób myślenia i nawigowania w rzeczywistości, pozwalało nie zadręczać się pośpiechem, nie wściekać na tłum i ludzi wokół…

Dziś rano próbowałam, naprawdę. Deszcz, korek, ciemno, późno… Akurat wszyscy ruszyli samochodami, a ja nie mogłam się spóźnić. Szczerze chciałam popatrzeć na to z perspektywy kosmosu, a nie dnia, po stoicku. Nie pomogło.
Pewnie pomogłaby w tym przypadku technika, która pochodzi od Chryzypa. Polega na tym, że trzeba sprawdzić, o co toczy się gra. Pomyśleć, co się naprawdę stanie, jeśli się spóźnię. I czy na pewno się spóźnię? Może to tylko przekonanie, efekt błędnego sądu? – bo często tak bywa. Ale jeśli rzeczywiście, to co się stanie? Pewnie nic dobrego, pytanie tylko, czy zło, które z tego wyniknie, jest warte takiego napięcia, zwłaszcza jeśli już nie da się tego zmienić… Popatrzeć na to z perspektywy wieczności, to znaczy dostroić się do rytmu wszechświata. Zamiast słuchać dręczyciela gadającego w głowie, że jesteśmy tacy a tacy, że świat ma wymagania (żeby się nie spóźniać), pomyślmy o sobie z dystansu. Jesteśmy częścią kosmosu, wiecznego procesu, który jest nieskończony. Stoicy wierzyli w to, że kosmos rodzi się, rozszerza, potem zawęża i zapada, nie ma początku i nie ma końca, jest naturalnym cudem, a my jego częścią. Świat to świat, nie pole do zaspokajania oczekiwań, bo tak naprawdę wszystkie są nieuprawnione. To, żeby się korki rozstąpiły… też.

Sięgamy tak daleko wstecz. Jakie pojęcie o naszych czasach mogli mieć Epiktet czy Seneka? Choćby o nerwach za kierownicą…
Wbrew pozorom mieli to pojęcie… Inaczej: kiedy czytam filozofów helleńskich, odkrywam, że oni mieli dokładnie te same problemy, co my. Były inne technicznie, miały inne kostiumy. Owszem, starożytni nie mieli samochodów i korków, ale musieli się przedzierać przez tłum – i tu problemy mentalne są identyczne. Nie znalazłem w naukach stoików jednego zagadnienia niezrozumiałego dla mnie jako człowieka współczesnego. Postawa stoicka jest postawą nieufności wobec kultury, wynika z jej obserwacji. Starożytni widzieli to samo co my: pęd do pieniędzy, do sławy. Aureliusz mógłby powiedzieć jak socjolog: takie procesy się wytworzyły i tyle, musimy z tym żyć. Mówi jednak inaczej: nie musimy im ufać, mamy swój wewnętrzny system nawigacji w świecie. Trzeba zaufać temu, co czujemy, choćby prostej radości z samego istnienia. Kto raz tego zaznał, nie pomyli go z niczym innym.

Jak wpadł pan na to, żeby w naszych czasach praktykować właśnie stoicyzm?
Jestem filozofem, od dawna szukam drogi do szczęścia. Na studiach stoicyzm mnie nie skusił, był tylko jedną z teorii do wykucia, ale bliska stała mi się książka Marka Aureliusza „Rozmyślania”. Zawsze miałem i mam ją gdzieś w pobliżu. To bardzo terapeutyczne i dla mnie najbardziej porywające dzieło starożytności. Daje dużo radości i spokoju, bez względu na datę i okoliczności, w jakich powstało.

Zacząłem stosować techniki Aureliusza i polecałem je znajomym. Pewnego razu sam, w środku miasta, idąc z ciężkimi zakupami, poczułem się bardzo kiepsko. Świat wydał mi się podły – ja nieszczęśliwy, bez perspektyw. I w tym kompletnym dołku technika i myśl stoicka zadziałały jak olśnienie! Pomyślałem sobie: JA ŻYJĘ, istnienie właśnie takie jest! Ułożyło mi się to w głowie w gotowe zdanie: „doświadczam życia, niczego więcej”. Zrozumiałem, że po prostu stoję na tym chodniku, z tymi siatami, wodą mineralną, i tyle. Wszystko. Nie muszę świata zmieniać, poprawiać, manipulować. W ułamku sekundy smutek i napięcie spłynęły ze mnie, a ja poczułem zmysłową bliskość z otoczeniem. Można to osiągnąć, stosując inne techniki, np. medytacyjno-relaksacyjne, ale stoikowi wystarczy po prostu błysk, jedna myśl.

Na czym polega terapeutyczna moc „Rozmyślań” Aureliusza?
Marek Aureliusz pisał „hypomnemata” – notatki terapeutyczne. Dla przypominania sobie o postawie stoickiej, którą przyjął, o tym, że życie toczy się właśnie teraz. To nie była próba zabłyśnięcia w filozofii, tylko ćwiczenia na własny użytek. Wprowadzały Aureliusza w stan eudajmonii, czyli zgody na to, co jest, odklejenia od dyktatu rzeczywistości. Być może w dniu, gdy to pisał, na imperium rzymskie nadciągały hordy barbarzyńców… W wojskowym obozie mógł mieć za sobą zły dzień, może stracił przyjaciela, poniósł klęskę – mimo to wracał do swojej stoickiej percepcji świata. Codziennie zanim poszedł spać robił podsumowanie dnia. Nie: co było przyjemne, a co nie, ale: „Jakie osądy wydałem, jak reagowałem? Czy realizowałem cnotę od rana do wieczora?”. Z tego siebie rozliczał wieczorem, a nie z tego, czy udało mu się odeprzeć ataki dzikich hord… Bo to właściwie najmniej zależało od niego. A rano zaczynał dzień od przypominania sobie prawd stoickich: że ważny jest osąd, a dziedzina osądu jest przestrzenią pracy nad sobą. Wszystko inne nam nie podlega. Innych też oceniajmy po tym, jak uprawiają swoją cnotę, a nie po pozorach. Ktoś rozcina komuś brzuch: co innego, jeśli to jest morderca, a co innego, jeśli lekarz, który operuje, prawda?

Co z praktyk Marka Aureliusza zaproponujemy Czytelnikom?
Właśnie hypomnemata, czyli pisanie dla siebie notatek terapeutycznych – na z góry założone tematy. Na przykład układanie sentencji, jak to jest żyć w chwili obecnej. Wyrycie własnej prawdy, która jest zasadą… Zapisane słowa działają. Stoicyzm nie jest ćwiczeniem na kwadrans. Jest budowaniem postawy przez wszystkie czynności, od rana do wieczora. Tylko wtedy zakorzeni się w człowieku – a hypomnemata są jednym ze sposobów. Przelewajmy na kartkę przeżycia, ujmując je w ogólne prawdy. Jak coś utrwalimy w piśmie – jest już czynem, nie tylko życzeniem.

Czy na te korki i ciągły pęd miasta znajdzie się jakaś stoicka rada?
Bardzo dobra jest też pewna technika pochodząca z Mind-Body Bridging – całkowicie w duchu stoickim, choć nauczyłem się jej w Stanach. Dotknięcie rzeczywistości. To sposób, by z pomocą zmysłów uwolnić się od świata myśli. Radio w samochodzie wyłączyć! Właśnie wyłączyć, nawet relaksacyjną muzykę. Ucieczka od napięcia w muzykę czy wiadomości, to ułuda, pozorne lekarstwo – napięcie i tak się buduje. Zamiast tego dostrójmy się do doznań zmysłowych – do dotyku dłoni na kierownicy, ciężaru ciała w fotelu, szumu ulicy. Bez interpretowania i bez specjalnych oczekiwań.

Bo będą spełnione. Bombki w neuronach już przygotowują się do tego, by eksplodować… Wyskoczmy z tego. Przez poczucie ciepła, zapachu. Możemy ćwiczyć to wszędzie: myjąc zęby, pod prysznicem. Przecież doznania zmysłowe nas otaczają, to my je od siebie izolujemy poprzez wewnętrzny dyskurs, który zabiera uwagę i przynosi cierpienie. Obiecuję, że przez dotknięcie rzeczywistości w ciągu 5 minut nadejdzie relaks.

Zrelaksowani dojeżdżamy do sklepu, a tu… awantura przy kasie!
I na to jest sentencja stoicka. Epikteta. O tym, że poddając się emocjom, wściekając na chamstwo ekspedientki, oddajemy w niewolę własną duszę. A technika, jaką proponuję, radzi postrzegać chamstwo jako chorobę – nie ciała, lecz duszy, chwilowe szaleństwo. Ekspedientka, która jest opryskliwa, ma chory osąd. Powstaje pytanie: „po co mamy się tym zarażać, odpowiadać jej tym samym, przyjmować jej reguły?”.

Stoicyzm to mentalna samoobrona – nie kupujemy dzięki niemu nastrojów i wymogów innych ludzi, także religii, przesądów. Złość ekspedientki narusza naszą godność, źle nam z tym, że się jej nie podobamy. Ale jeśli wyobrazimy sobie, że to jest choroba, to już nie ona robi nam krzywdę, lecz po prostu zachodzi pewien proces. A złoszczenie się na proces nie ma sensu, zaistniały warunki, musiał zajść. Czy możemy to zmienić? Jeśli odpowiemy tym samym, to na pewno nie. Pomoże raczej reakcja stoicka, spokój. Wystarczy jeden uśmiech, sam sprawdzam to przy kasach.

A nieszczęście o poranku, kiedy trzeba wstać…
I tu pomocna będzie technika rozbrajania wymogów. Bo budzimy się i od razu mamy wymogi wobec rzeczywistości. Odróżnijmy wymogi od oczekiwań. Oczekiwania są naturalne. Postawa: „ale byłoby fajnie pospać” – jest oczekiwaniem. Takim, na które wszechświat mi nie odpowie – więc nie zaczynam płakać, tylko uznaję, że muszę iść do pracy, no i w porządku. Ważne, co dalej robimy z tą myślą. Jeśli użyjemy techniki nazywania myśli (wiem, że mam taką myśl: „jeszcze pospać dwie godziny” – ale to tylko myśl) i pozwolimy jej przez nas przepłynąć, ona nie zatrzyma się w ciele, a my jakoś poczłapiemy do tej łazienki. Po pięciu minutach nie będzie to już takie nieszczęście. Problem pojawia się, gdy oczekiwanie przeistoczy się w wymóg. Zamiast „chciałbym” – pojawia się „powinienem” móc pospać. I zaczyna się budować cała historia: o tym, że rzeczywistość powinna być inna. Słowo „powinienem” rodzi napięcie. Wstaję, choć chciałbym spać, ale jestem świadomą częścią toczącego się procesu. A jak mówię: „powinienem móc jeszcze dwie godziny spać”, zrywam kontakt z otoczeniem, skupiam się na tym uczuciu, czuję wewnętrzny bunt, napięcie. I ono jest ze mną potem przez cały dzień, a nawet życie. Może się utrwalić jako historia o mnie – nieudaczniku i będę żyć tym wyobrażeniem.

Technika rozbrajania wymogów pokazuje, jak wiele ich tworzymy przez cały czas w głowie. Na przykład: chcę przejść przez ulicę, zielone światła, a tu jakaś ciężarówka cofa. Od razu w głowie: „Czemu? Nie powinna teraz cofać! Co ona tu robi? Na zielonym? Chcę, żeby jej nie było”. Rozbroi go zwykła świadomość tego wymogu. Polecam nazywanie swoich myśli. Powiedzmy sobie: „To tylko mój wymóg wobec rzeczywistości. Ciężarówka to rzecz obiektywna, to mój gniew czyni ją problemem”. Złość to tylko interpretacja, nie obiektywne fakty. Nawet realistyczne oczekiwania zamienione w wymóg sprawiają, że cierpimy.

Oto osoba, z którą umówiłem się na spotkanie, spóźniła się już więcej niż kwadrans. A ja oczekuję, że nie będzie się spóźniać. Uprawnione oczekiwanie, ale gdy zamieni się w wymóg, napycha głowę myślami typu: „lekceważy mnie, nie jestem dość dobry, aby przyszła na czas”. A tymczasem ona utknęła być może na czerwonych światłach!

I wściekła na rzeczywistość wymaga zielonych? Jak się spieszymy, to właśnie wtedy światła są czerwone albo auto nie zapala.
I zawsze wydaje się nam, że jesteśmy na tym wolniejszym pasie. A to tylko kolejny wymóg, który brzmi: „moje auto zawsze musi zapalić i być gotowe!”. To nie rzeczywistość. Nawet najlepszy samochód ma prawo się zepsuć. Piekło zaczyna się głowie. Zamiast wezwać taksówkę albo sprawdzić szybko w telefonie, jakim dojechać autobusem, przeżywam horror buntu, irytacji i niezgody na to, co się stało.

A u dentysty? Wyobrażanie sobie naukowej strony borowania zęba pomaga? I to chyba akurat ucieczka od rzeczywistości?
Nie, bo naukowa strona borowania jest prawdziwsza niż strach! To on ma wielkie oczy i jest tylko w umyśle, jakby ten lekarz chciał nas zamordować. Stoicyzm oczywiście wykorzystuje metafory i wizualizacje, ale w celu odzyskiwania rzeczywistości, a nie budowania jej kolejnej interpretacji. To powrót do „tu i teraz”.

Sentencja Aureliusza, którą polecam stosować na przeziębienie: „Grypa jest jak róża – rozwija się tak jak ją zaprogramowała natura, z kolcami”. To też metafora, ale ma funkcję taką: leżę chory i nienawidzę tego stanu. Do cierpienia fizycznego dokładam sobie mentalne. A gdy wyobrażę sobie, że to stan naturalny, taki sam jak rozkwitanie róży, to przestaję się męczyć. Jest tylko to, co jest: gorączka, katar. Dzieje się. Po co potęgować dyskomfort niezgodą na taki stan?

Ale to poddanie się losowi! Co z wolną wolą i wyborem człowieka?

Według stoików, wolny wybór mamy wyłącznie w chwili obecnej. Im bardziej w niej jesteśmy, tym więcej naszej woli, bo tym bardziej uciekamy od schematów myślenia. Konwencje wpływają na ludzi destrukcyjnie. W wymiarze wszechświata nasze istnienie jest współtworzeniem, równoważną z innymi cząstką kosmicznego procesu. Tak samo żebraka, jak szefa wielkiej korporacji… Nie ma tu różnicy. Nie mniej niż drzewa i gwiazdy masz prawo być tutaj – to z Dezyderaty. Wolność znajdziesz tylko w dostrojeniu się do kosmosu – tak powiedzieliby stoicy, i to wydaje się deterministyczne. Ale w gruncie rzeczy nie jest. Bo nam, współczesnym, wydaje się, że wolność polega na wyrażeniu egoistycznej indywidualności. A czymże jest ta indywidualność? Czy przypadkiem nie serią wtłoczonych nam schematów i wyobrażeń? Wewnętrzna zgoda na to, co się dzieje – oto wolność. To, czy popadamy w fatalizm, zależy też od celu. Jeśli za cel życia postawimy sobie posiadanie wielkiego majątku albo wysokie stanowisko w korporacji – to tak naprawdę kupiliśmy czyjąś wersję życia. Głoszoną jako wzór w danych czasach. Naszej kultury. A przecież w każdej chwili możemy wszystko stracić. No i która z postaw jest bardziej zdeterminowana: realizowanie wciśniętych nam celów czy zgoda na to, co się dzieje? Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia.

Na przykład poczucie wyjątkowości i pragnienie nieśmiertelnej sławy?
Wyjątkowość według stoików istnieje tylko w wewnętrznej postawie, nie w formie sławy czy tego, co dziś nazwalibyśmy sukcesem medialnym. To rzeczy bardzo kruche: co się bowiem stanie, jeśli następnego dnia ktoś namaluje lepszy obraz? Depresja? Stoika nie obeszłoby to, bo wie, jak nietrwałe i kapryśne, nierzeczywiste jest budowanie swojego samopoczucia na przykład na recenzjach krytyków. Zła recenzja? Dla stoika to świetna lekcja. Jedna z technik polega właśnie na tym, że traktujemy zdarzenia jako serię lekcji. Pochwały recenzentów są zerową wartością. Są kompletnie nietrwałe. Nie możemy na nich niczego budować, są jak zamki na piasku. Prawdziwa wartość tkwi może w radości tworzenia, ale nie w tym, że obraz zawisł w Galerii Narodowej. Kto będzie o tym pamiętać za tysiąc lat? Pragnienie nieśmiertelności to zaburzenie naturalnych relacji człowieka ze śmiercią. Pragnienie nieśmiertelnej sławy jest ślepą uliczką i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Marek Aureliusz pisze: Czy to był Aleksander Wielki, czy poganiacz mułów, po śmierci ten sam los osiągnęli.

Śmierć to rozstanie z tym światem. Niesie ból.
Nasza relacja ze śmiercią została zakłócona przez religię, nie widzimy w niej naturalnego procesu, płaczemy, przeżywamy żałobę. To sztuczne wymogi społeczeństwa wobec nas, odciągają nas od natury. Tożsamość jednostkowa jest przecież złudzeniem, niby jesteśmy jednostkami, ale przestańmy nimi być w chwili śmierci. Pogląd, że istnieje nieśmiertelna dusza, a tożsamość osobowa przechodzi do innego stanu: nieba? Stoicy odrzucają takie myślenie. Bo jak wyobrazić sobie wszechświat, w którym byty nie umierają? Widzę to jako swojego rodzaju kosz ze śmieciami, który się wypełnia, w końcu wysypuje. Tylko gdzie się wysypuje? Przecież poza wszechświatem z definicji, z tym jego „wszech…”, nie ma nic innego. Wszechświat jest mądry, dokonuje się w nim ciągła przemiana, istnieje. Trochę taki recykling życia – o, to byłoby pojęcie bliskie stoikom! A nam się wydaje, że powinniśmy płakać i cierpieć. Stoik powie: „człowiek jest śmiertelny i nie decyduje o tym, kiedy umrze”. Takie są fakty i bunt niczego nie zmieni, spotęguje tylko cierpienie. Czy nie lepiej odczuwać szczęście z powodu życia, gdy trwa?

Jaki mam wpływ na to, by szczęście zatrzymać?
Szczęście biorące się z pomyślnych wydarzeń? Według stoików – żadnego. Ale za to może pani być świadoma tego, że tak jest.

Czy to cecha stoika doskonałego?
Nie ma kogoś takiego. Można być najwyżej w drodze do doskonałości. Ale samo dążenie jest już wielką korzyścią, podnosi jakość życia. Każdy krok uwalnia nas od mocy tego wewnętrznego dyktatora w głowie.

Marcin Fabjański filozof i pisarz, absolwent UAM i University of York w Anglii. W USA poznał technikę Mind-Body Bridging, w Birmie, Nepalu zgłębiał filozofię Wschodu. Łączy buddyzm ze stoicyzmem, żeby zbudować metodę prostej radości życia w dzisiejszym szalonym tempie.

?>