1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. sens
  4. >
  5. Starsza pani bez godności

Starsza pani bez godności

Fot. Zosia Promińska
Fot. Zosia Promińska
Psychoterapeutka Katarzyna Miller tym razem w roli okładkowej. Bo i okazja nie byle jaka. Kilka miesięcy temu skończyła kolejną dziesiątkę lat, co oznacza, że już od trzydziestu paru lat pomaga ludziom w... no właśnie, w nauce miłości. Do siebie, do innych i do świata. Choć czasem zaczyna się od: „Chcę, żeby pomogła mi pani znaleźć partnera…“. Co wtedy odpowiada?

Psychoterapeutka Katarzyna Miller tym razem w roli okładkowej. Bo i okazja nie byle jaka. Kilka miesięcy temu skończyła kolejną dziesiątkę lat, co oznacza, że już od trzydziestu paru lat pomaga ludziom w... no właśnie, w nauce miłości. Do siebie, do innych i do świata. Choć czasem zaczyna się od: „Chcę, żeby pomogła mi pani znaleźć partnera…“.  Co wtedy odpowiada?

Jaka jest właściwie twoja specjalność? W czym pomagasz ludziom?

Kiedyś byłam specjalistką od alkoholików, a teraz jestem specjalistką od normalnych ludzi (śmiech), a zwłaszcza od kobitek. Choć chłopcy też do mnie przychodzą, i pary. Niedawno zauważyłam wielką zmianę, choć może to sprawa mojej afirmacji, otóż zaczęli do mnie przychodzić bardzo interesujący mężczyźni: inteligentni, przystojni, kumaci, emocjonalnie niegłupi, urządzeni życiowo. Najpiękniejsza opowieść o takim mężczyźnie jest w mojej książce „Królowe życia i Król”.

A ja sądziłam, że twoja specjalność to miłość. Nie po nią ludzie do ciebie przychodzą?

A tak, przychodzą przede wszystkim po miłość.

Są tego świadomi?

Nie, nie wszyscy. Jeśli są, to już jest bardzo dużo, to znaczy, że są ze sobą w niezłym kontakcie, że już przyjmą pewne rzeczy. Ja też chodziłam do psychoterapeutów po miłość. Miałam nawet takiego cudownego terapeutę, którego kiedyś spytałam: „Kochasz mnie?”. „Oczywiście, że cię kocham” – odpowiedział. Jak o to samo pytają mnie moi pacjenci, też im mówię: „Oczywiście. Jak cię nie kochać?”.

(…)

Więcej w lutowym numerze magazynu SENS.

 

Wydanie 02/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Udawane orgazmy i inne łóżkowe manipulacje

Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Dziś udają orgazm lub zakładają pończochy tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera. (Fot. iStock)
Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Dziś udają orgazm lub zakładają pończochy tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera. (Fot. iStock)
„Nie, kochanie, nie dzisiaj! Boli mnie głowa, bo wciąż myślę o tym, że nie chcesz iść ze mną na urodziny tatusia”. Kobiety od zawsze manipulowały seksem. Ale czy możliwy jest związek całkiem szczery? Dlaczego w czasach równouprawnienia kobiety udają orgazm lub opowiadają, że założyły pończochy i body tego wieczoru, kiedy porysowały samochód partnera? Skąd się to bierze – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Znam zwolenniczki niemówienia wprost i mam wrażenie, że one więcej zyskują, niż tracą. Może więc manipulacja seksem to lepszy sposób na zadbanie o siebie i związek niż szczera rozmowa? Tym bardziej że mężczyźni za rozmowami nie przepadają. Od zawsze część kobiet w niektórych sytuacjach, wobec niektórych facetów stosowała manipulację. Często były one od mężczyzn zależne, musiały więc grać. Takie zachowanie jest złe, gdy chcemy kogoś wykorzystać, okraść, zabrać dobra duchowe czy inne, nic mu w zamian nie dając. Ale nie zawsze tak jest. Weźmy choćby najbardziej popularny sposób manipulacji w seksie, czyli udawanie orgazmu. Z badań wynika, że to się często zdarza. Pewnie i ty, i ja słyszałyśmy od mnóstwa kobiet, że czasem to robią...

Która kobieta tego nie robiła? Facetom też się to zdarza, a potem twierdzą, że mieli orgazm bez ejakulacji. Kiedyś udawanie orgazmu było tak powszechne, że koleżanka koleżance mówiła: „A co ty się przejmujesz? Poudawaj trochę, on będzie myślał, że jest cudowny. Będzie cię wielbił! A jak nie poudajesz, to pójdzie do takiej, co udaje”. Teraz kobiety nie tylko markują przyjemność, ale w ogóle są takie hej do przodu, wszystko zrobią, nawet zatańczą na rurze, chociaż wcale nie mają na to ochoty… Jakie założenie przyświeca tym zachowaniom? Po pierwsze, takie, że wszystkie kobiety udają. Po drugie, że facet jest dupkiem i nie potrafi dać kobiecie prawdziwego przeżycia. Po trzecie, zgodnie z powszechnym stereotypem, że seksu potrzebują faceci, a kobiety nie. No i po czwarte, że idziesz z nim do łóżka i go tym przy sobie zatrzymasz albo nie idziesz i wtedy on nie ma po co z tobą być.

Pod tymi niewinnymi „ach! och!” ukrywają się takie straszne przekonania? Straszne, bo to tak, jakby kobieta zakładała, że nie jest towarzyszką życia, że nie wnosi do niego nic innego jak cztery litery. Mało tego, myśli, że facet jest pustym workiem zakończonym wypustką i niczego innego nie chce, jak tę wypustkę włożyć w dziurkę, prawdę mówiąc wszystko jedno jaką. Oczywiście, część mężczyzn potwierdza swoim zachowaniem i stylem kawiarnianego macho, że tak jest: tu zaliczyłem laskę, tam zaliczyłem, tu zmieniłem partnerkę na młodszą, tam zdobyłem kobietę do pokazywania... Ale jak się z takimi facetami pogada szczerze, to większość tych macho przyzna, że chce mieć przy sobie ciepłą kobietę. Przede wszystkim „swoją”, z którą spędzi życie, która na niego czeka, którą obchodzi, co się z nim dzieje. Która go kocha. Owszem, seks, czyli chemia, spaja związek, daje ogromnie dużo, bo sprawia przyjemność. Ale też pogłębia poczucie bliskości, a ono jest ludziom potrzebne do poczucia zakorzenienia w życiu, do poczucia posiadania swojego miejsca na ziemi.

Kobietom jest ta bliskość potrzebna, ale czy mężczyznom też? Na grupach terapeutycznych, gdy mówię: „Dziewczyny, mężczyznom na nas strasznie zależy”, to one takie duże oczy robią. Nie wierzą, dziwią się, bo my jesteśmy nieustannie straszone: „Jeśli nie będziesz ładna, to cię nikt nie zechce”, „jeśli nie będziesz miła, to cię nikt nie zechce”, „jeśli się będziesz tak bezczelnie zachowywała i robiła co chcesz, to cię nikt nie zechce!”. Tak ci mówią i straszą, jakbyś ty sama była całkiem nieważna. To się, oczywiście, bardzo zmienia, ale nadal echa tego babciowego stylu nas prześladują i nie wierzymy w siebie.

A może za bardzo wierzymy, bo znam wiele kobiet, które w stosunku do mężczyzn mają taką postawę: „Wiem, że chodzi ci o seks, dlatego mam dekolt i mini, żebyś widział, co dostaniesz, jak będziesz posłuszny!”. Kobiety, z którymi ja pracuję, takie nie są. Tak zachowują się osoby psychopatyczne i one na terapię czy grupę dla kobiet nie pójdą, bo nie mają w tym żadnego interesu. One chcą się ustawić, urządzić i mieć haka na chłopa. Myślą, że wiedzą, czego facet potrzebuje, a że mają to zawsze pod ręką, bo to jest ich ciało, sprawują nad facetem kontrolę. Ale to tylko pozory, bo jeśli manipulujesz, to jesteś też manipulowana przez siebie samą. No, bo zobacz, jeśli udajesz orgazm, to znaczy, że w trakcie stosunku nastawiasz się na zagranie czegoś, a nie na odbiór własnych przeżyć. Już w tym momencie odcinasz się od siebie, a gdybyś tego nie zrobiła, gdybyś się poddała własnym potrzebom, rytmowi własnego ciała, własnemu oddechowi, własnym fantazjom, to mogłabyś naprawdę mieć orgazm. Może byś go przeżyła, gdybyś poddała się temu, co facet ci robi? A on coś ci mruczy, o coś cię prosi, czymś się zachwyca… Gdybyś z nim współgrała, gdybyś współgrała ze sobą, może za jakiś czas mogłabyś mieć prawdziwą przyjemność z seksu. Wtedy też niczego nie musiałabyś udawać. A więc co jest lepsze? Do tego twój mężczyzna naprawdę cieszyłby się, że sprawił rozkosz swojej kobiecie. Dla normalnego faceta to szalenie ważne.

Ale czy dla wszystkich kobiet przeżywanie orgazmu jest przyjemniejsze niż władza nad mężczyzną, wycieczka do spa czy stanowisko w jego firmie? Ja bym powiedziała, że jest. Władza pojawia się tam, gdzie nie ma prawdziwej radości, stosuje się ją jako afrodyzjak, gdy nie ma nic innego. Jeśli zależy ci na władzy, to nieważne, co robisz, jak robisz i dla kogo. Liczy się tylko, żeby coś znaczyć i mieć wpływ na innych. Ważne jest poczucie lęku, jakie budzisz w ludziach. Bo nie ma władzy, kiedy inni się ciebie nie boją. Władzy nie ma też wtedy, gdy ludzie mają to, czego chcą. Dlatego, żeby mieć władzę, trzeba innych pozbawić tego, czego pragną.

Nie wszyscy chyba tak myślimy... Jasne, że nie. Jeśli jakaś kobieta sama została skrzywdzona tym, że jej powiedziano: „Będziesz coś znaczyć i mieć tylko wtedy, gdy owiniesz sobie wokół palca jakiegoś bogacza”, to ona nie stara się sama nic zrobić. Myśli, że musi być na tyle cwana, na tyle dobrze wyglądać, żeby ten bogacz ją chciał i nosił jak markowy breloczek na dowód swojej wspaniałości. Ale taka kobieta musi wtedy bardzo dbać o to, żeby nigdy nie wypaść z tej swojej breloczkowatej wspaniałości, wciąż się starać, żeby ów bogacz zawsze przy niej świetnie się czuł, żeby myślał, że ma dziewczynę, która wzmocni jego poczucie męskości w takim stopniu, żeby on potem mógł iść i zdobywać dalej to wszystko, co ona chce mieć...

Więc kobieta, żeby wyjąć kasztany z ognia rękami bogacza, dopasowuje się do jego zachcianek, czyli manipuluje sobą? Jasne, że tak. Ona wręcz tworzy siebie: swój wygląd (ma na podorędziu przecież operacje plastyczne), wymyśla sposób poruszania się, mówienia, planuje swoje poglądy i upodobania seksualne. Wszystko pod tego faceta. W konsekwencji tych działań sama siebie nie poznaje, nie odkrywa, nie chce wiedzieć, kim jest. Bo kiedy wiesz, kim jesteś, pewnych rzeczy nie zrobisz, to przeszkadza manipulować. Na przykład jeśli kobieta ma rys psychopatyczny, a jej facet chce, żeby ona robiła mu fellatio, to ona się nie zastanawia, czy też tego pragnie, ale po prostu uczy się, jak to robić. Znajduje instrukcje w necie, idzie poćwiczyć na kolegach albo nawet do agencji towarzyskiej, by potem tej umiejętności używać. Jednak jeśli kobieta nie chce manipulować, chce żyć w zgodzie z tym, kim jest, to gdy nie ma na coś ochoty, mówi facetowi po prostu: „nie”.

I co on na to? Właśnie, to zależy od tego, kim ten on jest. Jeśli fajnym facetem, to gdy dziewczyna się zawstydzi i powie „nie”, potraktuje sprawę poważnie. Może z nią o tym pogadać, może zaproponować (jeśli ona się zgodzi), że nauczy ją, jak „to” robić. I gdy kobieta przekona się, że ma z tego przyjemność, może to wręcz polubić. Jeśli jednak facetowi nie zależy na bliskości, tylko na splendorze, pożegna się z taką dziewczyną i wybierze jej koleżankę, która perfekcyjnie zrobi mu dobrze. Razem stworzą parę, która może żyć długo i w dobrobycie. Tych dwoje dogada się na takim poziomie, który wystarcza do bycia razem, i będą mieli prawo tak żyć. Kobieta, która manipuluje, nie dąży ani do tego, żeby siebie poznać, ani żeby poznać tego mężczyznę, dowiedzieć się, kim on jest. Ich związek nie będzie opierał się na budowaniu bliskości, tylko na stworzeniu ładnego wizerunku i życiu w dobrobycie. Ale prawda jest taka, że kobieta manipulatorka, budując ten dobrobyt, porzuca siebie coraz bardziej…

Spotkania ze sobą bywają „przereklamowane”. Płakałam jak bóbr, kiedy na psychoterapii mi się to przydarzyło. Oczywiście, że spotkanie siebie bywa bardzo trudne, ale w ten sposób dotyka się prawdy i potem płynie z tego do nas prawdziwa życiowa siła, energia i wartość z najgłębszych źródeł. To jest coś, przed czym ludzie cofają się w terapii, bo żeby tej siły zaczerpnąć, trzeba zejść bardzo nisko i bardzo głęboko. To musi boleć. Ale jak poboli, potem jest cudownie.

Jednak manipulatorka myśli, że jest cudownie, bo pociąga za sznurki przyczepione do faceta, który sięga dla niej po awans i prestiż. W pewnym momencie, już zapewne świadomie, manipulatorka stwarza siebie z dostępnych na rynku jakości. Ale też wie, że koniec urody jest końcem jej władzy. Pewna 40-latka powiedziała mi wprost, że zabije się, gdy zobaczy, że jest stara. Obśmiałam się z niej, mówiąc: „To chyba już, bo tu masz taką zmarszczkę, o tutaj…”. Straszne, prawda? Bo jest tyle innych cudnych rzeczy poza urodą, jakie mamy, żeby żyć i się cieszyć. Nie to co spektakularne, jest najważniejsze.

Ale żeby to mieć, możemy nawet…. Właśnie, teraz powiem o kolejnej nadal popularnej manipulacji. Otóż jest jeszcze sporo facetów, którzy uważają, że ciąża to powód do ożenku. I kobiety oszukują, że spodziewają się dziecka. Myślą tak: „Może uda się zajść w ciążę zaraz po ślubie? W razie czego powiem, że ciąża przenoszona. Albo trzeba będzie poudawać, że poroniłam. Facet się nie kapnie, bo przecież mężczyźni się na kobiecej fizjologii nie znają”. I dziewczyna, która chce małżeństwa, udaje, że zaszła. A potem, nawet jeżeli się nie wyda, że bujała, nie jest dobrze. Coś, co jest udawane i nieprawdziwe, źle wpływa na związek. Żeby temu zaradzić, trzeba się do kłamstwa przyznać, ale to jest już ryzykowne, bo facet raz oszukany traci zaufanie. Inną manipulacją jest pokazywanie siebie jako cudownej osoby, która się nie kłóci, nie ma wymagań, nie mówi, że jej się coś nie podoba. A potem buch – druga strona trze oczy ze zdziwienia i nic nie rozumie. Takie udawanie skazuje oboje na nieszczęście, jakby zaplanowali je z góry.

Możliwy jest w ogóle związek bez manipulacji? Nie ma życia bez jednego kłamstwa, udawania, znoszenia czegoś, co nas uciska. Ale jeśli manipulujesz po to, żeby tobie i jemu było lepiej, to już nie jest czysta manipulacja. Wyobraź sobie na przykład taką sytuację: macie trudny okres, on stracił pracę, są długi i teraz jeszcze chcesz mu powiedzieć, że coś szwankuje w waszym seksie. Po co? Tylko po to, żeby się dotłuc pałką? Lepiej przeczekać, powiedzieć kilka przyjemnych rzeczy, przez jakiś czas dla waszego wspólnego dobra powstrzymać swoją złość, rozżalenie, niecierpliwość.

I zrobić piękną kolację... Tak, jednak ważniejsze jest wysłanie sygnałów: „Wierzę w ciebie”. Warto to powiedzieć i się uśmiechnąć. Przypomnieć: „Ja o tobie dobrze myślę”. Wsunąć serduszko do kieszeni jego garnituru, napisać: „Jestem przy tobie”. Jeśli tak postąpisz choć raz i zobaczysz, jak dużo zyskujesz, będziesz to chciała powtórzyć. Nawet gdy jesteście skłóceni, ale wciąż macie się ku sobie, to idźcie do łóżka. Tak okazujecie sobie bliskość i to, że wam na sobie zależy. Warto to zrobić, choć z definicji to jednak manipulacja seksem. Ale też używacie go w tej sytuacji do pogodzenia się, do budowania czułości. Intencja jest dobra i służy wam obojgu. To się czuje, czy naprawdę pomagamy sobie i chcemy, żeby było miło. Czasami, kiedy mamy oboje duże przykrości, lepiej jest się razem popłakać, a nie uprawiać seks. Zwłaszcza wtedy, gdy oboje czujemy się jak rozżalone dzieci. No bo przecież dzieci seksu nie uprawiają. Ale gdy pozwolimy sobie na to, żeby się nawzajem ukoić, wtedy dopiero może wytworzyć się przestrzeń na świetny seks.

Może więc body i pończochy wieczorem, jeśli rano porysowało się bmw partnera, to dobry pomysł, skoro to pozwala uniknąć trudnej rozmowy? Nie zawsze. Jeśli kobieta się wtedy z facetem kocha ze strachu, wbrew sobie, bo: „Co on zrobi, jak się dowie?!”, to nie jest fajnie. Ale jeśli ona lubi seks i ma ochotę na te pończochy, a do tego zna go i wie, że po takiej nocy, kiedy rano mu powie, że jego ukochany samochód podrapany stoi w garażu, to on parsknie śmiechem: „Ale mam sprytną babkę! Umiałaś przygotować mnie, żebym się nie wściekł. A co mi tam! Stać mnie, żeby wóz polakierować!”. Obie strony są wtedy zadowolone i wszystko gra. Skoro tak, to był dobry interes. Jednak mężczyzna może się też zachować inaczej: „To tyś mnie tak podeszła, żebym ja nie miał pretensji!?”, i się wściec. W związku ludzie się poznają i uczą, jak być ze sobą, żeby było miło.

A nie lepiej nauczyć się wprost mówić, że się porysowało auto albo że chce się dostać nową torebkę, a seks zostawić tylko dla seksu? Jeśli kobieta manipuluje, to jakby mówiła: „Muszę grać w tę grę, bo w prawdę grać nie umiem, nie mogę lub mi nie wychodzi”. Jej mężczyzna może jej grę widzieć i powiedzieć: „Nie musisz udawać, ja i tak ci tę torebkę kupię, bo cię kocham”. Ale pojawia się pytanie: Czy ona potrafi przyjmować rzeczy dane z serca? Słysząc te szczere słowa, może cisnąć torebką o ziemię. Bo często gdy bardzo czegoś chcemy i to dostajemy, nie czujemy się godni tego daru i go odrzucamy. „Ty mnie chcesz poniżyć, chcesz mną rządzić” – może krzyknąć ona. A tak naprawdę nie umie przyjmować, bo pewnie nigdy w życiu nie dostała nic całkiem bezinteresownie, a może to, co dostawała – niby z miłości – było tylko sposobem, by zyskać nad nią władzę?

  1. Seks

Kocham, kiedy boli. Katarzyna Miller o tym, jak rodzi się w nas postawa sadystyczna i masochistyczna

Sadyzm i masochizm kojarzą się z wyżynami ars amandi, uważamy je za kontrapunkt dla nudnego małżeńskiego seksu. (Fot. Getty Images)
Sadyzm i masochizm kojarzą się z wyżynami ars amandi, uważamy je za kontrapunkt dla nudnego małżeńskiego seksu. (Fot. Getty Images)
Masowa wyobraźnia seksualna jest zapełniona przez przeróżne ekscesy, których atrybutem bywają pejcze i czarne skóry. Zamiast z wynaturzeniem sadyzm i masochizm kojarzą się nam dziś z wyżynami ars amandi, uważamy je za kontrapunkt dla nudnego małżeńskiego seksu. Dlaczego tak się dzieje? Jak rodzi się w człowieku postawa masochistyczna i sadystyczna? – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Oto kolejny temat, któremu towarzyszy zwykle fascynacja... ...której nie wahajmy się nazwać niezdrową. Właśnie dlatego nie lubię tego tematu. Kojarzy mi się z podekscytowaniem licznej publiczności przekonanej, że sadomaso to rodzaj rewelacyjnego dekadentyzmu, rozkwitu cywilizacji zachodniej w libertyńskim wydaniu i najlepszym opakowaniu. Błyszczącym, czarnym i lateksowym. O szczególnym traktowaniu tematu świadczy już sam ten skrót i to, że wywołuje niezmiennie porozumiewawcze uśmieszki i spojrzenia, które niby mają sugerować, że my też lubimy się bawić „w te rzeczy”. Co, my jacyś gorsi jesteśmy?! A przecież tak naprawdę mało kto to lubi. Puchate kajdanki, skóry, nawet pejcze dajemy sobie w prezencie jako sugestię czy zaproszenie do udanego seksu. Cóż za nieporozumienie! Dla mnie jako terapeutki masochistyczno-sadystyczny seks to jest upadek. I to nie moralności bynajmniej, tylko ludzkiej nadziei na szczęście i spełnienie życia. Dotykamy tu bezpośrednio nagiej ludzkiej nędzy i poniżenia.

Nie spodziewałam się, że zaczniesz tak ostro. Bo przecież sadomasochizm jak każde zjawisko ma wiele odcieni. Leciutka doza pikanterii od czasu do czasu to chyba nie jest problem, zwłaszcza jeśli to gra? Oczywiście. Bawić się można we wszystko, jestem jak najbardziej za urozmaicaniem sobie seksu. Pod warunkiem że jest to tylko i wyłącznie zabawa dla obu stron, i jest to dla obojga partnerów jasne. Wtedy niech sobie i będzie ten dreszczyk związany z tym, że nagle ja tu leżę związana, niby to na twojej łasce, i możesz ze mną robić, co chcesz. I sam ten fakt podnieca obie strony. Trochę w tym teatru, trochę gry wyobraźni – szczególnie gdy używamy przy tym jakichś tam fikuśnych rekwizytów. Ale przecież nie zakładam wtedy, że będziesz miał ochotę zadawać mi ból, prawda? Problem pojawia się wtedy, gdy żadna inna forma bliskości seksualnej nie jest w stanie człowieka pobudzić albo gdy bez pewnych tego typu elementów nie jest on w stanie osiągnąć orgazmu. Niestety, w prawdziwym sadyzmie podnieca tylko prawdziwy, nieodgrywany lęk ofiary, a masochista musi poczuć prawdziwy ból, by się spełnić. A więc ludzie dotknięci tą przypadłością, sadyści, masochiści albo sadomasochiści, są po prostu chorzy i powinni się leczyć.

Jednak dość często nasze fantazje erotyczne zawierają elementy przemocy. Przysłużył się temu choćby markiz de Sade, który wprowadził ten temat do masowej wyobraźni. Był niezłym literatem, dzięki czemu udatnie określił w swoim zapisie normę pewnej choroby. Ale to jest tylko norma choroby i musimy sobie zdawać z tego sprawę. Coś, co ma człowieka pełnego lęku i braku miłości przekonać, że jest władcą życia, własnych i cudzych przeżyć. Czyli że to on rządzi. Podczas gdy w rzeczywistości jest sam we władzy ciężkiego nałogu. Szczególnego seksoholizmu, który człowieka uprzedmiotawia, maltretuje, może nawet zabić. Są słynne śmierci związane z duszeniem. Wyobrażasz sobie, że można żądać, by cię bito albo duszono podczas stosunku? Albo chcieć to robić komuś, żeby zaznać orgazmu? To oznacza, że ów ktoś doznawał w życiu tak silnych przeżyć, że żadne tam zbliżenie się do czyjegoś ciała czy dotyk nie wystarczają. Doznał cierpienia, które przerosło jego zdolność do asymilacji, więc się zamknął, znieczulił, zamroził.

Czyli nie rodzimy się tacy? Nie. Dzieci są blisko seksualności. Podglądają się, pokazują sobie genitalia, bawią się w doktora. Dziewczynki wkładają sobie do cipki różne przedmioty. Ale jeśli tam włożą agrafkę, to dlatego, że jest mała, a dziewczynce brak jeszcze wyobraźni. Nie włożą otwartej agrafki czy igły, bo to boli, kłuje. Małe dziecko nie chce bólu. Żadne. Ale zdarzają się sytuacje, które uczą dziecko, że ból jest dobry. Dam przykład z mojej praktyki, który pokazuje, jak się rodzi postawa masochistyczna. Pewna kobieta, kiedy miała mniej więcej cztery latka, jadła zupę przy stole, a jej mama była w kuchni. Dziewczynka nieostrożnie machnęła rączką i zrzuciła ze stołu talerz. Zupa się wylała, a talerz stłukł. I ona wpadła w panikę, że mama ją skrzyczy i zbije – była o tym przekonana. Szybko wzięła do ręki ostry odłamek porcelany i przejechała nim sobie po nóżce. Zaczęła lecieć krew. I poczuła ulgę. Ponieważ dla matki tej dziewczynki zbicie talerza to była katastrofa, ona wiedziała, że musi zamienić tę katastrofę w jeszcze większą katastrofę, żeby się ochronić. Ta kobieta, pracując z tym zdarzeniem, odkryła, że wybrała ból, by zyskać ulgę, opiekę i zapobiec gorszemu bólowi. I od tej pory tak zaczęła działać. W związkach pozwalała się źle traktować. Bo masochizm ani sadyzm nie ograniczają się do sypialni. Ludzie pozwalają na siebie krzyczeć, nie szanować się, ranić nie tylko fizycznie. Ta kobieta najpierw sama przekroczyła swoje granice, skaleczyła się specjalnie. I za to spotkała ją nagroda: ulga i radość, że znalazła sposób, żeby się chronić i przyciągnąć uwagę matki. Strach i ból skleiły się w niej z ulgą, bezpieczeństwem i bliskością.

A jak się to ma do seksu? Celowo mówię o sytuacjach nieseksualnych, żeby pokazać, że seks nie jest niczym innym niż pozostałe części życia. Inny przykład – doświadczenie pewnego chłopca, syna alkoholika, który sam się później stał alkoholikiem: szedł z tatą na spacer po raz pierwszy i jedyny. Miał parę lat. Podskakiwał i nagle jego nóżka ześliznęła się z chodnika. W tym momencie ojciec zareagował tak, jak reaguje alkoholik, czyli w sposób nawet dla siebie samego niezrozumiały. Zawrzał z wściekłości, że się dzieciak źle zachowuje na ulicy. I tak go skatował, że chłopiec nie mógł iść. I co zrobił wtedy tatuś? Posadził go sobie na ramionach i zaniósł do domu. I to jest najszczęśliwsze wspomnienie z dzieciństwa tego chłopca.

Znowu wzór: ból sklejony z ulgą i szczęściem. A jak się rodzi postawa sadystyczna? Podobnie. Tyle że ulga nie pochodzi z doznanego bólu, tylko z odwetu. Ktoś doznał bólu, upokorzenia i bezradności, więc żeby sobie z tym poradzić, oddał komuś słabszemu. I doznał ulgi, napawając się lękiem swojej ofiary, jej słabością i tym, że w tym momencie to on ma władzę. Już nie jest osobą, która doznaje lęku, bólu i bezradności, tylko tę swoją bezradność przekuwa w siłę.

Nie wszyscy ludzie, którzy są sadystami, są sadystami seksualnymi. Nie wszyscy masochiści są masochistami seksualnymi. Skąd ten szczególny związek? Żeby w ogóle coś wyszło z seksu, człowiek musi się rozluźnić. A masochista i sadysta żyją w ciągłym napięciu i oczekiwaniu na karę, cios. To napięcie jest nieznośne, paraliżuje, znieczula, więc paradoksalnie jedyny sposób, w jaki taki człowiek może się rozluźnić, to wreszcie poczuć ten ból albo satysfakcję z zadawania go. Jest jeszcze jeden typowy przypadek, który może doprowadzić do wykształcenia się sadomasochistycznej postawy w seksie, a mianowicie dzieci molestowane seksualnie. Z jednej strony, gdy to się dzieje, boją się, nie chcą tego. Nie mogą się obronić, uciec, czują się bezradne. Jednak dość często zdarza się, że odczuwają przy tym przyjemność, a nawet podniecenie, czują się ważne, bo ktoś dorosły – na przykład ojciec – się nimi zajmuje. Te dzieci mają wdrukowany wzór uprzedmiotowienia, podniecenia, poczucia winy i jednocześnie potrzeby bycia za to jakoś ukaranym, a więc kompletnego zagubienia.

Mam w głowie jeszcze jedno skojarzenie: mężczyzna, w domu i biznesie absolutnie macho, a cichaczem chadza do prostytutki, której każe się bić i nazywać niegrzecznym chłopczykiem... to prawda czy wymysł? Dobrze, że o tym mówisz. Tacy mężczyźni istnieją. I to ilu. Nie wszyscy naprawdę chodzą do tej zastępczej mamusi, żeby ukarała niegrzecznego synka, część tylko o tym fantazjuje. Coś takiego dzieje się, gdy w jakimś sensie dzielisz się na pół i w swoim codziennym życiu pokazujesz i wyrażasz tylko jedną stronę. Wówczas ta druga część ciebie, ukryta, wyparta, jakoś chce dojść do głosu. To bywa doprowadzone do ekstremum - i to jest właśnie ten przypadek, który opisujesz. Taki mężczyzna jako dziecko był zwykle tym bitym, karanym za błędy, za to, że nie spełnia wizji rodziców. I obiecał sobie, że już nikt nigdy go nie upokorzy, że to on będzie panem, będzie zdobywał, karał, zwalniał. I często udaje się mu wejść na sam szczyt, bo jest bardzo zdeterminowany, całą swoją siłę i motywację wkłada w to, żeby obronić tego bitego chłopca przed kolejnymi upokorzeniami. Życie, którym wiecznie się coś komuś udowadnia, jest pełne napięcia. I znowu potrzebne jest tego odreagowanie. Poza tym w głębi duszy taki człowiek nie czuje się wartościowy, uważa, że zasługuje na karę, bo to ciągle słyszał od matki. Więc chce, by go bito. Najchętniej owa zastępcza mamusia, bo od tej prawdziwej jest nadal uzależniony...

To wszystko, co opisujesz, to rzeczywiście wielka krzywda, cierpienie i prawdziwa ludzka nędza. Dlaczego więc zajmuje takie miejsce w kulturze? I dlaczego tak pokrętnie to zjawisko interpretujemy? Łatwo jest skrzywdzić dziecko, trudno je naprawić. By człowieka tak skrzywionego wyprostować, trzeba naprawdę dużo pracy, odpowiednich warunków i dobrej woli. I kto to ma niby robić? Dlatego nauczyliśmy się to racjonalizować. Udowadniać, że to nieszczęście jest wielką zabawą, która niby świadczy o naszym wyzwoleniu. Dodajemy nieco szminki, lateksu, czerni i już nie wygląda to nędznie. I już możemy udawać, że mamy takie doznania, o których wy, szaraczki, pojęcia nie macie. Co tam ten wasz nudny seks w pozycji misjonarskiej, przy zgaszonym świetle, pod kołdrą. My jesteśmy panami doznań, świata, kontrolujemy, nie nudzimy się. A przecież się strasznie nudzą, nużą, niewiele czują, są uzależnieni. Czy naprawdę mamy im czego zazdrościć?

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” - Gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (fot. iStock)
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta? Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję? Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie? Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach? Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości? Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja? Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności? Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele. Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.
Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką? Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach. Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości? Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia. To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik. To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele.  Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.

  1. Styl Życia

Wiejskie życie Kasi Miller

Katarzyna Miller uwielbia piękne wnętrza, mogłaby je projektować zawodowo, ale tylko dla osób o podobnym guście, bo jak sama mówi, nie jest minimalistką. (Fot. Celestyna Król)
Katarzyna Miller uwielbia piękne wnętrza, mogłaby je projektować zawodowo, ale tylko dla osób o podobnym guście, bo jak sama mówi, nie jest minimalistką. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Niełatwo tu trafić, ale jak już się dotrze, chciałoby się zostać na długo. Psychoterapeutka Katarzyna Miller oprowadza nas po swoim sielskim domu w Kazimierzu Dolnym i opowiada o miłości do przedmiotów. 

Kazimierz Dolny odwiedzam regularnie od czterdziestu paru lat, jak nie więcej. I za każdym razem ogarniała mnie tu mieszanka uczuć silna i pierwotna, niemal z trzewi. Radość, tęsknota, ekscytacja… No totalne zakochanie. Patrzyłam na jakieś miejsce, na chałupinkę malusieńką i myślałam: „Boże, żebym choć to mogła mieć. Postawiłabym sobie na trawie fotelik, stoliczek, posadziłabym jakieś kwiatuszki i bym tak sobie siedziała”.

Kwiaty wypełniają zarówno dom jak i werandę. (Fot. Celestyna Król) Kwiaty wypełniają zarówno dom jak i werandę. (Fot. Celestyna Król)

Raz było tak, że akurat nazbierałam pieniędzy i okazało się, że jest tu do kupienia maleńki domeczek. Pomknęłam jak na skrzydłach z myślą: „Kupuję! Wreszcie mnie stać”. Mój Edek orzekł: „To jest ruina”, koleżanka, która akurat budowała dom, wsadziła palucha w mur i powiedziała: „Jeśli chcesz to wyburzyć i wybudować na nowo…”. Załamałam się, bo miałam pieniądze na kupno, nie na remont. Zrezygnowałam, odpłakałam swoje i westchnęłam: „No, trudno”. Po czym znów odłożyłam trochę pieniędzy. Miałam upatrzony domek kanadyjski i działkę w Płońsku. Ale zadzwonił nasz przyjaciel, architekt Waldemar Doraczyński: „Słuchajcie, jest działka, którą zdecydował się sprzedać... – i tu będzie romantyczna historia – nieszczęśliwy mąż. Cztery lata temu stracił żonę, mieszkali w domku z ogrodem, ale odkąd ona umarła, jego noga tu nie postała”. Pojechaliśmy i zobaczyliśmy dżunglę. Dzikie wino zakryło płaszczem chatkę i cały ogród, niemalże je zadławiło. Jak ja w tym wszystkim zobaczyłam nasz dzisiejszy dom, nie wiem, ale trzy lata później tu stanął.

Widok na dom od strony werandy zamkniętej. (Fot. Celestyna Król) Widok na dom od strony werandy zamkniętej. (Fot. Celestyna Król)

Z widokiem na dolinę

Najpierw wymyśliłam chałupę chałupiastą, niedużą, wygodną, z ciemnego drewna. Ale Waldek poznał nas ze świetnymi cieślami, Piotruś Ogórek nimi zarządzał. Jeździli po okolicy i zbierali stare drewno. Dzięki nim nasz dom zrobiony jest z odzyskanego modrzewia. Środek jest z nowej sosny.

Za kominkiem w salonie sprytnie ukryto wejście na górę. (Fot. Celestyna Król) Za kominkiem w salonie sprytnie ukryto wejście na górę. (Fot. Celestyna Król)

Wszystko miałam w głowie, wiedziałam, że będzie kuchnia połączona z salonem dla gości, no i nasze pokoje, ale włączył się Eduś: „Ma być góra. Będę się z niej wychylał, by mówić ci, co masz robić” [śmiech]. I tak wizja niedużej chałupy zaczęła się rozrastać. I teraz dół jest mój, a góra jego. Zmieściła się tam też – jak lubię ją nazywać – świetlica, czyli czytelnia, i pokoiki gościnne dla moich przyjaciółek. Błękitno-biały i żółty jak jajeczko.

Uwielbiam projektować, wnętrza to moja miłość.
Mogłabym urządzać wnętrza to zawodowo, ale byłyby to domy dla szczególnego typu osób. Bo ja nie jestem minimalistką. Wymyśliłam na przykład patent, że łazienki powinny do siebie przylegać. Wtedy robi się prostokąt, który dzieli się na pół. A Edek wymyślił, że u nas nie wiadomo właściwie, gdzie są schody na górę, zaoszczędziliśmy w ten sposób dużo miejsca.

Od początku było wiadomo, że w kazimierskim domu będzie panował niebieski. (Fot. Celestyna Król) Od początku było wiadomo, że w kazimierskim domu będzie panował niebieski. (Fot. Celestyna Król)

Co jest dla mnie kwintesencją domu? Kanapy, fotele, leżaki, hamaki, stoły, stoliczki, kredensy. Żeby było gdzie usiąść, coś zjeść i porozmawiać. Dom na wsi musi mieć też taras. My mamy dwa. Na zakrytym lubię siedzieć podczas burzy – ale takiej fest, z piorunami – owinięta w koce. A jak trzeba obejrzeć zachód słońca, to wychodzimy na taras odkryty. Boże, co to jest za spektakl – Paramount Pictures normalnie. Kiedyś chciałam mieszkać w samym środku Kazimierza, a dziś jestem taka szczęśliwa, że mam widok na dolinę, że mam spokój, ciszę.

Letnie śniadania smakują równie dobrze w przestronnej kuchni, jak i na tarasie. (Fot. Celestyna Król) Letnie śniadania smakują równie dobrze w przestronnej kuchni, jak i na tarasie. (Fot. Celestyna Król)

Jestem kredensiarą

Trochę tu Prowansji, trochę dworku i całkiem sporo mieszczańskiego salonu, bo ja jestem bardzo mieszczańska w sensie stylu. Lubię, jak we wnętrzach łączy się stare z nowym, ale niezbyt nowoczesnym. No i kolor. To dla mnie baza życia. Chętnie tworzę wyspy kolorystyczne, widać to zwłaszcza w moim warszawskim mieszkaniu. Jak się okazało, że dom kazimierski będzie miodowy, od razu zobaczyłam niebieskie okiennice i drzwi – kolor capri. Gdyby był mniejszy, pewnie byłby cały biało-niebieski: trochę grecki, trochę szwedzki, a trochę marynarski.

Łazienka na dole jest bardziej stonowana, oliwkowo-biała. (Fot. Celestyna Król) Łazienka na dole jest bardziej stonowana, oliwkowo-biała. (Fot. Celestyna Król)

Dom na wsi dla mnie musi być usadzony, jakby stał tu nie wiadomo od kiedy. Dużo rzeczy kupowałam na warszawskim Kole, w Lublinie na targu staroci i w galerii Lirka w Warszawie. Tam zobaczyłam biały kredens z kryształowymi szybkami. Chciałam, by tu było ślicznie, kupiłam więc kolejny, niebieski, i jeszcze jeden, malutki, który dosłownie czekał na mnie na targu.

Kolekcja porcelany, oczywiście z dominantą błękitu. (Fot. Celestyna Król) Kolekcja porcelany, oczywiście z dominantą błękitu. (Fot. Celestyna Król)

Jestem kredensiarą, mogłabym mieć z dziesięć kredensów. Ale największy mój świr to filiżanki. Mam ich niewiarygodną ilość. Co  musi mieć filiżanka, żeby mi się spodobała? No, musi mi się spodobać. I jeszcze karafki uwielbiam, w kuchni mam całą półkę biało-niebieskich przecudnych mleczników. Nie mogę się oprzeć, jak coś jest dzbanuszkiem, filiżaneczką albo miseczką.

Na dole króluje błękitny kredens – kupiony i przemalowany w galerii Lirka przy Brackiej 18 w Warszawie. (Fot. Celestyna Król) Na dole króluje błękitny kredens – kupiony i przemalowany w galerii Lirka przy Brackiej 18 w Warszawie. (Fot. Celestyna Król)

Frykasy i obrazy

Co jest kazimierskiego u mnie w domu? Ptaszki i żaby z metalu, ze dwa garnki kamienne… Cuda i cudeńka z Lawendy Agnieszki Głowackiej na rynku. Nalewki są kazimierskie, od Marka Stonia, choć nie tylko. No i to fantastyczne jedzenie! Ania Łuczywek z Mlecznej Drogi robi kozie sery jak francuskie, a Basia z Lipowej Doliny – świetne pasztety, nóżki, ćwikłę. Kulebiaki, cebularze, koguty i chleby na zakwasie są od Basi Sarzyńskiej z jej słynnej kazimierskiej piekarni. Na rynku mamy też pyszne miody i kwiaty od pana Mirka i pana Stasia. Jak się mieszka w Kazimierzu, trzeba mieć też tutejszych malarzy. Na wejściu nad komódką mam więc Janusza Michalaka. Jest Jagódka Kołodziejska, Jurek Krzysztoporski, Krzyr, Tadzio Strzępka, Uta Gnatowska, „Subik”, czyli Marcin Sobkowiak. Moje ukochane motywy to woda i droga, pejzaże – bez ludzi. Chyba że na portretach.

Przestronna kuchnia daje pole do kulinarnych popisów. (Fot. Celestyna Król) Przestronna kuchnia daje pole do kulinarnych popisów. (Fot. Celestyna Król)

Prowadzę dwa domy i dwa życia – warszawskie, czyli miejskie. I kazimierskie, czyli wiejskie. Oba uwielbiam. Warszawę wolę w tygodniu, Kazimierz latem i w weekendy. Tu czas płynie inaczej, rzeczy mają inną proporcję, ja jestem kimś innym. Jestem starsza, spokojniejsza, chyba trochę smutniejsza, bardziej refleksyjna. No i tu czuję się częścią przyrody. Cała jestem w liściach, kwiatach i w ptakach. 

„Nie mogę się oprzeć, jak coś jest dzbanuszkiem, filiżaneczką albo miseczką”, mówi Kasia. (Fot. Celestyna Król) „Nie mogę się oprzeć, jak coś jest dzbanuszkiem, filiżaneczką albo miseczką”, mówi Kasia. (Fot. Celestyna Król)