1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Dlaczego należy dbać o zęby mleczne naszych dzieci?

Dlaczego należy dbać o zęby mleczne naszych dzieci?

fot. iStock
fot. iStock
Wady wymowy, zahamowanie wzrostu kości oraz niepotrzebny ból – to tylko niektóre z nieprzyjemnych następstw braku odpowiedniej opieki nad mleczakami malucha. Część rodziców błędnie sądzi, że nie warto przejmować się zębami mlecznymi, skoro i tak wypadną. Ortodonta Kamila Wasiluk z warszawskiego Centrum Medycyny Nowoczesnej Triclinium, autorka bloga Mama Ortodonta, przestrzega przed takim podejściem. Przedwczesna utrata zębów mlecznych, czyli na 3-4 lata przed terminem ich fizjologicznego wypadnięcia, prowadzi do przykrych konsekwencji w dorosłym życiu – stłoczeń zębowych czy różnego rodzaju wad zgryzu.

Zęby mleczne mają specyficzną budowę i są bardzo podatne na próchnice. Ich przedwczesne wypadanie jest najczęściej spowodowane zaawansowaną próchnicą bądź urazami mechanicznymi. – Jeśli mleczaki zaczynają się psuć, szybko dochodzi do zapaleń miazgi, a wtedy łatwo o stany zapalne z powikłaniami okolic tkanek okołowierzchołkowych czy ropnie – tłumaczy dr Kamila Wasiluk. Dodatkowo zaznacza, że w takich przypadkach często nie da się przeprowadzić leczenia kanałowego. – Pozostaje jedynie ekstrakcja, czyli usunięcie zęba. Już cały ten proces bólowo-zabiegowy naraża malucha na wiele nieprzyjemności i warto go przed nim uchronić.

Przyczyny utraty mleczaków

Do utraty zęba mlecznego najczęściej dochodzi przez próchnicę wczesnego wieku dziecięcego. Schorzenie to może występować pod różnymi postaciami. Niewłaściwy sposób karmienia niemowlaka może doprowadzić do pojawienia się próchnicy butelkowej. Jeśli maluch zasypia z butelką w buzi, bądź po wybudzeniu w nocy podaje się mu modyfikowane mleko czy słodkie herbatki, to w trakcie snu rozwijają się w jego buzi bakterie z rodziny streptokoków. To właśnie one przyczyniają się do powstania tej odmiany schorzenia.

U starszych, dwu- i trzyletnich dzieci, występuje z kolei próchnica okrężna. Jest to tzw. wczesna postać choroby próchnicowej o ostrym przebiegu. Najpierw zaczyna atakować zęby przednie, najczęściej w szczęce i symetrycznie po obu stronach, a później prowadzi do powikłań ze strony miazgi. Ząb ze zniszczoną koroną nie nadaje się do leczenia kanałowego i musi zostać usunięty. Pozostawienie zęba mlecznego tak mocno zniszczonego próchnicą jest niebezpieczne, bo stanowi ono ognisko zapalne w jamie ustnej dziecka.

Drugą, bardzo częstą przyczyną utraty zęba mlecznego, są urazy w dzieciństwie. Nierzadko podczas upadku dziecku wypadają zęby. – Jednym z głównych powodów jest to, że budowa siekaczy mlecznych jest zupełnie inna niż siekaczy stałych. Są one mniejsze, mają krótkie korzenie, a kości szczęk mają budowę bardziej gąbczastą – wyjaśnia ortodonta Triclinium. Podkreśla również, że w pewnych okresach wiekowych dzieci są bardziej narażone na urazy. – Pierwszy i drugi rok życia to czas, kiedy dopiero uczą się chodzić, jednak im starsze dziecko, tym częstotliwość urazów wzrasta. Później, w wieku od czterech do sześciu lat, pojawiają się kolejne aktywności: gra w piłkę, bieganie, wspinanie się. O utratę zęba więc nietrudno.

Konsekwencje przedwczesnej utraty zębów mlecznych

Do przedwczesnej utraty zębów mlecznych u dzieci niejednokrotnie nie przywiązuje się wielkiej wagi. Jednak korzenie usuwanego mleczaka najczęściej nie są jeszcze całkowicie zresorbowane, a zawiązek zęba stałego wciąż pozostaje w początkowym stadium rozwoju. Wiąże się to z kilkoma dość poważnymi następstwami.

Wszystko zależy od liczby utraconych zębów mlecznych, ich umiejscowienia w szczęce, a także od tego, ile jeszcze zostało czasu do wyrżnięcia się zęba stałego. Jeśli są to trzy lub cztery lata, tym bardziej jest prawdopodobne, że dojdzie do opóźnienia lub uniemożliwienia wyrośnięcia zęba stałego. – Utrudni mu to twarda i zbita tkanka kostna, powstała nad zawiązkiem zęba. Z sytuacją odwrotną mamy do czynienia, kiedy czas do przypuszczalnego pojawienia się uzębienia stałego jest dość krótki. Wtedy wyrżnięcie zęba stałego zwykle następuje wcześniej, niż nastąpiłoby to naturalnie – dodaje ekspertka.

Przedwczesna utrata zębów mlecznych może powodować również zahamowanie wzrostu kości wyrostków zębodołowych. Dziecko, które nie ma zębów, również nie gryzie, a siły wytwarzane podczas tej czynności nie przenoszą się na kości ani mięśnie, co nie sprzyja ich prawidłowemu rozwojowi.

Do jeszcze innych konsekwencji prowadzi utrata dwóch mleczaków po jednej stronie, np. czwórki i piątki. Przy tak rozległych brakach zębów nie działają prawidłowo siły okluzyjne między zębami, które modelują i kierują wzrostem wyrostka zębodołowego. Tym samym przyrost jest nierównomierny i wyraża się w pionowym nawarstwieniu kości tam, gdzie nie ma zębów.

Przedwczesna utrata zęba trzonowego, czyli piątki mlecznej, zawsze skutkuje domezjalnym (czyli doprzednim) przemieszczeniem się szóstki stałej. To powszechny problem, który powoduje skrócenie łuku zębowego – objaśnia dr Kamila Wasiluk. Jednocześnie dodaje, co dzieje się w konsekwencji tego zjawiska. – Może brakować miejsca dla segmentu kłowo-przedtrzonowcowego: trójki, czwórki i piątki stałej. Dochodzi więc do stłoczeń zębowych, co szczególnie nieestetycznie wygląda, gdy mamy brak miejsca na kieł i wyrasta on poza łukiem zębowym lub wcale, gdyż z braku miejsca zostanie zatrzymany w kości.

Przedwczesna utrata zębów siecznych i kłów mlecznych, czyli przednich zębów górnych, sprzyja słabemu rozwojowi kości szczęk, a wtedy może dochodzić do wad zgryzu. Przykładowo, jeśli szczęka jest niedorozwinięta w stosunku do żuchwy, w przednim odcinku powstanie zgryz krzyżowy przedni (dolne przednie ząbki będą zachodzić na górne).

Kłopoty z mową mogą pojawić się u dzieci z dużymi brakami zębów mlecznych, szczególnie siekaczy przednich. Takie braki nie sprzyjają prawidłowemu układaniu języka na podniebieniu, co za tym idzie, pojawia się możliwość seplenienia międzyzębowego. Z reguły wymaga to 1-2 letniej terapii logopedycznej.

Braki zębowe i wady wymowy oprócz wpływu na zdrowie będą miały też psychologiczny aspekt: dziecko z powodu wyglądu może mieć niskie poczucie wartości, być skryte lub nieśmiałe.

Naprawdę warto szczególnie dbać o zęby mleczne pociech – podsumowuje specjalistka z Centrum Medycyny Nowoczesnej Triclinium. – Higiena jamy ustnej ma takie samo znaczenie na każdym etapie życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Czy w obliczu koronawirusa można pójść do stomatologa i czy jest to bezpieczne?

Fot. materiał partenra
Fot. materiał partenra
Odpowiedź może być tylko jedna: oczywiście, że tak. Leczenie stomatologiczne, przy zastosowaniu odpowiednich środków jest całkowicie bezpieczne.

Martwisz się, ponieważ od kilku dni pobolewa Cię ząb, ale nie wiesz, czy możesz udać się na wizytę do stomatologa? Punkty stomatologiczne pracują normalnie, a lekarze dokładają wszelkich starań, by leczenie odbywało się w bezpiecznych i komfortowych dla pacjenta warunkach. Dowiedz się więcej, jak pracują stomatolodzy i w jaki sposób udać się na swoją bezpieczną wizytę.

Po pierwsze minimalizowanie ryzyka zakażenia u pacjentów

To zadanie główne, które za punkt honoru stawia sobie każdy gabinet stomatologiczny. Reżim sanitarny dotyczy nie tylko samych pracowników, ale również zaleceń względem samego pacjenta.

Po wejściu do placówki dentystycznej obowiązuje nas nakaz zdezynfekowania dłoni, specjalnie przygotowanym płynem znajdującym się w widocznym miejscu. Najczęściej jest to recepcja, ale może byc to także szafka tuż przy drzwiach wejściowych. Personel ma także obowiązek przypomnieć pacjentowi o tej konieczności.

Wizyty są umawiane oczywiście tak, by w poczekalni znajdowało się jak najmniej osób, a pomiędzy zabiegami pozostało odpowiednio tyle czasu, by gabinet można było odpowiednio przygotować do kolejnej wizyty.

Pacjenci pozostają w bawełnianych maseczkach zasłaniających usta i nos do momentu, aż nie zacznie być wykonywany zabieg.

Na wizytę przychodzimy oczywiście bez osoby towarzyszącej. Wyjątkiem są dzieci, przy których może pozostać jeden z rodziców.

W skład zaleceń epidemiologicznych wchodzą również odkażanie i dezynfekcja gabinetu oraz sprzętów. Stąd tak istotne są przerwy pomiędzy wizytami.

Strefy wspólne zwykle zostaja wyłączona, poza toaletą, ale zachęca się pacjentów do jak najmniejszego korzystania z tych pomieszczeń.

Jakie zabiegi są najczęściej przeprowadzane?

Większość gabinetów pracuje normalnie, ale szczególnie zaleca się stawianie na wizyty mające na celu kontynuację leczenia kanałowego, bóle zębów, czy leczenie ortodontyczne, bądź zapalenie dziąseł.

W każdym z tych przypadków, niestawienie się na wizytę lub jej kilkumiesięczne odwlekanie może spowodować nieodwaracalne zmiany w strukturze zęba, które mogą się skończyć jego wyrwaniem.

Kiedy pacjent może nie zostac przyjęty?

Niektóre z gabinetów nie przyjmują pacjentów z potwierdzonym, pozytywnie testem na COVID-19. Wizyta może byc także odwołana, jeśli podczas rutynowego badania, pacjent przyzna się do kaszlu, kataru lub innych objawów charakterystycznych dla pandemii. Zmierzona zostanie także temperatura i jeśli będzie podwyższona to również zostanie nam odmówiona wizyta.

Ważne zatem, aby podczas rozmowy z gabinetem być szczerym. Na czas rutynowo zadawanych pytań określmy jasno naszą aktualną sytuację, aby personel mógł stwierdzić, czy istnieje niebezpieczeństwo zakażenia. Jeśli nie czujemy się dobrze to niestety wizytę będzie trzeba przenieść lub anulować.

Środowisko, w którym pracuje dentysta jest wyjątkowo mocno narażone na przenoszenie się bakterii i wirusów. Nic dziwnego, że tak ważny jest tu reżim sanitarny na najwyższym poziomie. To nie tylko bezpieczeństwo dla samego lekarza, ale przede wszystkim dla kolejnych pacjentów.

Uwaga! W związku z rozwojem pandemii koronawirusa większość gabinetów przyjmuje zapisy wyłącznie drogą telefoniczną lub mailową. Nie zapiszemy się na wizytę bezpośrednio!

Pamiętaj, że leczenie stomatologiczne jest niezwykle ważne, dla utrzymania Twojego zdrowego uśmiechu. Dlatego nie odkładaj wizyty, która jest konieczna dla zachowania nie tylko Twojego komfortu, ale również zdrowia. Sprawdź, jaki zakres wizyt i obostrzenia ma ten gabinet.

I już dziś udaj się na swoją wizytę kontrolną, w celu wyeliminowania późniejszej konieczności ekstrakcji zęba!

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

  1. Zwierciadło

UA Infinity Bra - biustonosz, który dba o zdrowe piersi

fot. materiały prasowe Under Armour
fot. materiały prasowe Under Armour
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Źle dobrany biustonosz to problem, z którym boryka się większość kobiet. Noszenie nieodpowiedniego stanika może mieć poważne konsekwencje zdrowotne - bóle pleców, uciski na przeponę, a nawet problemy z oddychaniem czy trawieniem. Under Armour zmienia zasady gry świata biustonoszy sportowych – dzięki innowacjom, które rozwiązują powyższe dwa problemy i wspierają ciało kobiety w naturalnym ruchu.

Aby stworzyć najnowszy model biustonosza Infinity Bra, marka Under Armour testowała prototypy wspólnie z ekspertką w dziedzinie zdrowia piersi dr Joanną Scurr oraz brytyjskim Uniwersytetem Portsmouth. Współpraca miała za zadanie stworzyć perfekcyjnie dopasowany stanik treningowy, który harmonizuje z kobiecym ciałem w zupełnie nowy sposób.

Tradycyjne staniki sportowe powstają poprzez wycięcie miseczek z płaskiej pianki, a następnie ich formowanie i oklejenie warstwami materiałów. Zespół projektantów Under Armour zastosował natomiast technologię wtryskowego formowania płynnej pianki, która zapewnia bardziej naturalny kształt, dopasowanie do ruchu piersi i o wiele niższą wagę.

Elastyczne miseczki zaprojektowano tak, aby niwelować wstrząsy o każdej sile oraz naturalnie otulać ciało kobiety w wahadłowym ruchu w górę, dół i na boki. Płynna pianka ukształtowana jest w formie symbolu nieskończoności – poziomej ósemki, którą ruch piersi wyznacza podczas skakania i biegu. Przełomowa konstrukcja zapewnia odpowiednie wsparcie biustu bez kompromisów na oddychalności i wygodzie.

„Większość osób tego nie zauważa, ale piersi podczas ćwiczeń i biegania poruszają się nie tylko w górę i dół. Kołyszą się także na boki, do środka i na zewnątrz. Projektanci Under Armour przy tworzeniu biustonosza Infinity Bra wzięli pod uwagę ten naturalny rytm, aby stworzyć produkt, który współgra z kobiecym ciałem” - mówi dr Joanna Scurr.

Biustonosz Infinity Bra wykorzystuje jedne z najbardziej zaawansowanych innowacji materiałowych Under Armour. Pozwoliły one na stworzenie najlżejszego i najszybciej schnącego stanika sportowego w kolekcji marki. Najnowocześniejsze technologie zostały wzbogacone o regulowane elastyczne ramiączka, które zapewniają niezrównane wsparcie biustu przy łatwym zakładaniu i zdejmowaniu biustonosza.

Biustonosz UA Infinity Sports Bra jest dostępny w cenach od 169,99 do 259,99 zł i w rozmiarach od XS do 3D.