fbpx

Jej książka o macierzyństwie wywołała skandal

Jej książka o macierzyństwie wywołała skandal
fot.123rf

Mówi nie tyle o radości z pojawienia się na świecie dziecka, co o żałobie po utracie siebie sprzed porodu. Jeden z amerykańskich publicystów nawoływał, by autorce odebrać prawa rodzicielskie, a media rozpisywały się, że Rachel Cusk nienawidzi dzieci. „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa” ukazała się też w Polsce.
W jednym z wywiadów przyznała pani, że „Praca na całe życie…” kosztowała panią wiele cierpienia. I że mniej niż kiedyś lubi pani kobiety.

To prawda, szczerze opisałam własne trudne przeżycia, w dodatku to właśnie ta książka była moją pierwszą prozą niefabularną. Krytyka okazała się dla mnie traumatycznym doświadczeniem. Ludzie zareagowali w większości negatywnie, zwłaszcza kobiety. Mówiły, że książka jest przytłaczająca. Bo jaka miała być, skoro doświadczenia, które w niej opisuję – ciąży, porodu i pierwszych miesięcy z maleńkim dzieckiem w domu – są dla kobiety przytłaczające. Trudno je porównać do jakiegokolwiek innego życiowego doświadczenia. Na szczęście minęło kilka lat i atmosfera wokół „Pracy…” zmieniła się o 180 stopni. Ludzie zaczęli akceptować jej treść, ze strony matek pojawiło się też więcej głosów takich jak mój. Dziś już otwarcie mówi się o trudach i ciemnej stronie macierzyństwa. I chociaż wiele było wokół tej książki emocji, stresu i krytyki, mimo wszystko cieszę się, że ją napisałam.

Sporo osób uważa, że nie ma nic piękniejszego i bardziej uwznioślającego niż zostanie matką.

Pamiętam, że mnie w macierzyństwie uderzyło przede wszystkim to, że jest do tego stopnia ograniczające. Kiedy w 1999 roku urodziłam pierwszą córkę, byłam już po trzydziestce, ale zupełnie nie byłam przygotowana na to, co mnie czeka. Na to, że moje życie zostanie podporządkowane małej istocie, a ja sama zniknę zamknięta w czterech ścianach mojego domu. Zanim zostałam matką, wiodłam takie życie jak moi koledzy rówieśnicy. Byłam typem niezależnej chłopczycy, uprawiałam wolny zawód, wszystko analizowałam, przekładałam na intelekt, a nie na emocje. Pewnie dlatego pojawienie się dziecka okazało się dla mnie tak trudne. Miałam poczucie utraty kontroli nad swoim solidnie dotąd budowanym życiem – zawodowym i prywatnym. To było wydarzenie fizyczne, emocjonalne, którego nie potrafiłam rozpracować intelektualnie. Nigdy już nie wróciłam do stanu sprzed narodzin pierwszej córeczki. Minęło tyle czasu, a ja nadal tak uważam i tak czuję.

Kiedy pani pierwsza córka miała pół roku, zorientowała się pani, że jest w drugiej ciąży…

To był szok! Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy się o tym dowiedziałam. Najpierw nie wierzyłam, że to się dzieje po raz drugi. A potem, że naprawdę wymaga dwa razy tyle zaangażowania. W końcu pierwsze dziecko było bardzo małe, kiedy pojawiło się drugie. Jeszcze chwilę łudziłam się, że różnica nie będzie aż tak znaczna, że tak bardzo tego nie odczuję.

Co było dla pani najtrudniejsze?

Niektórzy ze znajomych, kiedy urodziły się im dzieci, zarzucili swój styl życia. Moje koleżanki postanowiły nie wracać do pracy, zrezygnowały ze swoich zainteresowań. Inne z kolei próbowały wdrożyć dziecko w swój rytm życia, tak jakby nic się nie zmieniło. Ja nie wybrałam żadnej z tych dróg. Zamiast tego miałam plan, żeby po prostu pracować na dwa etaty. Żeby te dwie strony mnie – pisarka i matka – pozostały oddzielne. Z jednej strony próbowałam sprostać obowiązkom, jakie niosło macierzyństwo, z drugiej – nie tracić kontaktu z przyjaciółmi, pracować tyle samo, nie porzucać własnych zainteresowań, co okazało się ogromnym wysiłkiem i wyzwaniem. I wiązało się z ogromnym poczuciem winy, że nie dość dobrze wypełniam swoje obowiązki jako matka, że wprowadzam chaos w życie moich dzieci.

Teraz dziewczynki są o wiele starsze, ale poczucie winy zostało. Nadal nie jestem pewna, czy jestem dobrą matką. Nie sądzę, żeby te wątpliwości kiedykolwiek zniknęły.

Jak znaleźć w takiej sytuacji czas na pisanie? W końcu wiele pisarek mówi o swoich książkach jak o dzieciach, podkreślając, że to właśnie jest praca na całe życie.

Macierzyństwo jako doświadczenie okazało się tak silne, że pochłonęło mnie totalnie. Nie zapomnę tego ogromnego żalu, że tracę moje pisanie, tracę moją kreatywność. Czułam, że to mi gdzieś ucieka. Był moment, że w ogóle nie mogłam pisać. Po jakimś czasie próbowałam z różnym skutkiem wrócić do pracy. W pewnym momencie moja walka o równowagę między znajdowaniem czasu na pisanie a opieką nad dziećmi była już destrukcyjna. A jednak się nie poddawałam, cały czas bardzo zależało mi, żeby być kimś więcej niż tylko matką.

Dziś, kiedy pani córki mają już naście lat, udało się pani odzyskać równowagę?

To, co zyskujesz jako matka, nie przekłada się na to, co tracisz z siebie – tej sprzed porodu. Tu nie ma równowagi, jest po prostu zmiana. Tracisz siebie z przeszłości, ale jednocześnie zyskujesz niepowtarzalne doświadczenie. Stając się matką, stajesz się inną osobą, bezpowrotnie. Myślę, że mężczyźni mogą czuć podobnie, gdy patrzą wstecz i myślą o sobie z czasów college’u. Patrzą na zdjęcia sprzed lat i widzą upływ czasu i zmianę w sobie. Ale u kobiety ta zmiana jest inna, konstruktywna, bo jednak wiąże się z pojawieniem się na świecie nowej istoty. Jest więc w nas nie tylko żal, ale i duma: uczestniczymy w tworzeniu nowego życia. Ta świadomość ma w sobie niezwykłą tajemnicę i daje nam pewną przewagę nad mężczyznami. Oni są poza kręgiem wtajemniczenia. Pyta pani o to, czy coś odzyskałam – gdy zostałam matką, w mój codzienny rytm przede wszystkim wkradł się chaos. Tak to postrzegam. I moje życie nadal jest bardzo chaotyczne, ale cała energia nie poszła przecież na marne, moje córki w międzyczasie wydoroślały.

Matka to rola społeczna, zawód, powołanie, tożsamość czy jeszcze coś innego?

Gdybym miała się przedstawić, raczej zaczęłabym od tego, że jestem pisarką. Pojęcie matki zostało stworzone przez innych, przez społeczeństwo, przez media. To jest tylko wizerunek, a nie tożsamość, wizerunek wymyślony na potrzeby społeczeństwa, obrosły w stereotypy. Podobnie jak przesłodzony mit cukierkowego macierzyństwa, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Nikt nie staje się tylko i wyłącznie matką. Sama nigdy nie określiłabym się jako matka w pierwszej kolejności, sądzę więc, że to nie jest część mojej tożsamości.

Myślę, że dziś jest łatwiej być mamą. Cała ta infrastruktura, jak przedszkola, klubiki dla dzieci, to wszystko pozwala nam wyjść z domu, uwolnić się z zamknięcia, o którym pani mówi.

Nie wydaje mi się, że teraz jest łatwiej mieć dziecko niż kiedyś. Zgodzę się, że mamy lepsze warunki do rodzenia, łatwiej jest nam się poruszać z dzieckiem, opiekować się nim i je pielęgnować. Ale i tak mechanizm jest ten sam. Rodzisz dziecko i nagle zostajesz z tym doświadczeniem jako kobieta sama. To się nie zmieniło. Nawet jeśli masz partnerski związek, nawet jeśli ojciec twojego dziecka angażuje się w wychowanie, to jednak najczęściej ty, a nie on, musisz z czegoś zrezygnować. To ty zmieniasz diametralnie swój styl życia. To ty już nie możesz zrobić wielu rzeczy albo musisz odłożyć je na później. Twój partner tymczasem nadal jest wolny, nadal może dokonywać wyborów, które już nie są dla ciebie. Dziś młode kobiety potrafią i mogą pracować bardzo dużo, żeby osiągnąć wymarzony cel, wymarzoną pozycję zawodową, społeczną, finansową, żeby zająć taką pozycję w społeczeństwie, na jakiej im zależy. Chcą osiągnąć satysfakcję czy finansową, czy towarzyską, poczuć wolność i niezależność. W związku z tym coraz później rodzimy dzieci. Jesteśmy starsze, lepiej wykształcone i świadome. Gdy stajemy się matkami, więcej mamy za sobą, więcej przeżyłyśmy. Co z tego, skoro mamy też większą świadomość tego, co tracimy? Kiedyś kobiety rodziły na początku dorosłości – moja babka urodziła moją mamę w wieku 21 lat, moja mama mnie tak samo. Myślę, że miały łatwiej. Nie miały jeszcze poczucia straty, świadomości tego, że coś je omija.

Rachel Cusk urodzona w 1967 roku pisarka, autorka wielu książek, m.in. wydanych w Polsce „Arlington Park”, „Wariacje na temat rodziny Bradshaw” oraz „Po. O małżeństwie i rozstaniu”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze